The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 18 2019 17:30:06   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Długa droga 13


Rozdział 13,
o wnikliwej obserwacji i natrętnych pytaniach


„Na Ziemiach Niczyich można natknąć się na wiele plemion, będących ze sobą w lepszej, lub gorszej komitywie. Ich wierzenia, kultura i język niemalże się od siebie nie różnią, żyją jednak w niezależnych osadach i mimo licznych wojen, nikomu nie udało się sprzymierzyć dostatecznie wiele plemion, aby objąć dominację nad całymi terenami. (…)
Na czele każdego plemienia stoi wódz, wśród tamtejszych ludów zwany „shirkani” – formalnie tytuł może zdobyć każdy, kto zwycięży z aktualnym sprawującym władzę w pojedynku, często jednak zdarza się, że funkcja ta staje się w plemieniu dziedziczna.”

Taris Ailvart, „Kultura Wschodu”


Zapadał zmrok, a nad stepem zakrążył chłodny wiatr. Podmuch zasyczał w szczelinach skał, świsnął do wtóru łamanych gałązek suchych, powykręcanych krzewów, przeczesał źdźbła szorstkiej trawy i włosy Zuli – czarne jak noc i zlepione cuchnącą krwią.
Stała dumnie wyprostowana z poważną, zasępioną miną, patrząc jak jej ludzie układają z kamieni stos, który miał zabezpieczyć ciało poległego kompana przed atakiem dzikich zwierząt. Wszyscy milczeli i ci, którzy nie pracowali stali tak jak ona, sztywno i bez słowa. Nikt nie płakał, ani nie lamentował – to w końcu nie pierwszy wojownik poległy na stepach. Ale w tej cichej, ponurej rezygnacji było coś znacznie gorszego niż w zwyczajnej rozpaczy.
Kiedy stos został już zbudowany, Zula chwyciła spory, płaski kamień i ułożyła go na szczycie. Przez chwilę stała bez ruchu, z dłonią opartą o szorstką powierzchnię odłamka skały, którym zwieńczyła grób Hudana. Jej ludzie przyglądali się temu, stojąc wokół niej w luźnym okręgu. Niektórzy nie doszli jeszcze do siebie po walce, kilku wspierało się na ramionach towarzyszy, wciąż otumanieni działaniem trucizny. Dehre ledwo trzymał się na nogach, ale nie pozwolił zatrzymać się w posłaniu. Tylko Raeve im nie towarzyszył, gdyż dalej nie odzyskał przytomności. Istniało duże prawdopodobieństwo, że już tego nie zrobi i wtedy będą musieli usypać kolejny stos.
Zula ściągnęła w końcu dłoń z płaskiego kamienia na szczycie i pozostali odczytali to jako niemy znak i zaczęli się rozchodzić. Rozścielali na ziemi skóry i futra, obdzielali się wodą, ci wyznaczeni do pełnienia pierwszej warty poprawiali broń i rozglądali się za odpowiednimi punktami obserwacyjnymi. Nie musiała wydawać rozkazów, wszyscy dobrze znali swoje zadania. Po chwili do szumu wiatru dołączyły przytłumione rozmowy i wszystko zaczęło z wolna odzyskiwać swój rytm. Kobieta odwróciła się i ruszyła w stronę, gdzie przygotowano miejsce na nocleg, po drodze odpięła pas z krótkim mieczem i wsadziła pod pachę, aby położyć go koło siebie, gdy położy się spać. Czuła majaczący za jej plecami cień pogrzebowego stosu, ale nie pozwoliła sobie na okazanie słabości.
Hudan był jednym z jej najlepszych ludzi, bliski przyjaciel jej ojca i jej pierwszy nauczyciel. To pod jego okiem pierwszy raz nasadziła strzałę na cięciwę, pierwszy raz zważyła w swojej dłoni ostrze miecza. A teraz on leżał tam, pod stosem kamieni, i chociaż na piersi czuła nieznośny ciężar, to jej ciemne oczy nawet nie zwilgotniały.
Skinęła głową na Rahida i czekając aż potężny wojownik do niej podejdzie, zaczęła owijać skórzany pas wokół pochwy krótkiego miecza.
Mężczyzna natychmiast pojawił się u jej boku, czarne jak węgle oczy spoglądały na nią pytająco z jego surowej twarzy. Nosił teraz opatrunek na lewym ramieniu, a wokół jego pasa powstało ciemne otarcie, które musiał zostawić zaciśnięty arkan.
- Chcę, żebyś miał oko na tych nowych – oznajmiła. – Nie wydaje mi się, żeby współpracowali z tamtymi, ale mogą coś kombinować. Macie ich nie spuszczać z oczu. Ty trzymaj się blisko tego w czerwonych włosach, w walce ty jeden tylko dałbyś mu radę – stwierdziła i Rahi’d skierował ciemne spojrzenie w kierunku wspomnianego wojownika, odruchowo opierając dłonie na rękojeściach zakhirów.
- Walczy jak demon – potwierdził poważnie i szybko znowu skierował wzrok na swoją przywódczynię.
- Zadran niech ma oko na łucznika – kontynuowała tamta.
- I tak ma – mruknął barbarzyńca głębokim głosem i skrzyżował ramiona na szerokiej piersi. – Zaraz mu dziurę w głowie wypali od takiego gapienia się – burknął, marszcząc groźnie ciemne brwi, ale Zula tylko skinęła na to głową.
- I dobrze. Niech go pilnuje, wygląda na ich lidera. Na chłopca-kobietę sama będę uważać, jest groźniejszy niż wygląda. Znajdź jeszcze kogoś kto popilnuje tego ostatniego. To matoł, ale walczyć też potrafi. Dostali już ostrzeżenie, więc jeśli coś będzie nie w porządku – zabić – zakończyła sucho.
Rahi’d uderzył się pięścią w pierś w geście potwierdzenia.
- Tak jest, shirkani – odparł służbiście, a Zula zmarszczyła się na te słowa.
- Nie jestem waszą shirkani. Mój ojciec nim jest – przypomniała. – Wciąż żyje.
- Być może – odparł mężczyzna poważnie. – Ale lada dzień jego dusza odejdzie do przodków, jeśli już tam nie jest.
- Wtedy władzę przejmie mój brat – sarknęła gniewnie.
- Nie – zaprzeczył poważnie. – Ty już jesteś shirkani, dla mnie i dla wielu innych. Jadreh musi się z tym pogodzić. Po odejściu twojego ojca to ty powinnaś zająć jego miejsce. Nie potrzebujemy siły, tylko rozumu. Ciebie potrzebujemy, teraz bardziej niż…
- Nie czas na to, Rahi’d – przerwała mu w końcu. – Mamy wroga z zewnątrz, nie możemy się osłabiać od środka. Jeśli okażemy słabość przez ludźmi Tuhan, nie przyłączą się do nas. Dlatego na ten moment shirkani jest mój ojciec, a jego następcą Jadreh.
- Jak sobie życzysz – odparł w końcu Rahi’d, ale skłonił się z szacunkiem i ponownie uderzył pięścią w swoją pierś na znak posłuszeństwa.

*

Saris spod przymkniętych powiek obserwował krzątaninę w obozowisku barbarzyńców. Musiał przyznać, że wszystko dobrze funkcjonowało, każdy zdawał się dokładnie znać swoje miejsce. Sam długie lata służył w wojsku i wiedział, że dla dowódcy to ważne – nie można przecież pilnować każdego kroku swoich ludzi. Po krótkiej ceremonii pogrzebowej – o ile można to tak w ogóle nazwać – wojownicy podzieli się. Część miękko i niepostrzeżenie wsunęła się między skały, wtapiając w cień, aby obserwować schronienie i móc wcześniej uprzedzić o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Pozostali rozkładali na twardej ziemi zwierzęce skóry i futra, a potem układali się na nich. Blisko siebie, czasem nawet nie odpinając broni, rannych trzymając jak najbliżej środka, aby móc bronić ich w razie czego. Dwóch smagłych młodzieńców pilnowało koni – jeden zwinął się pod większym głazem nieopodal stłoczonej grupki wierzchowców, a drugi przycupnął nieopodal na skale, czujnie jak gotujący się do ataku sęp. Nie dało się także nie zauważyć, że barbarzyńcy bardziej lub mniej dyskretnie zmniejszyli dystans do obcych – wyraźnie chcieli ich pilnować i Saris nie dziwił się temu za bardzo.
Anuril i Shivu udawali, że niczego nie widzą. Dreikhennen był pewien, że obaj byli na tyle spostrzegawczy, że na pewno to dostrzegli, ale nie zdradzili się nawet mrugnięciem. Rozłożyli się niedaleko Zuli, pomiędzy jej ludźmi, jakby na znak zaufania. Był jednak pewny, że mimo pozornego spokoju, żaden z nich nie zmruży tej nocy oka i nie rozluźni chwytu na ukrytych sztyletach.
Torquen zdawał się natomiast pochłonięty rozmową z tym całym bardem. Jak zwykle, wyglądał jakby siedział w karczmie przy piwie, a nie znajdował się otoczony oddziałem śmiertelnie niebezpiecznych barbarzyńców, którzy wyraźnie im nie ufali. Saris odetchnął zirytowany, ale zdążył się już nauczyć, że najemnik taki już był i jeśli coś jest w stanie wybić mu z głowy tą idiotyczną beztroskę, to niestety nie przemoc fizyczna, ani groźba śmierci.
Dreikhennen po chwili zastanowienia wstał ze swego miejsca na uboczu i rozłożył swoje posłanie. Tak jak prosiła Zula, blisko jej ludzi, ale wciąż trochę z boku, aby w razie czego nie został od razu otoczony. Odpiął pas z mieczem, ale odłożył broń blisko siebie. Następnie spróbował znaleźć jakąś w miarę wygodną pozycję, co w pełnym ubraniu nie było takie łatwe.
Zmrużył lekko oczy widząc, że tuż obok niego rozkłada się jeden z barbarzyńców – ten potężny, o barkach szerokich jak szafa, o surowej twarzy i włosach splecionych w warkocz przez środek głowy. Ten, który uderzył Torquena.
Zgrzytnął lekko zębami na to wspomnienie. Nie, żeby tamten kretyn sobie nie zasłużył. Musiał się nauczyć, że czasem naprawdę należy zamknąć gębę, ale nie zmieniało to faktu, że Saris miał wielką ochotę trzasnąć tego wielkiego prymitywa w mordę. Ot tak, dla sprawiedliwości.
Nie zrobił tego jednak tylko wsunął się pod własne okrycie, przymykając oczy. Starał się uspokoić oddech wiedząc, że pewnie i tak nie zaśnie tej nocy.
Zignorował szelest, gdy potężny barbarzyńca ułożył się tuż obok niego. Zaczął się w końcu rozluźniać, okazało się, że emocjonujący dzień wyczerpał go znacznie bardziej niż się spodziewał, gdyż zaczął z wolna odpływać w sen. Otuliła go przyjemna ciemność, ale mimo tego, ostatkiem świadomości zanotował jeszcze ruch nad sobą. Drgnął przestraszony, ale było już za późno. Nim zdążył cokolwiek zrobić, coś ciężkiego wylądowało na nim, aż stęknął.
Co bardziej zaskakujące, to coś również stęknęło, i to bardzo znajomo.
- Torquen?! – syknął Saris starając się zepchnąć z siebie mężczyznę. – Co ty wyprawiasz?!
- Jak to co, kładę się spać – odparł tamten niezrażony i po krótkiej szarpaninie, udało mu się zsunąć z Dreikhennena i opaść tuż obok niego, wciskając się w ciasną przestrzeń między nim, a tym wielkim barbarzyńcom obok.
- I musisz koniecznie tutaj? – odwarknął Harlandczyk, starając się trochę odsunąć. Nie było to łatwe, bo teraz zostało mu naprawdę niewiele miejsca.
- Przyzwyczaiłem się spać obok ciebie – powiedział najemnik, bez skrępowania nakrywając się swoją własną derką i moszcząc się wygodnie. Zdawało się, że zupełnie nie przeszkadza mu obecność ogromnego wojownika tuż za plecami, ani gniewnie zmarszczona twarz Sarisa przed jego własnym nosem. Torquen uśmiechnął się szeroko, dostrzegając jak zielone oczy mężczyzny błyszczą groźnie w ciemności. – Twoje chrapanie mnie usypia – dodał tonem wyjaśnienia.
- Ja nie chrapię!
- Niech będzie. Głośno oddychasz.
Dreikhennen już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale powstrzymał się w ostatnim momencie. Wiedział, że jeśli da się wciągnąć w dyskusję, ta może trwać kolejnych kilka godzin. Parę razy zdarzyło im się, że rozpoczynając kłótnię od jakiejś drobnostki, kontynuowali ją potem niemal do rana.
- Jak sobie chcesz – burknął więc tylko i odwrócił się do mężczyzny plecami. – To śpij.
I przez chwilę faktycznie panowała błoga cisza, Saris jednak nie miał okazji napawać się nią zbyt długo.
- Martwiłeś się dzisiaj o mnie, co? – usłyszał nad uchem i aż warknął, obracając głowę przez ramię żeby obrzucić towarzysza morderczym spojrzeniem. W mroku nie dostrzegł wiele poza błyskiem białych zębów i złotych tęczówek.
- Musiałeś chyba naprawdę mocno oberwać – syknął przez zęby – bo to najgłupszy pomysł, jaki miałeś od dawna. Dlaczego niby miałbym się o ciebie martwić?
- Bo mnie lubisz?
- Czy jeśli wybiję ci wszystkie zęby i wetknę do gardła, to będzie wystarczający dowód, że jednak nie?
Torquen fuknął pod nosem i przez chwilę wiercił się tylko w miejscu. Saris zastanawiał się, czy potraktował tą groźbę poważnie – trochę w to wątpił, bo wysuwał podobne średnio trzy razy na dzień.
- Ale trochę się martwiłeś – burknął po chwili najemnik, lekko urażonym tonem. – Przyznaj.
- Ani mi się śni, idź spać.
- Dlaczego nie możesz tego po prostu powiedzieć?
- A dlaczego tak ci cholernie na tym zależy?! – nie wytrzymał w końcu Saris, aż unosząc się lekko z posłania.
- Bo… um, ja… – zająknął się mężczyzna i zamrugał szybko, zaskoczony. – W sumie to nie wiem – przyznał. – Po prostu mógłbyś raz nie być takim upartym bydlakiem i…
- Czy jeśli powiem, że się martwiłem, to zamkniesz jadaczkę i dasz mi spać? – syknął i Torquen potwierdził. – W porządku! Martwiłem się! Zadowolony? To śpij! – warknął i znów gwałtownie obrócił się plecami do towarzysza.
- Jeszcze tylko jedno…
Saris słysząc to, aż zawarczał zwierzęco w zwinięty koc służący mu za poduszkę.
- Powiedziałeś szczerze, czy żebym się odczepił?
Dreikhennen leżał przez chwilę niemal bez ruchu, po czym odetchnął ciężko.
- Szczerze – burknął w końcu mało zrozumiale, z twarzą wciąż wtuloną w materiał, dopiero potem zmieniając pozycję. – Ale jeśli powiesz teraz jeszcze choć jedno słowo, to naprawdę zrobię ci krzywdę i to nie jest pusta groźba – dodał upewniając się, że w jego głosie pobrzmiewa stalowa nuta sugerująca, że w tym przypadku faktycznie należy go brać poważnie.
- W porządku. Dobran…
- Powiedziałem jedno słowo!
- Ale ja tylko…
- Milcz!
*
Anuril leniwie kołysał się w siodle, starając się zapanować nad sennością. Tej nocy prawie nie zmrużył oka – nie tylko dlatego, że leżał otoczony uzbrojonymi i niekoniecznie przyjaźnie nastawionymi ludźmi, ale też z powodu zimna. Wschód miał pod tym względem bardzo irytujący klimat – nawet kiedy dni były ciepłe, w nocy i nad ranem prawie zawsze panował przejmujący chłód. Spanie pod gołym niebem zdecydowanie mu nie odpowiadało, nie miał jednak wiele do gadania.
Teraz dalej czuł nieprzyjemne zimno, poszarpany, skalisty krajobraz dopiero wynurzał się leniwie w bladym świetle świtu, a oni już byli w drodze. Szare niebo, pasma sinej mgły zalegającej nisko przy ziemi oraz zgaszone, bure kolory wokół sprawiały, że otoczenie zdawało się jeszcze bardziej mdłe. Końskie kopyta co jakiś czas chrzęściły na szarym żwirze, w oddali kilka razy rozległ się krzyk jakiegoś dzikiego ptaka, ale poza tym panowała zupełna cisza. Wszyscy zdawali się jeszcze nie do końca rozbudzeni i jechali w milczeniu, tępo wpatrując się w grzywy swoich wierzchowców albo w monotonny, senny krajobraz.
Jadący kawałek przed Anurilem Torquen ziewnął rozdzierająco i trzymając lejce jedną ręką, drugą wyciągnął w górę, aby się przeciągnąć. Potem nachylił się w stronę jadącego u jego boku Sarisa i szepnął coś do niego, na co ten trzepnął go lekko w potylicę, chyba zbyt zmęczony aby inaczej okazać irytację. Widocznie też nie spał dobrze tej nocy, bo zwykle niewiele trzeba mu było aby przybrać swoją zwykłą, najeżoną postawę upodabniającą go do rozwścieczonego wilka.
Shivu z kolei sprawiał wrażenie, że usnął w siodle. Siedział cały owinięty w te swoje czarne szmaty, z twarzą opuszczoną i skrytą w cieniu kaptura. Elf domyślał się jednak, że nie jest to tak naprawdę całkowicie rozluźniona postawa. Znał szczególne ułożeni dłoni chłopaka i wiedział, że w każdej chwili może się w nich znaleźć niewidoczna do tej pory broń. Skrytobójca miał czuwanie we krwi i Anuril czuł dziwny dreszcz przypominając sobie, że ten niepozorny, śliczny chłopak potrafi być śmiertelnie niebezpieczny. Wyglądało na to, że Zula także nie dała się zmylić niewinnym oczętom w kolorze chabrów, gdyż jechała blisko, co jakiś czas rzucając mu nieufne spojrzenie.
Elf także czuł na sobie czyjś wzrok, ale nie tak wrogi, raczej zaciekawiony.
Zadran zupełnie nie krył się ze swoim zainteresowaniem osobą łucznika, jechał tuż obok i co chwilę spoglądał na niego zupełnie otwarcie. W tej sytuacji Anuril także pozwolił sobie na otaksowanie wzrokiem barbarzyńcy. Miał teraz na sobie kubrak ze zszytych grubymi nićmi płatów skór, ale mimo chłodu go nie zapinał i spod ubrania wciąż wystawał jego opalony tors. Miał naprawdę ładnie wyrzeźbione mięśnie, sprężyste, napinające się pod ciemną skórą do wtóru płynnych ruchów konia. Widoczny był także fragment runicznego tatuażu.
Anurilowi podobała się także twarz mężczyzny – o zdecydowanych, męskich rysach. Podobały mu się jego wyraziście wykrojone usta i podłużne, dość wąskie oczy, ciemnobrązowe i okolone rzęsami gęstymi i czarnymi jak smoła. Oczy niemal nie odrywające od niego spojrzenia, w których czaiło się coś wręcz na kształt… fascynacji.
Był przyzwyczajony, że się na niego gapiono, ale nikt nie patrzył na niego w ten sposób od… dawna. I musiał się przed sobą przyznać, że miało to w sobie coś przyjemnego.
Kiedy ich wzrok się spotkał, Zadran uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd białych zębów, mocno kontrastujących z ciemną skórą. Anuril odpowiedział na to oszczędnym uniesieniem kącików ust i miał już powrócić do kontemplacji burego krajobrazu, kiedy zza jego pleców rozległo się radosne:
- Hola, hola, panie elfie!
Luxuris zacisnął lekko usta, ale zmusił się do rzucenia pogardliwego spojrzenia przez ramię. Loren Ravick popędzał swoją jabłkowitą klaczkę, starając się dogonić łucznika. Idiotyczny, zielony kapelusz podskakiwał przy tym niebezpiecznie na jego głowie, a czerwone pióro powiewało niczym wojenny proporzec.
- Uch, ależ paskudny poranek – zagaił bard, zrównawszy się już z Anurilem i posyłając mu szeroki uśmiech. Nie doczekał się odpowiedzi, więc po chwili podjął kolejną próbę nawiązania kontaktu. – Wygląda na to, że wzbudzasz duże zainteresowanie wśród tutejszych. Przyznam się, że sam nigdy nie spotkałem srebrnego elfa, chociaż wiele o was słyszałem. Wasze pieśni są najpiękniejsze na świecie, wiele bym dał, aby usłyszeć jakąś w oryginale… Mógłbyś zdradzić, z którego ze trzech wielkich miast pochodzisz? Bo chyba, musiałeś się wychować w którymś z nich? – Lorenowi gęba się nie zamykała i zdawał się być całkowicie niezrażony brakiem odzewu ze strony rozmówcy. – Alduir, osnute melancholijną szarością, niczym płaszczem z porannych mgieł? Silthair, którego biel razi w oczy, a piękno kuje w serce…? A może największe, Illithis, miasto utkane ze światła księżyca i gwiazd, gdzie podobno płyną rzeki żywego srebra…?
- Zadajesz mi pytanie, czy układasz balladę? – przerwał w końcu Luxuris chłodnym tonem.
- Zadaję pytanie, oczywiście! Wybacz przyjacielu, lecz poezja wypływa z mych ust zupełnie niezależnie! – zastrzegł Loren poważnym, wzniosłym tonem, na co Anuril przewrócił tylko oczami.
- Nie wychowałem się w żadnym z nich. Chociaż odwiedziłem Silthair.
- Och – bard zamrugał, jakby lekko zawiedziony. – Skąd w takim razie…
- Puszcza Dahn Varelis, na wschód stąd – przerwał, nie czekając aż mężczyzna znów zdąży uderzyć w bardziej podniosły i metaforyczny ton.
- Siedlisko leśnych elfów, czyż nie? Jak zatem…
- Jestem mieszańcem.
- Hm… – Loren zamyślił się na chwilę, mrużąc orzechowe oczy i wpatrując się w usłaną kamieni i kępami burej zieleni, zasnutą mgłą okolicę. – Nieczęsto mówi się o leśnych elfach – zauważył ostrożnie. – W każdym razie niezbyt… niezbyt miłe rzeczy. Powiadają, że każdy kto podejdzie do granicy z lasem, nieważne czy starzec, czy dziecko, zostaje przeszyty strzałą przez serce. To prawda?
Anuril poruszył się w siodle niespokojnie. Bardzo nie lubił poruszać tematu swojej ojczyzny.
- Nie – mruknął, dopiero gdy usłyszał coś na wzór lekkiego westchnienia ulgi od strony rozmówcy, przeniósł na niego poważne spojrzenie. – Zawsze celujemy w oko. Grot gładko przechodzi do mózgu i zabija na miejscu, niezależnie od tego, czy ktoś nosi pancerz, lub kolczugę.
- Cóż, to właściwie logiczne – przyznał mężczyzna po chwili konsternacji. – Choć mniej poetyckie. Jak wygląda ten las?
- Jak las – warknął Anuril zirytowany tą dociekliwością. – Nasze drzewa są większe i starsze, bardziej majestatyczne, bo ich nie wycinamy. Mamy tam więcej zwierząt i pięknych stworzeń, których wy nie znacie, bo nie zabijamy ich dla rozrywki. A nasze polany pokryte są kwiatami o kolorach, kształtach i zapachach, o jakim wam się nie śniło, bo nie depczemy ich jak stado wołów. Cała filozofia naszych pięknych, magicznych krain. Po prostu szanujemy naturę i jej bronimy. A skoro tak bardzo ciekawi cię nasza kultura, to mogę ci opowiedzieć kilka słów o Silthair, cudownym, Białym Mieście. To burdel. Piękny, to prawda. Tam każda kolumna w waszych zamkach uchodziłaby za rzeźbę będącą dziełem mistrza, ale bogactwo to jedyna różnica. To burdel, taki sam jak i u was, i pełen jest kurew. Napisz o tym balladę, jeśli masz ochotę.
Loren zamilkł, zaskoczony tym nagłym atakiem gniewu u elfa, który zdawał mu się tak idealnie opanowany.
- Wybacz – powiedział w końcu szczerze. – Jak mówiłem, od jakiegoś czasu jedyną osobą, z którą czasem mogłem zamienić kilka słów była Zula. Dlatego teraz ciężko jest mi pohamować zarówno język, jak i ciekawość. Mam nadzieję, że wybaczysz to grubiańskie drążenie twojej przeszłości. Nie powinienem naciskać na rozmowę, skoro od początku dawałeś jasny znak o swej niechęci ku temu. Pozwól jeszcze raz wyrazić mi żal, za spowodowanie tak złego wrażenia, i nie będę cię już niepokoił – obiecał, pochylając się jeszcze w siodle i ściągając kapelusz w czymś na wzór dworskiego ukłonu. Miał trochę arystokratyczny język i maniery, ale nie w ten obmierzły, irytujący sposób jaki cechował ojca Anurila i jemu podobnych. Bard miał w sobie coś szczerego, może trochę egzaltowanego, ale w gruncie rzeczy nawet wzbudzającego sympatię. Było po prostu coś przekonywującego w jego przystojnej twarzy na której malowało się teraz wielkie przejęcie i, być może przez to, łucznik poczuł jak złość szybko go opuszcza.
- Skąd właściwie pochodzisz? – zapytał dość obojętnie, stwierdzając jednak, że rozmowa to nie taki zły pomysł na zabicie czasu podczas monotonnej wędrówki.
- Z Lothrii – odparł natychmiast, uśmiechając się szeroko i wciskając kapelusz z powrotem na głowę. – A konkretnie, urodziłem się w samej stolicy, Yphris, Sercu Wszechziemi. Jednak jeszcze jako dziecko, wywiało mnie w długą trasę i większość swego życia spędziłem na zachodzie, w Rivennerth. Wśród zielonych pól i łagodnych wzgórz, w dolinach, gdzie utonąć można było w kwiatach, a najczystsza woda z wartkich rzek chłodziła spracowane dłonie i niosła ulgę spękanym ustom… – mężczyzna wzniósł oczy ku niebu, znów uderzając we wzniosły ton, tym razem jednak Anurilowi to nie przeszkadzało. Nawet przyjemnie słuchało się, jak ktoś w taki podniosły sposób opisuje odległą krainę, której nie dane mu było zobaczyć. – Myślę, że to właśnie to piękno natury i prostota ciężkiej pracy, wlały w me dziecięce jeszcze serce tę wrażliwość. Potem, los przegnał mnie do miast – smukłych i jasnych, pełnych cudów techniki i stworzonych ludzką ręką dzieł sztuki, nie podrzędnych wcale względem dzieł natury. I to właśnie ukształtowało mnie ostatecznie – wiedziałem wtedy już, że chcę tworzyć. Zacząłem podróżować, czekając aż ktoś doceni mój talent i szybko się to udało. Potem moje życie uległo całkowitej zmianie, zacząłem bawić na dworach, wśród szlachty i rycerzy, aż wreszcie i wśród samych królów. Miałem jednak wrażenie, że zamkowe mury ochłodziły me serce. Że obraz jasnych ciał młodych niewiast wyłaniających się z rzek niczym nimfy, szczery i piękny, zastąpiło sztuczne uwielbienie dla ciasnych gorsetów i przypudrowanych twarzy. Że słowa choć idealnie dobrane w strofy i podszyte rzewną melodią są puste. Że nie potrafię opisywać prawdziwego piękna, bo go już nie pamiętam. I dlatego postanowiłem wyruszyć w podróż. W poszukiwaniu prawdy, natchnienia i mej utraconej, dziecięcej wrażliwości na…
- Natchnienia? – zakpił Anuril, unosząc lekko swe ciemne brwi. – Dziecięcej wrażliwości? Na Ziemiach Niczyich, samotny i do tego ubrany jak żywa tarcza na pociski?
- To… nie była część planu – odchrząknął Loren, wyraźnie zmieszany. – Właściwie moja „wielka podróż” miała polegać na jeżdżeniu od dworu do dworu, okazyjnym zapuszczeniem się w jakiś co bardziej romantyczny zagajnik i brataniem się czasem z biedniejszym ludem, aby przypomnieć sobie o trudzie pracy w ziemi, a przy okazji… hm, odświeżyć wspomnienia na temat naturalnego piękna prostych niewiast. Musiałem jednak rozjuszyć los, marnując w ten sposób mój geniusz, gdyż wysnuł wobec mnie zgoła inne plany. Gdy podróżowałem samotnie po Wielkich Równinach zostałem napadnięty i porwany dla okupu. Udało mi się zbiec, lecz podczas czasu spędzonego w niewoli, całkowicie straciłem orientację… a że nigdy nie nadawałem się do podróżowanie inaczej, jak utartym traktem, to szybko zbłądziłem. Nie żałuję jednak, ani trochę! Dzięki temu, dane było mi zobaczyć więcej, niż sobie wyobrażałem i więcej, och, o ileż więcej zrozumieć!
- To właściwie… czego takiego się dowiedziałeś? – zagaił elf stwierdzając, że równie dobrze może wykorzystać barda aby uzyskać trochę więcej informacji, co lepiej pozwoli mu ocenić sytuację, w jakiej się znaleźli.
- Ach, nie wiem nawet gdzie zacząć! – żachnął się mężczyzna. – Dowiedziałem się o wielkiej odwadze, drzemiącej w tych dzikich sercach. O nadspodziewanej wrażliwości na piękno sztuki, jak i twardości charakteru, której…
- Pytałem o konkrety – przerwał Anuril spokojnie, a Loren skinął głową i w zamyśleniu podrapał się po krótkiej szczecinie na brodzie.
- Cóż, wiem, że nasi towarzysze wywodzą się z plemienia Naz’ahri. To jedno z czterech największych plemion na Ziemiach Niczyich. Chociaż jest ich tu kilkadziesiąt, to najbardziej znaczące to ludzie Ukkiri – daleko na wschodzie, żyjący u podnóża Gór Sedyjskich, Dar-Uru, którzy swą nazwę zawdzięczają łańcuchowi górskiemu, osłaniającemu ich od południa. Ci podobno najbardziej się izolują, mają swoją osadę nad morzem i nie dopuszczają obcych, nawet tych z innych plemion. No i ludzie Tuhan, żyjący nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie. Z nimi właśnie Zula chce zawrzeć przymierze, wspólnie skoncentrować wokół siebie jak najwięcej mniejszych plemion i razem pozbyć się łowców niewolników z ich ziem, a także odbić swoich ludzi.
- Mówiła coś na temat planów?
- Nie pytałem dokładnie – przyznał Loren. – Ale wiem, że najemnicy mają coś na wzór punktu dowodzenia, duży obóz, dobrze obwarowany. Mniejsze, szybkie oddziały napadają zwykle na niewielkie grupy barbarzyńców, chwytają ich, a potem dostarczają tam, gdzie podobno trzyma się ich w klatkach jak zwierzęta. Gdy zbierze się ich wystarczająco dużo, ładują ich na wozy i część zbrojnych eskortuje taką karawanę gdzieś na zachód. Z tego co mówił jeden z jeńców wynikało, że dalej ładują ich na statek i rzeką dostają się na pełne morze. Tyle się dowiedziałem. Myślę, że Zula chce zebrać ludzi i napaść na główną siedzibę zbrojnych. Dlaczego jesteś tego taki ciekawy?
- Zwyczajnie, ciekawska ze mnie osoba – elf wzruszył ramionami.
- Spokojnie, nie wydam was – zapewnił bard szybko. – To znaczy, mam nadzieję, że nic przeciwko nim nie kombinujecie, bo jak mówiłem, to dobrzy ludzie, ale…
- Spokojnie, nie mamy wobec nich złych zamiarów. I wolałbym, żebyś nie wysuwał takich przypuszczeń – dodał cicho.
- Spokojnie – Loren wyszczerzył się szeroko. – Poza Zulą nikt i tak nie rozumie o czym mówimy. Trzeba jeszcze uważać przy Rahidzie… to, o ten największy, który jedzie blisko twoich dwóch kompanów. Niby też nie zna Wspólnego, ale bardzo szybko łapie i w zasadzie ciężko powiedzieć, ile rozumie. Ale reszta… – na dowód odwrócił się w kierunku Zadrana i bardzo wyraźnie powiedział w jego stronę: – Przyjacielu, ze skruchą przyznaję, że dziś rano naszczałem do twego bukłaka.
Mężczyzna zmarszczył tylko brwi i zignorował wypowiedź, a bard spojrzał znacząco na Anurila.
- Rozumiem – przyznał tamten. – Mimo wszystko mam nadzieję, że nie zrobiłeś tego naprawdę – dodał po chwili, krzywiąc się lekko.
Loren aż się zapowietrzył, nim jednak zdążył zaprzeczyć, między nich wjechał Torquen, porywając po drodze idiotyczny kapelusz barda i samemu zakładając go sobie na głowę. Anuril przewrócił oczami widząc jego szeroki uśmiech, darował sobie jednak komentowanie tego dziecinnego gestu.
- A więc, panie poeto – zaczął najemnik ignorując oburzone syknięcie mężczyzny, starającego się sięgnąć z siodła po swoją własność – można wiedzieć co taka sława robi w tak niegościnnym miejscu? – zagaił, przytrzymując kapelusz jedną ręką i odchylając się trochę w bok, aby Loren nie zdołał mu go odebrać. Ten zrezygnował w końcu i poprawił tylko swe brązowe loki, po czym odchrząknął, aby rozpocząć swoją opowieść. Anuril trącił wierzchowca piętami nie mając zamiaru drugi raz z rzędu słuchać tej samej gadaniny. Nie zdziwił się zanadto, gdy Zadran popędził swego własnego konia i natychmiast zrównał się z nim, jadąc tak blisko, że niemal stykali się udami. Od razu też posłał w kierunku elfa powłóczyste, zaintrygowane spojrzenie i znowu uśmiechnął się lekko, kiedy jego ciemny wzrok napotkał niebieskie oczy łucznika.
Anuril poczuł, że mimo porannego chłodu robi mu się przyjemnie ciepło.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

wietne! wietne! 100% [1 Gos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [adnych gosw]
Dobre Dobre 0% [adnych gosw]
Przecitne Przecitne 0% [adnych gosw]
Sabe Sabe 0% [adnych gosw]
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum