The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 21 2019 06:03:46   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Jedwabny szal 12


Zamarł. Patrzył na tego nieznanego mu mężczyznę, a wilk w nim poruszył się po raz pierwszy od lat. Szeptał mu w duszy rzeczy, o jakich nie chciał słyszeć. Ten zmienny patrzył na niego. Jego długie włosy powiewały wokół twarzy, a szczękę pokrywał kilkudniowy zarost, natomiast oczy miały w sobie magnetyczne przyciąganie. Justinowi w ustach zrobiło się tak sucho, że wypowiedzenie słowa mogło sprawić mu ból. Ten ktoś patrzył na niego tak dziwnie, jakby chcąc go... pożreć? Żołądek zawiązał mu się w supeł na samą myśl, o co temu komuś chodziło. Jeżeli on też słyszał ten głos wilka mówiący o partnerstwie... Spociły mu się ręce i otarł je w spodnie. Jego ciało reagowało na tego zmiennego podnieceniem, ale i strachem. Strach był o tyle większy, panował nad nim. Zaczął go dusić. Potrzebował uciec spod niewoli tych oczu. Odskoczył z trwogą, gdy ktoś go dotknął. Chyba ta osoba coś do niego mówiła, ale dudnienie w głowie skutecznie zagłuszało głos. Był tylko strach, że ten ktoś się do niego zbliży. Że zbliży się ten obcy zmienny. Zmienny, do którego jego wilk się przebudził i wołał o partnerstwie. Musiał się ukryć. Musiał!
Christian patrzył na przyjaciela z szeroko otwartymi oczami. Odkąd się znają nie widział go takim. Mężczyzna się bał. Bał się tak bardzo, że świadczył o tym całą swoją postawą. Przecież to niemożliwe, aby tak reagował na Daria. Specjalnie beta został z tyłu, by nie płoszyć zmiennego wilka. Zresztą Justin bał się grupy obcych, nie jednego. Wszak reagował dobrze, na Martina i Daniela, lecz to mogło chodzić o to, że są alfami i wydzielają hormon opieki nad słabszymi. Dario nie miał tego daru, nie był alfą.
– On ci nic nie zrobi. To przyjaciel. – Wyciągnął rękę do Justina, lecz szybko ją zabrał, kiedy ten odskoczył, a strach się pogłębił. – Justin...
– Spokojnie, on się boi. – Z domu wyszedł Jacob. Miał właśnie jechać do Daniela, kiedy ujrzał widok, który go zaniepokoił. – Justin... – Zanim dokończył zdanie jego brat uciekł, jak mały, przerażony chłopiec. Wiedział, co on teraz zrobi i bolał nad tym. Pytanie, dlaczego tak zareagował na betę sfory Alston. Obejrzał się na Daria. Mężczyzna może nie był przerażony, jak jego brat, ale wyglądał na zaskoczonego.
– Ale co mu się stało? Chciałbym z nim porozmawiać – nalegał Christian.
– Nie możesz. On... Musiałby ci sam o tym opowiedzieć. W tym momencie nic nie zrobisz. Nawet ja nie mogę. Lepiej wracaj do domu, ale najpierw pozwól, że porozmawiam z betą. – Nie czekał na jakąkolwiek reakcję zmiennego smoka, lecz poszedł do Daria. Już jak zbliżał się do niego, bez pytań zyskiwał odpowiedzi. Dario wydzielał nikłą, bo nikłą, ale dla niego dość dobrze wyczuwalną, woń partnerstwa. Czyżby ten mężczyzna, był partnerem Justina? To by wyjaśniło tak wielkie przerażenie jego brata. Też to poczuł, a świadomość, że Dario miałby się do niego zbliżyć, nie tylko na wysunięcie ręki, spotęgowała trwogę Justina.
Dario otrząsnął się po tym nieoczekiwanym spotkaniu. Tak długo czekał i nagle miał partnera. To znaczy nie miał, ale już wiedział, gdzie go znaleźć. Tylko, dlaczego on był taki przerażony i uciekł? Zorientował się, że przed nim staje alfa Langston i pokornie spuścił wzrok na swoje stopy.
– Dzień dobry, alfo.
– Witaj. Chciałem zadać ci kilka pytań, lecz już nie muszę – powiedział Jacob, a Dario podniósł wzrok. – Mój brat, Justin... On... Wiele o tobie słyszałem. Dobrego i złego. Trudno mi walczyć z więzią partnerstwa i nie będę tego robił. Nie skrzywdź go. Najlepiej na razie się do niego nie zbliżaj. Przeszedł zbyt wiele i nie będę go narażał na jeszcze więcej.
– Alfo skąd wiesz, że...
– Twój zapach. Mój brat potrzebuje czasu, by zaakceptować obcych, a co dopiero kogoś, kto jest jego partnerem. Wszak kontakty wtedy są zupełnie inne. Widziałeś, że nie skacze z radości...
– Boi się, ale czemu?
– To długa historia, nie na opowieść w tym momencie. Nie mam prawa ci jej opowiadać. To prawo ma tylko Justin i tylko za jego przyzwoleniem będziesz mógł do niego podejść. Nie obiecuję, że kiedyś na to pozwoli. Na razie zostaw go w spokoju.
Miał zostawić w spokoju kogoś, na kogo czekał? Na jak długo miał to zrobić? Dlaczego? Co było przyczyną tak wielkiego strachu młodego wilka, że wolał uciec niż podejść do niego i kochać się z nim do utraty tchu, a potem spędzić życie u jego boku? Czuł, że rozwiązanie tej zagadki nie nastąpi szybko. Pokornie skinął głową Jacobowi i zauważył, że nie ma Christiana.
– Nie niepokój się o niego. Poszedł pewnie szukać mojego brata. Nie znajdzie go w jego pokoju.
– To gdzie? – zapytał, ale odpowiedzi nie otrzymał.
– Jak wróci, wracajcie do domu. Ja jadę na spotkanie z twoim alfą. – Obrzucił wzrokiem mężczyznę. Wyglądał na takiego, co by z łatwością mógł uchronić jego kruchego psychicznie brata. Słyszał, że Dario Monahan bywa agresywny, ale jest też lojalny i żaden partner nie skrzywdzi swego partnera, nawet jak nie są sparowani, więc o to się nie martwił. Martwił się, że Justin może stracić kogoś, kto będzie w stanie się nim zaopiekować. Nie wiedział, czy w Dariu będzie tyle cierpliwości, by dać Justinowi czas na jakąkolwiek reakcję. Chłopak musi dojrzeć do tego, że pojawił się partner. Dojrzeć psychicznie zanim ponownie go ujrzy. Obawiał się, że to potrwa... wieczność.

* * *


Zmartwiony Christian zamknął drzwi pustego pokoju przyjaciela. Spojrzał na Sheoni smutnym wzrokiem.
– Nie mogę ci powiedzieć. Justin, zabronił komukolwiek o tym mówić.
– Ale gdzie on jest?
– On teraz potrzebuje samotności. – Widziała przez okno, że wydarzyło się coś niezwyczajnego i miała zamiar wypytać Jacoba, kiedy wróci do domu. – My z nim żyjemy od wielu lat. Jak do końca ci zaufa, to opowie swoją historię, ale równie dobrze może nigdy tego nie zrobić. Nie naciskaj. Przyjedź jutro on będzie czekał. I uśmiechnij się. Dzieci wyczuwają twój stan. – Jej uśmiech rozjaśnił korytarz. Zmienna pantera ewidentnie była słońcem w tym domu.
Pożegnał się z nią i wrócił do samochodu. Dario nie wyglądał najlepiej.
– Stało się coś?
– Odnalazłem partnera i nie mogę się do niego zbliżyć. Nawet spotkać się z nim.
Christianowi szczęka opadła i nie mógł jej zebrać, by wykrztusić choćby jedno słowo. Czyżby to był Justin? To by wyjaśniło jego reakcję. Zmienny wilk przeżył coś bardzo traumatycznego w przeszłości. Nie pozawalał się do siebie zbliżać. Nie marzył o partnerstwie, aż tu nagle pojawił się obcy, wielki, straszny wilk i bał się kontaktu z nim.
– Daj mu czas – wykrztusił i wsiadł do samochodu.
– Czas. – Chyba znienawidzi to słowo.

* * *


W ciemnej piwnicy, na materacu leżała postać w pozycji embrionalnej. Otwarte zapłakane oczy patrzyły jakby przez ścianę. Tu była jego kryjówka. Tu mógł dojść do siebie. Tu umierał po raz kolejny i wracał z powrotem do życia, a raczej marnej egzystencji. Nie chciał partnera, chciał spokoju lub śmierci, która zagłuszyłaby ból. Ból, który po latach nadal istniał. Chociaż ciało się wyleczyło, umysłu nic nie mogło uleczyć. Nic!

* * *


Kilka godzin później wściekły Daniel, trzasnął drzwiami od sypialni i zgromił wzrokiem Martina. Był zły, że ten zostawił Christiana samego w miasteczku.
– Zanim coś powiesz... – zaczął Coleman.
– Zanim?! Jak mogłeś go tam zostawić?! Co by było gdyby ktoś z ludzi Stone'a pojawił się tam?!
Martin odłożył na bok czytaną książkę i wstał z fotela.
– Był z Luisem.
– To człowiek! Sądzisz, że poradziłby sobie z taurenami?! Nawet bez zmiany są silni, tak jak my. Przeciętny człowiek nie ma szans w walce! Jak mogłeś go posłuchać?! Zachowałeś się infantylnie! – Krzyczał Daniel.
– Zrobiłbyś to samo! Dałem mu chwilę wolności! Nie możemy traktować go jak dziecka! On kichnie, a my już lecimy z chusteczką! Nic mu się nie stało! Wrócił cały i zdrowy! Jak możesz oskarżać mnie, że zawaliłem?! Kocham go tak samo jak ty i również nie chcę, aby ktoś go skrzywdził!
– Ale nie można mu ulegać! Ty to zrobiłeś! Byli sami, zanim Dario tam dojechał!
– Nic mu się nie stało! Jest cały i zdrowy, teraz siedzi w kuchni razem z innymi! I nie wrzeszcz na mnie! Nie wyładowuj się na mnie za to, że konkurencyjna firma wykupiła nieruchomości, jakie miałeś na oku! Jestem twoim partnerem, nie chłopcem do wrzasków! – Partnerstwo sprawiało, że dane osoby nie mogły się skrzywdzić, ale to nie miało związku z kłótniami. Robili to jak każdy normalny człowiek.
– A on jest nasz, jest słabszy i naszym zadaniem jest go chronić! Ty tego nie zrobiłeś!
Scysja dalej trwała, głównie chodziło w kółko o to samo i nie wiedzieli, że za drzwiami stoi smutny Christian. Słysząc ich krzyki miał ochotę się rozpłakać. On był winny tej awanturze. W ogóle to pierwszy raz się kłócili, od kiedy ich znał. Chciał wejść do sypialni, uspokoić rozsierdzone wilki, ale nie potrafił. Jak miał ich przeprosić za coś, czego on był winien? Zawrócił i zszedł na dół.
– Christian wszystko dobrze? – zapytała Sonia.
– Chcę się przejść.
– Pójdę z tobą.
– Wolę być sam. Spokojnie, na terenie posiadłości nic mi się nie stanie. Obcy tu nie mają wstępu. Muszę odetchnąć zanim zbiorę się na rozmowę z moimi partnerami.
– Co się dzieje? – Troska w jej głosie wypełniła jego uszy. Przyjaciółka zawsze najpierw martwiła się o innych, a później o siebie. Choćby była chora i miała z czterdzieści stopni gorączki wstałaby z łóżka i pobiegła na pomoc przyjacielowi, kiedy ten by jej potrzebował.
– Oni się kłócą...
– Ale z tego, co wiem nie skrzywdzą siebie ani ciebie.
– Nie o to chodzi. To przeze mnie się kłócą. Wyszedłem z kuchni zaraz za Danielem, kiedy dowiedział się, że zostałem w miasteczku bez strażnika, i wszystko słyszałem. Moja głupota znów sprawia, że... – Odetchnął głęboko.
– Ej, nie jesteś głupi. – Złapała go za ramiona. – Teraz się kłócą, a za chwilę pewnie będą pieprzyć. – Sama nie mogła uwierzyć, że to powiedziała. – No, sorry.
– Dlaczego? Przecież oni to robią również beze mnie, jak ja z Martinem lub Danielem bez tego drugiego.
– Chris, kocham cię, ale nie zamierzam słuchać o waszym intymnym pożyciu.
Uśmiechnął się słabo.
– Od kiedy cię to nie interesuje, co? – Wzruszyła ramionami. – Wrócę za dwie godziny. Mam wiele rzeczy do przemyślenia. Chciałbym wynagrodzić im to, że ostatnio ciągle im marudzę.
– Zrobisz im niespodziankę? – Wyszczerzyła się.
– Może.
Patrzyła jak chłopak wychodzi i zaraz pobiegła do brata, który siedział w salonie i oglądał telewizję. Powiedziała mu, co się dzieje i poprosiła, aby poszedł za Christianem, by mieć na niego oko. Luis bez wahania się zgodził. Dawno temu obiecał sobie, że nigdy nie zostawi przyjaciela samemu sobie. Nie muszą nawet rozmawiać. Wystarczyło, że będzie obok. Wybiegł za Christianem.

* * *


Dario siedział przy oknie w swojej sypialni i wpatrywał się w ciemność. Gdy wrócili do Arkadii, alfa Langston nadal rozmawiał z Danielem, ale po zakończonej rozmowie spotkali się przed domem i Jacob kolejny raz powiedział, aby zrobił wszystko, co możliwe, żeby nie zbliżyć się do Justina. Miał partnera, a nie mógł go tak naprawdę mieć. Nie znał powodu, dlaczego tak musi być, lecz musiał posłuchać Langstona. Nigdy nie spotkał się z takim przypadkiem. Co zrobiono Justinowi, że nie było szans na zostanie jego partnerem? Pogodzenie się z tym nie będzie łatwe. Spojrzał w dół. Widział, że Christian i Luis spacerują w świetle księżyca. To dopiero była przyjaźń. Dziś dzwonił do swego najlepszego żołnierza i dowiedział się, że dom Brightów nie był już obserwowany, ale postanowił zaczekać z kilka dni, zanim rodzeństwo będzie mogło wrócić do domu. Kontaktował się też z Tomasem. Zmienny nie miał żadnych nowych wieści. Mimo tego nie wierzył, że Stone ustąpił. Prawdopodobnie coś planował, a to go niepokoiło.
Udał się pod prysznic, a potem chciał już tylko spać.

* * *


– Po coś za mną przylazł?
– Będę twoim cieniem – odpowiedział Luis.
– To się nie odzywaj i pozwól mi myśleć.
Pełnia księżyca rozświetlała im ścieżkę. Gdzieś wśród drzew słychać było pohukiwanie sowy, a w oddali odgłosy zmiennych, którzy odpoczywali przy wspólnym biesiadowaniu na dworze. Nie zbliżali się do ich domów. Posiadłość miała tak rozległe tereny, że śmiało mogli udać się tam, gdzie skorzystanie z samotności, będzie łatwe. Christian nie był zadowolony z towarzystwa, lecz Luisa mógł zaakceptować. Chłopak już nie raz mu towarzyszył w stanach melancholii. Chociaż tej wczesnej nocy to było coś innego. Doprowadził do kłótni swych partnerów i musiał wymyślić, jak ich obu przeprosić. Nie mógł po prostu pójść z nimi do łóżka. Wiedział, że teraz pewnie się kochają, lecz to nie umniejszało jego bólu, że ich skrzywdził. Usiadł na wąskiej ławeczce tuż przy stawie, w którym odbijały się gwiazdy i księżyc. Noc była piękna. Zawsze ją lubił, chociaż bywały chwile, że się bał. Ojczym nieraz przychodził do jego pokoju, budził go i krzyczał bez powodu, byle wyładować na nim niepowodzenie w pracy. W nocy nie miał ucieczki przed nim. Mimo tego nie odbierał urody ciemności, a w szczególności nocnemu niebu. Nie było nic piękniejszego niż miliony światełek na nieboskłonie. Dlatego teraz patrzył na nie i uspokajał się.
– Chciałbym rzucić im niebo do stóp – powiedział, ale nie otrzymał odpowiedzi. – Możesz się odezwać, jeżeli chcesz. – Mimo tego nadal nie uzyskał odpowiedzi.

* * *


Daniel pocałunkami pieścił twarz Martina. Chciał go przeprosić za to, że się uniósł. Sama myśl, że Christianowi i dzieciom mogłoby coś się stać doprowadzała go do szaleństwa.
– Uwielbiam się z tobą kochać – wyszeptał Martin polegując pod Danielem. – I nie patrz tak szczenięco. Już nieraz darliśmy ze sobą koty.
– Ty słyszysz jak to brzmi: „drzeć koty”, co by było, gdyby Sheoni to usłyszała.
– Kocica by się wściekła, a z ciężarną nie ma co zaczynać. – Przesunął z czułością dłonią po karku Daniela.
– Ciężarnym też. Gdzie on w ogóle jest?
– Pewnie spędza czas z przyjaciółmi.
– Poszukam go. Pora, by wrócił do małżeńskiego łoża. – Wstał, a Martin odwrócił się na bok obserwując doskonałe ciało partnera. Ciało, które jeszcze chwile temu czuł na sobie i w sobie.
– Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś mój.
Daniel zakładając spodnie zerknął na niego. Kochał tego cudownego mężczyznę.
– A ty mój. Idę poszukać naszej części duszy.
– Czekaj, pójdę z tobą. – Zanim wstał otarł się jeszcze nawilżającymi chusteczkami, jakie zawsze mieli pod ręką. Planował wziąć Christiana na ręce i zanieść do ich łóżka. Jutro młodzieniec będzie miał czas, by posiedzieć z przyjaciółmi. Noc należała do nich. Nie tylko myślał o seksie. Chociaż zmienni całe życie podporządkowywali cielesności. Po prostu chciał go przytulić. Być.

Zeszli na dół i skierowali się po prostu do kuchni, jednak tam nikogo już nie zastali. Salon był kolejnym miejscem, w jakim postanowili szukać swojego ukochanego. Odetchnęli, gdy ujrzeli Sonię, lecz poza nią nie było nikogo.
– Gdzie jest Christian?
– Pewnie znów w łazience. – Zaśmiał się Martin.
Dziewczyna spojrzała w ich stronę i zarumieniła się. Zmienni mieli na sobie tylko spodnie i nic poza tym. Ich nagie torsy przyciągały wzrok Sonii. Szczególnie tatuaże Martina.
– Wiesz, gdzie jest Chris? – powtórzył swoje pytanie Daniel.
– Poszedł do ogrodu na spacer z Luisem. Chciałam z nim iść, ale się nie zgodził. Był smutny. – Odwróciła wzrok od nich. Peszyli ją.
– Dlaczego? – spytał Martin.
– Słyszał jak się kłócicie. Obwiniał siebie za to. On chciał pomyśleć nad tym jak was przeprosić, że doprowadził do takiej sytuacji.
Mężczyźni zrozumieli, co zrobili. To była ich pierwsza kłótnia, od kiedy byli z nim. Mogli mu wyjaśnić, że z raz na miesiąc tak bywa. Ich wilcze natury zawsze znajdą sposób, by się powściekać.
– Dawno poszli?
– Przeszło godzinę temu – odpowiedziała Alstonowi.
– Pójdziemy do nich, a ty idź już spać. Wszystko będzie dobrze. – Daniel już układał sobie w głowie przemowę dla Christiana. Tylko czy to by coś dało? Ich partner i tak zrobi swoje. Może faktycznie nie ma co się tak obawiać, że łapy Stone'a dotrą aż tutaj. Przecież nie wiedział, że Christian jest w Camas. Ktoś, by musiał donieść, a to było raczej niemożliwe. Żyli tutaj jak rodzina. Każdy członek stada był jej częścią. Ta rodzina funkcjonowała na zupełnie innych zasadach od ludzkiej.
Wybiegli na zewnątrz, ale nie byli pewni, w jakim kierunku się udać, wtedy Martin zwrócił się do Daniela:
– Weź moje spodnie. Zmienię się i ich poszukam. – Rozpiął rozporek, a spodnie spłynęły w dół po wąskich biodrach. Zamknął oczy i kilka sekund później na jego miejscu stał duży szary wilk. Wilk spojrzał na mężczyznę, a po chwili już szedł z nosem przy ziemi. Daniel wziął jego ubranie i poszedł w ślad za partnerem. Był dumny z Martina. Wiedział, że ten nie lubił się zmieniać. Zawsze czuł przy tym ból kości, które zmieniały swą strukturę. Natomiast jego nic nie bolało podczas przemiany i to on mógł podjąć trop. Jego rozmyślania przerwało wycie, więc zaczął biec w jego kierunku. To nie było zwykłe radosne wycie, tylko alarm. Gdy dobiegł na miejsce zobaczył, że na trawie leży Luis, Christiana nigdzie nie ma, a Martin warcząc biegał w kółko.
– Zmień się – rozkazał partnerowi. Wilk popatrzył na niego zrozpaczonymi oczami i zaraz zamiast niego kucał Martin. Daniel podszedł do niego i podał mu spodnie. Czuł, co się stało, ale nie mógł pozwolić poddać się kochankowi ani sobie. Bez rozkazu Martin zostałby w wilczej postaci i szukał Chrisa. Pozwoliłby mu na to, gdyby wyraźnie wilk nie stracił tropu. Wszystko przez duszący aromat czerwonego pieprzu. Doszedł do Luisa i uklęknął przed nim. Chłopakowi z głowy lała się krew, ale oddychał.
– Stracił przytomność – poinformował Martina. – Bierzemy go do domu i zwołujemy poszukiwania. Natychmiast! – Wsunął ręce pod plecy chłopaka i pod kolana. Martin pomógł mu wstać i obaj skierowali się do domu. Nic nie będą mogli zrobić, dopóki Luis nie będzie w stanie mówić. Ból ogarnął ich serca. Na miejsce przybywało coraz więcej zaalarmowanych zmiennych. Niektórzy nawet w piżamach.
– My się kochaliśmy, a jego zabrali – warczał Coleman. – Dario! – krzyknął gdy wpadli do domu. – Dario!
Z salonu wybiegła Sonia i pisnęła zatykając sobie usta dłonią. Widok brata przestraszył ją.
– Co się stało? – Z piętra, zawiązując pas u szlafroka, zbiegał beta.
– Chyba porwali Christiana – powiedział Daniel kładąc Luisa na jednej z kanap w holu.
– Kurwa! Widziałem ich przez okno, jak spacerowali. Gdybym wiedział, że ktoś tu zaatakuje... Ale jak? O tej porze wszystko jest zamknięte. Osobiście dopilnowałem ochrony. To moja wina, powinienem mieć ich na oku.
Daniel poklepał Luisa po twarzy. Słyszał jak w holu pojawia się coraz więcej zmiennych. Ktoś rozkazał przynieść apteczkę.
– Obudź się. Luis! Błagam obudź się. – Odetchnął, gdy chłopak zaczął krzywić się i coś mamrotać pod nosem. – Gdzie jest Chris? Co się stało?
Luis przytknął rękę do skroni, ale zaraz ją zabrał, gdy ból nim wstrząsnął. W pierwszej chwili nie wiedział gdzie jest i co się dzieje. Dopiero, kiedy ujrzał przed sobą zrozpaczone twarze Martina i Daniela zaczęło do niego docierać, co się dzieje.
– Chris.
– No właśnie, gdzie on jest? Co się stało? – pytał Daniel.
– Stałem niedaleko niego, by mu... Ał! – krzyknął, kiedy ktoś przyłożył mu do rany wacik nasączony wodą utlenioną.
– Braciszku nie mów, żeś taki delikatny.
– Więc stałem i nagle usłyszałem kroki, zanim się obróciłem poczułem uderzenie i straciłem przytomność. Nic nie wiem.
– Szlag! – Daniel poderwał się z kucek i wczepił palce we włosy.
– Nic nie da wyrywanie sobie włosów, alfo. Porwano waszego partnera, ale go znajdziemy.
– Masz rację, Dario. Zadzwonię do Jacoba, zaoferował swą pomoc o każdej porze dnia i nocy. Wy się przebieżcie w zwykłe ubrania! Zwołujemy grupę poszukiwawczą! I niech tylko się dowiem, że ktoś z naszej sfory zdradził, to własnymi kłami rozszarpię mu szyję! – wrzasnął na cały głos Daniel, a autorytet alfy poczuli nawet Brightonowie. – Jeżeli ma go Stone, to już wącha kwiatki od spodu! Nie stać tak! – Przeszył zmiennych wzrokiem, w którym odbiły się oczy samca wilków. Przywódcy stada. Ktoś porwał jego partnera, a to znaczy, że zrobił bardzo, bardzo źle.
Martin rzucił mu koszulę. Ich oczy się spotkały. Odnajdą ich ukochanego i dzieci, które on w sobie nosi. Jeżeli spadnie mu włos z głowy lub znajdą jedno zadrapanie, rozszarpią wszystkich, którzy mają coś wspólnego z porwaniem.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum