The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Padziernik 19 2019 11:31:57   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Mój chłopak Śmierć 14


- A co wy tak tu wszyscy stoicie? – usłyszeli nagle zaspany głos. Odwrócili się w stronę z którego on dochodził. Azmeth właśnei wychodził z sypialni przecierając zaspane oczy. – Czemu tak wcześnie uciekłeś? – odezwał się z pretensją w głosie do kochanka. – Wiesz, że nie lubię się budzić sam. I czemu masz taką zszokowaną minę. Stało się coś – zaniepokoił się. Patrzył na każdego z domowników po kolei. – Ej, weźcie coś powiedzcie – powiedział, gdy cisza się przeciągała – bo nie wiem czy mam już zacząć panikować czy nie.
- No więc – odezwał się Daniel – Bazyli właśnie został milionerem.
- Tylko tyle? – zdumiał się Azmeth. – A ja myślałem, że koniec świata się zbliża…
- Tylko tyle? Zdumiał się Bazyli ignorancją byłego demona. – Ty wiesz co to znaczy dostać ot tak znikąd dziesięć milionów dolarów? W życiu nie widziałem takiej kasy.
- A to dużo? – zapytał niepewnie Azmeth – Chociaż był już jakiś czas na ziemi i już od jakiegoś czasu niczym się nie odróżniał od ludzi, to jednak wciąż były sprawy, z którymi sobie nie radził, albo nie potrafił ich zrozumieć. Należał do nich między innymi ziemska waluta i cały ten skomplikowany system jej wymiany na inne towary.
- Człowieku, to jest kosmicznie dużo! – wykrzyknął podniecony Bazyli. – Będę mógł jechać na mnóstwo wycieczek!
- Zawsze mogłeś – odparł spokojnie Kostek – wiesz przecież, że mam na to wystarczająco kasy i jak tylko poprosisz, to ci kupię, co zechcesz.
- No ja wiem, ale nie chcę cię cały czas wykorzystywać. Głupio się z tym czuję.
- Głuptasie – mruknął Śmierć obejmując ukochanego – wiesz przecież, ze dla ciebie zrobię wszystko.
- Ok – mruknął Daniel – chyba jesteśmy tu niepotrzebni. – Po czym zgarnął Azmetha, który próbował protestować, ale go uciszył głębokim pocałunkiem i zniknęli w swojej sypialni.
- Wiesz, że jesteś moim priorytetem i jeśli będę musiał, nawet umrę dla ciebie – wyszeptał Kostek całując Bazylego delikatnie w usta.
- Nie mów tak, nie chcę żebyś umierał – odparł Bazyli oddając pieszczotę. – Co ja bym bez ciebie zrobił?
- Cierpliwie czekał aż przyjdzie twoja kolej i wtedy byśmy się spotkali w zaświatach. – mruknął Kostek zwiększając intensywność pieszczot.
- Coś ty dzisiaj taki niewyżyty seksualnie – roześmiał się rozbawiony Bazyli. – Czyżbyś próbował się dobrać do mojej kasy uwodząc mnie? – zażartował. Przymknął oczy i poddawał się coraz szybciej ogarniającej go przyjemności.
- A żebyś wiedział, jestem łowca posagów. Ożenię się z tobą i ukatrupię przy pierwszej lepszej okazji – mruczał Kostek między jednym a drugim pocałunkiem. Bazyli roześmiał się rozbawiony.
W pewnym momencie Kostek bez słowa złapał ukochanego na ręce i zaniósł do sypialni. Tak był zajęty całowaniem go, że nawet się nie przejął tym, że kopnięte nogą drzwi trzasnęły trochę zbyt mocno. Ostrożnie położył Bazylego na łóżku i pomógł mu się pozbyć wszystkich ubrań, potem także zdjął swoje. Zaczął delikatnie całować go po brzuchu, jednocześnie pieszcząc ręką po udzie. Bazyli przymknął oczy z zadowolenia. Zanurzył rękę we włosach Kostka i leniwie się nimi bawił. Już dawno temu się przekonał, że jego chłopak lubi jak się bawić jego włosami. Tymczasem Kostek przeniósł się z brzucha na usta Bazylego.
- Kocham cię – wyszeptał między jednym a drugim pocałunkiem.
- Ja ciebie też.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek pokocham kogoś tak mocno. Ja nie wiem, co ty w sobie masz, że tak na mnie działasz – mruknął Kostek przytulając się do ukochanego.
- A ja myślałem, że lecisz na moją kasę – stwierdził Bazyli.
- No wiesz… - Kostek już zamierzał się obrazić za tą insynuację, ale zobaczył wesołe ogniki w oczach swojego chłopaka i zrozumiał, ze tamten się w nim po prostu droczy. – Ty draniu… - w odwecie zaczął go łaskotać.
Bazyli roześmiał się. Śmiał się tak jeszcze jakiś czas próbując uciec przed dłońmi Kostka, lecz nie dawał rady. W pewnym momencie nie miał już siły.
- I jak, lepiej już? – zapytał Kostek widząc, że jego chłopak już się nie broni przed łaskotkami. BAzyli nie odpowiedział, tylko wtulił się w jego pierś.
- Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy, że jesteś przy mnie – wyszeptał Bazyli.
- Jestem i zawsze będę. I zawsze będę cię kochał tak samo mocno, nie ważne czy będziesz miał kupę kasy, czy będziesz nieuleczalnie chory, czy paskudnie brzydki – odparł Kostek całując ukochanego w głowę. Tak bardzo chciał mu pokazać ogrom swojego uczucia, lecz ludzka mowa była zbyt uboga do tego. Postanowił więc zaryzykować i odezwał się w staroanielskim. Kiedy skończył, bazyli westchnął i spojrzał mu w oczy.
- Nie sądziłem, że potrafisz tak pięknie mówić.
- Zozumiałeś to? – zdumiał się.
- Oczywiście. Nie rozumiem jak to jest możliwe, ale zrozumiałem. I to było piękne.
- Chciałem ci tylko powiedzieć jak bardzo cię kocham – odparł Kostek dziwnie zawstydzony i pocałował Bazylego.
Leżeli przytuleni do siebie nic nie mówiąc, Kostek głaskał Bazylego po plecach i pośladkach, a Bazyli wtulał się w niego, delektując się zapachem jego skóry. Leżeliby tak nie wiadomo jak długo, gdyby żołądek Bazylego nie zbuntował się i nie obwieścił tego głosnym burczeniem.
- Chyba musimy już wstać – szepnął Kostek, próbując się oswobodzić z objęć ukochanego.
- Chyba tak – mruknął Bazyli, ale nie zrobił nic w tym kierunku.
- Kochanie, wiesz co ja sądzę na temat twojego niejedzenia…
- No dobra – Po drugim, jeszcze głośniejszym burknięciu Bazyli w końcu podniósł się, ubrał i wyszedł z pokoju.
- No, nareszcie się pokazaliście – mruknął Azmeth, który kręcił się po kuchni próbując zrobić coś do jedzenia. – Już myślałem, że padnę z głodu, bo wam się amorów zachciało.
- Daj, ja toz robię – powiedział Bazyli zabierając z rąk byłego demona patelnię. Wolał nie ryzykować spalenia któregokolwiek z naczyń. Niestety Azmeth, mimo szczerych chęci i zapału nie potrafił opanować sztuki gotowania i potrafił przypalić nawet wodę na herbatę.
- A gdzie Daniel? On nie mógł ci czegoś zrobić? – zainteresował się Kostek.
- Poszedł do roboty. A ty nie musisz? – popatrzy podejrzliwie na Kostka.
- Jak na razie nikogo nie czuję.
- Jakoś ci ni wierzę – burknął Azmeth. – Pewnie olałeś dzisiaj robotę, bo ci się amorów zachciało.
- Dobra, idźcie się kłócić do salonu – odezwał się Bazyli. – Tutaj mi tylko przeszkadzacie.
- Dasz sobie radę sam? – upewnił się jeszcze tylko Kostek i wyszli, wypychani przez Bazylego.
Do końca dnia nie działo się nic, co by zburzyło ich spokój. Tylko raz Kostek musiał iść do pracy, ale ponieważ to był tylko jeden klient, więc szybko wrócił i do powrotu Daniela z pracy siedzieli i oglądali telewizję.
Kiedy następnego dnia Bazyli obudził się rano, druga połowa łóżka była pusta. Nie zdziwiło go to zbytnio, wręcz był do tego przyzwyczajony. Kostek często musiał wychodzić do pracy gdy on spał. Szybko ubrał się, zjadł śniadanie i poleciał na zajęcia. Ponieważ zawsze skupiał się na uważnym notowaniu tego, co mówią wykładowcy, więc nie miał czasu myśleć ani o spadku ani o wizycie brata.
Dopiero, gdy wrócił do domu, wszystko wróciło do niego. Tuż przed bramą ich osiedla stał jakiś samochód w czerwonym kolorze. Normalnie nie zwróciłby na niego uwagi, wszakże od tego był parking by stały na nim samochody, jednakże gdy go mijał, drzwi się otworzyły i wysiadł z nich…
- Ojciec? – wyszeptał Bazyli przez ściśnięte gardło.
- Witaj… synu – odparł sucho mężczyzna.
Chłopak zauważył ile wysiłku musiał mężczyzna włożyć w t wypowiedzenie tego jednego słowa i jak się powstrzymywał przed wykrzywieniem twarzy w grymasie obrzydzenia na jego widok. Bazylemu ścisnęło gardło, nie wiadomo czy ze zdenerwowania czy z przerażenia.
- Czego chcesz?
- Porozmawiać.
- O czym? O tym jak mnie wyrzuciliście z domu, nie pozwalając zabrać nawet jednej koszuli? Czy może o tym jak pluliście na mnie jadem? – Chłopak był zdumiony swoją odwagą. Jeszcze niedawno pewnie by się skulił i uciekł, lecz teraz przypomniały mu się silne ramiona ukochanego i jego miłosne wyznania, które dodały mu siły.
W tym momencie otworzyły się drzwi od strony pasażera i z samochodu wysiadła matka Bazylego oraz jego starszy brak Jarek. Mimo zdenerwowania Bazyli zauważył, że rodzicielka nic się nie zmieniła, a twarz brata wyglądała jeszcze bardziej ponuro.
- Chcieliśmy cię przeprosić, synku – powiedziała łagodnym, prawie proszącym głosem kobieta.
Jeszcze dwa lata temu Bazyli gotów był zrobić wszystko, by tylko usłyszeć te słowa, tak bardzo tego pragnął, jednak teraz nie robiły one na nim żadnego wrażenia.
- Przepraszam – odezwał się beznamiętnym głosem Jarek, po nim matka i na końcu ojciec.
- I myślicie, że to wszystko załatwi? Że przyjedziecie tu sobie, powiecie „przepraszam”, a ja będę hepi i rzucę się wam w ramiona i znowu będziemy jedną wielką szczęśliwą rodziną? – zapytał Bazyli kpiąco. – Zapomnijcie.
Chciał ruszyć dalej, lecz Jarek podbiegł i złapał go za rękę.
- Czego więc chcesz? – zapytał ze złością. – mamy błagać cię na kolanach?
- Czego chcę? Żebyście zniknęli z mojego życia raz na zawsze i dali mi święty spokój, tak jak to robiliście przez ostatnie dwa lata.
Wyrwał rękę z uścisku, otworzył bramę na osiedle i przeszedł przez nią, szybko ją zamykając, tak by żaden z intruzów nie mógł pójść za nim. Te paręnaście metrów, które dzielił go od klatki schodowej przebiegł tak szybko jak tylko mógł. Przeskakiwał po dwa schody chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu, tam, gdzie było bezpiecznie, gdzie czekał na niego ukochany i Daniel z Azmethem, gdzie mógł liczyć na ciepło i wsparcie swojej nowej rodziny. Ręce mu się trzęsły tak bardzo, że nie mógł trafić kluczem do zamka. Nie pomogło nawet, gdy złapał drugą ręką da dłoń trzymającą klucz. Zniecierpliwiony przycisnął dzwonek. Naciskał go tak długo, aż w końcu drzwi się otworzyły.
- A ty co, zapomniałeś klucza? – zainteresował się Azmeth.
Bazyli bez słowa zatrzasnął za sobą drzwi i zamknął je na oba zamki, po czym objął Azmetha i mocno się w niego wtulił.
- Ej, jak byś nei zauważył, nie jestem Ksotek – powiedział niepewnie były demon zdumiony tym wybuchem czułości. – Nie chciałbym by mnie ukatrupił za dobieranie się do jego chłopaka - zażartował
- Obejmij mnie mocno, proszę – wyszeptał Bazyli, ściskają Azmetha mocniej.
- Ej, co się stało? – spytał zaniepokojony i odruchowo spełnił prośbę chłopaka.
- Po prostu obejmij mnie przez chwilę.
- Ekhem, ekhem - usłyszeli nagle gdzieś z tyłu. To Daniel wyjrzał do przedpokoju zaniepokojony tym, że jego chłopak nie wraca do salonu. – Ledwo wróciłem z pracy i już cię nakrywam na zdradzie? – powiedział siląc się na poważny ton.
- To nie ja, to on tak i nie chce powiedzieć dlaczego – odparł żałosnym głosem Azmeth.
Zaniepokojony Daniel podszedł bliżej i sprawdził czoło Bazylego, który stał z zamkniętym oczami, wciąż wtulając się w demona.
- Gorączki chyba nie ma – mruknął Daniel. – Bazyli, coś się stało?
- Moi rodzice…
- Co oni znowu wymyślili? – warknął Daniel bezwiednie zaciskając pięści.
- Czekali na mnie pod bramą. Wszyscy.
- Ja ich zaraz zatłukę – warknął Daniel i już chciał wyjść, lecz Bazyli rzucił się na niego i objął go mocno.
- Nie! Nie chcę cię stracić! Jak im coś zrobisz, pójdziesz do więzienia, a ja tego nie chcę. Jesteście moją jedyną rodziną, nie chcę was stracić. Żadnego z was.
- I nie stracisz – odparł Daniel obejmując chłopaka. – Ale nie mogę patrzeć jak cierpisz. Bardzo mi na tobie zależy i chce byś był szczęśliwy z Kostkiem.
- więc obejmij mnie.
Daniel objął go jedną ręką, a druga wyciągnął do ukochanego. Azmeth podszedł, objął Bazylego i przytulił się do Daniela.
- A to co, nową modę wprowadzacie? – usłyszeli nagle. To Kostek wrócił z pracy.
- No proszę – odezwał się jakiś sztuczny, bezbarwny głos – trójkącika im się zachciało.
- Zamknij się, zboczku. – warknął Kostek w stronę wiszących w powietrzu małych pomocników. – Możecie mi powiedzieć, co ja właśnie widzę? – odwrócił się w stronę wciąż przytulającej się trójki.
- Bazyli potrzebował się przytulić, to go przytulamy – odparł Azmeth.
- Co się znowu stało? – zaniepokoił się Śmierć podchodząc do ukochanego i obejmując go.
Bazyli opowiedział o spotkaniu z rodzicami.
- A to cholery – odezwał się ten sam bezbarwny głos. – Trzeba by ich załatwić. Tylko jak.
- Czyj to głos? – zainteresował się Daniel.
- Tych cholerników – Kostek machnął niedbale ręką w stronę cherubinka i diablika, bardziej skupiony na pocieszaniu ukochanego.
Chochliki podleciały bliżej i pokazały wszystkim małe, podobne do komórek urządzenia. Adam wcisnął na swoim jakiś guzik i w tym momencie popłynął z niego głos, ten sam co wcześniej.
- To translator. Taka nowinka techniczna, która ma tłumaczyć to, co mówimy, tak żeby Kostek nas zrozumiał.
- No to w końcu będziemy mogli się z wami dogadać – stwierdził Azmeth. – Chociaż to zabawne było, jak próbowaliście nam wiecznie tłumaczyć, co gadacie.
- Ja ich rozumiem i bez tego – mruknął Bazyli.
- To co robimy z tymi wrednymi…? – translator przetłumaczył świergot Mikołaja.
- Nic – odparł Kostek. – Zobaczą, że Bazyli nie reaguje i odpuszczą.
- Ja bym im najchętniej skopał tyłki – mruknął Adam.
- Jakiś ty kochany – Bazyli uśmiechnął się i objął diablika, całując go jednocześnie w główkę. – W nagrodę upiekę ci twój ulubiony placek. Co ty na to?
- Cycki murzynki?* – upewnił się diablik.
- Oczywiście – Bazyli uśmiechnął się. - Są wszystkie składniki.
- To ja pomogę – oczka diablika zaświeciły się radośnie.
- Ja też – odezwał się Mikołaj.
- Więc chodźmy. – Bazyli i oba chochliki ruszyły do kuchni i chwilę potem można było stamtąd usłyszeć szczęk naczyń i wesoły głos Bazylego i świergot obu chochlików.
- Musimy coś z tym zrobić – mruknął Daniel, kiedy już był pewien, że zajęty robieniem placka Bazyli nie podsłuchuje ich – bo się chłopak wykończy nerwowo.
- Ale co? – zapytał niepewnie Azmeth.
- Moim zdaniem trzeba by się najpierw zorientować czego oni chcą – stwierdził Kostek. – wyklęli go, wyrzucili z domu i udawali, że nie istnieje, a teraz nagle chcą się z nim pogodzić? Jakoś nie wierzę w ich cudowne nawrócenie.
- Ja tez nie – stwierdził Daniel. – Może powiesz, ze to paranoja, ale mam wrażenie, że dowiedzieli się o spadku i chcieliby na nim położyć łapy.
- Nie powiem, bo pomyślałem o tym samym.
- A to wredne… - warknął Azmeth i umilkł zastanawiając się nad tym jakie słowo by najlepiej oddawało jego uczucia. – Jak to sprawdzimy?
- Tylko Kostek może to sprawdzić – stwierdził Daniel.
- Dlaczego tylko on? Ja też chcę pomóc – stwierdził Azmeth z pretensją w głosie. – wiesz przecież, że tez kocham Bazylego i nie mogę patrzeć jak mu rujnują zdrowie.
- Wiem, ale nie możesz nic pomóc, no chyba, ze wiesz jak się stać niewidzialnym. Nie jesteś już demonem, a ja aniołem, więc nie potrafimy tego, tylko tak można ich podsłuchać.
- A nie możemy ich śledzić?
- Możemy, ale wątpię żeby w miejscu publicznym rozmawiali na glos o tym, co kombinują. Poza tym ty wciąż boisz się wychodzić z domu, a ja nie mogę sobie pozwolić na nieobecność w pracy. Wylaliby mnie.
- No wiesz… - w głosie Azmetha wyraźnie słychać było pretensję. – twój przyjaciel ma problemy, a ty myślisz tylko o robocie? Znajdziesz sobie inną.
- A ty myślisz, ze tak łatwo znaleźć dobrze płatną robotę?
- Chłopaki, nie kłóćcie się już – Bazyli wszedł między kłócących się, czując, że jeszcze trochę, a zaczną na siebie warczeć. – Nie mam nic przeciwko temu, by samemu to zrobić.
- Ale ty też masz swoją pracę – zaprotestował Azmeth.
- Poproszę Anitę, na pewno mi pomoże. Wiecie, że ona też lubi Bazylego i nie pozwoli by mu się krzywda stała.
- Czyli ustalone – stwierdził Daniel. – My zajmujemy się tym co zawsze i pomagamy Bazylemu i pocieszamy go jeśli będzie tego potrzebował, a ty z Anitą będziecie szpiegować jego rodzinę.
Kostek kiwnął głową na potwierdzenie.
- Może oni jednak z rezygnują, jak zobaczą, ze Bazyli ich unika… - bąknął niepewnie Azmeth.
Niestety czas pokazał, że to było tylko pobożne życzenie, a rodzina Bazylego okazał się bardziej wredna niż sądzili.


* Placek o takiej nazwie faktycznie istnieje i jest nieziemsko pyszny. Jego nazwa bierze się od dekoracji. Na samym wierzchu układa się biszkopty i polewa masą czekoladową, po czym na środku każdego biszkopta kładzie się rodzynka. Po zastygnięcu czekolady odnosi się wrażenie jakby się patrzyło na kształtne piersi murzynki, stąd nazwa placka. Jeśli ktoś jest ciekawy smaku, w internecie można znaleźć przepis











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum