The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 19 2019 12:58:04   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Americana 11


Rozdział 11: Bracia


Wpatrzył się w ciemne drzwi ze złotą cyfrą szesnaście i jeszcze odetchnął ciężko, nim zapukał. Tak jak podejrzewał, miniona noc wcale nie należała do najprzyjemniejszych. To, że cierpiał na bezsenność było już dla niego normą, teraz jednak, kiedy w jego głowie panował taki mętlik, czuł się jeszcze gorzej. Miał wrażenie, że albo nauczy się to wszystko ignorować, albo w końcu się wykończy. Już teraz przecież ledwo co stał, słaniał się na nogach i marzył o ciepłym łóżku, tylko że na co mu ono, skoro i tak by nie zasnął. Cholera, każdy normalny zignorowałby Krzysztofa, przecież to był ten typ człowieka, którym nikt się nie przejmował, dlaczego więc przez niego nie potrafił zmrużyć oka? Jego dalsze rozważania jednak zostały przerwane, rozbrzmiał dźwięk przekręcanego w zamku klucza, klamka się zapadła i drzwi już po chwili się otworzyły, a przed nim stanął Krzysztof w przydużych, nawet jak na niego, szarych, dresowych spodniach z logiem Nike i w jakiejś starej, też markowej bluzie. Kiedy spojrzał na Aleksandra wcale nie wyglądał na zdziwionego, ale na szczególnie zadowolonego faktem, że Białecki go odwiedził, również nie.
– Hej – odezwał się Aleksander, który w tamtym momencie był dziwnie poddenerwowany. I najgorsze, że sam nie miał pojęcia skąd to zdenerwowanie wynikało, przecież nie bał się Krzysztofa, był gotów wszystko skończyć, ale jednak... Może ten facet nie był mu tak obojętny jak sobie to wmówił?
– Coś się stało? – zapytał mężczyzna, zagradzając drogę do swojego mieszkania ciałem. Aleks przyjrzał się zmęczonej twarzy Krzysztofa, teraz, w słabym świetle lamp na korytarzu nie prezentował się zbyt dobrze. Pod oczami miał, mocniejsze niż zazwyczaj, cienie, jego skóra wydawała się mieć ziemisty odcień, a policzki, zazwyczaj pulchne, prawie że mu się teraz zapadały.
Schudł, to Aleks zauważył już na pierwszy rzut oka. Nie tak wiele, bo brzuch wciąż mu się odznaczał pod bluzą, jednak widać było, że te kilogramy nie zostały zrzucone w kontrolowanych warunkach, gdzieś na siłowni czy przez zdrową dietę. Chociaż Aleks akurat o zdrowych dietach i ćwiczeniach nie powinien wypowiadać się w ogóle.
– Tak przyszedłem, bo... – To nie jest rozmowa, którą mogą odbyć na korytarzu, podpowiedziało mu coś w głowie. – Mogę wejść? – zapytał, na co Krzysztof wyraźnie się zawahał, ale w końcu odsunął się od drzwi, przepuszczając Aleksa do przestronnego, jasnego przedpokoju, którego tak dobrze już znał. Rozkład pomieszczeń w tym apartamencie miał już wyryty w pamięci,; na wprost znajdowała się kuchnia, na samym końcu korytarza, za obszerną, oszkloną szafą komandora łazienka, a z drugiej strony duży salon z ogromnym oknem na całą jedną ścianę.
Bez słowa pochylił się do swoich znoszonych, wojskowych butów i zaczął je rozsznurowywać. Krzysztof patrzył na niego z góry zblazowanym wzrokiem, który w ogóle do niego nie pasował. Od kiedy to stał się aż tak obojętny?
– Bo ja... chciałem podziękować – wymamrotał Białecki, kiedy już znaleźli się w jasnej kuchni, z ciemnymi, kamiennymi blatami. Krzysztof wstawił wodę w czajniku i odwrócił się do Aleksandra przodem z założonymi rękami.
– To nic takiego – mruknął. – Wiem, że nie masz pracy. Teraz byłoby ci ciężko coś dorwać. – Odwrócił wzrok i wbił go w okno, przez które do pomieszczenia wpadały promienie popołudniowego słońca.
– Mhm, dlatego dziękuję – burknął, czując się dziwnie w takiej sytuacji. Zaczerwienił się nawet nieco, zdając sobie sprawę, że coś takiego było dla niego nowością. Nie miał pojęcia jak się w tym wszystkim odnaleźć, jeszcze kiedy Krzysztof nie był zbyt skory do rozmowy. – I... ja... widziałem się ostatnio z bratem – dodał, sam nie wiedząc dlaczego. Po prostu czuł, że musi się z kimś tym podzielić. A komu miał mówić, skoro nikt nie wiedział o jego sytuacji rodzinnej prócz Krzysztofa? Wcześniej może i irytowało go ciągłe drążenie tego tematu, jednak kiedy został na kilka dni z tym wszystkim sam, czuł, że problemy go przerastają. A najgorsze, że musiał się z nimi wszystkimi zmierzyć w pojedynkę. Nie był do tego przygotowany.
Mężczyzna spojrzał na niego nieco zdziwiony, najwidoczniej nie spodziewał się, że Aleksander sam do tego nawiąże. Kiwnął dość oszczędnie głową, jakby bał się za bardzo spoufalać z chłopakiem. Raz mu już się przecież za to oberwało.
– I jak? – zapytał tylko, na co Aleks odetchnął ciężko i wzruszył ramionami.
– Nie wiem... to, jakby nie patrzeć, mój brat – mruknął cicho, wbijając wzrok w podłogę. Stopy Aleksa w czarnych, trochę sfilcowanych skarpetkach odznaczały się na tle kremowych, błyszczących płytek.
Krzysztof nic mu nie odpowiedział. Woda w elektrycznym czajniku zagotowała się, odwrócił się więc do blatu przodem i wyciągnął z szafek dwa kubki, do których wrzucił po jednym woreczku herbaty.
– Zaraz święta – odezwał się znowu Aleks.
– Za tydzień – mruknął Krzysztof i kiwnął głową, zalewając naczynia wrzątkiem.
– Nie lubię świąt – dodał chłopak i zgarbił się. – Jedziesz do swojej rodziny? – zapytał, sam nie wiedząc dlaczego kontynuuje tę rozmowę.
– Jak co roku – odparł mężczyzna oszczędnie, po czym odwrócił się i podał czarny kubek Aleksowi. – A ty?
– Będę sam – odburknął, wzruszywszy ramionami.
– Twój brat też będzie sam – rzucił Krzysztof, ale nawet na niego nie spojrzał. Znów wbił wzrok w okno, a po plecach Aleksa przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
Tak, obaj będą sami, ale po co, do cholery, Krzychu mu to mówił? Wpatrzył się w parującą herbatę i woreczek unoszący się na jej powierzchni. Nie mógł już dłużej udawać, że nie wiedział co mężczyzna ma na myśli.
– Ja już pójdę – powiedział nagle i odstawił kubek na blat kuchenny, obok Krzysztofa. – Ja... muszę coś zrobić.
Mężczyzna wreszcie zwrócił na niego swoje zmęczone spojrzenie i nagle uśmiechnął się lekko, po czym kiwnął głową.
– Zrób co uważasz za słuszne.

***

Wysoki poniemiecki budynek z czerwonej cegły piętrzył się przed nim, a on ostatni raz się jeszcze zawahał, aż wreszcie minął pomalowaną na zielono bramę i ruszył prosto do wejścia. Pokonał trzy stopnie dzielące go od zupełnie nie pasujących do przedwojennego klimatu budynku, nowoczesnych, jakby sklepowych, białych plastikowych drzwi, aż wreszcie znalazł się wewnątrz. Spojrzał na znajdujące się przed nim betonowe, krzywe schody z powyginaną poręczą, gdzieś obok stał automat z napojami i właściwie gdyby nie on, wszystko byłoby jak kiedyś, jak te czternaście-piętnaście lat temu. Nawet spoglądające na niego przy wejściu, gipsowe popiersie Adama Mickiewicza się nie zmieniło, może tylko trochę strzępił mu się nos. Zerknął na pozawieszane na tablicach rysunki i ruszył w stronę, gdzie kiedyś znajdował się sekretariat.
Po raz pierwszy od dawna towarzyszyło mu uczucie podpowiadające, że robił coś dobrze. Że właśnie tak powinien się zachować. Stanął pod nowymi, drewnianymi drzwiami ze złotą plakietką z czarnym napisem „sekretariat” (pamiętał, że jak on był uczniem tej szkoły, to drzwi od tego pomieszczenia były tak wyświechtane, że ledwo co się zamykały). Miał już w głowie ułożone wszystko co powie; był bratem Bielickiego i przyszedł, żeby odebrać go ze szkoły. Wiedział jednak, że to nie będzie takie proste, w końcu nie znał nawet dokładnego wieku tego chłopca i jego imienia. Ale musiał spróbować, jak się nie uda, to mówi się trudno – pocieszył się w myślach. Nim jednak chwycił za klamkę, zastanowił się jeszcze, czy nie lepiej sprawdzić wszystkie klasy na parterze, bo to właśnie tam miały zajęcia dzieci uczęszczające do jeden-trzy. Szybko jednak doszedł do wniosku, że to byłoby dość żmudne, no i zresztą nie wiadomo czy jego brat nie skończył już lekcji. Najlepiej było po prostu odegrać głupka w sekretariacie.
Zapukał, a następnie pewnym krokiem, tak jakby przychodził tu już nie raz jako opiekun młodszego brata, wszedł do środka. Kobieta zza biurka usłanego papierami spojrzała na niego jakby zdziwiona, ale zaraz na jej twarzy, trochę zbyt pomarańczowej od źle dobranych kosmetyków, pojawił się lekki uśmiech. Wydawała się dość młoda, krótko po studiach, a przez to jeszcze niedoświadczona.
– Dzień dobry – przywitał się i już miał dodać coś jeszcze, gdy drzwi za nim otworzyły się, a do środka weszła jakaś niska, starsza kobieta w grubych okularach.
– Jest Asia? – zapytała, nie przejmując się w ogóle Białeckim. – Miała mi dać te papiery w związku z konkursem – dodała, a jej przeszywający wzrok zatrzymał się na chwilę na Aleksandrze i ten momentalnie sobie ją przypomniał. Niemożliwe, że ta baba wciąż tu pracowała! Żyła, ba! – jeszcze chodziła, a nawet mówiła! Przecież już te kilkanaście lat temu wszyscy się z niej naśmiewali, że była starsza od dinozaurów. Omiótł ją uważnym wzrokiem, jakby chciał sprawdzić, czy zaraz się tu nie rozsypie. Ile ona mogła mieć lat? Już kiedyś wyglądała na grubo po sześćdziesiątce, a teraz...? Osiemdziesiąt?! Jego spojrzenie błądziło po jej zgarbionej sylwetce, pod zielonym swetrem odznaczał się dość spory garb, dłonie, które zaciskała na jakiejś teczce, wydawały się pokrzywione, żylaste i niesamowicie suche, nie mówiąc już o jej twarzy... Przez wszystkie trzy pierwsze klasy podstawówki bał się jej, mimo że nie była jego wychowawczynią. Na przerwach nie dawała nikomu taryfy ulgowej, pod jej okiem nie można było biegać, za głośno się śmiać, w ogóle, najlepiej nie oddychać.
– Miała za chwilę je przynieść – powiedziała młoda sekretarka z lekkim przerażeniem. Z pewnością była tu nowa, pomyślał Aleksander, obserwując te dwie kobiety w milczeniu. – A pan? – zwróciła w końcu na niego uwagę.
– Jestem bratem Białeckiego, ale niestety nie pamiętam do jakiej dokładnie chodzi klasy – powiedział z niezachwianą pewnością. Musiał sobie pogratulować w myślach za taką grę aktorską. To właściwie nigdy nie było jego dobrą stroną, jednak teraz sam by sobie uwierzył, tak dobrze wypadł. – Miałem go odebrać dzisiaj z zajęć, niestety trochę pomyliły mi się godziny i...
– Białeckiego? Piotra Białeckiego? – zaskrzeczała starsza nauczycielka, której kiedyś Aleks tak nie lubił. Teraz jednak stwierdził, że wcale nie była taka zła, w końcu udzieliła mu informacji, której tak potrzebował, bez zbędnego kombinowania. Jego brat miał na imię Piotr... Aż się lekko skrzywił, to imię wydawało mu się jakieś takie szorstkie, w ogóle niepasujące do tego chłopca, którego ostatnio widział.
– Tak, tak, Piotra – potwierdził i kiwnął głową.
– Szok, że kogoś od niego widzę! – prychnęła kobieta zarozumiale i założyła ręce na piersi. – Bardzo zaniedbane dziecko, ma spore zaległości w nauce, zastanawiam się, czy go przepuścić do trzeciej klasy, może sobie w ogóle nie poradzić, a to dopiero początki w jego edukacji! – Jej brwi zbiegły się ze sobą, prawie się zrównując z linią grubych oprawek okularów, które miała na nosie. Przez chwilę w głowie Aleksa zrodziło się pytanie, czy to były te same okulary co piętnaście lat temu.
– Przekażę rodzicom – powiedział i uśmiechnął się lekko, starając się wyjść całkowicie naturalnie. Chociaż fakt, że jego brat miał problemy w szkole, w ogóle go nie dziwił, sam je przecież kiedyś miał. – Piotr ma jeszcze zajęcia? – zapytał.
– Tak, tak, właśnie kończy religię w sali numer piętnaście – powiedziała i zerknęła na zegarek zawieszony nad biurkiem młodej sekretarki, która wróciła do swojej pracy. – Trafił pan, bo to ostatnia ich lekcja. Proszę się wziąć za tego chłopaka, bo naprawdę szkoda dziecka – dodała jeszcze, a Aleks kiwnął głową, podziękował i wyszedł. Co miał niby zrobić? Jak mu pomóc? Iść do rodziców i im powiedzieć, że marnują życie swojego kolejnego dziecka? Aż prychnął zirytowany, wsuwając dłonie w kieszenie spodni. Momentalnie w przełyku pojawiło mu się ssące uczucie, miał ochotę zapalić. A najlepiej to w ogóle zdrowo się napić, może wtedy wpadłby na jakiś błyskotliwy pomysł, który pomógłby mu (i Piotrkowi) wyjść z tej patowej sytuacji.
Ruszył wzdłuż korytarza, doskonale pamiętając, że sala numer piętnaście znajdowała się na parterze, tuż obok toalet, z których zawsze niezbyt ładnie pachniało. To najwidoczniej jednak się nie zmieniło, bo kiedy zatrzymał się pod odpowiednimi drzwiami, momentalnie poczuł nieprzyjemny zapach moczu. Opadł na drewnianą ławkę, jaka znajdowała się pod jedną ze ścian pomalowanych zieloną farbą olejną, po czym wyciągnął telefon. Aż uniósł brwi, kiedy zobaczył, że ma SMS-a. I że ten SMS nadszedł od Jaśka.
„Jutro o piętnastej próba. Nie spóźnij się, w sobotę mamy koncert, więc lepiej do tego czasu ogarnij swoją depresję” – napisał mu. Białecki mimowolnie uśmiechnął się pod nosem i zablokował swojego smartfona, by po kilku minutach znów spojrzeć na treść wiadomości, a następnie na nią odpisać.
„Jak przyjedziesz do mnie ze śniadaniem i znów zaczniesz mi sprzątać, to ogarnianie się chyba nie będzie zbyt opłacalne” – wystukał z głupawym uśmieszkiem, z którego nawet nie zdawał sobie sprawy.
„Zamów lepiej jakąś ekipę sprzątającą, jedna osoba nie podoła” – przyszła szybka odpowiedź. Po przeczytaniu jej Aleks aż się zaśmiał i już miał się zabrać za odpisanie, gdy rozbrzmiał mu w uszach głośny, drażniący dźwięk dzwonka. Momentalnie się skrzywił, kto normalny to wymyślił? Przecież od tego szło ogłuchnąć!
Nie miał jednak okazji na dłuższe narzekanie, bo już po chwili drzwi od klasy otworzyły się na oścież, a z jej wnętrza wybiegło stado dzieci. Aleks momentalnie się podniósł na równe nogi, czując jak serce podchodzi mu do gardła. Zaczął szukać wzrokiem ciemnej, niemal czarnej czupryny, a gdy ją wreszcie wypatrzył, zadziałał odruchowo, tak jak podpowiadał mu instynkt. Ruszył do smutno idącego w stronę drzwi chłopca i złapał go za ramię.
– Hej, Piotrek – rzucił najłagodniej jak potrafił, o co jeszcze kilka minut temu nawet by się nie podejrzewał. Dziecko obejrzało się na niego zaskoczone i otworzyło szeroko małe, brązowe oczy.
– To ty – wymamrotał chłopiec, garbiąc się mocno. Był bardzo drobny, niski i jakiś taki chuderlawy, z nieprzyjemnie ziemistym kolorem cery i sinymi cieniami pod oczami. – Kim jesteś? – zapytał, a Aleks w tamtym momencie miał w głowie całkowitą pustkę. Nie wiedział co robić, jak powinien się zachować? Co powiedzieć? Przecież ten chłopiec go nie znał!
Pochylił się przed dzieckiem, tak, by być twarzą na wysokości jego twarzy. Uśmiechnął się dość uprzejmie, zupełnie jak nie on. Serce łomotało mu w piersi, ale każdą komórką w swoim ciele czuł, że robi dobrze. Że wreszcie, cholera, zrobił coś w swoim życiu tak jak powinien.
– Jestem Aleks – powiedział. – Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale jestem twoim bratem – dodał, a na buźce dziecka momentalnie pojawił się wyraz głębokiej konsternacji. Ciemne brwi zmarszczyły się, tak samo jak i nos, na którym Aleks dostrzegł kilka piegów. On kiedyś też je miał.
– Bratem? – zapytał.
– Tak, jak się wyprowadziłem z domu, ty się urodziłeś – powiedział, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że kiedy opuszczał rodziców, jego matka musiała być już w ciąży. Najchętniej to by takich ludzi wykastrował, pomyślał zirytowany, bo kiedy patrzył na dziecko przed sobą, zdawał sobie sprawę, że Piotrek niczym na to nie zasłużył.
– Aleksander? – Na twarzy chłopca pojawił się nagle lekki uśmiech, który rozświetlił trochę jego twarzyczkę. – Mama czasem o tobie mówi – dodał, momentalnie się rozchmurzając. – Zawsze chciałem cię poznać!
Starszy Białecki nie mógł nie zareagować tym samym – również się uśmiechnął, zdając sobie sprawę, że w krótkiej chwili naprawdę polubił tego dzieciaka. Za bardzo przypominał mu siebie samego, gdy miał to siedem-osiem lat i gdy wciąż miał nadzieję, że ktoś go zauważy. Doceni. Pomoże.
– No to poznajesz – powiedział, nie bardzo wiedząc jak się obchodzić z dziećmi. – Chcesz... chcesz może skoczyć coś zjeść? – zapytał i podrapał się nerwowo w tył głowy. Piotr uśmiechnął się jeszcze szerzej i nagle, całkowicie niespodziewanie rzucił mu się na szyję. Przytulił Aleksa do siebie mocno, a w tym ruchu był jakiś akt desperacji pomieszany ze szczerą dziecięcą radością.
Wszystko w Piotrku zdawało się krzyczeć, że w końcu ktoś go zauważył, w końcu nie był sam.
Aleks objął go nieco niepewnie, aż wreszcie dość stanowczo odsunął od siebie. Zmieszał się jednak, kiedy spojrzał w niepokojąco błyszczące oczy dziecka.
– Idziemy do szatni, co? Słyszałem, że to twoja ostatnia lekcja – Piotr kiwnął głową, nie przestając się uśmiechać – i słyszałem też, że niezbyt dobrze się uczysz – dodał, na co dziecko nieporadnie wzruszyło ramionami, ale nie odpowiedziało mu ani słowem. – Okej, okej, naprawimy to – mruknął, sam nie wiedząc dlaczego. Czy chciał cokolwiek „naprawiać”? Gdy jednak spojrzał na pełen nadziei wyraz twarzy swojego brata, momentalnie odrzucił te rozmyślania. Zszedł z nim do piwnicy, w której znajdowały się szatnie, po czym pomógł mu założyć kurtkę, czapkę i szalik, a także przebrać buty. Udawał, że wcale nie widzi zachwyconego uśmiechu, którym Piotrek co chwilę go obdarzał.
I tak oto on, obwieszony kolczykami, w dużej, ciężkiej skórzanej kurtce i wojskowych butach, apodyktyczny Aleks, roztapiał się pod wpływem spojrzenia ośmioletniego chłopca, który w tamtym momencie wydawał się być najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem. Mimo że obaj wiedzieli, że nie jest. Daleko mu do radosnego drugoklasisty, którego jedynym problemem powinna być nauka mnożenia. Ale liczył się moment, a dla Piotrka ta chwila wydawała się magiczna i Aleksander doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

***

Nigdy by nie pomyślał, że patrzenie na jedzące dziecko będzie mu sprawiać taką radość. Piotrek w ogóle nie wybrzydzał, poszli do zwykłego baru mlecznego, a chłopiec zjadł wszystko, co zamówił mu Aleks. Nie chciał sobie nawet wybrać deseru, zostawiając to swojemu bratu i pozwalając mu zadecydować. Tak nie powinno być, pomyślał Aleksander, kiedy chłopiec zajadał się sernikiem. Dzieci przecież wybrzydzają, a tymczasem Piotrek cieszył się z trochę okazanej mu uwagi. Przecież, gdyby wychowali się w normalnej rodzinie, mama powinna Piotrowi wciskać mu jedzenie, a on za to powinien się wiercić i narzekać, że tego nie lubi. Ale chłopiec właśnie takiego „wciskania” pragnął, cieszył się, że ktoś wreszcie może zadecydować za niego.
– Smakowało? – zapytał Aleks, kiedy obaj już zjedli. Piotrek kiwnął głową i wytarł wierzchem dłoni brodę z okruszków po cieście. – Jak wrócisz do domu, odrób lekcje, bo obiecuję, że przejdę się do twojej nauczycielki i osobiście ją o to zapytam – zagroził mu, bo przez te dwie godziny, które spędził z Piotrem, zdążył zauważyć, że takie zwykłe rzeczy, zdawałoby się, że nieprzyjemne dla większości dzieci, cieszyły go. Chłopiec się zaśmiał i potaknął, jednak jego entuzjazm znikał, kiedy uświadamiał sobie, że zaraz się ze swoim nowo poznanym bratem rozstanie. – Masz telefon? – zapytał w pewnej chwili starszy Białecki.
– Nie – odpowiedział Piotr i spojrzał na niego ciekawie. W Aleksie z chwili na chwilę budziły się nieznane dotąd uczucia, mimo że jeszcze niedawno wypierał się tego, teraz chciał swojemu bratu pomóc. Czuł, że ten chłopiec zasługuje na normalne życie. I może to głupie, bo przecież spędził w towarzystwie dziecka tylko kilka godzin, kompletnie się nie znali, nic o sobie nie wiedzieli prócz tego, co opowiedzieli, ale...
Ale chyba go pokochał.
Sięgnął po serwetkę, na której nabazgrał swój numer telefonu i adres, a następnie podał papier zaskoczonemu chłopcu.
– Jak coś się będzie dziać, dzwoń a nawet przyjeżdżaj – powiedział pewnym głosem. – Weź taksówkę i przyjedź, zapłacę za ciebie – dodał, na tę jedną chwilę nie starając się grać kogoś, kim nie był – oziębłego, widzącego jedynie swój czubek nosa Aleksa. – A tu masz pięćdziesiąt złotych – dodał i wyciągnął banknot, który podał chłopcu. – Nie dawaj ich rodzicom, schowaj i zostaw dla siebie. Jak będziesz czegoś potrzebować, to sobie kup.
Spojrzenie, jakim obdarował go Piotrek dodatkowo tylko utwierdziło go w przekonaniu, że naprawdę bardzo dobrze zrobił, odnajdując chłopca i kontaktując się z nim. Dziecko go potrzebowało, nie miało nikogo innego i nagle pojawił się ktoś, kto mógł mu pomóc.
Tylko że Aleks sam potrzebował pomocy. Mimo dwudziestu czterech lat na karku wcale nie czuł się jak dorosła, odpowiedzialna osoba.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum