The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 18 2019 16:54:43   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Jeżeli jesteś gotowy 16


Rozdział trzeci: Raj utracony.

Mugole mają ich własną magię. Nazywa się destylacja. Merlinie, pobłogosław ich za to.
Niektóre sytuacje wołają o powolne usunięcie sentymentu, łagodząc warstwa po warstwie powikłania, stopniowo wygładzając i uspokajając niespokojny umysł. Mugolski trunek jest idealny w takich sytuacjach. Jednakże niektóre sytuacje lepiej potraktować z niebezpieczną, destrukcyjną, surową prędkością, która może być osiągnięta jedynie z czarodziejskim duchem.
Dzisiaj zdecydowałem się na ognistą whisky, nie troszcząc się o perspektywy, które mogą zostać zdobyte z którymkolwiek ze słodkich płynów znajdujących się w moim barku. W rzeczywistości, perspektywy to dokładnie to, co chcę zniszczyć. A ognista whisky jest z pewnością lekarstwem na wnikliwość.
Pierwsza szklanka, wypita natychmiast, pomaga zdusić echa głosu MacGonagall, piszczącego „Mercer, Abri”. Ognisty płyn powstrzymuje mnie przed zastanawianiem się kiedy, do cholery, będę na tyle stary, by uczyć drugie pokolenie. Jestem na tyle stary aby uczyć drugie pokolenie, a mój chłopak strzela do mnie sekretne uśmiechy znad stołu młodocianych nieświadomych przygłupów z którymi chciałbym prędzej być gotowany żywcem, niż angażować się w jakąkolwiek formę zażyłości. Bo nienawidzę dzieci.
Opróżniam połowę drugiej szklanki, mając nadzieję na spalenie świadomości, że tutaj, w moich komnatach, nie wydaje się taki młody jak był w Wielkiej Sali. Jestem zmuszony zobaczyć go takim, jakim jest naprawdę: przerażony, wrażliwy szesnastolatek, który uczepił się jedynej osoby, która była dostępna. A ta osoba powinna wiedzieć lepiej, niż go dotykać. Wiedziałem lepiej. Kiedyś. Zapomniałem się, grzech, który zasługuje tylko na najsurowszą karę. Nawet jeśli to była wyłącznie jego wina. I Dubledore’a.
I moja.
Ale w większości moja.
Kurwa.
Skończyłem drugą szklankę i zacząłem trzecią.
Uciekam od rzeczywistości, którą wywołał głos MacGonagall i odszukuję cichą cisze mojego lochu, tylko po to, by odkryć, że te kamienne ściany rozbrzmiewają cichym echem jego cholernie młodego głosu krzyczącego z grzesznej przyjemności, którą sam wywołałem. Ta zimna wilgoć kiedyś ugasiła płomień namiętności, które zagroziły mojemu spokojowi - czy to wściekłość, smutek, lub, w niezwykle rzadkich okolicznościach, szczęście. Wydaje się, że teraz mój raj stał się kolejną rzeczą od której muszę uciec.
Cholerny Dumbledore.
To on stworzył ten mały raj i wrzucił mnie do niego razem z chłopakiem. Patrz, ale nie dotykaj. Nie jedz z tego drzewa. A ja jadłem z tego drzewa.
Wielokrotnie.
Zamykam oczy, by zobaczyć jego płonące oczy, zielone i proszące. Grał swoją rolę, starając się przekonać innych, że był szczerze zadowolony widząc ich. Tylko wtedy, gdy te oczy zwróciły się w moim kierunku, uśmiech dotarł do nich. Zieleń stałą się wspaniała. Patrzyłem, desperacko próbując uciszyć mój żal, mówiąc sobie, że to, co zrobiliśmy w naszym tajnym świecie nie miało nic wspólnego z rolami które graliśmy w Wielkiej Sali. On mnie potrzebował. A ja byłem tam dla niego.
Ale tam na zewnątrz ja tez grałem swoją rolę. Profesor Snape siedział przy stole, patrzył jak jego uczniowie - drwiąca, nadąsana banda, przynajmniej większość z nich - gapili się na chłopca, którego profesor Snape traktowałby w ten sam sposób, gdyby nie fakt, że smak wspomnianego chłopaka wciąż był jeszcze świeży na jego języku.
Zakazany owoc.
Zakazane usta wykrzywiły się w sekretnym uśmiechu , który błyszczał w tych oczach pasją, zaufaniem i… miłością, którą pamiętam, przeganiając moje przerażenie kolejnym długim haustem. On wypadł ze swej roli, a ja stchórzyłem. Uciekłem do swojego lochu, gdzie powinienem być w stanie zapomnieć, gdyby nie duch jego obecności nawiedzający każdy kamień.

Choć to zabrzmi śmiesznie, nie jestem w stanie powiedzieć, co mnie bardziej denerwuje: to, że zbezcześciłem i zdeprawowałem szesnastoletniego chłopaka, czy to, że wiem, że zrobię to znowu. A jedynym sposobem, żebym mógł powstrzymać się przed poddaniem jego zalotom będzie zrezygnować, aby oczyścić swoje sumienie i zaakceptować konsekwencje. I wiem, ze tego też nie mogę zrobić. To by go zabiło. Tego chłopaka. Mojego kochanka z przypadku.
Alkohol nie działa wystarczająco szybko.
Mam zamiar zacząć pić prosto z butelki, gdy słyszę znajomy świszczący odgłos kogoś wlatującego do moich komnat siecią Fiu. Wykrzywiam wargi i chowam rękę z różdżką między kolana, by powstrzymać się przed rzuceniem klątwy na tego głupiego chłopaka w momencie gdy wywala się z mojego kominka. Udaje mu się złapać równowagę i wychodzi dość równo. Uśmiecha się. Ja nie.
- Cześć - wita mnie niepewnie.
- Co tu robisz? Zdaje się, że powiedziałem, ze zobaczymy się jutro - warczę z fałszywą wściekłością napędzaną ciepłem ognistej whisky.
- Wydawałeś się… zdenerwowany. Wszystko w porządku? - jego głos jest zduszony. Jego oczy biegną w stronę butelki, a potem powrotem na mnie. Obronnie zacieśniam uchwyt wokół kubka.
- Wszystko w porządku. Idź sobie.
Podchodzi bliżej usidlając mnie w fotelu.
- Potter, ogłuchłeś?
- Kim była ta mała dziewczyna?
Nagle nienawidzę go tak bardzo, jak jeszcze nie nienawidziłem nikogo w życiu. Kim była ta dziewczyna? Duchem rzeczywistości, cholerny smarkaczu.
- Nikt. Córka byłego studenta. - Piję ponownie i robię, co mogę, by zmusić go do wyjścia. To nie działa.
- Och. - Marszczy brwi i opada na podłogę przede mną. - Więc… ten były uczeń...On był... znaczy... czy wy...no wiesz.
Nie, nie wiem.
- Co?
Spuszcza oczy, a jego policzki zakwitają bladym różem.
- Bogowie, nie. - Krztuszę się. - Potter, wbrew temu, jakie wnioski można by wyciągnąć z mojego zachowania w ciągu ostatniego miesiąca, kiedyś miałem zasady
Wzdycha, co brzmi podejrzanie jak ulga. Mój żołądek wywraca się, gdy zdaję sobie sprawę, że śmiał być o mnie zazdrosny.
- A jeśli już musisz wiedzieć, to i tak nie twój zasrany interes - dodaję złośliwie.
No i proszę. Jest zły. Czuję się o wiele lepiej. Wypijam drinka.
- Zatem… dlaczego się wkurzasz? Znaczy… zaczęło się od tej dziewczyny. Wkurzyłeś się. I to jest moja spraw gdy ktoś lub coś odwraca cię przeciwko mnie.
Cholerna trzeźwa logika bachora.
- Nie wściekam się - ripostuję. Siedzę tu, spokojnie niszcząc te komórki mózgu, które tworzą możliwą bolesną rzeczywistość. - Jedynie przypomniałem sobie o swojej pozycji. A ty dobrze zrobisz pamiętając o swojej. Mieliśmy nasze małe lato szaleństwa, ale to już koniec. Jeśli będziesz o tym pamiętał, nie będzie żadnych problemów.
Wstaję i chcę iść - gdziekolwiek, gdzie go nie ma. Moja sypialnia.
On też wstaje. Podąża za mną. Odcina drogę. Cholera.
- A co, jeśli nie? - Zbliża się do mnie, jego oczy płoną z przekory. Albo determinacji. Ale czy to u niego różnica?
Zwalczam impuls, by paść na kolana i błagać go, by zostawił mnie w spokoju. Jakby jeszcze istniała taka rzecz jak spokój. Jakby kiedykolwiek była.
- Nie ma znaczenia kim jesteś poza tym pokojem. Nic tam nie ma znaczenia. Twoja pozycja tam niema nic wspólnego z nami. I…
- My? - drwię mściwie. - Nie ma żadnych „nas”, ty głupi chłopaku.
Ból, który pojawił się na jego twarzy, zmusza mnie do odwrócenia się. Jestem oburzony jego kruchością, jego przejrzystością. Kieruję resztę mojego okrucieństwa w stronę kamiennej ściany. Ściana, dochodzę do wniosku, będzie o wiele lepszym słuchaczem.
- Nigdy nie było. Im szybciej zdasz sobie z tego sprawę, tym szybciej możesz zacząć szukać kogoś w twoim wieku, z kim możesz świętować to, co zostało z twojej młodości. - I, nawiasem mówiąc, twojego życia.
Długa cisza następuje po moim subtelnym wybuchu i znowu wbrew właściwemu osądowi, odwracam się do niego. Ostrożne oczy patrzą na mnie przez jego pozbawioną wyrazu maskę.
- Severus - mówi cicho.
Kulę się na jego obstawanie przy zachowaniu poufałości.
- Nie mów tak do mnie - w moim glosie jest więcej desperacji niż bym chciał.
Nie ważne, i tak mnie ignoruje.
- Czy to o to chodzi? To nie ma nić wspólnego z twoja pozycją jako mój profesor, prawda? Czujesz się stary. O to chodzi? Bo mnie nie obchodzi ile masz lat.
Jak on śmie czytać między wierszami? Zaciskam szczękę.
- Potter, jesteś naiwny.
- A ty jesteś niemożliwy! - prycha. - Przestań decydować, co uważasz za najlepsze dla mnie. Nie wierzę, że chcesz to skończyć. Robisz to tylko dlatego, że…
- Bo tak trzeba, ty uparty bachorze! - Odchodzę od niego i jeszcze raz szukam ucieczki. Nie ma od niego ucieczki. Jego obecność przenika każdy centymetr tego przeklętego zamku. Każdy zakątek mojej komnaty. Jeśli mam uciec, będę musiał iść znacznie dalej.
Być może do Azkabanu.
- Kto tak mówi? Bo to nie wydaje się w porządku. Wszystko… tam na zewnątrz. A ty... czujesz tak samo. Wiem, że tak jest.
- Och proszę, Potter. Jesteś dobra dupa, nic więcej.
- Przestań. Wiem co robisz. To nie zadziała.
Odwracam się i spostrzegam, że jego maska wróciła. Jeśli mam się go pozbyć, to będzie bolało. I tak długo, jak on trzyma tę maskę, będę w stanie go zranić prawidłowo. Mimo mojego walącego serca, drwię chłodno.
- Myślisz, ze się w tobie zakochałem, Potter? Jesteś naprawdę dość bezmyślny, by sądzić, ze zakocham się w szesnastoletnim chłopaku? Za jakiego głupca ty mnie bierzesz?
Ze wszystkich odpowiedzi na moje okrucieństwo, wyszczerzanie się w uśmiechu jest najmniej odpowiednie. Zostaw to w gestii Pottera, żeby źle to zrozumieć.
- Jesteś taki przewidywalny - mówi z nutką czułości.
Na chwilę oniemiałem przez jego kompletne lekceważenie moich prób odepchnięcia go, a potem słusznie się oburzyłem. NIE jestem przewidywalny! Chcę zaprotestować, ale on całuje mnie zanim odnajduję głos.
Po raz pierwszy od dwudziestu kilku lat, odkąd piję, w pełni rozumiem ostrzegawcze etykiety na butelkach mugolskich trunków. Ostrzeżenie; Spożywanie napojów alkoholowych może osłabiać osąd i spowolnić refleks. Chciałbym dodać "osłabić determinację" do tej listy.
Po zbyt długim czasie zbieram wystarczająco przytomności umysłu, by się wyrwać i krzyknąć na niego by wyszedł. Jednak mój wysiłek zostaje szybko zmarnowany, gdy zostaję ponownie uciszony prze ciche pukanie do drzwi. Patrzy na mnie przez chwilę, a następnie chowa się w sypialni. Powiedziałbym mu jeszcze raz, żeby sobie poszedł, ale nie oczekuję, ze usłucha.
Gniewnie podchodzę do drzwi spodziewając się zobaczyć zdradziecką, łagodną twarz Dumbledore’a, który byłby równie godny mojego gniewu po małym zaskoczeniu, którym uderzył mnie podczas kolacji. Przebiegły stary drań wiedział, że mój nacisk na profesjonalizm powstrzyma mnie przed rzuceniem publicznie klątwy na niego i jego udomowionego wilkołaka.
Gotująca się we mnie irytująca wściekłość szybko stygnie na widok prefekta mojego domu przyglądającego mi się ze spokojem, a nawet gapiącego się zza drzwi.
- Panie Malfoy. - Przenikliwa obronna trzeźwość obmywa mnie. Czuję, że mój kręgosłup odruchowo prostuje się i napina.
- Dzień dobry, proszę pana. Mogę wejść? - Właściwy, dobrze wychowany, z nienagannymi manierami chłopak jest przeciwieństwem Hardego Pottera.
Nie wykonuję żadnego ruchu, żeby go wpuścić. Mimo, że nie byłoby niczym niezwykłym pozwolić jednemu z moich uczniów, zwłaszcza prefektowi, wejść do moich komnat na pogawędkę, chłopak jest wśród tych, którzy równie dobrze mogą chcieć mnie zabić. Nie spieszy mi się do przedłużenia zaproszenia. I jeszcze jest kwestia tego drugiego chłopaka ukrywającego się w mojej sypialni.
Zatrzymuję się na chwilę, by przeanalizować farsę jaka jest moje życie.
- Co mogę dla pana zrobić, panie Malfoy? - pytam zwięźle.
- Muszę z panem porozmawiać, sir. - Irytacja wyraźnie pobrzmiewa w jego głosie. Nie przywykł, by mu odmawiano.
- A co może być takie ważne, że nie może zaczekać do jutra?
Jego oczy drgają w chwilowym gniewie, ale opamiętuje się niemal natychmiast. Odrobina arogancji pogłębia jego naturalny drwiący uśmiech.
- Chodzi o pana i Hardego Pottera.
- Mnie i Hardego Pottera - powtarzam powoli umieszczając odpowiednią ilość pogardy na każdej sylabie. Nie panikuję. Chłopak nie może wiedzieć nic więcej ponad to, że pilnowałem Pottera kiedy został porwany. A to, że posiada tą wiedzę, jest bardziej zgubne dla niego niż dla mnie. Uśmiecham się rozbawiony.
- A co takiego, co wiesz, miałoby umieścić mnie i Pottera pod jednym nagłówkiem?
- Mogę wejść? - pyta z satysfakcją.
Odsuwam się na bok, by pozwolić mu przejść. Ociąga się przy drzwiach, czekając na zaproszenie, by usiąść. Można oskarżać Śmierciożercó o wiele rzeczy, ale ni o nieuprzejmość. Oni wiedzą jak udawać szacunek. Wskazuję mu drugie krzesło. Z pewnością nie wyszło by mu na dobre, gdyby usiadł w tym fotelu i powiedział „Harry”. A trzymanie go tak niekomfortowo jak to tylko możliwe, sprzyja moim celom.
Akt i sztuka onieśmielania.
Ja wciąż stoję.
- Więc? - pytam niecierpliwie.
- Wiem, co się stało tego lata, proszę pana. Wielu z nas wie. - Patrzy mi w oczy. Wyzwanie.
- Może pan być bardziej dokładny, panie Malfoy? Czy może mam zgadywać co się stało, zdając pytania? - W milczeniu prowokuję go do kontynuowania tematu z którym mnie niedbale konfrontuje.
Wzdycha zniecierpliwiony.
Myślę, aby skarcić jego tymczasową bezczelność, ale ignoruję to, na rzecz przewidywania gry, którą mamy zamiar rozpocząć. Minęły wieki odkąd grałem. Spodziewam się, ze wszystko wróci do mnie wystarczająco szybko.
- Wiem, że Czarny Pan znalazł Pottera. I wiem, że pan z nim był, kiedy go znaleziono.
Przybieram swój najbardziej niewzruszony wyraz twarzy i szydzę złowrogo.
- Wydaje się pan być dobrze poinformowany. Mam przypomnieć panu, panie Malfoy, że przyznając się do posiadania wiedzy w temacie, w którym nie ma pan interesu wiedzieć, wplątuje pana w sytuację, powinien się pan odciąć najbardziej jak to tylko możliwe? O ile, oczywiście, nie przyszedł pan tu, by ujawnić źródło swojej informacji? - zniżam głos do syczącego tonu. Jeśli ma wysilać uszy słuchaniem mnie, niech straci na to więcej sił. Sztuką jest wiedzieć na kogo można krzyczeć, a na kogo działa tylko niski, równy syk.
Jego wzrok waha się nieznacznie. Jestem zadowolony.
- Nie - mówię cicho. Czuję jak kąciki moich ust unoszą się lekko i unoszę podbródek, żeby zerkać na niego z góry. - Tak myślałem. Bardzo dobrze, panie Malfoy. Wyłącznie dla mojej własnej uciechy, dlaczego nie powie mi pan, co zamierza pan uzyskać z tej, raczej nieistotnej wiedzy?
- Przyszedłem, żeby pana ostrzec, sir. Będą plotki.
- Plotki? - prycham. - Nie przyszedł pan tu chyba po to, by mi grozić plotkami?
- Nie jestem tutaj, żeby panu grozić. - Doskonale sobie radzi z moimi pułapkami. Został dobrze wyszkolony. Szesnaście lat doświadczenia w przebiegłości. - Pomyślałem, ze chciałby pan wiedzieć, ze istnieje plan zwolnienia pana.
Nie jestem zaskoczony tą wiadomością, ale jestem podejrzliwy. Myślę, ze bardziej prawdopodobne jest, ze został wysłany, by sprawdzić czy zrezygnuję z obawy o moją reputację. Tym z czego moi dawni towarzysze nie zdają sobie sprawy, jest to, że już dawno temu poddałem swoją godność.
- Rozumiem. Mam być zwolniony za przestrzeganie poleceń Dumbledore’a? A może moi sprytni uczniowie wymyślili rzeczywiste grzechy?
Złowieszczy uśmiech wykrzywia jego rysy - dokładna kopia wyrazu twarzy jego ojca. Uśmiech wygląda jeszcze bardziej złowrogo gdy jest oprawiony kanciastą twarzą Narcyzy. Przez chwilę jestem prawie pod wrażeniem. I wtedy przypomina sobie, że to dziecko bawi się swoją dziecinną bronią w grę, w którą ja zacząłem grać, gdy on był zaledwie możliwością w jajach swego ojca.
Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale zmienia zdanie. Zamiast tego bezczelnie wzrusza ramionami.
- Być może mógłbyś mi powiedzieć, co miałoby mnie powstrzymać przed natychmiastowym wydaleniem cię z tej szkoły?
Jego uśmiech poszerza się i zahacza linię dzielącą mój spokój od impulsu ku przemocy.
- Nie zrobiłem nic złego. Ja po prostu poinformowałem nauczyciela o spisku przeciwko niemu - to moja praca jako prefekta, nieprawdaż? - Niewinność, którą wkłada w wypowiedź jest prawie śmieszna.
I śmieję się. Wymuszony, ale wciąż to śmiech.
Kładę rękę na oparciu krzesła. Słyszę szybkie westchnięcie i odchyla się do tyłu próbując utrzymać swoje opanowanie.
- Nie baw się ze mną, Draco Malfoy - mówię niskim groźnym głosem. Pochylam się kilka centymetrów od jego twarzy. - Dlaczego mi to mówisz?
Wraz z oddechem wypuszcza obawę i zbiera siły by odpowiedzieć.
- Gdybym to był ja, to chciał bym wiedzieć.
Studiuję jego twarz szukając prawdziwego wyjaśnienia. Choć możliwe jest, że jest tutaj z własnej woli, jedynie z powodu chęci ostrzeżenia mnie, jest to nieprawdopodobne. Nie mogę się zadowolić powierzchowną możliwością. Lepiej dmuchać na gorące.
Odsuwam się od niego.
- Więc powinienem ci podziękować. Możesz już wrócić do swojego dormitorium.
Wstaje i idzie do drzwi, zanim ponownie się do mnie odwraca
. - Mogę panu zadać pytanie?
Unoszę brew.
- Dlaczego pan nie wrócił?
Pytanie nie zaskoczyło mnie tak bardzo, jak szczery wyraz ciekawości w jego oczach. Zastanawiam się chwilę nad ułożeniem właściwej odpowiedzi. Oczywiście, odszedłem na długo przed upadkiem Czarnego Pana. Moja zdrada, mimo że nie podana do publicznej wiadomości, była na tyle głośna, że zostałbym zabity nawet, gdybym mógł odpowiedzieć na pierwsze od 13 lat wezwanie Czarnego Pana. Nie mówiąc już o mojej małej walce z nim w postaci Quirrela pięć lat temu. Ale nie powiem mu tego wszystkiego.
Więc dlaczego w ogóle odszedłem?
- Całował pan rąbek szaty Czarnego Pan, Panie Malfoy? - Jego twarz zapada się. To wystarcza za odpowiedź. - Zrobiłeś to z szacunku czy ze strachu?
Mruga.
- Nie oczekuje się ode mnie, że ucałuję szatę Dumbledore’a. - Cóż, nie dosłownie. Ale to wystarczająco dobre kłamstwo, by odwołać się do drogocennej arogancji chłopaka.
Tępo kiwa głową. Widzę jak myśli nad moją odpowiedzią. Mogę mieć tylko nadzieję, że będzie kontynuował myślenie nad tym później.
Odwraca się w stronę drzwi, zanim spogląda przez ramię.
- Będę wdzięczny, jeśli nie powie pan nikomu, ze tu byłem. Ojciec by mnie zabił, gdyby się dowiedział. - Uśmiecha się ironicznie zanim otworzy drzwi. Mam ochotę wlać mu trochę oleju do głowy. Nie zda sobie sprawy z tego, jaki jest koszt tej zabawy, dopóki nie będzie za późno.
- Dobranoc, profesorze Snape - mówi przed zamknięciem drzwi.
- Dobranoc, panie Malfoy - moja odpowiedź spada na kamienną podłogę i leży tam nieusłyszana. Drżę w paradoksalnej gorączce gorzkiego uczucia, które zawsze trzymam dla uczniów znajdujących się w moim domu.
Nie przeraża mnie, że próbują mnie zniszczyć. Dumbledore nie dałby się nabrać na nic, co by rozgłaszali w koło. Nawet jeśli to prawda. Nic o mnie, czego sam bym nie powiedział, nie przekonałoby go, że byłem inny niż cnotliwy.
To nie tchórzostwo powstrzymuje mnie przed pójściem do dyrektora i zdradzeniem mu całej prawdy o relacji między mną a jego złotym chłopcem. To duma. Nie pozwolę im wygrać. Nie dam im tego, co oni chcą. Co oczekują. Mam zamiar walczyć z nimi na każdym kroku i uderzę ich tam, gdzie najbardziej boli: ich bezcennych potomków, którzy są pod moją opieką. Moim kierownictwem. I którzy, jeśli nie miałabym z tym nic wspólnego, znaleźli by energię, by przeciwstawić się swoim rodzicom.
Myślę, że będę musiał przywitać moich małych Ślizgonów z powrotem w szkole.
Zapamiętuję, żeby przekazać Malfoy’owi, żeby cały dom jutro wieczorem na małą przemowę.
Podnoszę szklankę whisky i połykam to, co tam zostało. Mam zamiar z powrotem utonąć w tym fotelu, gdy przypominam sobie, ze istnieje jeszcze inny kawałek nieskończonych spraw, ukrywający się w mojej sypialni. Idę w kierunku pokoju i modlę się, by chłopakowi nie przyszło do głowy by się rozebrać do naga. Chociaż wcale bym się nie zdziwił.
Jednak tym co mnie dziwi jest znalezienie go siedzącego za drzwiami z kolanami przyciśniętymi do piersi, trzęsącego się. Najwyraźniej martwi się o swoją reputację. Tak, pogłoski, że wyprawiał rzeczy nie do opisania ze znienawidzonym opiekunem Slytherinu, byłby by bardziej szkodliwe dla niego niż dla mnie. Moi koledzy są na tyle dojrzali, by nie słuchać paplaniny dzieci. I śmiem twierdzić, ze żadnego z nich ani przez sekundę nie rozśmieszyłby pomysł, że będę pieprzyć ucznia - nie wspominając ucznia do którego mam rzekomy wstręt. Dla nich taka perspektywa byłaby co najmniej absurdalna.
Ale dla chłopaka tak czczonego jak mój młody kochanek, plotka by go zniszczyła. Oczywiście mógłby być zaniepokojony perspektywą każdego wiedzącego, że został wykorzystany przez brzydkiego, tłustowłosego dupka, który nawiedza lochy. Odkładam na bok moje zranione ego.
- Nie martwiłbym się, gdybym był tobą. Upewnię się, że nie pozostawiłem żadnych wątpliwości co do moich prawdziwych uczuć względem ciebie - uśmiecham się drwiąco.
Mruczy i podnosi wzrok, jego oczy są czerwone od zaschniętych sentymentów. Jestem chwilowo oszołominy jego nadmierną reakcją na sytuację. Jak szkodliwa by nie była sytuacja, to z pewnością nie na tyle, by płakać. Wydaje mi się, ze drżenie i zaczerwienione oczy nie mają nic wspólnego z ostrzeżeniem Malfoya.
- Co się dzieje?
- Nic - kłamie.
- Oczywiście. - Odwracam się i idę z powrotem do salonu.
Podąża za mną chwilę później i kieruje się w stronę kominka.
- Powinienem już iść - mamrocze szybko ledwo odwracając się do mnie przed wyjęciem z szat pojemnika z proszkiem Fiu.
Jestem zaskoczony jego nagłą ochotą do wyjścia. Jeszcze chwilę temu uparcie trzymał się myśli o pozostaniu zanim mógłby mnie przekonać do powrotu do naszego nienormalnego wszechświata. Raczej amoralnego, powinienem powiedzieć. Moralność społeczna, której podlega świat poza tymi murami, wydawała się takie oderwane od tego, co robiliśmy tutaj. My już nie byliśmy częścią tego świata, bardziej niż tamten świat jest świadomy naszego.
Cholera.
Zatrzymuję te myśli, zanim przekonam samego siebie, że to prawda.
- Więc zobaczymy się jutro - uśmiecha się słabo. Coś na kształt paniki, którą wykrywam w jego wyrazie twarzy wywołuje iskierki strachu. Zastanawiam się co go doprowadziło do takiego stanu. Poddaję się nagłej potrzebie, by ofiarować mu pocieszenie.
- Potter…
Widzę jak sztywnieje pod formalnością mojego głosu. Wzdycham niecierpliwie.
- Harry, wszystko będzie w porządku.
- Mam nadzieję - szepcze, a następnie rzuca proszek do ognia przed wejściem w płomienie. Jego oczy są zamknięte, gdy odwraca się w moją stronę. Mamrocze swój cel i znika zostawiając mnie zamroczonego i płynącego przez nagły strumień przeczucia.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum