The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Padziernik 16 2019 03:27:27   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Jedwabny szal 13



Powoli się budził. Przyjemność dotyku pościeli sprawiała, że chęć zapadnięcia ponownie w sen była nie do odrzucenia. Przesunął ręką obok i zamruczał z niezadowoleniem. Ciepłego ciała w pobliżu nie było. Wyciągnął drugą rękę i pościel także była zimna. Czyżby jego partnerzy już wstali? Rzadko, kiedy zdarzało się, że go nie budzili pieszczotami. Przeciągnął się i przewrócił na bok. Podniósł kurtynę powiek osłaniającą zaspane oczy i brązowy kolor ścian już mu się nie spodobał. Zasnął w pokoju gościnnym? Jakim cudem? I z tego, co pamiętał, to nie mieli pokoju z brązowymi ścianami. Zwiedził wszystkie pomieszczenia sypialne, kiedy przyjaciele wybierali sobie pokoje. Coś było nie tak. Czemu tu panowała taka cisza? Zazwyczaj przez otwarte okno wpadały do wnętrza odgłosy z zewnątrz. Podniósł się na łokciach i żołądek podszedł mu do gardła. Pokój wypełniony nikłym światłem lampy wydał mu się więzieniem. Tym bardziej, że powracały wspomnienia. Porwano go. Nie miał, co do tego wątpliwości. Co z Luisem? Widział, jak chłopak leży na ziemi i krwawi. Zaczął szybciej oddychać, a w oczach pojawiły się łzy. Jak zabili Luisa nigdy sobie tego nie wybaczy.
Przesunął się i postawił stopy na podłodze. Poczuł pod nimi fakturę wykładziny, ale nie zwracał uwagi na jej kolor i rozmiar. Zastanawiał się gdzie jest. Rozejrzał się. Nigdzie nie było okien. Zatrzymał wzrok na drzwiach i wstał. Nadzieja, że są otwarte lub to jest sen była nikła, ale zawsze istniała. Wolnym krokiem podszedł do jednych z dwóch par drzwi i nacisnął klamkę. Te otworzyły się, ale zamiast wolności odkryły niewielką łazienkę. Łazienkę dla więźnia. Nie było w niej nawet lustra, by więziony mógł je rozbić i odłamkiem przeciąć sobie żyły. Kabina prysznicowa, umywalka, sedes i ręcznik. Nawet żadnej ozdoby. Nic, co by świadczyło na pomieszczenie gościnne. Niepokój w Christianie wzrastał. Wycofał się i podszedł do drugich drzwi. Nacisnął klamkę, ale te ani drgnęły.
Schwytali go. Tylko, kto? Stone go odnalazł? Ten ktoś w masce, co go zabrał z ogrodu pracuje dla niego? A może to ktoś inny go porwał i Stone nie ma z tym nic wspólnego. Z powrotem usiadł na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. Miał ochotę płakać. Co teraz będzie, co z jego dziećmi? Przerażony dotknął brzucha i odetchnął z ulgą. Nadal tam były. Bezpieczne. Co z Danielem i Martinem? Pewnie teraz wariują, kiedy nie znaleźli go w ogrodzie, a Luis... Niech on tylko żyje. Nawet nie wiedział, kiedy pierwsze łzy spłynęły w dół policzków dające świadectwo wewnętrznemu bólowi. Objął się rękoma i rozpłakał na dobre.

* * *


W Arkadii panowało istne szaleństwo. Zmienne wiki przekrzykiwały się nawzajem, biegały przygotowując się do poszukiwań i z ostrożnością patrzyły po swych towarzyszach. Wiedzieli, że ktoś zdradził. Ktoś z pełną premedytacją wystawił sprawcy Christiana. Partner alfy był niczym świętość. Stawał się kimś, kogo trzeba chronić.
Jacob sprawdził broń i skinął do Daniela, że jest gotów. Pierwsze, co mieli zrobić to przeszukać ogromne połacie terenów i okolice.
– Zwracajcie uwagę na wszystko – mówił Daniel. – Musiał zostać jakiś ślad. Choćby złamane źdźbło trawy może nam coś powiedzieć. Ci, którzy mają poszukiwać tropów, jako wilki już czekają na zewnątrz. Zaczynamy od miejsca porwania. Ważne są też ślady opon samochodowych. Raczej na rękach go nie wynieśli.
– Idę z wami – powiedział Luis w pewnością w głosie. Skroń miał pokrytą plastrami i ledwie trzymał się na nogach w powodu zawrotów głowy, ale chciał iść. – To ja byłem z nim i go nie ochroniłem. Jest moim przyjacielem, więc idę.
– Będziesz tylko zawadzał! – krzyknął Martin. – Spójrz na siebie! Lepiej jak zostaniesz w domu i będziesz warował przy telefonie . Istnieje możliwość, że Christian zadzwoni i ktoś musi przyjąć wiadomość.
– Ale...
– Nie ma żadnego „ale”, braciszku! – Sonia złapała go za rękę. – Nawet nie dasz rady dotrzeć do bramy. Nie przeszkadzaj im. – Zadowolona, że brat uległ zaprowadziła go do salonu.
Tymczasem Daniel obawiał się najgorszego. Mianowicie tego, że Chrisa ma Stone. Jeżeli tak jest, to rozniesie jego bazę w drobny mak, a zdrajcę, którego musi znaleźć, by poznać prawdę, niech lepiej Bóg ma w swej opiece, bo nie ręczy, że ten ktoś po przesłuchaniu przeżyje.
– Pierwsza grupa wróciła, alfo – poinformował Dario.
– I? – Beta tylko pokręcił głową. Daniel zawarczał. – Martin.
– Tak?
– Dowodzisz jedną grupą. Ja biorę drugą, a Jacob zajmie się swoimi ludźmi. Zanim wstanie słońce chcę wszystko wiedzieć! I chcę zdrajcę dostać w swoje zęby!
– Podzielimy się nim na pół – dodał Coleman i pierwszy ruszył do wyjścia. Determinacja na jego twarzy wskazywała na to, że nikomu nie odpuści, a jak ktoś wejdzie mu w drogę, to na zawsze zapamięta, co to wściekłość zmiennego wilka.

* * *


Obudził go zgrzyt klucza w zamku. Przeklinał siebie, że zasnął, ale płacz i zmęczenie go zmorzyły. Wstrzymał oddech, gdy drzwi się uchyliły. Widział wszystko jak w zwolnionym tempie. Ktoś wsunął do środka stopę. Nie było wątpliwości, iż był to mężczyzna. Męski, czarny półbut lśnił czystością, a spodnie od garnituru doskonale układały się na łydce mężczyzny, jaki wchodził do pokoju. Chris przesunął wzrokiem po całej sylwetce „gościa” i już wszystko wiedział.
– To ty. – Znał go ze zdjęć w gazetach.
– Witaj, cukiereczku. Nie mogłem się doczekać, aż będzie ranek i cię ujrzę. Urodziwy tak samo, jak cię zapamiętałem. Jestem Gabriel Stone, twoje wybawienie. – Stone zatrzasnął drzwi. – Dlaczego jesteś taki przerażony? Nic ci nie zrobię. Zaręczam, że to, czego chcę będzie przyjemne dla nas obu. – Cieszył się. Cholernie się cieszył, że otrzymał taki prezent od Star. Nie miał pojęcia jak kobieta to zrobiła, ale musi ją jakoś nagrodzić. Jego Christian jest teraz z nim. Posmakowałby go już teraz, ale z rana miał spotkanie z jego ojczymem. W sumie może pojutrze zabierze chłopaka na jego pogrzeb. O ile dziś stary Russo zrobi to, co do niego należy.
– Wypuść mnie. Zapłacę ci, ale mnie wypuść – prosił Christian.
– Nie chcę twoich pieniędzy. Pragnę ciebie. Zawsze pragnąłem. – Zbliżył się do zmiennego smoka. – Jesteś i będziesz mój na zawsze. Mam do ciebie prawo. Kupiłem cię, zapomniałeś o tym drobnym szczególe?
– Nie należę do nikogo. Jestem wolny. – Nie powie mu o partnerach. Bał się o nich i nie pozwoli, by Stone ich skrzywdził.
– Jesteś mój. – Wyciągnął rękę, aby dotknąć jego włosów, ale Christian odskoczył. Stone roześmiał się. – Lubię polowania, a ty będziesz moim najsłodszym trofeum.
– Nie jestem i nie będę niczyim trofeum! – Musiał uciec. Pamiętał, że Stone nie zakluczył drzwi cofnął się trochę i chciał go obejść bokiem, ale mężczyzna był szybszy. Chwycił go za ramiona i powalił na łóżko wspinając się na niego. Christian zaczął się rzucać i odpychać przygniatającego go mężczyznę.
– Sądzisz, że mi uciekniesz? Nie dasz rady. Ten pokój jest twój na zawsze. No, chyba, że dobrowolnie przeniesiesz się do mojej sypialni. – Mocował się z nim i coraz bardziej go to kręciło. – Wiesz, podoba mi się to, że walczysz. Nie lubię uległości. Posiąść ciebie to będzie dla mnie przyjemność.
Unieruchomił mu ręce nad głową, a nogi oplótł swoimi.
Chris wzdrygnął się z obrzydzenia, gdy poczuł coś twardego na udzie. Myśl, co to jest sprawiała, że miał ochotę zwymiotować.
– Na samą myśl, że cię zwiążę i będziesz leżał przede mną nagi, mam ochotę się spuścić już teraz, lecz wolę twój ciasny, mały tyłeczek. Nadal jesteś ciasny po dwóch partnerach? Podobno smoki zawsze są. Nie rób tak wielkich oczu, cukiereczku. Wiem o twoich partnerach. – Otarł się o niego i zasyczał. – Jesteś mokrym snem każdego, a moim już, od kiedy miałeś kilka lat. Jednak nie gustuję w dzieciach, więc wolałem zaczekać. Zresztą twoja matka, by mi ciebie nie oddała.
– Puść mnie – wysyczał przez zaciśnięte zęby. Nich on go nie dotyka! Niech go puści! Próbował się ruszyć, ale był za słaby. Tylko myśl o dzieciach, że zabiłby je, gdyby się zmienił, nie pozwoliła mu na to. W innym wypadku Stone już by nie żył.
– Podniecasz mnie. – Stone nachylił się i przyłożył usta go jego zaciśniętych ust. Siłą zaczął wdzierać się językiem do środka. Chris czując to zacisnął na organie zęby, a Stone odskoczył. – Ty gówniarzu! Ugryzłeś mnie! – Przytrzymał jego nadgarstki lewą ręką i uderzył chłopaka mocno pięścią w twarz. Chris zakwilił z bólu. – Nie chcesz po dobremu? Pokażę ci, co potrafię! – Rozsierdzony zaczął rozrywać ubranie młodego zmiennego, gdy w pokoju rozległo się pukanie do drzwi i ktoś powiedział:
– Szefie, auto na pana czeka.
– Kurwa! Masz szczęście, cukiereczku, że muszę załatwić coś ważnego. Ale to, co zamierzam zrobić nie ucieknie. Czekanie sprawi, że jeszcze bardziej będę miał ochotę cię zerżnąć! – krzyknął mu w twarz i wstał. Złapał się za krocze i nacisnął. – On na ciebie poczeka. Na twoją dupę i gębę! – W tej chwili już nie wyglądał na przystojnego, porządnego biznesmena, za jakiego uchodził w kilku środowiskach. Chociaż wielu wiedziało, czym zajmuje się na boku. Teraz był pałającym rządzą napastnikiem, który ma swoją ofiarę w łapach i nigdy jej nie puści. Który wie, że może z nią zrobić wszystko.
Chris widząc ten gest, słysząc słowa skulił się na łóżku i zasłonił brzuch. Coś musi zrobić. Nie pozwoli się tknąć temu Taurenowi. Nie chciał być niegodny swych partnerów. Tylko oni mieli prawo go mieć. Ich kochał.
– Leż i czekaj. Pewnie jesteś głodny, to podeślę kogoś z tacą pełną smakołyków. Muszę dbać o księcia.
– Po co to robisz? Żeby mnie przelecieć? – zapytał słabo, zmienny smok.
– Chcę mieć z tobą młode. Mieć młode z księciem diamentowych smoków i go poślubić, to da mi władzę nad wieloma gatunkami smoków. A nie od dziś wiadomo, jaka to siła.
Chris zmarszczył brwi. Książę? Jaki książę?
– Po twojej minie wiedzę, że nic o sobie nie wiesz. Jak wrócę, porozmawiamy, a potem cię przelecę lub zrobimy to na odwrót. – To powiedziawszy opuścił pokój, w którym wśród panującej ciszy do uszu zrozpaczonego Chrisa doszedł dźwięk zamykanych na klucz drzwi.

* * *


Zmęczona grupa poszukiwacza wróciła do domu. Jedyny trop, jaki znaleźli to ślad opon pozostawiony na pasie ziemi przy asfalcie. Opon, które nie należały do żadnego z ich aut. Nieprzespana noc dawała się wszystkim we znaki i z upragnieniem powitali dzień. Sonia wraz z dwiema kobietami zmiennych zrobiła wszystkim kawy. Bardzo martwiła się o Christiana i swego brata, który obwiniał się, że pozwolił porwać ich przyjaciela. Obserwowała jak Jacob Langston rozmawia z Danielem i Martinem. Daniel był bardzo wzburzony. Chciał gdzieś iść, lecz został zatrzymany przez swojego partnera. Podeszła bliżej, by słyszeć ich rozmowę.
– Czuję, że dzieje się mu krzywda, nie mogę tak tu siedzieć.
– Czuję to samo, co ty i żałuję, że nie możemy odnaleźć go tak jak wampiry mogą to zrobić szukając swoich zaginionych partnerów. My możemy tylko odczuwać jego smutek. Dzięki temu wiemy, że żyje i dlatego musimy działać rozsądnie – powiedział Martin.
– Danielu, on ma rację. Nie możesz pojechać do Stone'a i rozwalić mu wszystko. Pierwsze, co zrobimy to znajdziemy zdrajcę.
– Jacob, twoja partnerka jest bezpieczna. Możesz szukać zdrajcy, ja jadę do tego skurwysyna, bo wiem, że to on ma Christiana, a wraz z nim nasze młode! Za bardzo czuliśmy się bezpieczni! Ciekawi mnie, kto wydał naszego partnera!? – wrzasnął. Wiedział, że był to ktoś, kto był na terenie posiadłości i poznał kod do bocznej bramy, bo tamtędy wyprowadzono lub raczej wyniesiono zmiennego smoka. – Nie powstrzymacie mnie. Jadę do niego.
– Dario, jedź z nim – rozkazał Martin. Sam musiał zostać na miejscu i szukać zdrajcy. Na pewno go znajdą. Muszą, bo tylko ten ktoś wie gdzie jest ukochany chłopak.
Sonia wróciła do kuchni i uśmiechnęła się ciepło do Karii. Zamierzała wypytać brata o najdrobniejsze szczegóły z nocy. Może jednak coś więcej pamięta i potrzebuje czasu na przypomnienie sobie. Wzięła szklankę wody i tabletki przeciwbólowe.

Luis powitał ją słabym uśmiechem. Chętnie przyjął lek, ale połknął go z trudem. Nic nie mogło mu przejść przez zaciśnięte gardło. Cały czas wpatrywał się w telefon i błagał to głupie urządzenie, by dzwoniło.
– Słuchaj. – Dziewczyna usiadła obok brata. – Postaraj się coś jeszcze sobie przypomnieć.
– Ale co? Cały czas o tym myślę. Nawet się nie obróciłem, a oberwałem i odleciałem. – Zdenerwował się.
– Spokojnie. – Położyła rękę na jego. – Pamiętasz ten film detektywistyczny, który oglądaliśmy przedwczoraj? – Przytaknął, więc kontynuowała – Wiesz, co tam było. Skup się na tych krokach. Należały do kobiety czy mężczyzny?
– Sonia, film nam nie pomoże...
– Wiem, lecz i ty wiesz, co tam robili. Szukali tego mordercy i był ten świadek. On powiedział, że słyszał tylko zabójcę. Słyszał jak chodzi.
– Co to da?
– Luis, proszę.
Chłopak zamknął oczy i próbował wrócić myślami do tamtej chwili. Patrzył na Chrisa. Była cisza, jakiej w mieście się nie zazna. Potem wszystko się zmieniło. Ktoś ciszę zmącił. Czyjeś kroki. Nie były ciężkie, ale nie mogły należeć do kobiety.
– Z pewnością był to mężczyzna, ale niezbyt postawny, no chyba, że trawa zagłuszała odgłosy. Daj mi spokój. – Popatrzył na nią z błaganiem w oczach.
– Chcesz pomóc naszemu przyjacielowi? To myśl, bo ja spokoju ci nie dam. Myśl, przypominaj sobie szczegóły. Z której strony ten ktoś nadszedł.
– Z tyłu... nie, bardziej od lewej strony, bo słyszałem go już wcześniej, ale nie zwróciłem na to uwagi. Po prostu pomyślałem, że ktoś spaceruje. Dopiero po chwili te same kroki jakby przeszły na tył i zbliżały się. Kuźwa! Nie wiem! – Pochylił się kładąc łokcie na kolanach i ukrywając w dłoniach twarz. – Nie wiem.
– Na pewno z lewej? – Poderwali się na dźwięk głosu Martina. Mężczyzna stał niedaleko i uporczywie się w nich wpatrywał.
– Tak, a co?
– W tamtym miejscu nie mieszka wielu zmiennych. Są tam tylko trzy domki. Inni mieszkają bliżej głównego domu. To może nam pomóc. Dziękuję wam.
Sonia uśmiechnęła się nieśmiało do zmiennego i postanowiła, że jeszcze pomęczy brata.

* * *


Cooper Russo patrzył się na plik dokumentów, które trzymał w dłoniach. Nie miał już nic. Firmy, domu, pieniędzy. Wszystko przeszło na Gabriela Stone'a. Nie wierzył w to, co widział.
– Aaalee...
– Miło było robić z tobą interesy. Byłeś dobrym, aczkolwiek trudnym wspólnikiem.
– Ale co to znaczy?
– Jesteś bankrutem, Cooper. – Stone siedział wygodnie na kanapie w domu Russo. W swoim domu. – Wszystko należy do mnie. Twój pasierb też.
– Złapałeś go?
– Jest w moich rękach, a niedługo będzie w moim łóżku wyjąc z rozkoszy.
– Zabieraj go i rób z nim, co zechcesz, tylko oddaj mi moje pieniądze. A co z jego pieniędzmi? Daj mi je.
– Niestety do nich jeszcze dostępu nie mam, ale to się na dniach zmieni. Dzięki niemu i nagromadzonym środkom zbuduje imperium zmiennych i taureni będą rządzić.
– Jak chcesz tego dokonać?
– Tajemnica. – Pochylił się w stronę Coopera. – To, co trzymasz w ręku to twoja zguba. Zawsze byłeś moją marionetką. Jak ty nienawidziłeś Christiana. W sumie, gdyby nie był taki słodki też bym go nienawidził. Moja królowa puściła się z człowiekiem. Nawet jak Chris się zmieni w smoka, to i tak będę od niego silniejszy. Rozumiesz, zła ludzka krew psuje tę idealną.
– Czego chcesz za to, byś mi oddał to, co moje! – Wstał z rozmachem z fotela i rzucił dokumentami w powietrze. Te rozsypały się i spadły na podłogę.
– Chcę twojej śmierci. Nie potrzebuję świadków moich interesów.
– Co? Chcesz mnie zabić? – Cooper wpatrzył się w towarzysza ze zgrozą.
– Nie, to ty się zabijesz dwie godziny po moim wyjściu. – Wstał i zapiął marynarkę. Spojrzał w oczy Russo. – Widzisz most? Co powiesz na to, by wylądować pod nim głodny i goły. Bez kobiet, które nie spojrzą na takiego kogoś jak ty, kiedy ma się pusty portfel. Jesteś niczym. Śmieciem. Śmieciem, który będzie miał lepiej w innym świecie – mówił Stone patrząc głęboko w oczy Coopera Russo. Wmawiał mu wszystko to, co chciał i sobie od lat planował. Człowiek poddawał się jego słowom. Gdy doszedł do jednej z wizji już wiedział, że łzy w oczach mężczyzny oznaczają jedno. Cóż nie każdy ze świadomością, że nie ma już nic i w dodatku zostaje się upokorzonym przed światem, chce żyć. Nawet jak Cooper zechce to i tak za dwie godziny wykona rozkaz. Rozkaz, jaki zawarł się w przemowie, jaką go obdarowano. – Oczywiście zaraz nie będziesz pamiętał o ostatnich zdaniach, ale one pozostaną w tobie i będą cię spalać od środka. I wybacz, ale na pogrzeb śmiecia nie przyjdę. Miałem zamiar, lecz będę wtedy pieprzył mojego cukiereczka. Żegnaj.
– Jesteś diabłem – syknął Russo.
– Nie, diabeł mi nie dorasta do pięt. – Roześmiał się Stone, a w tym śmiechu była zarówno groźba, jak i szaleństwo.

* * *


Daniel zaparkował przed biurowcem należącym do Stone'a. Z nerwów uderzył rękoma w kierownicę. Cały dygotał.
– Może ja tam pójdę – zaczął Dario, ale zaraz przerwał, gdy przeszył go wzrok alfy.
– Sam pójdę. Nie bój się, nie zabiję go od razu . Będzie żył dopóki nie znajdę Chrisa. Co zrobię z nim później to już nie twoja głowa. – Wysiadł z samochodu i udał się do głównych drzwi. Ochroniarz przepuścił go bez problemów, jak każdego o tej porze. Wszak Stone prowadzi wiele legalnych interesów. Nie skierował się do informacji tylko od razu do windy. Dario szedł obok niego jak wierny pies.
– Proszę panów, są panowie umówieni? – Dobiegła do nich młoda kobieta.
– Zawsze jestem umówiony z twoim właścicielem – rzekł zimno Alston i przywołał windę.
– Ale, do kogo panowie idą? Ja muszę zaanonsować...
– Pani skrzekliwy głos działa mi na nerwy. – Daniel nie miał nastroju do rozmawiania z takimi paniusiami. Z ulgą przyjął zjeżdżającą w dół windę.
– No, ale... – Usiłowała coś jeszcze powiedzieć zanim obaj nie zniknęli w windzie. Dario puścił jej jeszcze oczko, zanim drzwi nie ukryły przybyszów. W tej samej chwili do budynku wszedł jej szef, więc pobiegła do niego. – Panie Stone, dwóch panów, zmiennych wilków, jest w budynku. Nie podali swych nazwisk, ani celu wizyty.
– Chyba domyślam się, co ci panowie tu robią.

* * *


Jacob wrócił do domu i od razu zasypały go pytania Sheoni. Opowiedział jej w skrócie, co się dzieje i gdy miał przykazać, żeby nic nie mówiła Justinowi, okazało się, że jest już za późno na milczenie. Młodszy brat patrzył na niego z lękiem.
– Nie widziałem jak wszedłeś.
– Porwano Christiana? – Chciał znać odpowiedź na to pytanie i na resztę kłębiących się w głowie. Przecież wczoraj zmienny smok był u niego z tym... mężczyzną. Natomiast dzisiaj... – Jak to porwany?
– Nie chciałem, abyś wiedział. Usiądź. – Podsunął bratu krzesło, lecz ten tylko się odsunął ledwie trzymając się na nogach. – Justin...
– Por... por... porwany? – Mężczyzna zachwiał się, więc Jacob dobiegł do niego i go złapał ratując przed upadkiem. Niestety Justin od razu go odepchnął. – Nie dotykaj mnie! – Oparł się o ścianę. Bał się. Wszystko wracało. Wszystko!
– Nic Christianowi nie będzie. Znajdziemy go całego i zdrowego. Justin... Justin! – krzyknął ze zgrozą, kiedy spostrzegł, jak wzrok brata ciemnieje, a on osuwa się po ścianie, a jego bezwładne ciało opada na podłogę. Jacob w ostatniej chwili pod jego głowę podłożył dłoń, aby ta nie uderzyła w wyłożoną kafelkami podłogę. – Justin? – Poklepał brata po policzku.
– To za dużo dla niego.
– To moja wina. Nie powinienem był o tym rozmawiać. – Odgarnął bratu włosy z twarzy i patrzył na niego z troską.
– To nie twoja wina. Chociaż minęło już tyle czasu on nadal to przeżywa. – Sheoni wyjęła z szafki sole trzeźwiące.
– Powinienem był cię posłuchać, co do leczenia jego psychiki. Ale uparłem się. – Wziął brata na ręce i wyszedł z kuchni.
– On tego nie chciał. Zresztą już wracał do siebie. – Szła za nim. Kilka osób ze sfory chciało coś powiedzieć lub zaproponować pomoc, jak to zazwyczaj bywało, lecz zmienna pantera pokręciła tylko głową, by nic nie robili.
– To przez tego mężczyznę, który jest jego partnerem. Poza tym samo pojawienie się nowych w sąsiedztwie też robi swoje. – Otworzył sobie nogą drzwi i wniósł brata do jego pokoju. Ostrożnie położył go na łóżku. – Do tego doszła ta wiadomość. Dlaczego byłem taki ślepy i sądziłem, że Justin daje sobie radę. – Wziął od żony preparat na ocucenie brata i podstawił mu go pod nos.
– Ten jego partner... Sądzisz, że on by był w stanie mu pomóc?
– Wygląda na kogoś, kto działa i jest dość... ostry. Nie wiem czy byłby zdolny zając się Justinem. – Wszystko to była jego wina. Tamto, było... Dlatego musiał pomóc odnaleźć Christiana. – Mimo tego nie będę mu przeszkadzał.
– Na tyle, że kazałeś mu się do niego nie zbliżać – parsknęła gładząc się po wielkim brzuchu. – Nie oceniaj go. Może będzie mógł pomóc Justinowi.
– Nie wiem. Hej. – Uśmiechnął się ciepło do brata, który otworzył oczy. Odsunął się na tyle, by go nie dotykać. – Zemdlałeś. Wszystko będzie dobrze. Jadę szukać Christiana. Znajdziemy go.
Justin mógł tylko patrzeć na niego, chociaż tak wiele chciał powiedzieć, lecz nie potrafił. Tam nauczyli go milczeć. Gdy milczał...
– Justin, prześpij się. – odezwała się Sheoni. – To ci dobrze zrobi. Christian by ci kopniaka dał za zamartwianie się. Pamiętaj, że on ma pazur i da sobie radę.
Mężczyzna położył się na boku błagając brata w duchu, żeby już poszedł szukać jego przyjaciela. Pierwszą osobę, która sprawiała, że czuł się pewny siebie i normalny. Jacob jakby czytał w jego myślach. Wstał, ucałował partnerkę i spojrzał na niego z obietnicą.
– Znajdziemy go. Jego partnerzy przetrząsną całą okolicę i miasto w tym celu.

* * *


Daniel z Dariem wpadli niczym rozszalała burza do gabinetu Stone'a, ignorując jego asystentkę. Zastali mężczyznę za biurkiem i alfa rzucił się do przywódcy taurenów, jednak nie udało mu się go dopaść, gdyż Dario chwycił go w silnym uścisku i przyciągnął do siebie.
– Ty skurwysynu, oddawaj go!
– Kogo? Panie Alston, zamiast rzucać się jak wściekły wilk, może by pan usiadł i porozmawiał ze mną jak cywilizowany zmienny? – W duchu gratulował sobie, że znał tajne przejścia i mógł być w gabinecie zanim ci wtarabanili się tutaj z buciorami i pretensjami. Bardzo chciał zaśmiać się w twarz Alstonowi. Powiedzieć, że teraz on będzie ruchał jego księcia.
– Nie będę rozmawiał z porywaczem mojego partnera.
– Porwano Martina Colemana? O, patrz nie wiedziałem. – Położył rękę na piersi. – Tak mi przykro. Mogę jakoś pomóc?
Daniel ledwie panował nad swoim wilkiem. Gdyby go uwolnił ten by rozerwał gardło draniowi za biurkiem. Chętnie, by to zrobił, ale nie może zabić jedynej osoby, która może wiedzieć gdzie jest Chris.
– Nie udawaj głupiego! Przeszukam cały ten budynek!
– Proszę bardzo. Nie mam nic do ukrycia. Nie znajdziesz go. Szukaj sobie do usranej śmierci. – Śmiał się w duchu Stone. – Mam wezwać ochronę, aby pana wyprowadziła, czy wyjdzie pan samodzielnie za pomocą pana Monahana?
Daniel zawarczał zwierzęco.
– Znajdę go, a ty pożegnaj się z życiem – szepnął złowrogo. Już wiedział, że to Stone ma Christiana. Teatrzyk, który mężczyzna odegrał był dla niego niczym wiadomość na srebrnej tacy. Teraz da mu spokój, ale wróci tu. Nie sam. Niech tylko Martin znajdzie zdrajcę. Muszą mieć wszystkie informacje, by coś zrobić. W tej chwili mógł błagać w duchu wszystkich bogów, religii całego świata, żeby dali siłę jego partnerowi i, aby Stone trzymał od niego swe brudne, śmierdzące łapska z daleka. – Jak go tkniesz będziesz umierał bardzo powoli.
– Do widzenia panom. – Wskazał na drzwi i czekał aż wyjdą. Gdy te zamknęły się za nimi, natychmiast podszedł do szafy i otworzył drzwi. Podniósł małą szkatułkę, a wtedy cała ścianka z szafy zaczęła się obracać. Zniknęły wszystkie dokumenty, a teraz zamiast nich czy ubrań stały na specjalnych półkach monitory. Dłuższą chwilę przyglądał się jak jego nieproszeni goście opuszczają teren. Dopiero wtedy jeden z nich przełączył na podgląd ukrytego pokoju. Christian leżał na łóżku z otwartymi oczami. Zaraz go pocieszy.

* * *


Czuł swych partnerów. Czuł ich ból, strach i wściekłość. Oni mieli siłę, więc i on musiał też ją mieć dla siebie i dzieci. Zwłaszcza dzieci. Ochronić je to był jego priorytet. Pierwszym, co zrobił to zjadł, gdy jakaś taurenka przyniosła mu jedzenie. Zmusił się do połknięcia owoców i mięsa. Żołądek buntował się i chciał od razu uwolnić pokarm, ale nie pozwolił na to. Siła była mu teraz bardzo potrzebna. Podciągnął się na łóżku i oparł plecami o ścianę, gdy w pokoju pojawił się jego porywacz.
– Mój, książę czekał na mnie.
– Dlaczego mówisz mi „książę”?
– Nie wiesz? Jesteś księciem. Wszak twoja matka była królową diamentowych smoków. Widzę po twoich oczach, że to dla ciebie nowość.
– Skąd znasz moją mamę? – Królową? Jaką królową? Mówiła, że była tylko damą, jedną z wielu. Towarzyszką królowej.
– Była moją niewolnicą. Chcesz posłuchać jej historii?










Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum