The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Grudzie 11 2019 11:47:57   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Spontaniczna decyzja 13


Cieszył się, że w końcu mógł iść do pracy. Przebywanie z marudzącym lub milczącym Jessie'm było ponad jego siły. Zwłaszcza, że pytał go: „Co będzie?”. Za dużo wczoraj powiedział. Jeszcze nie był na sto procent pewny tego, czy będzie mógł zrobić to, co planował. Dlatego czekał na telefon i co chwilę zerkał na zegarek na ręce.
– Panie Carson, mógłby pan zajrzeć do Cleopatry. Jest niespokojna. – Podszedł do niego jeden ze stażystów. Od wczoraj kilku odbywało tutaj staż.
– Cleo niedługo miała rodzić. Może już czas.
Chłopak około dwudziestki skinął głową. Miał krótko ostrzyżone rude włosy, na czubku postawione na jeża. Colin miał ochotę nazywać go chudzielcem. Chłopak był wysoki i mógł się założyć, że pod tą flanelową koszulą miał tylko skórę i kości.
Weszli do boksu, gdzie klacz leżała i rżała. Jej duży brzuch od razu rzucał się w oczy. Colin uklęknął i pogłaskał Cleo.
– Na to wygląda. To jej pierwszy źrebak. Biegnij po weterynarza. Ja umyję ręce.
– Ok. Już się robi.
– Już, maleńka, wszytko będzie dobrze. – W jego kieszeni komórka zawibrowała. Wyjął ją i odczytał smsa.
Jestem w drodze. Ląduję za trzy godziny. Wszystko załatwione.
– Doskonale. Teraz zajmiemy się tobą, a potem spotkam się z przyjacielem – szepnął do Cleopatry.
Niedługo później do boksu wpadł weterynarz, chłopak i właściciel stadniny. Poród przebiegał sprawnie i po dwóch godzinach maleństwo było oblizywane przez zadowoloną matkę.
– No, panowie, spisaliście się. Zwłaszcza pan, panie White i ty, chłopcze. – Szef pochwalił ich obu i dołączył do tego szeroki uśmiech.
– Szczególna pochwała należy się Davidowi. To on zwrócił uwagę na zachowanie klaczy. – Colin umył ręce mydłem, gdy podszedł do umywalki znajdującej się pod jedną ze ścian. Patrzenie na coś tak pięknego, czego był świadkiem drugi raz w życiu, dodało mu ducha i siły. Mógł powiedzieć, że dostał kopa na to, aby działać. A Jessie się poobraża, ale potem jak go nie zabije, to może będzie coś z tego.
– Panie White, jakbym nie powiedział, że może być pan taki szczęśliwy z nowego ogiera w stadninie, powiedziałbym, że o czymś innym pan myśli.
– Myślę, szefie. O mężu myślę.
– Młodzi zakochani. – Poklepał go po ramieniu. – Przyprowadź go kiedyś tutaj. Zobaczę, co tam u matki maluszka. I pogadam z weterynarzem. – Mężczyzna zawrócił do boksu.
– Czyli to prawda? – odezwał się David.
– A co, masz z tym problem? – Nie chciał go atakować, ale i tak za ostro wypowiedział to pytanie.
– Nie, nie. Tylko krążą plotki i my z grupą nie wiedzieliśmy, czy to prawda – odpowiedział stażysta.
– Prawda.
– Spoko. – Chłopak uśmiechnął się. – Też mam chłopaka, ale nie potrafię zdobyć się na ujawnienie. Przez to się kłócimy.
Colin wyczuł, że młody chce pogadać. Miał chwilę, więc zaprosił go na kawę z automatu. Usiedli na murku, za którym rozciągał się las.
– Nie boisz się, że zepsujesz sobie opinię, rozmawiając ze mną? – zagadał White. Napił się czarnego napoju z plastiku. Kawa nie była zła, ale po tej od Carsona żadna nie była znakomita.
– Zawsze mogę powiedzieć, że rozmawialiśmy o koniach.
– Ano tak. Powiedz mi, jak twoi rodzice podchodzą do homoseksualizmu? Bo, jak rozumiem, oni nie wiedzą o tobie.
– Nie. Nikt nie wie, poza moim przyjacielem.
– Nie wiem, jakiej rady ci udzielić. Ze mną to było tak, że wiedziałem, kim jestem, odkąd wszedłem w wiek nastoletni. Nie ukrywałem się z tym. Uważam, że trzeba być sobą. Nie udawać niczego. I najważniejsze, to wiedzieć, czego się chce.
– Ja chcę być ze swoim chłopakiem. Wyjść za niego. Być z nim.
– To pomyśl o tym. O tym, czego ty i on chcecie. Nie, co pomyślą ludzie. Wy jesteście najważniejsi. – Zgniótł pusty kubek. – Ale licz się z tym, że coming out może przysporzyć masę problemów.
– Wiem, ale duszę się w ukryciu. A niech pan powie...
– Mów mi Colin.
– Colin, powiedz mi, czy twój mąż jest dla ciebie najważniejszy? – David popatrzył mu prosto w oczy.
– Jest i nawet nie wiem, od kiedy. Tak z dnia na dzień coś zaskoczyło. Trudno mi to określić. – Nie wiedział, od kiedy zaczął widzieć w Jessie'm kogoś więcej niż tylko wspólnika. I kiedy ten cały plan zamienił się w związek. Jego zdaniem związek, ale jak patrzył mężowi w oczy widział, że nie jest mu obojętny.
Porozmawiał z chłopakiem jeszcze kilka minut zanim nie upomniała się o nich praca. Liczył, że młody da sobie radę. A strach szybko minie. Wysłał też smsa do znajomego, żeby tu przyjechał. Musieli wszystko ustalić.


***


Kichnął w chusteczkę. Dziś czuł się zdecydowanie lepiej. Wstał także z łóżka. Nie miał jednak ochoty na pójście do pracy. Asystentka dostarczyła mu pracę do domu. Teraz rozmawiała sobie z Andreą w kuchni. Jego babskie sekrety nie interesowały. Postanowił czas poświęcić pracy i tak mu on leciał. Czasami tylko odrywał się od tego, a na czole pojawiała zmarszczka. Wczorajsza niby rozmowa z mężem niewiele mu dała. Nadal był na niego zły. I nie ruszyło go to, że mężczyzna spał na kanapie. No, może trochę. W nocy zszedł po coś do picia. Colin spał okryty kocem taki skrzywiony. I mimo że kanapa jest duża, to wzrost przeszkadzał mu się wyprostować. Rano nie zauważył, żeby coś mu dolegało, więc jakieś tam strzępki wyrzutów sumienia uleciały. I dziś też nie zamierza pozwolić mu ze sobą spać. Jak kara, to kara. Okłamał... Ukrył prawdę, także niech to odczuje na własnej skórze. Ale brakowało mu bliskości. Nie seksu, ale zwykłego przytulenia się. Czyżby ukarał samego siebie?
– Jessie, skończ to i chodź coś zjeść. – Andrea zajrzała do salonu.
– Nie mogę. Muszę. – Wskazał na dokumenty.
– Ivy zje z nami. Swoją drogą, fajna dziewczyna.
– Bardzo mi pomaga. Nie jestem głodny.
– Uparty osioł – stwierdziła i wróciła do nowej koleżanki. Tak sądził Jessie. Po chwili pojawiły się obie z talerzami w ręku. Coś ładnie pachniało. – To potrawka z kurczaka. Siadaj i jedz – rozkazała.
– Dobrze, mamo Andreo.
Ivy zachichotała pod nosem.
– Szefie, fajny z ciebie facet.
– Widzisz, Andreo, kochają mnie. – Carson dumnie wypiął pierś.
Andrea już miała na końcu języka, że nie tylko obecni go kochają, ale powstrzymała się. Za to Colin by ją skazał na sto dni chłosty.
Jessie usiadł przy stole i zjadł ze smakiem. Nawet nie wiedział, kiedy wdał się w rozmowę z kobietami. Czas mijał w ten sposób jeszcze szybciej. W końcu do domu wrócił jego mąż. I nadal trwała pomiędzy nimi ta głupia cisza. Pod sam wieczór usiedli całą trójką przed filmem, jaki wybrała Williams.
Carson udawał, że nie słyszy śmiechu męża przy kolejnej scenie komedii. Jemu się to nie podobało, ale oglądał. I wzdychał. Nudził się. Potwornie się nudził.


***


Colin widział to dyskretne ziewanie męża. Miał ochotę go wziąć na górę i położyć do łóżka, a potem dać mu rozrywkę. Nie spróbował jednak tego. Jessie nadal był w bojowym nastroju i wolał nie dolewać oliwy do ognia. Da mu jeszcze dzień na przełknięcie wszystkiego, a potem pokaże mu, że nie miał złych intencji w ukrywaniu prawdy. Po prostu się pomylił. Sądził, że tak będzie dobrze. Jest tylko człowiekiem i mylić się może.
Znów zaczął bębnić palcami po udzie, więc zacisnął je w pięść. Zainteresował się filmem i mógł rozluźnić mięśnie. Śmiał się, kiedy trzeba było. W końcu pojawiły się napisy końcowe.
– Chłopaki, ekstra film. – Andrea przeciągnęła się. – Już późno, idę spać. – Miała nadzieję, że tych dwóch pacanów porozmawia ze sobą. – Dobranoc, karaluchy pod poduchy.
– Andreo, nie jesteśmy dziećmi – wymruczał White.
– Phi. Teraz mam przed oczami dzieci. Was. – Kręcąc biodrami, pokierowała swoje nogi w stronę schodów.
Mężczyźni zostali sami. Chłód pomiędzy nimi przeszkadzał obu, ale żaden nie potrafił zrobić pierwszego kroku. Colin, mając tego dość, spojrzał na męża i zmarszczył brwi.
– Długo będziesz traktował mnie jak powietrze? – Usiadł po turecku przodem do Carsona. – Mam wrażenie, że zawadzam ci tutaj. – Położył łokcie na kolanach i pochylił się w jego stronę. Dzieliło ich tylko z pół metra, ale duchowo i uczuciowo przybywało centymetrów z każdym oddechem i chłodem. – Przeprosiłem cię. Wiem, co zrobiłem. Ile dla ciebie ta wiedza znaczyła, ale czy nie mogłoby ci to obrażenie się przejść?
Jessie westchnął.
– To nie jest takie proste. Nie wiem, ile masz jeszcze tajemnic. Czuję, że są. Widać nie chcesz mi ich powiedzieć. Nie zmuszam cię do tego. Ale uszanuj to, że na razie wolę być sam. – Wstał. – Też idę spać. Muszę jeszcze zjeść leki.
– Niedługo dowiesz się o mnie wszystkiego – szepnął na tyle głośno Colin, żeby Jessie go usłyszał. Jego mąż przystanął. Pisarz miał wielką nadzieję, że wróci i usiądzie tu przy nim.
– Nie wiem, czy tego chcę. Czy mi na tym zależy.
– Mnie zależy. Nie tylko w sensie...
– Wybacz, ale jestem zmęczony. Rano muszę być w pracy. Ojciec ma ważną wiadomość i nie przekazał mi jej przez telefon.
– Czyli kolejna noc na kanapie – mruknął do siebie White i wyprostował nogi. Bał się jutrzejszego dnia jak diabli.


***


Wyszedł do wydawnictwa, zostawiając śpiącą jeszcze kobietę. Nie to, żeby zaglądał do jej sypialni. Po prostu nikt nie marudził mu nad głową, że to i tamto. Zapomniał się z nią pożegnać. O dziewiątej wylatywała do Denver. Śniadania też nie zjadł, bo śpiący Colin nie zrobił. A on i tak by pewnie nie dostał. Postara się dziś z nim porozmawiać. Dość boczenia się. Poza tym dzisiaj miał ochotę na seks. Nie był to dobry motyw na pogodzenie się, ale pierwszy krok ku temu.
– O, dobrze, że jesteś. – Drogę zastąpił mu brat.
– Też się cieszę, że cię widzę. – Odchrząknął chrypkę.
– Przeziębiłeś się?
– Trochę. Dziękuję, że pytasz. Co to za ważna sprawa, że miałem tu być o świcie? – Wyminął Seana. Chciał być już w swoim gabinecie.
– Sprawa, która od wczoraj sprawia, że nie spaliśmy z ojcem całą noc. – Sean poszedł za bratem.
– Tak? A co? Mama znów urządza jakieś przyjecie za setki tysięcy dolców? – Wszedł do biura i położył teczkę z laptopem i dokumentami na biurku. Potarł skronie, chcąc wygonić mętlik z głowy. – Mów, o co chodzi.
– Ojciec ci powie. Ale mamy nowego kupca Dreams.
Nie wierzył, że to słyszy. Nowy kupiec? Dlaczego w ogóle jest jakiś kupiec? Miał mieć czas.
– Ten ktoś daje naprawdę dużą sumę. Nie ma co się oglądać.
– Kto chce nas kupić? – Zaczął intensywnie myśleć. Przeglądał te papiery tyle czasu i po tyle razy, że mieszało mu się już wszystko. Faktycznie wydawnictwo ma problemy. Nie wyjdą z tego. Może chociaż część udziałów sprzedadzą. Ale nie całą firmę.
– Nie pamiętam nazwy. W każdym razie spotkanie z przedstawicielem szefostwa jest o jedenastej. Prezes tego wydawnictwa pojawi się półgodziny później. Jessie, ojciec ma rację. Inaczej cała rodzina będzie żyć w biedzie.
– To by wam dobrze zrobiło! – wykrzyknął. – A teraz wynocha. Pojawię się punktualnie o jedenastej w konferencyjnej wysłuchać tego kogoś.
Brat zostawił go samego, a on nie wiedział, co ze sobą zrobić. Czyżby to były ostatnie chwile tutaj? Może nowy właściciel nie zamknie tego i nie zwolni pracowników. Ojciec i Sean się tym nie przejmują. Jemu zależało na losie tych ludzi. A co z kontraktami z autorami? Tak nagle wszystko się zmieni? I on tu ma niewiele do gadania. Przez jeden głupi dokument, o którym zapomniała babcia. Usiadł na kanapie i ukrył twarz w dłoniach. To koniec. Po prostu koniec. Ostatnie dni były ciężkie i nic nie zapowiadało zmiany. Czy będzie jeszcze gorzej?

O wyznaczonej godzinie zjawił się w sali konferencyjnej. Przedstawiciela owej firmy jeszcze nie było.
– Widzicie, wycofali się i możemy dalej...
– Siadaj – warknął ojciec. – Wiemy z Seanem, że zabrałeś z firmy bardzo ważne dokumenty.
– Ich kopie. – Nie zamierzał usiąść. – Zastanawia mnie, gdzie podziały się niektóre sumy.
– Poszły na pokrycie kosztów w drukarni. Wszystko przez jedną zepsutą maszynę. Cała seria książek poszła do pieca, bo tusz się rozlał. Nie zainteresowałeś się tym?
I tak mu nie wierzył. Ojciec sprzeniewierzył pieniądze na własne cele. Tylko jakie? Ktoś głupi by tego nie zobaczył, ale on to wyczytał między słupkami liczb. Ciekawe tylko, ile ojczulek płaci szefowi z działu finansów za fałszowanie danych.
Pukanie do drzwi przerwało tok myślenia najmłodszego Carsona. Sean otworzył drzwi. Do środka wszedł wysoki mężczyzna wraz z dwoma innymi. Ten pierwszy miał na sobie nienagannie skrojony garnitur i blond włosy sięgające szyi. Patrzył na obecnych zielonymi oczami.
Jessie zaczął się zastanawiać, gdzie rodzą się tacy przystojniacy. Spojrzał na jego rękę. Żonaty. Ale w sumie i tak nie miał ochoty na nikogo innego prócz męża, co go trochę denerwowało. Zaczynał się nie tylko przywiązywać, ale i coś czuć do Colina. Coś więcej niż tylko pożądanie.
– Philip Jordan. – Mężczyzna wyciągnął rękę do Jessie'go, gdyż stał najbliżej niego. – Jestem adwokatem i zastępcą prezesa Sunrise Publisher.
Jessie zmarszczył brwi. Znał tę nazwę. Tylko skąd ją znał?
– Witamy serdecznie. – Cały w skowronkach pan Carson podszedł do adwokata i uścisnął mu rękę. – Niech panowie siadają. Omówimy warunki. Spiszemy umowy...
– Nie trzeba. W umowie jest tylko jeden warunek, ale on wyjdzie na jaw dopiero po sfinalizowaniu transakcji.
– Nie zgadzam się – wypowiedział Jessie. – Nie chcę sprzedawać Dreams i nie podpiszę niczego ot tak sobie. – Pstryknął palcami.
– Proszę się nie bać. Umowa nie zawiera żadnych kruczków. Jest spisana na państwa korzyść. Udostępnimy ją waszym prawnikom. – Jordan skinął na jednego z towarzyszących mu mężczyzn. Ten podszedł do podłużnego stołu, wokół którego stało dwanaście krzeseł i położył teczkę na stole. Otworzył ją i wyjął plik dokumentów. Podał prawnikowi pracującemu dla Dreams, który do tej pory przysłuchiwał się wszystkiemu. – Nie chcemy państwa oszukać – kontynuował Philip. – Wszystko jest tak, jak mówiłem wczoraj przez telefon. Rozmawiali też panowie ze mną osobiście. Poza tym zaraz pojawi się prezes Sunrise i wszystko panom wyjaśni.
– Prezes? Nie zgadzam się na to! Ze mną nikt nie rozmawiał i w dodatku jaki kupujący tworzy umowy na pożytek sprzedającego?!
– Nie chciałeś Aniquy, to zgódź się na to. – Ojciec był nieustępliwy. – Pracownicy nie stracą miejsc pracy. Wydawnictwo będzie działać, ale nie będzie nasze. W innym wypadku Dreams upadnie, jak wiele innych takich miejsc. Nikt wtedy nie zachowa pracy. Ludzi czeka bezrobocie.
Kurwa. Nie tak miało być. Wszystko dzieje się tak nagle. I jeszcze ojciec bierze go pod włos.
– Dopóki pan prezes – wypowiedział to Jessie dość szyderczym tonem – nie przyrzeknie, że to miejsce zostanie takie, jakie jest.
– Mogę ci dużo przyrzec, Jessie.
– O, to prezes Sunrise P... – poinformował Jordan, ale zaraz urwał dalszą część zdania.

Ten głos. Wmurowało go w podłogę. Nie, to pomyłka. Zdecydowanie pomyłka. Przełknął ślinę przez zaciśnięte gardło. Ciarki zaczęły mu przebiegać po plecach. Przesłyszał się. Już ma halucynacje. Spojrzał na ojca i brata. Ci stali niczym zaklęci w posągi. Musiał się upewnić. Odwrócił się. Nie wierzył własnym oczom. On tu na pewno robi co innego. Przyszedł po prostu do niego. Ale adwokat powiedział, że prezes... a tu nie było nikogo poza nimi. I nim.
– Ty – szepnął.
Tego się nie spodziewał. Nie. Nie. Nie. Miał ochotę wrzeszczeć na niego. Ten człowiek stał teraz w czarnym garniturze, krawacie i wszystkim innym, nawet buty mu się szkliły. Jak mógł... No jak mógł mu to zrobić?!
– Pozwólcie, panowie, że dokonam właściwej prezentacji. – Philip ponownie zabrał głos. – Prezes Sunrise Publisher, pan Colin White.
Poczuł, jakby coś ściskało jego serce. Wiedział, skąd zna nazwę firmy. Tam wydawał CJ MacGregor! A Colin i on to ta sama osoba. Ale to znaczy... A mówił, że rodzice nie mieli pieniędzy nawet na kawę? A on ma kasę. Ile jeszcze kłamstw się w nim kryje?!

Colin widział, że z mężem dzieje się coś niedobrego. Właściwie niewiele brakuje do wybuchu. Zbliżył się do niego. Objął mocno i przyłożył usta do jego ucha. Wyglądało, jakby go całował, a on wypowiedział słowa:
– Porozmawiamy w domu. Teraz siedź cicho.
Jessie odsunął się i popatrzył na niego morderczym wzrokiem. Cicho? Już on da mu cicho. Otwierał usta, by coś powiedzieć, ale zostały one natychmiast zamknięte przez gorące wargi Colina. Mężczyzna pocałował go szybko, a zarazem czule.
Pocałunek Judasza, Pomyślał Jessie.
Colin przerwał pocałunek i spojrzał w oczy małżonka, uspokajając go. Miał nadzieję, że wszystko się uda.
– Pan, panie White, jest... – Teść Colina odzyskał w końcu mowę. – Syn mi nic nie powiedział.
– To była niespodzianka dla niego. Nie wiedział o pewnych rzeczach. Mój kotek za bardzo się martwi. Nie chciałem mu robić nadziei.
Miał mu nie robić nadziei?! Co on pieprzy? Mimo wzrastającej furii nie da satysfakcji ojcu i zachowa się w miarę dobrze.
- Przejdziemy do sfinalizowania umowy? – zapytał White. Splótł palce z palcami Jessie'go. Dobrym znakiem było to, że mężczyzna się nie wyrwał. Co czekało go w domu?
– Wszystko w porządku – zapewnił prawnik Dreams. – Prosta umowa. Bardziej na korzyść Dreams niż Sunrise, co mnie zaskakuje, ale biorąc pod uwagę, kim jest kupujący, to wszystko wyjaśnia.
– To podpisujemy – zgodził się pan Carson.
Błysk w oczach ojca zaniepokoił Jessie'go. Tatuś wyczuł pieniądze. Ma bogatego zięcia. Ale ten zięć nie zostanie zięciem na długo! Widział, jak podpisuje dokumenty. Nawet on musiał to zrobić. I zrobił. Dla dobra pracowników.


***


Wpadł przez drzwi mieszkania jak burza. Ledwie powstrzymał się w aucie od niewykrzyczenia wszystkiego. Colin uparł się, że pojadą jego samochodem, ponieważ w takim stanie nie może prowadzić. A on nie miał ochoty przebywać przy nim! Nie tego się spodziewał. W oczach rozgorzała wściekłość, gdy spojrzał na męża.
– Tylko się nie denerwuj – zaczął Colin.
– Nie denerwuj?! Kim ty, do cholery, jesteś?!
– Twoim mężem – odpowiedział spokojnie na krzyki. Sąsiedzi też pewnie je słyszeli.
– Kłamcą jesteś! Kim jesteś?! Pierdolonym złodziejem! Wiedziałeś, ile Dreams znaczy dla mnie i co zrobiłeś?! Zabrałeś mi ją! Ty podstępny szczurze! Spotkanie z właścicielem Sunrise. Spotkanie z ich najlepszym pisarzem, mogli dodać. Ja nawet nie wiem, jak mam cię teraz traktować! Jako CJ MacGregora czy wydawcę?! – Krążył po salonie i cały dygotał. Na przemian blade i czerwone policzki wskazywały panującą nad Jessie'm furię.
– Jessie, to ja, Colin. Nieważne, co robię. Jestem po prostu Colin. Twój mąż.
– Nie mów do mnie jak do dziecka! Po cholerę to zrobiłeś? Nic mi nie powiedziałeś. I co z tymi bajkami, jak to rodzice walczyli o wszystko?! Stać cię na kupno Dreams, więc na głupią kawę dla staruszków też!
– Wkurwiasz mnie, Jessie. Nie wypowiadaj się tak o moich rodzicach! – Zamachał przed twarzą męża palcem. – Nie mieliśmy pieniędzy. Zacząłem pisać w wieku piętnastu lat. Potem na tym zarabiać. Robiłem inne rzeczy, w tym jeździłem taksówką, musiałem z czegoś żyć. Na studiach też założyłem małą firmę – syczał, zaciskając zęby. – Znalazłem kogoś, kto mi pomógł. Philip miał pieniądze i wsparł moje dążenie do rozbudowy wydawnictwa. Udało się. Pisałem i zarabiałem. Zdobywałem innych pisarzy i teraz stać mnie na kupno pięciu takich wydawnictw, jak twoje!
– Już nie moje! Okradłeś mnie!
– Posłuchaj, co chcę ci powiedzieć!
– Nie chcę! Nawet mi tego nie powiedziałeś! To nie chcę cię słuchać! Chrzanię wszystkie warunki, jakie postawiła babcia! Rozwodzimy się! Nie chcę na ciebie patrzeć!


Colin cofnął się. Wiedział, że tak będzie. Musi dać mężowi czas, by ten ochłonął. Odwrócił się na pięcie i poszedł do ich sypialni. To najlepsze wyjście. Inaczej mogliby się pożreć naprawdę ostro i nie byłoby co naprawiać. Jessie złapie oddech i będzie dobrze. Tylko musi mu dać sobie wyjaśnić to wszystko. Carson musi go wysłuchać. Ale jak uspokoić bestię w nim? A może po prostu mu to dać. Bez większych wyjaśnień. Wyjął ze środkowej kieszeni marynarki złożony dokument. Rozwinął go i spojrzał na niego.


***


Nareszcie zniknął mu z oczu ten zdrajca. Złodziej. Kłamca. Czuł się taki bezsilny. Zły, smutny. Oszukał go i teraz zrobił to z premedytacją! Jak mógł? Najgorzej, że bolało dlatego, ponieważ czuł się oszukany przez kogoś, komu zaufał. Nawet po tym incydencie z odkryciem tożsamości pisarza ufał mu w jakimś stopniu. Teraz to całkiem zniknęło. I w sercu pozostała dziura.
Nadal miotał się po pokoju, jakby coś go nakręcało. Wziął kilka głębokich oddechów. Wyjedzie. Zostawi to wszystko i wyjedzie do Europy. Sprzeda mieszkanie i opuści ten kraj.
Wtedy do niego dotarło, że planuje ucieczkę tak samo, jak robił to Colin po śmierci Iana. Zapomnienie oznaczało nie wracanie do bolesnych czasów. Nie mówienie o tym, nie myślenie. Stworzenie nowego siebie. Wizerunku. Byle nie cierpieć. Pieprzyć to!
Colin przypadkiem pojawił się na jego drodze. A teraz, już nie przypadkiem, zabrał mu wydawnictwo!
Usłyszał stukanie podeszw butów o stopnie, a za chwilę o podłogę. Zatrzymał się i spiorunował męża wzrokiem. Nie miał ochoty się do niego odzywać.
– Chciałem ci pomóc. Nigdy nie zgodziłbyś się, abym kupił Dreams. Oszukałem cię, ale zrobiłem to, bo wiedziałem, ile wydawnictwo dla ciebie znaczy. – Colin miał swoją szansę na powiedzenie paru zdań. – Wpadłem na pomysł... nagle. I podziałałem. Nie jestem złodziejem. – Chwycił go za rękę i wcisnął jeden ważny dokument. Puścił go. – Firma była, jest i będzie tylko twoja.
– Hm? – Przesłyszał się?
– Zrobiłem to, bo cię kocham – powiedział smutnym głosem Colin. Pochylił się i pocałował męża w policzek. Nawet już na niego nie spojrzał. Wyszedł spokojnym krokiem z mieszkania.
Jessie stał pośrodku pokoju, będąc w szoku. Z trudem rzucił okiem na dokument. Jasno mówił, kto jest właścicielem wydawnictwa. Potrzebny był tylko jego podpis. To uderzyło w niego jak grom wraz z wyznaniem miłości. Colin go kocha?
Opadł na kolana przygnieciony nagłym ciężarem.
Kocha go. Colin to wyznał i wyszedł. Wróci?
Po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co robić. Nagle to mieszkanie wydało mu się niezmierzonym pustkowiem. I dlatego, że osoba, która wypełniała go przez prawie dwa miesiące, zostawiła go samego. Miał ochotę płakać. Co on najlepszego zrobił? Poniosło go, a teraz został sam. I nigdy mu tak samotność nie dokuczyła, jak teraz.
Szare tęczówki ponownie skierowały się na tekst wydrukowany na białej kartce. Jego mąż dawał mu w prezencie ślubnym Dreams. I nawet Jessie nie zorientował się, kiedy faktycznie kurtyna łez przysłoniła oczy i te wypłynęły, jedna po drugiej, w niemym płaczu.













Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum