The Cold Desire
   Strona G艂贸wna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsy艂ania prac WYDAWNICTWO
Pa糳ziernik 15 2019 08:11:38   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Sk贸rki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
艢CIANA S艁AWY
Tutaj b臋d膮 umieszczane odnosniki do stron, na kt贸rych znalaz艂y si臋 recenzje wydanych przez nas ksi膮偶ek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez nasz膮 stron臋. W celu zobaczenia szczeg贸艂贸w nale偶y klikn膮膰 w dany banner





Witamy
Strona ta po艣wi臋cona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazuj膮cemu relacje homoseksualne pomi臋dzy m臋偶czyznami. Je艣li jeste艣 zagorza艂ym przeciwnikiem lub w jaki艣 spos贸b nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opu艣膰 t臋 witryn臋 - reszt臋 naszych Go艣ci serdecznie zapraszamy
Dzieci boga granic 18
18.

Wiosna przynios艂a wi臋cej zmian. Sytuacja w mie艣cie stabilizowa艂a si臋 poma艂u, cho膰 ci膮gle dochodzi艂o do zbrodni i akt贸w nienawi艣ci, a 偶adna ze stron nie by艂a tu mniej winna. W dzie艅 r贸wnonocy Rijesh pojawi艂 si臋 zn贸w przed mieszka艅cami Dalle, obiecuj膮c wycofanie swoich wojsk. Zapowiedzia艂 tak偶e w艂asne odej艣cie, co powitano z ulg膮: jego obecno艣膰 pada艂a na miasto jak cie艅, miano W艂adcy Ciemno艣ci przylgn臋艂o i rozpowszechni艂o si臋, z pewno艣ci膮 docieraj膮c te偶 do innych pa艅stw. Pojawi艂y si臋 pierwsze plotki o krucjacie planowanej przez Teokracj臋 Salvei i poszukiwaniu sojusznik贸w. Mieszka艅cy Dalle, toleruj膮cy wiele r贸偶nych religii, zacz臋li zastanawia膰 si臋, czy nie lepszy naje藕d藕ca ze wschodu, kt贸ry mo偶e wyrz膮dzi艂 wiele strat, ale nie odebra艂 mieszka艅com miasta jego swob贸d, wi臋cej, postara艂 si臋 o ograniczenie praw patrycjatu i arystokracji, nada艂 przywileje paru gildiom i mniejszym 艣wi膮tyniom. Praktyczni Dallejczycy poma艂u zaczynali dostrzega膰 zalety nowej w艂adzy. Przywykli te偶 do obcych, zawarto par臋 przyja藕ni, zawi膮za艂o si臋 kilka romans贸w. Dalle zawsze ch艂on臋艂o to, co nowe i po pierwszym szoku postanowi艂o wch艂on膮膰 i ten element.
Nikt z kekhartowego oddzia艂u nie planowa艂 pozostawa膰 w mie艣cie. Zaczyna艂o ich m臋czy膰 obce miejsce i przed艂u偶aj膮ca si臋 bezczynno艣膰. Czekali niecierpliwie na zapowiedziane wyruszenie dalej: z powrotem ku stepowi, gdzie plemiona nie uznaj膮ce w艂adzy Rijesha zaczyna艂y gromadzi膰 si艂y i jeszcze dalej, ku wszystkim tym pa艅stwom, przeciw kt贸rym obiecano im wyruszy膰.
Mimo to ostatnie miesi膮ce w Dalle nie by艂y dla Kekharta tak膮 udr臋k膮, jak wcze艣niejsze. Zima min臋艂a jak z艂y sen, wraz z ni膮 odesz艂y upiory, pozosta艂 tylko brak, 偶al po stracie przyjaciela, niesmak po b艂臋dzie, kt贸ry pope艂ni艂 i nie znikaj膮ca, cho膰 os艂abiona ju偶 gorycz po w艂asnym upadku. Wpisa艂y si臋 w reszt臋, w ca艂a histori臋 kekhartowego 偶ycia, do pozosta艂ych strat, pora偶ek i upokorze艅 – ale do tego samego 偶ycia nale偶a艂a te偶 rado艣膰 czerpana z przyja藕ni i uczucia, kt贸rego Kekhart d艂ugo nie umia艂 nazywa膰 po imieniu. Przesta艂 w ko艅cu gry藕膰 si臋 z tym, co uczyni艂 Muradowi. Sta艂o si臋. Prawda by艂a taka, 偶e rozb贸jnik s艂ucha艂 go teraz, cho膰 nie porzuci艂 – czemu偶 mia艂by? – w艂asnych niecnych sk艂onno艣ci. Murada nie mo偶na by艂o nauczy膰. Mo偶na by艂o go poni偶y膰 i podporz膮dkowa膰 sobie, lecz nie zreformowa膰 i z tym Kekhart ju偶 dawno si臋 pogodzi艂.
W ko艅cu Rijesh wraz z orszakiem opu艣ci艂 miasto. Kekhart po raz ostatni widzia艂 go z oddali, jak odje偶d偶a konno w stron臋 bramy, na drugim wierzchowcu siedzia艂a milcz膮ca, czarna jak bazalt K’Nai. Oddala艂 si臋 do swojego pierwszego pa艅stwa, do Shnai’ar z jego czarn膮 wie偶膮, pozostawiaj膮c Dalle w rekach Dallejczyk贸w, a stepowych wojownik贸w pod w艂adaniem ich chan贸w: tak, jak obieca艂, jego w艂adza by艂a tytularna, cementowa艂a ludy na co dzie艅 nie maj膮ce nic ze sob膮 wsp贸lnego, tworzy艂a jedn膮 ram臋, lecz zezwala艂a na rz膮dzenie si臋 w艂asnymi zwyczajami. Ten, kt贸rego nazwano ju偶 W艂adc膮 Ciemno艣ci, okaza艂 si臋 by膰 w艂adc膮 s艂ownym i sprawiedliwym.
Wkr贸tce po jego wyruszeniu opu艣cili Dalle i orkowie, wracaj膮c na p贸艂noc, przez p贸艂wysep Szans zn贸w na swoje ziemie, gdzie mieli oczekiwa膰 na dzie艅, w kt贸rym ksi膮偶臋 Urhan i kagan step贸w wyda rozkaz do kolejnej wojny – lub gdy wojna wybuchnie sama, gdy偶 p艂omie艅 pocz膮艂 ju偶 rozprzestrzenia膰 si臋 na ca艂y kontynent.
P艂omie艅 zapali艂 si臋 i w stepie: plemiona, kt贸re nie przyj臋艂y w艂adzy Rijesha zebra艂y si艂y i pocz臋艂y atakowa膰 s膮siad贸w, tym 艂atwiejsze maj膮c zadanie, 偶e wi臋kszo艣膰 wojownik贸w uda艂a si臋 na P贸艂wysep Szans. Coraz cz臋艣ciej dochodzi艂y s艂uchy o spalonych obozowiskach, wyr偶ni臋tych m臋偶czyznach, uprowadzonych kobietach i stadach. Ma艂o kto chyba przypuszcza艂, 偶e kilka niewielkich plemion zdo艂a si臋 skonsolidowa膰. A jednak.
Kekhart s艂ucha艂 tych wie艣ci z l臋kiem. Pono膰 plemi臋 Nied藕wiedzia zebrawszy si艂y ruszy艂o na zach贸d, przez tereny Przycietych Uszu… a Hurik i Vardan byli zbyt daleko, by zaj膮膰 si臋 swoim plemieniem… Bogowie, co z matk膮 i bratem, co Diyar i jej synem?
Raz Kekhart widzia艂 wodzowsk膮 par臋 i innych wojownik贸w Przyci臋tych Uszu. By艂o to na g贸rzystym pograniczu p贸艂wyspu, nied艂ugo po tym, jak przybyli pos艂a艅cy z wiadomo艣ciami ze stepu. Vardan kr膮偶y艂 nerwowo po obozowisku, Hurik siedzia艂a przy ogniu, z nogami splecionymi, d艂o艅mi po m臋sku wspartymi na kolanach, spokojniejsza, ale z mi臋艣niami napi臋tymi jak postronki.
– Ty si臋 uspok贸j – m贸wi艂a do m臋偶a, staraj膮c si臋 przywo艂a膰 go do porz膮dku. – My za daleko jeste艣my, 偶eby艣my co zrobi膰 mogli. Jyrgal obieca艂, nied艂ugo tam b臋dziemy wszyscy. Je艣li kto z naszych ucierpia艂, pom艣cimy go krwawo.
– Tobie 艂atwo to m贸wi膰 – odpowiedzia艂 jej wzburzonym tonem. – Ja tam syna zostawi艂em.
– Tw贸j syn jest i moim synem – odpowiedzia艂a kobieta, patrz膮c Vardanowi w oczy. – Nie z mojej krwi i z mojego 艂ona, ale z mojego rodu, nie zapominaj o tym. Nie pozwol臋 nikomu krzywdzi膰 mojego plemienia, mojej siostry – tym s艂owem nazwa艂a Diyar – i waszego syna. Tak samo, jak nie pozwol臋 nikomu wyst膮pi膰 przeciw kaganowi, kt贸remu sama sk艂ada艂am ho艂d. Nie, m贸j m臋偶u, je艣li co艣 sta艂o si臋 naszym bliskim, sprawcy za to zap艂ac膮, wierz mi.
Kekhart s艂ucha艂 tej rozmowy z oddali, nie planowa艂 nawet wej艣膰 w jakikolwiek kontakt. Od rozmowy w lazarecie – ponad p贸艂 roku temu – wiele czasu min臋艂o a ani on, ani Vardan nie nabrali do艣膰 odwagi, by odezwa膰 si臋 do siebie bez po艣rednika. Czasem tylko Hurik odwiedza艂a przyjaciela w jego kwaterach, rozmawia艂a z jego podkomendnymi, raz uderzy艂a Murada, gdy ten podszed艂 za blisko… Hurik wiele da艂a Larsze po 艣mierci Temura, przysz艂a do niej nied艂ugo po pogrzebie – i w ko艅cu obie kobiety spr贸bowa艂y zaufa膰 sobie cho膰 troch臋.
– Wiesz, Kekhart – powiedzia艂a mu potem Hurik. – Ja nie tego, co ona nie przesz艂am i ja pewnie nigdy tego nie zrozumiem. Ale my jedno mamy wsp贸lne ze sob膮, ja i ona: my obie walczy膰 musimy, 偶eby cokolwiek dosta膰, 偶eby nas m臋偶czy藕ni nie postrzegali tylko jak rzecz, kt贸r膮 sobie mo偶na wzi膮膰 i wyrzuci膰, jak si臋 znudzi. Mnie tylko si臋 lepiej, ni偶 jej uda艂o.
I trudno by艂o zaprzeczy膰 – i Larha to wiedzia艂a za dobrze, 偶eby 艂atwo przyj膮膰 wsparcie kobiety-chana, lecz poma艂u otwiera艂a si臋 przed ni膮: ostatnia szansa dla kobiety, kt贸ra nigdy ju偶 nie b臋dzie umia艂a zaufa膰 m臋偶czy藕nie i kt贸ra do ko艅ca 偶ycia b臋dzie znosi艂a dotyk m臋偶czyzny tylko jako przykr膮 konieczno艣膰.
A teraz to Hurik potrzebowa艂a pomocy i potrzebowa艂 pomocy – zn贸w – Vardan.
***

Jyrgal dotrzyma艂 obietnicy danej wodzom Przyci臋tych Uszu. Zreszt膮 nie tylko ich plemi臋 ucierpia艂o: zbuntowane plemiona pozostawia艂y za sob膮 spalony szlak. W臋druj膮c na p贸艂noc, ku zimniejszym obszarom stepu, coraz cz臋艣ciej natykali si臋 na wypalone po艂acie trawy i zniszczone pozosta艂o艣ci obozowisk, w paru miejscach za艣 na odarte z li艣ci i kory drzewa, obwieszone czaszkami zamordowanych. Dawno step nie widzia艂 takiej wojny. Orkowie stale walczyli mi臋dzy sob膮, ale nie zwykli wybija膰 ca艂ych obozowisk. Tylko gdy step rozrywa艂a walka o w艂adz臋: tylko wtedy sk艂adano ofiary Czerwonej Pani, pragn膮c 艣ci膮gn膮膰 j膮 i jej orszak umar艂ych 艂owc贸w. Zapach bezmy艣lnie przelanej krwi wzywa艂 upiory.
Widzieli raz resztki obozowiska, przewr贸cone wozy, spalone jurty, cia艂a mieszka艅c贸w nawleczone na pale: nie tylko m臋偶czyzn, wida膰 naje藕d藕cy wpadli w szczeg贸ln膮 furi臋, morduj膮c te偶 kobiety i dzieci. Ob贸z nale偶a艂 do jednego z klan贸w Szarych Wilk贸w, klanu matki Jyrgala. To t艂umaczy艂o okrucie艅stwo: wyzwanie rzucone kaganowi i jego zast臋pcy. Obietnica zmiecenia potomk贸w Jaguna z powierzchni ziemi.
To tylko rozw艣cieczy艂o poddanych kagana: tym bardziej poprzysi臋gli zemst臋 mordercom. Podnosi膰 r臋ce na dzieci i na krew, kt贸ra wedle proroctwa mia艂a rz膮dzi膰 stepem? Zbuntowane plemiona przesadzi艂y w swoim gniewie.
Nadesz艂a jesie艅 drugiego roku panowania Rijesha, gdy wojna wr贸ci艂a tam, gdzie si臋 zacz臋艂a: na step.
Pierwsze ataki nadchodzi艂y znienacka, z boku, z ty艂u, nie na trzon armii z艂o偶onej z urha艅skich 偶o艂nierzy i koczowniczych wojownik贸w, lecz na zwiadowc贸w, patrole i maruder贸w. W jedna z tych pierwszych potyczek uwik艂a艂 si臋 kekhartowy oddzia艂. Gromada wojownik贸w na koniach wyskoczy艂a z pobliskiego zagajnika i p臋dz膮c na o艣lep, min臋艂a ty艂y armii, siek膮c ka偶dego, kto znalaz艂 si臋 na jej drodze. Nim ktokolwiek zd膮偶y艂 chwyci膰 bro艅, by艂o ju偶 po wszystkim, je藕d藕cy oddalali si臋, ledwo si臋gn臋艂y ich strza艂y co przytomniejszych 艂ucznik贸w.
Kekhart, wiedz膮c, ile ryzykuje, skrzykn膮艂 swoich podkomendnych. Oderwawszy si臋 od pozosta艂ych, ruszyli ku przeciwnikom, w kolejny zagajnik. Mog艂a tam czeka膰 na nich zasadzka, lecz nie czeka艂a. Plemi臋 Nied藕wiedzia, do kt贸rego nale偶eli napastnicy nie okaza艂o si臋 do艣膰 przewiduj膮ca – a mo偶e w艂a艣nie jego wojownicy liczyli na to, 偶e zaatakowani wystrasz膮 si臋 nieistniej膮cej pu艂apki? Grunt, 偶e w lesie zwolnili: i tam dopad艂 ich Kekhart z oddzia艂em.
Nie by艂a to kr贸tka walka, nie by艂a te偶 艂atwa. Teren nie sprzyja艂 konnym potyczkom, 偶adna ze stron nie by艂a obeznana w walce mi臋dzy drzewami. Wojownicy z Nied藕wiedzi bronili si臋 z zaciek艂o艣ci膮 i furi膮, mieli wiele si艂y, kt贸ra rekompensowa艂a chaotyczn膮 taktyk臋, z jakiej s艂yn臋li. Kekhart po swojej stronie mia艂 oddzia艂 do艣wiadczony, ale niewiele karniejszy, oddzia艂, nad kt贸rym nie panowa艂: za to 偶膮dny krwi. O ironio losu i kpino bog贸w, to Murad wykaza艂 si臋 najbardziej, zabijaj膮c dow贸dc臋. Pad艂a z kolei jego towarzyszka: jej ko艅 po艣lizgn膮艂 si臋 na wilgotnej 艣ci贸艂ce, upad艂 na ziemi臋 z kwikiem, przywalaj膮c kobiet臋 swym ci臋偶arem. Jeden z Nied藕wiedzi widz膮c powalonego je藕d藕ca, zamachn膮艂 si臋 wielkim toporem, o wiele wi臋kszym, ni偶 ten, kt贸ry nosi艂a ze sob膮 rozb贸jniczka. Ostrze wgryz艂o si臋 w jej bark, w szyj臋, przeci臋艂o t臋tnic臋. Umiera艂a d艂ugo, pr贸buj膮c wydosta膰 si臋 spod wierzchowca i jedn膮 r臋k膮 zatamowa膰 gwa艂towne krwawienie.
W ko艅cu zmusili niedobitk贸w do ucieczki. Jedno z pierwszych zwyci臋stw w tej wojnie nale偶a艂o do nich.
Kolejne dni przynios艂y coraz bardziej otwarte potyczki. Zwi膮zek plemion, kt贸re wyst膮pi艂y sprzeciw Rijeshowi mniej mia艂 si艂 i wiedzia艂 o tym, rozs膮dniejsze by wi臋c by艂o dla niego nadal atakowa膰 z ukrycia. To te偶 robili, pr贸bowali te偶 przeci膮gn膮膰 innych na swoj膮 stron臋, a po艣r贸d koczownik贸w nie brakowa艂o w膮tpi膮cych w same ju偶 prawa kagana do w艂adzy. Obcy znik膮d, istota niewiadomego pochodzenia, cho膰 najpewniej mu艂, czarnoksi臋偶nik, kt贸ry zd膮偶y艂 ju偶 zapracowa膰 na z艂膮 reputacj臋: chanowie mo偶e przysi臋gli mu wierno艣膰, ale w ka偶dym plemieniu zdarzy艂 cho膰 jeden r贸d, kt贸ry b膮d藕 to niech臋tnie patrzy艂 na obcego w艂adc臋, b膮d藕 ch臋tnie przej膮艂by kontrol臋 nad plemieniem. I kilku takich zdradzi艂o, kilka rod贸w przesz艂o na stron臋 buntownik贸w i pocz臋to m贸wi膰, 偶e w艂adza Rijesha nad stepem za艂amie si臋 ju偶 za jego 偶ycia: zw艂aszcza, 偶e on sam nie by艂 obecny w艣r贸d swych poddanych, a c贸偶 to za kagan, kt贸ry nie dowodzi osobi艣cie? Wszyscy jego poprzednicy sami stawali na czele armii, sami walczyli, wielu z nich poleg艂o. Kagan to nie kr贸l zachodniego kr贸lestwa, kryj膮cy si臋 jak tch贸rz za murami zamczyska.
I gdyby偶 sami obcy rozwa偶ali odej艣cie – lecz i ci, kt贸rzy Kekhartowi byli bliscy prze偶yli zw膮tpienie. Przekona艂a si臋 o tym, gdy w p贸艂 miesi膮ca po walce w lesie przysz艂a do艅 Hurik.
Stan臋艂a u wej艣cia do namiotu. Kekhartowi wyda艂a si臋 postarza艂a, przygarbiona, jak przywalona wielkim ci臋偶arem. Na jej czole i policzkach Kekaher dostrzeg艂 bruzdy pierwszych zmarszczek, pog艂臋bionych zm臋czeniem, pod oczyma g艂臋bokie cienie.
– Przysz艂am… Ja porozmawia膰 z tob膮 przysz艂am. Masz ty co do picia?
Poda艂 jej wino, s艂abe i kwaskowate, ale kobiecie nie przeszkadza艂o to ani troch臋. Wypi艂a duszkiem ca艂y kubek, nape艂ni艂a go znowu.
– Ja w stepie z wojownikami by艂am. Zwiad robi膰. Dowiedzie膰 si臋, co z plemieniem moim… naszym…
– Hurik. Ja rozmow臋 twoj膮 i Vardana par臋 dni temu s艂ysza艂em. O to tobie chodzi? O syna jego, tak?
Potrz膮sn臋艂a g艂ow膮.
– On cierpi bardziej. C贸偶 dziwnego, to syn jego, rodzony, pierworodny. Jego 偶ona… Wi臋cej ju偶 wiemy, ni偶 wtedy, 偶yj膮 oboje, i Diyar, i ch艂opiec te偶. W niewoli s膮. O duchy przodk贸w, lepsza 艣mier膰 ni偶 niewola… Lecz skoro 偶yj膮, zrobi臋 wszystko, by ich ocali膰… Ale Vardan… On oszala艂, Kekharcie. Jemu to ci膮偶y bardziej, ni偶 mnie, uzna艂, 偶e mo偶e jak my od kagana odejdziemy, to nam naszych oddadz膮. Tch贸rz si臋 z nim zn贸w budzi – prychn臋艂a na koniec z pogard膮.
– O swoich dba. O swoj膮 krew.
– Pewno ty racj臋 masz – zgodzi艂a si臋, si臋gaj膮c zn贸w po wino. – To i moja krew w ko艅cu… Kekharcie, ja Vardanowi na g艂upot臋 nie pozwol臋! – wykrzykn臋艂a, z ca艂膮 si艂膮 uderzaj膮c kubkiem w drewniany stolik, a偶 pola艂o si臋 wino. – My kagana s艂uchamy i Jyrgala, pos艂uszni jeste艣my, idziemy gdzie oni ka偶膮. Tak. Ale my potrzebujemy kogo艣, kto wyruszy naszych odbi膰. Plemiona do bitwy rusz膮, a oddzia艂贸w par臋 – na odsiecz. Ja z Jyrgalem rozmawia艂am, on zgodzi艂 si臋, ja teraz tylko potrzebuj臋 tych, co to zrobi膮. O tobie pomy艣la艂am. Co ty my艣lisz?
– P贸jdziemy.
Usmiechn臋艂a si臋 szeroko i twarz jej si臋 wyg艂adzi艂a, znikn臋艂y na moment cienie – zn贸w wida膰 by艂o w jej rysach nieprzeci臋tn膮 urod臋.
– 艢wi臋te Kobiety mi pomoc te偶 obieca艂y. Dwie grupy wojownik贸w tak do艣wiadczonych – i nasi wolni b臋d膮. Dzi臋kuj臋, Kekharcie. Ja wiedzia艂am, 偶e na tobie polega膰 mog臋… 殴le si臋 sta艂o, 偶e ty z plemienia odej艣膰 musia艂e艣.
Przez moment przypatrywa艂 si臋 jej z uwag膮, potem u艣miechn膮艂 si臋.
– Dobrze si臋 sta艂o, 偶e ja tu teraz jestem.
***

艢wi臋tymi kobietami dowodzi艂a ci膮gle rudow艂osa A艂艂a i sporo innych znajomych twarzy dostrzegli kekhartowi podkomendni w艣r贸d wojowniczek. Ci膮gle by艂y mi臋dzy nimi dwie dziewczyny-kochanki, tak偶e i ta, kt贸ra mia艂a wszelkie powody, by nienawidzi膰 Serika, nie opu艣ci艂a szereg贸w. Kilka kobiet widzieli po raz pierwszy, w艣r贸d nich ludzk膮 kobiet臋 o 偶贸艂tawej cerze, niewielkim nosie i w膮skich, pod艂u偶nych jak u elfa oczach – podr贸偶niczk臋 i wojowniczk臋 z kraju za G贸rami Smoczymi, pos艂uguj膮c膮 si臋 mieszank膮 znanego im j臋zyka z jakim艣 dziwnym swoim.
Cz臋艣膰 wojowniczek patrzy艂a na oddzia艂 z niech臋ci膮, cz臋艣膰 z ciekawo艣ci膮 – nic nowego. A艂艂a od razu zabra艂a si臋 do przejmowania dow贸dztwa, nie pytaj膮c nikogo o zdanie.
– Obozowisko od zachodniej strony zajdziemy – oznajmi艂a. – Wojownik贸w wi臋kszo艣膰 przeciw armmii wyruszy, stra偶e zostawi膮, ale przed 艣witem stra偶e mniej czujne zawsze.
– Zwiadowc贸w maj膮 – przypomnia艂 Kekhart.
Kobieta spojrza艂a na艅 gro藕nie. Wida膰 nie nale偶a艂a do tych, kt贸re 艂atwo uznaj膮 nad sob膮 m臋sk膮 w艂adz臋 – cho膰by i uprawnion膮.
– O tym to ja wiem – warkn臋艂a.
Kekhart u艣miechn膮艂 si臋 do niej.
– Chcesz z moimi pracowa膰, A艂艂o, czy sama zadanie wykona膰? Ty wyb贸r masz, ja my艣l臋.
– To艣 si臋 bezczelny zrobi艂
– Ty s艂uchasz mnie – rzek艂 twardo – to i ja ciebie s艂ucha膰 b臋d臋. Nie pozwol臋 ci nad moimi kontroli przej膮膰.
– S艂ysza艂am, 偶e dow贸dca z ciebie kiepski – odgryz艂a si臋.
– To nie znaczy, 偶e oni ciebie s艂ucha膰 b臋d膮. Ja im wydaj臋 rozkazy, ty kobietom swoim. Plan razem opracowujemy, chcesz ty tego, czy nie.
Spojrza艂a na niego spode 艂ba.
– Nawalisz – ostrzeg艂a – I jeste艣 martwy. Hurik ci wypruje flaki. A ja tylko na to patrze膰 b臋d臋 – wyszczerzy艂a z臋by, ostre, niemal kompletne, je艣li nie liczy膰 szczerby na przedzie.
– Nie zamierzam nawali膰.
Oczywi艣cie, A艂艂a nie uwierzy艂a, ale z niech臋ci膮 pozwoli艂a Kekhartowi m贸wi膰. W ko艅cu uda艂o im si臋 stworzy膰 plan satysfakcjonuj膮cy ich oboje i uwzgl臋dniaj膮cy tak u艂o偶enie terenu, jak i przewidywaln膮 ilo艣膰 wojownik贸w w obozie.
Wyruszyli kilka dni p贸藕niej, oddzielaj膮c si臋 od wi臋kszo艣ci plemion, wyruszaj膮cych na otwart膮 bitw臋 przeciw buntownikom. Zapad艂a noc, kiedy ze wzg贸rz dostrzegli obozowisko. Ob贸z wzniesiono na planie okr臋gu, zagrod膮 z woz贸w otaczaj膮c膮 jurty i namioty. Ognie migota艂y mi臋dzy nimi, r偶a艂y konie w zagrodzie, becza艂y owce. Ksi臋偶yc wznosi艂 si臋 ponad stepem, wydawa艂 si臋 by膰 niski, ci臋偶ki, wielk膮 tarcz臋 otacza艂a rdzawa po艣wiata lisiej czapy, znak nadchodz膮cej zmiany pogody, zbli偶aj膮cego si臋 zimnego jesiennego deszczu.
Zsiedli z koni i spomi臋dzy drzew zagajnika obserwowali ruch na przeciwleg艂ym wzg贸rzu, gdzie uda艂y si臋 艢wi臋te Kobiety.
Gaspar zapatrzy艂 si臋 w bujne trawy, suche ju偶 p贸藕nojesienn膮 por膮, szeleszcz膮ce pod wp艂ywem wiatru
– Kiedy艣 na stepie bractwo wojownik贸w by艂o… tsukai ich zwano, nikt nie wie, co to za s艂owo… W wilka si臋 przedzierzgn膮膰 umieli. Ja bym to teraz zrobi膰 chcia艂… Dobrze by by艂o, wilkiem by膰, w wilczej sk贸rze tam si臋 zjawi膰…
– I tak jeste艣cie jak wilki dzisiaj – rzek艂 Takhir, kt贸ry im towarzyszy艂, Kekahrt nie by艂 nawet pewien, po co. Przywi膮za艂 swojego konia do drzewa i bacznie patrzy艂 to na ksi臋偶yc, to na obozowisko. Mia艂 zosta膰 tu w zagajniku, pilnowa膰 koni, dba膰 – sam powiedzia艂 – by duchy nie przeszkadza艂y przedsi臋wzi臋ciu, obieca艂 pom贸c potem rannym. – Wilki w艣r贸d nocy…
Kekhart kiwn膮艂 tylko g艂ow膮, skin膮艂 ku Gasparowi, najcichszemu, najbardziej zwinnemu z nich. M臋偶czyzna kiwn膮艂 g艂ow膮 i ruszy艂 w d贸艂 wzg贸rza, przez trawy, na zwiad. Na s膮siednim wzg贸rzu zapewne i A艂艂a wys艂a艂a jedn膮 ze swoich kobiet.
Czekali w ciszy i ch艂odzie, na powr贸t wywiadowc贸w lub na znak, 偶e ci zostali schwytani. W ko艅cu Gaspar wr贸ci艂.
– Ma艂o ich – rzek艂. – Obesz艂em kawa艂ek obozu, stra偶nicy tam s膮 – wskaza艂 odpowiednie miejsce – i tam.
Kekhart spojrza艂 na niebo, gdzie rudy ksi臋偶yc przechyla艂 si臋 wolno ku zachodowi.
– Ruszamy – wyda艂 polecenie. – Cicho.
Poruszali si臋 wolno, ostro偶nie, by nie zrobi膰 za wiele ha艂asu w suchych trawach. Pod wozy ustawione pier艣cieniem dooko艂a jurt, w obronnym szyku. Gdyby m臋偶czyzn wi臋cej by艂o i gdyby spodziewali si臋 ataku, mogliby broni膰 si臋 z woz贸w jak z palisady.
Nagle zar偶a艂y konie w zagrodzie, zat臋tni艂y gwa艂townie kopyta, zamigota艂 ogie艅. Kt贸ra艣 z wojowniczek musia艂a otworzy膰 zagrod臋 i sp艂oszy膰 zwierz臋ta.
Krzykn膮艂 jeden ze stra偶nik贸w, odpowiedziano mu, kilka os贸b pobieg艂o ku 藕r贸d艂u zamieszania. Kekhart skin膮艂 g艂ow膮 na sw贸j oddzia艂. Teraz.
Larha ju偶 by艂a przy stra偶niku, ju偶 przywar艂a mu do plec贸w, jedn膮 r臋k膮 wykr臋caj膮c g艂ow臋, drug膮 przeje偶d偶aj膮c ostrzem po gardle. M臋偶czyzna zacharcza艂, przez moment m艂贸ci艂 przestrze艅 ko艅czynami, pr贸buj膮c si臋 wyrwa膰 – dopiero potem upad艂 martwy na such膮 traw臋.
Przy zagrodzie zrobi艂o si臋 zamieszanie, kilku m臋偶czyzn, paru wyrostk贸w, kt贸rzy nie poszli z wi臋kszo艣ci膮 plemienia na wojn臋 i co najmniej dwie kobiety rzucili si臋, by wy艂apa膰 zbieg艂e konie. W tej samej chwili kto艣 z traw wystrzeli艂 p艂on膮c膮 strza艂臋 w dach jednej z jurt.
I dopiero teraz rozp臋ta艂a si臋 walka, dopiero teraz zauwa偶ono atak: ale Kekhart i jego podkomendni ju偶 byli wewn膮trz pier艣cienia woz贸w, miecz Murada ju偶 ugrz臋zn膮艂 w brzuchu orka, kt贸ry wybieg艂 z jurty, by pom贸c. Podpalone domostwo p艂on臋艂o, kto艣 zacz膮艂 krzycze膰, zap艂aka艂o g艂o艣no dziecko. Uciekaj膮ce w panice konie zawr贸ci艂y i kilka z nich wpad艂o w sam 艣rodek obozu.
Od p贸艂nocno-zachodniej strony A艂艂a ze swymi wojowniczkami wpad艂a pomi臋dzy domostwa, z dzikim okrzykiem na ustach, b艂yskaniem mieczy. Kobieta zza smoczych g贸r, zwinna niczym wiewi贸rka, wskoczy艂a na jeden z woz贸w. Zab艂ysn臋艂a w 艣wietle ksi臋偶yca w膮ska klinga, przypominaj膮ca troch臋 miecz, kt贸ry Rijeshowi z艂ama艂 Jyrgal, troch臋 za艣 rapiery, ulubiony or臋偶 elfich arystokrat贸w. Kobieta ze wschodu zeskoczy艂a w d贸艂, mi臋dzy grup臋 wojownik贸w, ci臋艂a pr臋dko, celnie, odcinaj膮c jednemu g艂ow臋 nim ktokolwiek zdo艂a艂 si臋 zorientowa膰. Kawa艂ek dalej nieroz艂膮czne Kuara i Nayaseg walczy艂y razem, nawzajem os艂aniaj膮c si臋 przed ciosami.
Kekhart dostrzeg艂 b艂ysk strza艂y ponad sob膮. Kto艣 zaczai艂 si臋 na wozie, lecz szalej膮cy po偶ar zdradzi艂 go. Wojownik uchyli艂 si臋, strza艂a utkwi艂a w ziemi, mijaj膮c o w艂os jego udo.
Skoczy艂 w tamtym kierunku. Gdy 艂ucznik nak艂ada艂 kolejn膮 strza艂臋 na ci臋ciw臋, Kekhart ju偶 by艂 przy nim, ju偶 uderza艂 mieczem w rami臋.
艁ucznik szarpn膮艂 si臋, gdy ostrze przebija艂o sk贸rzany kaftan i grz臋z艂o w barku. Wypu艣ci艂 strza艂臋, ta polecia艂a krzywo. Wyszarpn膮wszy zza pasa n贸偶, d藕gn膮艂 nim Kekharta pod 偶ebra. W czarnych, kszta艂tnych oczach, oczach m艂odziutkiej dziewczyny, widnia艂a w艣ciek艂o艣膰.
Kekhart zawaha艂 si臋. 艁uczniczka wykorzysta艂a to, wczepi艂a przeciwnikowi palce w ramiona i przywar艂a ustami do szyi. A szcz臋k臋 mia艂a mocn膮, jak ka偶dy ork, silne, ostre z臋by wbi艂y si臋 w cia艂o, szarpi膮c je, pr贸buj膮c przegry藕膰 t臋tnic臋. Kekhart nie mia艂 innego wyj艣cia, jak tylko walczy膰. Pchn膮艂 dziewczyn臋 na w贸z, przewali艂 j膮 na plecy. Krwio偶ercza w艣ciek艂o艣膰 w jej oczach zmiesza艂a si臋 z l臋kiem, pierwotnym strachem ka偶dej kobiety, kt贸ra si艂膮 sprowadzona do takiej pozycji mo偶e oczekiwa膰 tylko dw贸ch ewentualno艣ci: i 偶adna z nich nie jest dla niej dobra.
Pr贸bowa艂a zn贸w szarpn膮膰 si臋, przygnieciona kolanem, a potem znieruchomia艂a, kiedy kind偶a艂 przebi艂 jej pier艣.
Kekhart dysza艂 szybko. Krew sp艂ywa艂a mu po szyi i po boku. N贸偶 i z臋by nie wbi艂y si臋 do艣膰 g艂臋boko, by unieruchomi膰, podniecenie walk膮 kaza艂o ignorowa膰 b贸l. Ale strach zastyg艂y na twarzy martwej dziewczyny ju偶 przebija艂 si臋 przez bitewne oszo艂omienie.
Nie, nie patrze膰, nie patrze膰 w twarz zabitym przeciwnikom. Dziewczyna by艂a wojownikiem, tak jak 艢wi臋te Kobiety, jak Larha, jak rozb贸jniczka z muradowej kompanii. Wiedzia艂a, 偶e mo偶e zgin膮膰 w tej samej chwili, w kt贸rej zdecydowa艂a si臋 wzi膮膰 w d艂o艅 艂uk.
Zeskoczy艂 z wozu, rozejrza艂 si臋 dooko艂a. Jego podkomendni radzili sobie dobrze, powalaj膮c kolejnych zaskoczonych przeciwnik贸w.
Dostrzeg艂 Murada, kt贸ry star艂 si臋 z jakim艣 wojownikiem, starszym ni偶 Serik, siwym, ale postawnym – tylko chroma noga musia艂a uniemo偶liwi膰 temu m臋偶czy藕nie wyruszenie na wypraw臋. Mia艂 w d艂oniach spory miecz z szerokim ostrzem, napiera艂 na przeciwnika raz za razem, a偶 przypar艂 go w ko艅cu do 艣ciany jednej z jurt.
Drewniana konstrukcja obci膮gni臋ta sk贸r膮 ugi臋艂a si臋 pod ci臋偶arem muradowego cia艂a, a potem cios szerokiego miecza zag艂臋bi艂 si臋 najpierw w rozb贸jnika, a potem w sk贸rzane pokrycie domostwa.
Kekhart skoczy艂 w tamt膮 stron臋, nie wahaj膮c si臋 wiele, uderzy艂 pot臋偶nego wojownika ostrzem przez plecy, a potem chlasn膮艂 drugi raz w szyj臋, gdy ten odwr贸ci艂 si臋. Przeciwnik zatoczy艂 si臋 i zwali艂 na ziemi臋.
Murad le偶a艂, p贸艂-oparty o jurt臋, bezw艂adny. Jego jedyne oko jeszcze 偶y艂o – a mo偶e to by艂o tylko z艂udzenie? Kekhart zatrzyma艂 si臋 nad rozb贸jnikiem, 艣wiadom, 偶e nie mo偶e przej艣膰 oboj臋tnie nad 艣mierci膮 kogo艣, kogo nienawidzi艂 i wzgl臋dem kogo czu艂 win臋.
Ale przecie偶 i na to nie by艂o czasu, tak, jak nie by艂o czasu na zamartwianie si臋 nad zabit膮 dziewczyn膮. Ruszy艂 dalej, mi臋dzy swoimi podkomendnymi i 艢wi臋tymi Kobietami, dobijaj膮cymi ostatnich przeciwnik贸w, ku jurtom: sprawdza膰 ka偶d膮, szuka膰, szuka膰 tego, po co przybyli: wi臋藕ni贸w.
Rozpozna艂 w艂a艣ciw膮 jurt臋 po ciele stra偶nika przy wej艣ciu, po ruchu wewn膮trz: ktokolwiek si臋 tam znajdowa艂, zbyt si臋 ba艂, 偶eby wyj艣膰, a przecie偶 kobiety z plemienia jak wilczyce broni艂y swoich domostw i maj膮tk贸w, walczy艂y u boku m臋偶czyzn. Kobiety wewn膮trz tej jurty schowa艂y si臋, tul膮c do siebie dzieci, podnios艂y oczy, patrz膮c na wojownika, kt贸ry stan膮艂 w wej艣ciu jurty, z zakrawionym mieczem w d艂oni, z poszarpan膮 szyj膮 ociekaj膮c膮 krwi膮.
– Przysy艂a nas Hurik, chan plemienia Przyci臋tych Uszu! – krzykn膮艂 Kekhart dono艣nie. – My przyszli艣my uwolni膰 was! Czy jest tu Diyar z Nagich Czaszek?
Jedna z kobiet wsta艂a – Kekhart pozna艂 jej sylwetk臋. Niska, o szerokich biodrach, z g艂ow膮 ogolon膮, za wyj膮tkiem tym razem dw贸ch cienkich warkoczyk贸w przy uszach.
– Jestem – oznajmi艂a.
Kobieta, kt贸r膮 kiedy艣 mia艂 po艣lubi膰. 呕ona dawnego przyjaciela, wsp贸艂偶ona przyjaci贸艂ki, matka ch艂opca, kt贸ry nosi艂 jego imi臋.
– Tw贸j syn, jest tutaj? Hurik nas po was zw艂aszcza przys艂a艂a.
Diyar odpowiedzia艂a tonem, po kt贸rym Kekhart domy艣li艂 si臋 u艣miechu na jej 艂adnej, okr膮g艂ej twarzy, a potem ruszy艂a ku niemu wraz z ch艂opcem. Za nimi ruszyli pozostali wi臋藕niowie, wiele, wiele znajomych twarzy, wpatruj膮cych si臋 w Kekharta z zaskoczeniem, 偶ony, matki i siostry wojownik贸w wraz ze swoimi dzie膰mi. Jego w艂asna matka, kt贸ra nagle zatrzyma艂a si臋 w progu, wpatrzona w utraconego syna jak w obraz.
***

Wracali wolno, ci膮gn膮c za sob膮 wozy z 艂upami, uwolnione kobiety, p臋dz膮c konie – cho膰 z nich cze艣膰 zbieg艂a w step – i owce. Trwa艂o to kilka dni, musieli wi臋c mie膰 si臋 na baczno艣ci, by nie zaatakowali ich jacy艣 maruderzy. Co jaki艣 czas kilku wojownik贸w lub wojowniczek rusza艂o na zwiady. Z jednego z tych zwiad贸w A艂艂a przywioz艂a ranne dziecko.
Po sukcesie napadu na obozowisko przyw贸dczyni 艢wi臋tych Kobiet z艂agodzi艂a nieco sw贸j stosunek do Kekharta, cho膰 nadal wyra偶a艂a niech臋膰 w stosunku do wi臋kszo艣ci jego podw艂adnych, z Serikiem na czele – ale Serika omija艂y wszystkie wojowniczki, a on omija艂 je.
Tego wieczora A艂艂a i Nayaseg wr贸ci艂y ze zwiadu i zatrzyma艂y si臋 nad ogniskiem kekhartowych towarzyszy.
– Hej, Kekhart! – krzykn臋艂a przyw贸dczyni wojowniczek, 艣ci膮gaj膮c wodze. Rude w艂osy zafalowa艂y dooko艂a jej g艂owy. – Hej, Krkhart, dalej zbierasz 艣mieci?
– Co rozumiesz przez 艣mieci, A艂艂a? – spyta艂.
Wyszczerzy艂a wszystkie z臋by w u艣miechu.
– To co nigdzie nie nale偶y, jake艣 sam m贸wi艂, jak nasz ukochany kagan m贸wi艂. Bo mamy co艣, co nie wiemy, gdzie nale偶e膰 mo偶e. Nayaseg, poka偶!
Dziewczyna unios艂a g艂ow臋 nieprzytomnej postaci, wiezionej na ko艅skim grzbiecie. By艂 to orczy ch艂opiec, dziecko tu偶 przed dojrza艂o艣ci膮. G艂adkiej, okr膮g艂ej twarzy nie znaczy艂y mu jeszcze 偶adne blizny ani tatua偶e.
– Niczyj – stwierdzi艂a A艂艂a. – we stepie go znalaz艂y艣my. Bez przytomno艣ci jest. Gor膮czkuje, majaczy, ale nic nie m贸wi. Takhir, rzu膰 no na dzieciaka okiem, szkoda go.
Szaman podni贸s艂 si臋, stawy mu zatrzeszcza艂y, przypominaj膮c, 偶e m艂odo艣膰 ma ju偶 za sob膮. Zbli偶y艂 si臋 do Nayaseg, kt贸ra ostro偶nie poda艂a mu ch艂opca.
– Chudy strasznie – rzek艂a z trosk膮 w g艂osie. – zero cia艂a, zero mi臋艣ni, bogowie, kiedy to ostatnim razem sta膰 mog艂o?
– Widz臋… – mrukn膮艂 Takhir wpatruj膮c si臋 w twarz dziecka. – Dzi臋kuj臋 – sk艂oni艂 g艂ow臋 艢wi臋tym Kobietom.
A艂艂a wzruszy艂a ramionami.
– A gdzie tam dzi臋kowa膰, obowi膮zek nasz. Powodzenia wam, i mi臋kkiej ziemi pod kopytami!
– I wam – odpar艂 Czarny Szaman. – Zr贸bcie miejsce! – poleci艂 swoim, przenosz膮c ch艂opca do ogniska.
Dzieciak szarpn膮艂 si臋, zadygota艂 nagle, wypr臋偶y艂y si臋 wszystkie jego cz艂onki.
– Ptaki… – wymamrota艂, gwa艂townie rzucaj膮c g艂ow膮. Wargi mia艂 suche i pop臋kane, a na czole perli艂 mu si臋 pot. – Ptaki… za mn膮…
Takhir przygryz艂 doln膮 warg臋. Wsun膮艂 d艂o艅 pod g艂ow臋 ch艂opaka, przytrzyma艂 kark, drug膮 r臋k臋 przycisn膮艂 do rozgrzanego gor膮czk膮 czo艂a.
– Dajcie wody – poleci艂, przesuwaj膮c palcami po twarzy ch艂opca. Min臋 mia艂 skupion膮, oczy przymkni臋te. – Bogowie, co to mo偶e by膰… – wymamrota艂.
Serik poda艂 mu naczynie z wod膮 i kawa艂ek tkaniny. Zwil偶ony materia艂 szaman przycisn膮艂 do czo艂a ch艂opca, odrobin臋 wody wla艂 w usta. Dzieciak plu艂 i krztusi艂 si臋 kilka razy, zanim prze艂kn膮艂 p艂yn. Potem znieruchomia艂 na chwil臋, os艂abione cia艂o nie mia艂o do艣膰 si艂 rzuca膰 si臋 d艂ugo.
A Takhir zacz膮艂 wydawa膰 polecenia. Znale藕膰 kawa艂 艣wie偶ego, t艂ustego mi臋sa na ros贸艂.
– Nie ma? To owc臋 zar偶n膮膰, po co艣 je zagrabili艣my, nasze s膮! Zio艂a, zio艂a w torbie. Znajd藕 takie z delikatnym, srebrnym kwieciem… Nie ma? Przodkowie nas nienawidz膮. Gaspar, masz rozum, id藕, poszukaj, nad stawem, kt贸ry艣my mijali, powinno rosn膮膰, w zacienionym miejscu. Tak, to Strza艂a Ksi臋偶ycowa, odstrasza demony. Tak, m贸j Kekharcie, my艣l臋, 偶e jakie艣 duchy id膮 za tym ch艂opcem. Arthan, nie gap si臋 jak w贸艂, id藕 nad ten staw, wody przynie艣. Larha, mi臋so widz臋 znalaz艂a艣. Poka偶 no je. Krwiste? Doskonale. Odkr贸j kawa艂ek, spr贸buj wycisn膮膰 nieco krwi.
Par臋 kropli krwi 艣ciek艂o na j臋zyk ch艂opca. Dzieciak szarpn膮艂 si臋 gwa艂townie, wrzasn膮艂. B艂臋kitna po艣wiata zamigota艂a dooko艂a niego, dooko艂a Takhira. Mi臋dzy zebranymi na chwil臋 ukaza艂y si臋 mgliste kszta艂ty, cz臋艣膰 z nich przypomina艂a zwierz臋ta, cz臋艣膰 rozumne istoty z ka偶dego z lud贸w.
Zafalowa艂y i znik艂y nagle, kiedy ch艂opiec poderwa艂 si臋 do siadu, wyszarpuj膮c chude cia艂o spod takhirowych ramion.
– I uda艂o si臋 – mrukn膮艂 Czarny Szaman, ale bez zadowolenia.
Dzieciak siedzia艂 wyprostowany, wodz膮c dooko艂a wzrokiem przytomnym, cho膰 rozkojarzonym.
– Ptaki… Gdzie ptaki?
– Nie ma ich – powiedzia艂 Takhir powa偶nym g艂osem, patrz膮c ch艂opcu w oczy. – Na razie.
– Wr贸c膮.
– Wiem, dziecko. Wiem, 偶e wr贸c膮.
– Ja nie jestem dzieckiem – ch艂opak wyd膮艂 wargi. – Jestem Nurzhan z P艂owych Lis贸w.
– Na razie jeste艣 Nurzhan przed inicjacj膮 – palce szamana zarysowa艂y ko艂a dooko艂a oczu Nurzhana. – I to niejedn膮, jak mniemam. Kiedy si臋 zacz臋艂o?
Ch艂opiec pokr臋ci艂 g艂ow膮.
– Ja nie wiem… ja nie pami臋tam… o Niebiosa, nie wiem…
– D艂ugo – mrukn膮艂 Takhir pod nosem. – bardzo d艂ugo. Masz, napij si臋 – poda艂 Nurzhanowi kubek wype艂niony mieszank膮 zi贸艂, mleka i miodu. – I 艣pij. Potrzebujesz zregenerowa膰 si艂y, skoro ju偶 tu dotar艂e艣. B臋d膮 ci potrzebne w dalszej drodze.
Na twarzy ch艂opca pojawi艂o si臋 przera偶enie, tak g艂臋bokie, jakiego Kekhart nie widzia艂 jeszcze u nikogo.
– Ja dalszej drogi nie chc臋!
Czarny Szaman zn贸w przygryz艂 warg臋, wyci膮gn膮艂 d艂o艅 i przycisn膮艂 j膮 ch艂opcu do czo艂a. Zn贸w zal艣ni艂 b艂臋kit, oczy Nurzhana pociemnia艂y.
– Wypij i 艣pij – rozkaza艂 mu Takhir twardo.
Ch艂opak ospale pokiwa艂 g艂ow膮 i si臋gn膮艂 po kubek. Pi艂 wolnymi, du偶ymi 艂ykami, a z ka偶dym kolejnym jego ruchy stawa艂y si臋 wolniejsze, a偶 w ko艅cu opad艂 na traw臋, pogr膮偶ony we 艣nie.
– Zabierz go, Arthan, przygotuj mu pos艂anie – poleci艂 szaman miesza艅cowi. – M贸j Kekharcie, chod藕. Musimy porozmawia膰.
Wyszli poza obozowisko, na ustronne miejsce, mi臋dzy trawy i krzewy. Kekhart chcia艂 usi膮艣膰, ale Takhir sta艂, d艂ugo sta艂 milcz膮c i patrz膮c w niebo, bezksi臋偶ycowe dzi艣, za to czyste i gwie藕dziste. Wszystkie konstelacje wida膰 by艂o wyra藕nie, w tym Dwa Smoki, zwiastuj膮ce koniec jesieni i nadchodz膮c膮 zim臋.
– A艂艂a i jej wojowniczki pope艂ni艂y b艂膮d – powiedzia艂 w ko艅cu szaman, nadal nie patrz膮c na kochanka. – Nie wini臋 ich. To b艂膮d naturalny dla ka偶dego, dla kobiety bardziej nawet: obj膮膰 trosk膮 chore dziecko. Ale jaki m艂ody ork znajdzie si臋 sam w stepie, bez opieki plemienia i rodu, bez broni?
– Ch艂opiec zaraz臋 nosi? Czy przekle艅stwo?
Takhir pokr臋ci艂 g艂ow膮.
– Ani jedno, ani drugie, albo oba na raz. Nic, co nas by bezpo艣rednio mia艂o dotkn膮膰. Ale duchy pod膮偶aj膮 za nim i prze艣laduj膮 go i mog膮 zabi膰, je艣li kto pope艂ni b艂膮d.
– Widzia艂em je.
– Wszyscy widzieli. Silne, za silne, a ch艂opiec za s艂aby. Przed inicjacj膮, c贸偶, to si臋 zdarza, to mo偶na przetrwa膰, mnie te偶 duchy zawo艂a艂y, kiedy by艂em dzieckiem… – zamilk艂, zawiesi艂 g艂os nagle, a jego sylwetka nagle zgarbi艂a si臋 i skurczy艂a.
Przez moment wyda艂 si臋 Kekhartowi niezmiernie stary, cho膰 dzieli艂o ich mo偶e pi臋膰 lat i obaj wci膮偶 byli w sile wieku… Jak d艂ugo jeszcze? Ile lat sp臋dzili, podr贸偶uj膮c, walcz膮c, rozstaj膮c si臋 i spotykaj膮c na nowo, wiod膮c niepewny 偶ywot os贸b pozbawionych trwa艂ego oparcia w plemieniu? Na twarzach obu pojawia艂y si臋 kolejne bruzdy blizn i zmarszczek. Takhir przekroczy艂 trzydziestk臋, Kekhart zbli偶a艂 si臋 do niej nieub艂aganie… wi臋kszo艣膰 m臋偶czyzn w ich wieku ma ju偶 niejedno dziecko, niekt贸rzy nawet wnuki, a oni? Co zrobi膮, kiedy staro艣膰 odbierze im si艂y lub kiedy jednego z nich dopadnie kalectwo?
My艣li przemkn臋艂y szybko, ust臋puj膮c miejsca kolejnym, bardziej zwi膮zanym z obecn膮 chwil膮.
– Takhir… – odezwa艂 si臋 Kekhart, podchodz膮c do kochanka i k艂ad膮c mu d艂o艅 na przygarbionym nagle ramieniu. – My usi膮d藕my mo偶e? 艁atwiej b臋dzie…
Czarny Szaman potrz膮sn膮艂 g艂ow膮, opad艂 na traw臋, ch艂odn膮 i wilgotn膮 od wieczornej rosy. Jego rami臋 opar艂o si臋 o bark Kekharta i odzyska艂o zn贸w dawn膮 form臋.
– Ten ch艂opiec us艂ysza艂 wezwanie i poszed艂 za duchami w step. Ma by膰 szamanem, a my mu przeszkadzamy w tym.
– Ty m贸wi艂e艣, 偶e za s艂aby jest…
– W tym wieku nawet i inicjacji Bia艂ego Szamana mo偶na nie prze偶y膰, jak si臋 szcz臋艣cia nie ma… Widzia艂e艣 ch艂opca, w jakim jest stanie, jak bardzo si臋 boi, a my jeszcze odci膮gn臋li艣my duchy od niego. Mog膮 wr贸ci膰 i zabi膰, je艣li si臋 rozgniewaj膮, a nie chc臋 mie膰 na sumieniu krwi dziecka. Na Niebiosa, ostatnie, co chcia艂bym, to jego 艣mier膰.
– To nie twoja wina b臋dzie, je艣li ty m贸wisz, 偶e duchy…
– Odegna艂em je. Zrobi艂em wszystko, 偶eby je odegna膰. Rozw艣cieczy je to tylko. Mogliby艣my te偶 ch艂opca porzuci膰, ale za s艂aby jest, by prze偶y膰 pr贸b臋…
– Co to za pr贸ba? Ty mi nie opowiada艂e艣 nigdy, jak to by艂o z tob膮… Nigdy.
Bo nie opowiada艂. O wielu rzeczach rozmawiali, ale histori臋 swojego powo艂ania Takhir pomija艂 zawsze, nie licz膮c kilku drobnych aluzji, czasem koniecznych cho膰by po to, by wyja艣ni膰 blizn臋 na naci臋tym dziwnie przyrodzeniu. Kekhart mia艂 niejakie poj臋cie, jak dzia艂aj膮 szamani, jak szamanem si臋 zostaje, lecz jak wygl膮da艂o to w wypadku m臋偶czyzny, z kt贸rym si臋 zwi膮za艂 – nie wiedzia艂.
Takhir westchn膮艂. Rzadko kiedy wydawa艂 z siebie ten d藕wi臋k rezygnacji, w艂a艣ciwy raczej kobietom, ni偶 m臋偶czyznom, a je艣li ju偶, to tylko w prywatnej sytuacji.
– Mo偶e masz racj臋… mo偶e lepiej b臋dzie, nam obu, podj膮膰 decyzj臋, tobie wiedz膮c, jak to mo偶e wygl膮da膰, jak bardzo to boli, czemu mo偶e zabi膰… Bo b臋dziemy musieli jutro zdecydowa膰, co zrobi膰 z ch艂opcem… A cokolwiek nie zrobimy, boj臋 si臋, 偶e b臋dzie 藕le.
– Ty si臋 boisz? – odezwa艂 si臋 Kekhart, pr贸buj膮c, by w pytaniu pojawi艂a si臋 odrobina kpiny. Niezbyt dobrze mu to wysz艂o.
Szaman skin膮艂 g艂ow膮.
– Ja. Ka偶demu si臋 zdarza, my艣l臋. Mnie te偶… M贸j Kekharcie, siadaj i s艂uchaj…

C.D.N









Komentarze
Ome dnia marzec 17 2012 21:57:12
Ogromnie podoba艂 mi si臋 klimat tego rozdzia艂u, zw艂aszcza ko艅c贸wka. Najpierw jednak, An: liter贸wki i przecinki swoj膮 drog膮, ale to nieszcz臋sne "obesz艂em" Gaspara! Chyba 偶e on mia艂 tak niepoprawnie m贸wi膰, tyle 偶e dot膮d nigdzie nie zauwa偶y艂am u niego podobnej mowy - a co wi臋cej, przecie偶 to cz艂owiek, kt贸ry 偶yje opowiadaniem, wi臋c i j臋zyk powinien mie膰 wyrobiony...

Ciekawie wygl膮da艂a ta zmiana nastawienia Dalle do Rijesha i jego wojsk - zmiana wynikaj膮ca po cz臋艣ci z tego, 偶e w艂a艣nie si臋 mia艂o utraci膰 co艣 wygodnego.
Hurik mnie zachwyca艂a - i podczas swojej rozmowy z Vardanem, i gdy pokaza艂a艣 jej stosunek do syna Vardana i do Diyar (ciekawa jestem, jak z kolei Diyar odbiera now膮 偶on臋 Vardana), i podczas rozmowy z Kekhartem, i przez sw膮 gotowo艣膰 do odbicia porwanej rodziny m臋偶a, i w relacjach z Larh膮. To ostatnie szczeg贸lnie mnie uj臋艂o - ten kontakt, kt贸ry da艂 co艣 owocnego, z pewno艣ci膮 Larsze najbardziej, ale my艣l臋, 偶e i Hurik co艣 z tego wynios艂a.
A艂艂a te偶 mi si臋 podoba, cho膰 brak jej pewnego opanowania Hurik. Niemniej mi艂o zobaczy膰 i A艂艂艂臋, i dwie wojowniczki-kochanki, i pozosta艂e 艢wi臋te Kobiety.

W scenie walki najbardziej poruszaj膮ca by艂a 艣mier膰 Murada - i tej m艂odej dziewczyny. Dwie wrogie sobie strony, dwie tak odmienne postacie - i to zr贸wnanie, z艂膮czenie, jakiego dokonuje 艣mier膰.
A po samej walce - ten moment, gdy na Kekharta patrzy jego matka; patrzy, ale ju偶 nie jak na wyrzutka plemienia, kt贸ry przynosi ha艅b臋 i budzi niech臋膰. To by艂o pi臋kne, nie potrzebowa艂o 偶adnych s艂贸w, wystarczy艂o jedno proste zdanie.

Ciekawa jestem, co przyniesie oddzia艂owi Kekharta i 艢wi臋tym Kobietom ten znaleziony ch艂opiec wybrany przez duchy. Obawiam si臋, na ile s艂owa Takhira mog膮 si臋 sprawdzi膰...
A skoro ju偶 jeste艣my przy Takhirze: ogl膮danie go oczami Kekharta, z t膮 艣wiadomo艣ci膮 lat, kt贸re min臋艂y oraz z t膮 obaw膮, co b臋dzie, gdy min膮 kolejne, by艂o wspania艂ym do艣wiadczeniem. Klimat ko艅c贸wki, jak ju偶 wspomina艂am, 艣wietny - no i licz臋, 偶e w nast臋pnym rozdziale nie tylko Kekhart pozna cho膰 troch臋 przesz艂o艣ci Czarnego Szamana smiley
Demon Lionka dnia marzec 23 2012 23:26:53
Doczyta艂am smiley D艂ugi, m臋cz膮cy tydzie艅, ale uda艂o mi si臋 przeczyta膰 w ko艅cu smiley I b臋d臋 mia艂a na bie偶膮co wszystko smiley
To tak - pewnie si臋 powt贸rz臋, jak zawsze, ale cholernie mi si臋 podoba to opowiadanie smiley Jest tak napisane, 偶e wydawa艂oby si臋, 偶e opisuje histori臋 czego艣, co wydarzy艂o si臋 naprawd臋 i kogo艣, kto rzeczywi艣cie gdzie艣 偶y艂 i robi艂 te wszystkie opisane rzeczy smiley
Podoba mi si臋, 偶e Kekhart nie podda艂 si臋 w konfrontacji z A艂艂膮 smiley My艣la艂am, 偶e b臋dzie bardziej wycofany w stosunku do polityki twardej r臋ki A艂艂y i by艂am mile zaskoczona, kiedy dyplomatycznie pokaza艂, 偶e kobieta jest towarzyszem rozm贸w, a nie dow贸dc膮 smiley
W og贸le mi艂o spotka膰 zn贸w 艢wi臋te Kobiety smiley Dawno ich nie by艂o smiley
I dobrze, 偶e Takhir jest :3 Cho膰 ja zawsze si臋 ciesz臋, kiedy mog臋 o nim przeczyta膰 i ekstra, 偶e teraz b臋dziemy wtajemniczani w jego inicjacj臋 :3
Ciekawie zaczyna si臋 przygoda z przywiezionym ch艂opcem smiley To taki epizod, czy on pozostanie na d艂u偶ej? smiley
An-Nah dnia marzec 24 2012 10:34:14
Nurzhan zostaje na d艂u偶ej, tu ju偶 si臋 nie wyka偶e, ale w "Je艅cach" ma swoj膮 rol臋 do odegrania, jako "dru偶ynowy healer" XD
Dodaj komentarz
Zaloguj si, 縠by m骳 dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dost阷ne tylko dla zalogowanych U縴tkownik體.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, 縠by m骳 dodawa oceny.

ietne! ietne! 100% [3 G硂s體]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [痑dnych g硂s體]
Dobre Dobre 0% [痑dnych g硂s體]
Przeci阾ne Przeci阾ne 0% [痑dnych g硂s體]
S砤be S砤be 0% [痑dnych g硂s體]
Logowanie
Nazwa U縴tkownika

Has硂



Nie jeste jeszcze naszym U縴tkownikiem?
Kilknij TUTAJ 縠by si zarejestrowa.

Zapomniane has硂?
Wy渓emy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze sta艂e, cykliczne projekty



Tu jeste艣my
Bannery do miejsc, w kt贸rych mo偶na nas te偶 znale藕膰



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemno艣ci膮 艣ledz臋 Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpud艂a :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, je艣li kto艣 tu zagl膮da i chce wiedzie膰, co porabiam, to mo偶e zajrze膰 do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z r贸偶nych przyczyn staram si臋 by膰 optymist膮, wi臋c b臋d臋 trzyma艂 kciuki 偶eby uda艂o Ci si臋 odtworzy膰 to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro s艂ysze膰, Jash. Wprawdzie nie czyta艂em Twojego opowiadania, ale szkoda, 偶e nie doczeka si臋 ono zako艅膰zenia.

Archiwum