The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Lipiec 23 2019 16:10:19   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Dzieci boga granic 16
16.

Jednonogi mężczyzna śpiewał spokojnie, przymykając oczy, wybijając palcami rytm na drewnianej protezie. Pieśń była długa i pełna zwrotek w języku, z którego Kekhart rozumiał – lub wydawało mu się, że rozumie – tylko nieliczne słowa. Mówiła o pięciu rasach świata uwikłanych w wyniszczającą walkę i gniewie Matki Ziemi, ostatecznie zsyłającej na swe nieposłuszne dzieci potężną istotę, której zadaniem było ukarać je, wypalić powierzchnię ziemi, oczyścić świat.
Słuchali jak oczarowani, nawet Gaspar z wrażenia otworzył szeroko usta. Gdy jednonogi człowiek skończył śpiewać, pieśniarz ze stepu zbliżył się do niego, kuśtykając na własnej nie do końca sprawnej kończynie.
– Ja to wiele słyszałem opowieści, ale to… to nowe jest dla mnie – rzekł, stając nad jasnowłosym marynarzem, który uniósł głowę i popatrzył mu w oczy spokojnym, jasnym jak lód wzrokiem. – I głos ty masz piękny – dodał z podziwem. – Wina dla niego! – krzyknął na posługującą w tawernie czarnoskórą dziewczynę.
Jednonogi uśmiechnął się szeroko, ale nie było w jego uśmiechu ani odrobiny radości, a tylko dziwna gorycz.
– O tobie śpiewałem, przybyszu ze stepu, najeźdźco, sługo Władcy Ciemności.
Gaspar zamarł, wpatrzony w przybysza z północy.
– Że co? – spytał. Minę miał niezbyt inteligentną, który to wyraz potęgowało jeszcze kółko w nosie, które zaczął nosić ostatnio. Jedna dziwka wyśmiała go już, twierdząc, że przypomina krowę.
– Patrzę na was i patrzę – mówił jednonogi spokojnie. Miał piękny głos, dziwny, śpiewny akcent, czasem zdawało się, że łączy kilka słów w jedno, w melodię. – I myślę, Rangulfie, kogo ty widzisz? Przypominają ci twoich ludzi, wy na morzu jesteście tym, co oni na lądzie. Oni pogranicza stepu pustoszą, przybywając konno, szybcy jak wiatr, my wydaliśmy pokolenia piratów, na darkarach docierające aż do anorskich wybrzeży i dalej jeszcze. Równie okrutni jesteśmy, jak oni, tak samo cenimy honor i odwagę, tak samo umiemy śmiać się i cieszyć kobietami, winem i złotem, więc czemu, Rengulfie, kiedy patrzysz na tych orków tężeje ci krew w żyłach i masz wrażenie, że to początek końca?
Murad splunął na podłogę.
– Obłąkany – mruknął.
Jednonogi, Rangulf, nie przejął się nim, ciągnął tylko dalej:
– I pojąłem: to nie oni. Nie oni wywołują we mnie ten lęk. Oni nie są winni niczemu, tak, jak nie jest winne dziecko, gdy duch zwierzęcia wybiera je na swego wojownika, jak nie są winne Widzące, kiedy wzywa je Ojciec Ouvaros. Wyższa siła zawisła nad nimi i wyższa siła kieruje ich krokami. Cóż za wyższa siła więc tak bardzo mnie przeraża? I pomyślałem o starych pieśniach i przypomniałem sobie tę jedną. Czyż ich władca nie jest dzieckiem demonów i panem ciemnych mocy, nekromantą z miasta czarnoksiężników, z Czarnej Wieży, o której legendy słyszałem i w mojej ojczyźnie? Czyż nie jest smokiem i dzieckiem smoka i samo jego istnienie nie byłoby możliwe bez magii, bo jakże by człowiek, czy elf, czy ork z gadem się parzyć i mieć potomstwo, jeśli nie za sprawą magii?
Murad zeskoczył ze swojego krzesła.
– Dobra. Zróbmy porządek z szaleńcem. Widać, że przekupiony, mało to takich się kręci?
Miał rację: od chwili zdobycia miasta wiele razy widziano na ulicach ludzi nawołujących do obalenia tyrana, do wystąpienia przeciw najeźdźcy, posłańcowi i potomkowi Wielkiego Węża. Aurieniccy rycerze zginęli, nieliczni opuścili Dalle, ale wyznawcy słonecznego boga wciąż żyli w obrębie murów. Byli też wyznawcy religii zwanej przez miejscowych gnossia, oni również wierzyli we wszechobecne siły ciemności. Szaleni prorocy i wysłannicy niechętnych nowej władzy – nie łatwo było odróżnić jednego od drugiego. Ale wytyczne były oczywiste: schwytać, odstawić w ręce patrycjuszy. Potem znajdowano podżegaczy wiszących na miejskiej szubienicy, czasem zaś wystawionych na widok publiczny w klatce: popularna widać kara w tym mieście.
Kekhart jednak nie miał ochoty oddawać Rangulfa nikomu. Wolałby posłuchać więcej jego słów. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z Rijeshem – i drugie, w wizji, kiedy to nazwał przyszłego kagana i księcia Urhan Wielkim Wężem. Czarna postać, olbrzymie skrzydła, olbrzymie rogi. Smok.
Rijesh posługiwał się magią. Miał w posiadaniu tajemnicze manuskrypty w elfim języku, w walce otaczała go błękitna aura, a na zgromadzeniu Kekhart rozmawiając z nim w cztery oczy poznał symptomy, które widział u Takhira: woń powietrza po burzy i krew cieknącą z nozdrzy. Rijesh nie mógł urodzić się w naturalny sposób, trudno byłoby wyobrazić sobie jakikolwiek stosunek smokowca z nie-smokowcem, trudniej jeszcze potomstwo zdolne przeżyć. Musiał być dziełem magii, może nawet…
…słowo „bóg” majaczyło Kekhartowi w głowie, nieustannie, od pierwszego spotkania na stepie. Niedorzeczne słowo. „Demon” było o wiele łatwiejsze.
– Zostaw ty go, Murad.
– Pic chciałem – odburknął rozbójnik. – Mało rozrywek ostatnio, ten przeszkadza, to byśmy się zabawili…
„Mało rozrywek” – pomyślał Kekhart – „A kto nocami po mieście chodzi, nad ranem wraca, odrapany, pachnący krwią?”
– Murad, ja ci rozkazuje, odstąp.
– Jak sobie dowódca życzy – prychnął mężczyzna, siadając z powrotem i z wielką niechęcią patrząc na jednonogiego mężczyznę z północy i słuchającego go z zainteresowaniem Gaspara.
Jego towarzyszka broni nachyliła się i szepnęła mu coś do ucha. Niedobrze. Na bogów, byli rozbójnicy coraz większym stawali się problemem i spuszczanie ich z oczu nie było najlepszym pomysłem... Kilka dni temu Murad zaczepił na rynku Sheker, tę samą śliczną uzdrowicielkę, która opiekowała się Arthanem i której mieszaniec zamierzał chyba poświęcić więcej uwagi. Murad tego nie wiedział. Dla Murada młoda szamanka była kolejną kobietą, którą można bezkarnie przytrzymać za warkocz i chwycić za pośladki, nie ważne, że swoja, nie ważne, że szamanka. Z nią liczył na swój piękny, było-nie było, uśmiech – nie zadziałało. Dziewczyna zagroziła mu gniewem duchów. Rozbójnik chyba nie wierzył w szamańskie klątwy, bo tylko zarechotał obrzydliwie, objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. W biały dzień, na oczach dallejczyków, którzy chyba uznali to za normalne orcze zaloty. Poniekąd mieli rację, ale tylko poniekąd.
A Arthan zrobił dokładnie to, co leżało w jego naturze: spróbował spełnić groźbę z małego miasteczka na północy półwyspu. Nieszczególnie przejmował się ledwo co wygojonymi ranami. Trzeba było walczących mężczyzn rozdzielać siłą, żeby się nie pozabijali, trzeba było ich obu napoić winem zaprawionym uspokajającymi ziołami i mieć nieustannie na oku. Co było trudne, bo Muradowi nie w smak było towarzystwo i coraz częściej to okazywał, coraz częściej znikał z dwójką swoich pozostałych przy życiu kompanów. To musiało się źle skończyć. Na miejskiej szubienicy zakończyło już swoje życie paru orków – Murad miał więcej szczęścia, niż oni.
– I co nam radzisz? – spytał tymczasem Gaspar, przysuwając sobie stołek i siadając naprzeciw Rangulfa.
Ten zaśmiał się tylko.
– Nie radzę wam nic. Tylko ostrzegam. Nie idziecie dobrą drogą. Może idziecie konieczną.
– Taką drogą my idziemy, jaka nam odpowiada. My wolni jesteśmy, robimy, co chcemy. A ty opowiedz więcej... – zaczął, ale nie dane mu było dokończyć pytania
Drzwi karczmy otwarły się i do wnętrza weszła kolejna grupa wojowników: nie urhańskich żołnierzy, a koczowników ze stepu, samych orków, choć z różnych plemion. Zatrzymali się pośrodku sali, mierząc wzrokiem tych, którzy już tu byli: Kekharta z podkomendnymi i jednonogiego pirata z północy. Zapadła cisza, a oczy jednego z nowoprzybyłych zalśniły, gdy tylko rozpoznały, na kogo natknęli się w karczmie.
– Patrzcie no, śmieci! – wykrzyknął ork, ten sam członek plemienia Płowych Lisów, który na zgromadzeniu oskarżał Arthana o napastowanie jego siostry. – No i my się znowu spotykamy – uśmiechnął się szeroko, pokazując, że może dolne kły ma okazałe, jak na porządnego orka przystało, ale brakuje mu jednego trzonowca. – Wynocha stąd, gnidy, teraz my tu pijemy!
– Znajomi, hę? – spytał Rangulf, łypiąc okiem na przybyszów, na siedzącego przy nim Gaspara, na pozostałych.
– Bardzo dobrzy... – mruknął pieśniarz, ześlizgując się ze stołu, – Ej, ty! – warknął do mężczyzny z Płowych Lisów. – My nie wyrównane rachunki mamy!
– Z tobą. I z tym parchatym mułem. Ale jak grzecznie wyjdziecie, może was bez szwanku puścimy.
– O niedoczekanie twoje. My nie tchórze, nie, Arthan?
Mieszaniec nie należał do osób, które pozwalały się obrażać, ani do osób stroniących od bitki. Wstał ze swojego stołka spokojnie, ale z zaciętą miną, mówiącą, że nie zamierza się wyprosić.
– A mamy – zgodził się. – No dalej, ty chcesz mnie, to ja jestem.
– A ja myślałem, że ty się za szamana plecami chowasz...
– To żeś źle myślał – mieszaniec postąpił jeszcze kilka kroków do przodu. – No chodź.
Rozbójniczka, towarzyszka Murada popatrzyła na obu swoich kompanów.
– Zmywamy się –mruknęła. – Nic tu po nas.
– Zostajecie – oznajmił twardo Kekhart, sam wstając. Larha, Temur i Serik uczynili to samo.
– Bo co? – zbuntowała się kobieta. – Nie nasza walka. W sumie – walka tych dwóch, a nam nic do tego.
– Tchórzliwa suka – warknął w jej kierunku Temur.
Popatrzyła nań z nienawiścią. Nos, złamany w pałacu, zrósł się krzywo, odbierając rozbójniczce resztki wątpliwego i tak uroku.
– W rzyci to mam. I ciebie, śmieciu.
Kowal chciał cos odpowiedzieć, ale Serik szarpnął go za ramię.
– Jej to już daj spokój. Oni nie z nami. Niech oni idą. To nie bitwa, to bójka zwykła.
Miał rację, ale słuchając tych słów i widząc, jak trójka byłych skazańców gotuje się do odejścia, Kekhart czuł wściekłość. Na nich, na brak lojalności i więzi, na siebie, za to, że nie może się tej trójce przeciwstawić, że zaledwie tolerują go jako dowódcę.
Pośrodku sali dwóch mężczyzn, ork pełnej krwi i pół-ludzki mieszaniec, mierzyło się wzrokiem, oceniając swoje szanse. Za plecami wojownika z Płowych Lisów jego kompani tylko czekali na początek bitki, przypatrywali się pozostałym przeciwnikom, oceniając ich możliwości. Gdy Murad i dwójka jego towarzyszy zbliżyli się do drzwi, ktoś szarpnął Lavijczyka za ramię.
– A dokąd to, czupryno słomiana? Uciekacie? Tchórzycie?
– Ej, ja znam ich! Oni nam w tamtej dziurze łupy sprzed nosa zgarnęli! – dodał ktoś inny.
Murad, widząc, że już nie unikną walki, uderzył najbliższego orka łokciem w twarz.
W tym samym momencie Arthan i mężczyzna z Płowych Lisów skoczyli ku sobie, splatając się w uścisku. Ktoś chwycił ławę, by użyć jej jako prowizorycznej broni, ktoś nawet sięgnął po nóż. Ktoś chwycił kufel stojący przy stoliku Rangulfa. Mężczyzna z północy zaklął tylko i usunął się.
Nie jego walka. Nie jemu decydować o niesnaskach między poddanymi Władcy Ciemności.
Ale o tych słowach ani o samym Rangulfie Kekhart już nie myślał, rzucając się w wir walki, zapominając nawet o jej bezsensie. Powinien może opanować sytuację, powstrzymać bójkę, ale obie strony i tak nie zwróciłyby uwagi na jego starania.
Z bójki obie strony wyszły poharatane, ale obyło się bez zabitych i ran poważniejszych, niż podbite oczy, kilka wybitych zębów i wykręcone ręce. Poniekąd było to zasługą nie samych uczestników, a straży miejskiej, która zjawiła się prędko i zmusiła przybyszów z Urhan i stepu do przerwania burdy i ucieczki. Nikt nie chciał trafić do miejskiego więzienia, a teraz także i oni podlegali miejskiemu prawu – i Dallejczycy przypominali im o tym na każdym kroku. Nie, nie jesteście bezkarni. Pamiętacie, tych, którzy stracili już życie? Nie prowokujcie losu. Nie wy tu rządzicie, choć może rządzi wasz pan.
Jeszcze jeden efekt miała ta bójka: Arthan zgubił nóż. Ten sam elfiej roboty nóż myśliwski, z którym przybył do Urhan jako dziecko i z którym nie rozstawał się nigdy. Kekhart przypuszczał, że mieszaniec zabrał go jakiemuś elfowi, któremuś z tych, którzy go skrzywdzili. Ale teraz nóż przepadł i nie udało się go znaleźć.
***
Dni w Dalle przeciągnęły się w tygodnie, tygodnie zaś w miesiące. Minęła jesień i nadeszła zima: nie tak mroźna, jak na stepach, szara za to i dżdżysta. Przesilenie zimowe nadeszło, świętowane w Dalle równie hucznie, jak i w Urhan, choć tutaj święto stanowiło tez okazje do pokazania, jak poszczególne religie i świątynie rywalizują między sobą i próbują pokazać mieszkańcom, że znają prawdziwy powód świętowania. Aurienici, najmniej liczni i osłabieni po wyjeździe rycerzy zakonnych, najbardziej rzucali się w oczy, wykorzystali bowiem przesilenie jako okazję do demonstracji i próby pokazania protektora jako wcielania zła. Określenie „Władca Ciemności” wydawało się przyjąć i używano go coraz częściej. Bogowie tylko wiedzieli, czy to rzeczywiście ludzie z północy tacy jak Rangulf wpadli na nie pierwsi, czy wyznawcy Auriena, czy kto inny. Nie było to szczególnie istotne, część Dallejczyków dała się przekonać.
Oczywiście, podjęto wszelkie środki, by protektora przedstawić w korzystnym świetle. Patrycjusze, którym na rękę była nowa władza, nie szczędzili pieniędzy na oślepiającą oprawę dla uroczystości, jaka odbyła się w dniu Przesilenia na placu przed pałacem cesarskim. Zatrudniono magów i alchemików, by uświetnili święto pokazem czegoś, co nazywano „sztucznymi ogniami”, zatrudniono najlepszych muzyków, tancerzy i aktorów, wytoczono setki beczek wina. Najwyższy kapłan Ouvarosa osobiście złożył zwyczajową ofiarę z białego byka, wznosząc modły o pomyślność dla miasta i jego władcy. Czyż przybysz ze Shnai’ar nie został obdarzony mądrością Ojca Bogów, czyż smokowcy za najwyższą z cnót nie uznają wiedzy? Czyż Rijesh nie był mędrcem, nim został królem, w końcu uczył się kontrolować magiczną moc w dalekim Razé, gdzie wznosi się największy uniwersytet na całym kontynencie. Nie należy zapominać, że smok jest symbolem wiedzy, wiedzy kosmicznej, wiedzy samego Ouvarosa. Wiedzy i mądrości potrzeba Dalle, które – tu sędziwy, odziany w biel, złoto i klejnoty kapłan swą laską w ołtarz tak mocno, że niemal złamało się kosztowne drewno – w swej gnuśności i chciwości zapomniało o nich i coraz bardziej osuwa się w moce ciemności. I ciemność panowała nad miastem, aż Ojciec Bogów zechciał przysłać wybawcę, który przyniósł ze sobą kaganek wiedzy, rozumną władzę, pogodził skłóconych patrycjuszy i zapewnił miastu wewnętrzny spokój.
Rijesh obserwował cały ten pokaz na swoją cześć z balkonu jednego z miejskich pałaców, ofiarowanego mu przez patrycjuszy po tym, jak protektor Dalle odmówił zamieszkania w dawnej siedzibie cesarzy. Na balkonie towarzyszyły mu tylko dwie osoby: smokowiec w czarnych, kapłańskich szatach i czarnoskóra kobieta, elfka z południowego kontynentu, która po uwolnieniu pozostała przy boku nowego pana. Czasem widywano ich oboje na ulicach miasta. Elfka szła za Rijeshem w milczeniu, dźwięczały tylko dzwoneczki dookoła jej kostek. Protektor Dalle, mówiono, nie ufał skrytobójczyni nawet kupiwszy jej wolność. Ciekawe, żartowali niektórzy, czy i w jego łożu tak podzwania tymi bransoletami, bo nie wątpili, że osobnik nazwany Władcą Ciemności uczynił kobietę swoją kochanką. Byłoby dziwne, gdyby tego nie zrobił, żal zmarnować taki potencjał, smukłe i gibkie ciało dzikiego kota, dla którego nazywano elfkę Panterą, choć ona Rijeshowi podała imię K’Nai. No i tylko Władca Ciemności musiał mieć dość odwagi, by zbliżyć się do takiej istoty, demona z samego serca południowego lądu, wiedźmy z Obsydianowego Miasta. Przecież kiedy złapano ją podczas próby zamachu, gdy przekonano się, że jest piękną kobietą nikt jej nie tknął – ze strachu. Rijesh nie bał się zdjąć jej kajdan i brać ją wszędzie ze sobą, nie bał się więc też jej ciała i klątw. Nekromanta i zabójczyni. Idealna para.
„Chociaż oni” – myślał Kekhart z goryczą, ilekroć powtarzano przy nim plotki i tak samo pomyślał, widząc Rijesha i czarną elfkę na balkonie, przypatrujących się widowisku, jakie urządzono by uczcić Przesilenie. Myślał o tym, patrząc na Temura, bezskutecznie próbującego udobruchać Larhę i na Arthana, zdruzgotanego po tym, jak Sheker odrzuciła jego zaloty. Myślał o tym w bezsenne, samotne noce, kiedy nasłuchiwał deszczu bębniącego o dach i zastanawiał się, gdzie może podziewać się Takhir.
Dalle było piękne nawet i w ponurą zimę, musiało cudownie wyglądać wiosną i w środku lata, gdy rozkwitały jego ogrody. Tym bardziej przy wszystkich wspaniałościach, które mogło zaoferować, wywoływało nieokreślony ból i poczucie pustki, silniejsze nawet niż to, które Kekhart czuł tęskniąc w Urhan za otwartym stepowym niebem.
W Dalle szczera miłość więdła, a ta płatna kwitła bezwstydnie, nie ukrywając się nawet. Rangulf, okaleczony pirat, który znalazł w dawnej stolicy cesarstwa Anorii nowy dom i pracę w przemycie, pokazał przybyszom z Urhan pewien przybytek. Kekhart sam nie wiedział, jakim cudem dał się namówić na tę wyprawę grożącą bądź co bądź upokorzeniem. Ale gdy i Rangulf, i Gaspar, i Serik, i Temur – Arthan w tym okresie ciągle uganiał się za Białą Szamanką – zniknęli już z dolnej Sali lokalu, właścicielka, czarna i otyła, spytała zaskoczonego taką otwartością Kekharta, czy skoro nie wybrał dziewczyny, życzy sobie chłopca. Nie, żeby takie rzeczy nie zdarzały się w Urhan, ale nigdy, nigdy tak jawnie. I gdy Kekhart milczał, zaskoczony, kobieta wezwała stworzenie o skórze koloru miodu i oczach łani, stworzenie, które zaiste, można nazwać chłopcem – ale nie mężczyzną. Stworzenie tak niepodobne do wszystkich mężczyzn, z którymi Kekhart był, że jedyną reakcją, jaka przyszła mu do głowy była natychmiastowa ucieczka. Od wypitego alkoholu i od obrzydzenia samą myślą, że mógłby zbliżyć się do tego… dziecka… żołądek podszedł mu do gardła i noc Kekhart skończył wymiotując w zaułku.
Widział wiele takich scen. Stręczyciele w Dalle nie mieli wielkich oporów przed sprzedawaniem dzieci, a władze miasta przymykały na to oko. Czasem nawet skrycie pochwalały: mówiono, że jeden z patrycjuszy utrzymuje cały harem chłopców i dziewcząt, których skupuje od ubogich rodziców i sprzedaje do burdeli, gdy tylko zaczynają im rosnąć włosy na ciele.
Najwyższy kapłan Ouvarosa miał rację, Dalle pogrążyło się w ciemnościach i potrzebowało kogoś, kto je oczyści, choćby i ogniem.
Tancerze wirowali, sztuczne ognie strzelały pod ciemniejącym niebem, wino lało się strumieniami. Najdłuższa noc w roku, noc śmiertelnej walki bogów z Wielkim Wężem, trwała w najlepsze. Protektor zniknął w pałacu wraz ze swym doradcą i wyzwoloną skrytobójczynią. Arystokraci jeszcze chwilę obserwowali pokaz, po czym sami udali się na prywatne uczty. Miasto pomału pogrążało się w świątecznym rozprężeniu.
Jedna z wirujących na wysokiej scenie tancerek miała oczy pociemniałe od jakiegoś narkotyku. W ekstazie zerwała z siebie suknię i tańczyła teraz odziana tylko w kaskady złotych łańcuszków. Osunęła się na kolana, wygięła ciało w łuk i odrzuciwszy głowę w tył, poczęła poruszać się rytmicznie, jakby oddawała się niewidzialnemu kochankowi. W tłumie ktoś krzyknął donośnie na ten widok, kilku mężczyzn, i miejscowych ludzi, i orków, rzuciło się w podnieceniu do sceny. Odepchnęli ich strażnicy.
Kekhart czuł, jak wali mu serce. Przypomniał sobie podobny chaos i ekstazę – finał zgromadzenia plemion, kulminację napięcia towarzyszącego walce o tytuł kagana. Przypomniał sobie własne podniecenie podczas tej walki, gorąco ust Takhira przy swoim uchu. Przypomniał sobie – i zadrżał, bo teraz podniecenie znów go ogarniało, nie było jednak w pobliżu nikogo, kto mógłby je zaspokoić.
Kolejna tancerka upadła, wijąc się w ekstazie, krzycząc zapewne, choć muzyka tłumiła jej głos. Jacy bogowie zeszli w tę noc do Dalle, spółkować z kobietami? Czy kapłan Ouvarosa, ostrzegający przed upadkiem i demonami wiedział o tym? Wiedzieli aurienici, jeden z nich już od kilku dni stawał na rynku, ostrzegając przed występkiem, jaki przyniesie święto – już samo obchodzenie go ku czci Władcy Ciemności jest zbrodnią. Nie można czcić Wielkiego Węża, nie w niebezpieczną najdłuższą noc roku…
Nikt nie przejmował się tymi kazaniami, a na pewno nie ci, którzy teraz znikali w zaułkach, mężczyźni i kobiety splatali się w tańcu, a potem w miłosnym akcie.
Podniecenie bolało, a tancerki przykuwały wzrok. Kekhart nie myślał nigdy, że nagie kobiety, ludzkie w dodatku, zadziałają na niego w ten sposób… lecz to znów była zazdrość. W głębi umysłu rodziła się fantazja o Takhirze używającym swoich mocy by przyjść do niego tak, jak bóstwa i duchy przybywały do kobiet na scenie.
Poczuł, że huczy mu w głowie, wzrok robi się mętny. Uciec. Uciec z placu. Minąć bawiący się tłum, pary splecone pod ścianami w wąskich uliczkach, bijatykę, strażników, aurienitę krzyczącego o nadchodzącej boskiej karze, wieszczącego śmierć Władcy Ciemności i wszystkich jego potwornych poddanych. Dotrzeć, potykając się, do starego magazynu przerobionego na koszary, w którym mieszkali. Przywrzeć głową do zimnego muru, poczuć, jak krew w skroniach się uspokaja – i przekląć resztę ciała, która uspokoić się nie mogła.
Takhir, gdzie jesteś, Takhit, potrzebuję cię, pragnę cię, teraz tak bardzo, że aż boli…
Z wnętrza budynku dobiegły Kekharta gniewne krzyki. Podniósł głowę, odzyskując na moment przytomność umysłu. Poznał kobiecy głos: Larha.
– Ty żałosny fiucie! Ty skurwysynu! Wynoś się! Wynoś się i nie wracaj! Nie chcę cię na oczy widzieć, śmieciu!
„Larha, na duchy, co się stało…”
Ruszył w stronę wejścia do budynku i zatrzymał się, gdy tuż przed nim gwałtownie rozwarły się drzwi. Temur wybiegł na ulicę, przystanął, spojrzał do wnętrza z gniewem i bólem w oczach. Przez moment wyglądał, jakby zastanawiał się co właściwie powiedzieć.
– I tak cię nie potrzebuję, suko. Każda inna mi da to, czego ty nie chcesz! – warknął w końcu i odbiegł w noc.
Żałosny, zaiste, żałosny.
Kekhart pokręcił głową i wszedł do środka. Larha musiała się gdzieś zamknąć, bo usłyszał trzaskające drzwi. Ruszył w głąb budynku, chcąc ją znaleźć, porozmawiać, spróbować uspokoić…
Przeszkodzono mu. Przeszkodziła mu osoba, która nieoczekiwanie wyłoniła się przed nim z mroku – a myślał, że poza Larhą i nim nikogo w koszarach nie ma.
W nikłym świetle wpadającym przez okno jasnoszara skóra mężczyzny lśniła jak srebro. Gęsta, czarna grzywa włosów opadała na szerokie, obnażone barki. Ręce splatały się na pięknie ukształtowanej piersi, a usta rozwierały się, prezentując w uśmiechu wszystkie zęby. Jedyne oko lśniło gorączkowo – jamę po drugim zasłaniała czarna taśma.
Kekhart zamarł. Nie spodziewał się zastać tu Murada, półnagiego i wyzywającego.
Nerwowo oblizał wargi. Niemal stłumione pożądanie wróciło jak potężna fala.
– Czujesz się samotny, mój dowódco? – spytał rozbójnik, odrywając plecy od ściany i podchodząc bliżej.
Kekhart czuł, że drżą mu ręce. Na bogów, miał racje podejrzewając że Murad…
– Wiem, czym jesteś, to widać. Nie musisz się obawiać, wiesz?
Bliżej, bliżej. Błysk zębów, błysk oka, zapach i ciepło ciała. Wyciągnięta dłoń położona na klatce piersiowej pod obojczykami, przesuwająca się, niżej i niżej…
Krew znów zaczęła huczeć w skroniach. Kekhart wydał z siebie odgłos między jękiem i warkotem. Nie panował nad sobą… to pożądanie kontrolowało jego… i Murad…
To było jak nagłe odkrycie, jak cios noża. To nie tylko pożądanie. To pragnienie kontroli, upokorzenie. Dla osób takich jak Murad zbliżenie z kimś to upokorzenie go, pokazanie swojej władzy. Posiąść mężczyznę to poniżyć go, zdegradować, zhańbić. Posiąść własnego dowódcę…
„O nie” – pomyślał, czując narastający gniew. „O nie, na to ja tobie nie pozwolę… Jak ty chcesz ustalić, który z nas rządzi, to ja tobie pokażę…”
Warknął głośno, gwałtownie skoczył na Murada, powalając go na ziemię. Kotłowali się, szarpiąc za włosy, za ubrania, wgryzając się w ciało aż do krwi. Nigdy dotąd Kekhart nie walczył z taką zaciekłością, jakby wszystko zależało od wyniku tego starcia. I w końcu udało mu się przewrócić przeciwnika, wykręcić mu rękę i przywrzeć do pleców.
– Nigdy… – warknął Muradowi do ucha, szarpiąc się z jego spodniami i własnym pasem. – Nigdy… więcej… nie… zakwestionujesz… mojego… dowództwa…
***
Nie spał. Leżąc na wznak i patrząc w belki sufitu zastanawiał się, jak złe było to, co uczynił. Na ile było gwałtem. Ciągle czuł smak krwi Murada i zapach jego ciała, miał wrażenie, że przesiąkł nimi na wylot, choć po wszystkim bez słowa zostawił rozbójnika i udał się do studni, umyć się.
Nie pomogło. Czuł się brudny, czuł gorzki smak w ustach.
Murad też nie powiedział nic. Wstał, zapiął ubranie i odszedł, nie jęknąwszy nawet, choć jego krok dobitnie dawał znać o bólu.
Bogowie, z nienawiści zrobić to, co zwykle robiło się z miłości...
Na ile to był gwałt? Murad chciał go poniżyć, Kekhart tylko odwrócił role, pokazał podkomendnemu jego miejsce. Powinien jednak był zrobić to już dawno temu i w inny sposób. Powinien był wyzwać Murada na pojedynek jeszcze w Urhan, zamiast brać go w koszarach w Dalle… Przecież obiecywał sobie, że go nie tknie…
To było święto, odwrócenie porządku, chaos, rozprężenie i ekstaza, nagie tancerki na oczach wszystkich oddające się niewidzialnym kochankom, zbyt silne podniecenie, palący gniew…
…to nie było żadne wytłumaczenie.
I Takhir. Jak po tym wszystkim będzie mógł spojrzeć mu w oczy? Co mu powie? Gdyby skorzystał z usług któregoś z burdeli – czułby się podle. To… to było gorsze. O wiele.
Nie mógł zasnąć. Nie wiedział nawet, czy chce.
Skrzypnęły drzwi wejściowe. Ktoś wszedł do koszar chwiejnym, niepewnym krokiem. Pewnie pijany. Jak wszyscy w tę przeklętą noc. Stuknął jakiś mebel, zatrzeszczało krzesło, na które przybysz musiał opaść.
Kekhart leżał jeszcze przez moment, nasłuchując. Czuł niepokój, wywołany przede wszystkim własnym postępkiem, może w tym stanie zajęcie się kimś innym odgoni choć trochę nieprzyjemnych myśli.
W sali, która była dla nich czasem miejscem spotkań, czasem jadalnią dostrzegł postać siedzącą na krześle, zgarbioną, oddychającą pośpiesznie. Czarna sylwetka na tle panującego w pomieszczeniu mroku i szarzejącego nieba widocznego za oknem. Ciężki oddech, zapach krwi.
– Hej, w porządku? – spytał Kekhart zbliżając się i zapalając świecę.
Siedzący mężczyzna podniósł twarz. Temur. Temur przerażony, pokryty czerwonymi plamami, z twarzą rozoraną paznokciami.
Niewiele tej krwi było jego – tylko ta, która wypłynęła z zadrapań. Reszta, na jego dłoniach, ubraniu, twarzy, należała do innej osoby.
Popatrzył na Kekharta przerażony.
– Co ja zrobiłem... – wydusił z siebie, spoglądając to na przyjaciela, to na swoje zakrwawione ręce. – Co ja zrobiłem... Bogowie, dobrzy bogowie, co ja zrobiłem...
To nie bójka w zaułku, nie po prostu zabicie przeciwnika. Tym by się Temur nie przejął. To było coś... gorszego. Dużo gorszego.
Ślady paznokci na jego twarzy nie były zbyt głębokie, a poza zapachem krwi Kekhart wyczuwał jeszcze jedną woń: słodki zapach kwiatów, drogie perfumy, uwielbiane przez dallejskie kobiety.
***
Pierwszy szok minął i Temur poszedł zmyć z siebie krew. Robił to długo, z zaciętą twarzą, nie odzywając się. Kekhart obserwował go, zastanawiając się, czy przed kilkoma godzinami wyglądał podobnie, próbując zmyć z siebie nie tyle fizyczne, co duchowe zanieczyszczenie.
Ale Temur zabił. Krew mówiła wszystko.
– A ty czego się gapisz, Kekhart? – warknął kowal odwracając się. Wściekły. Wściekły na świat, jak powiedziała kiedyś Larha.
– Coś ty zrobił?
– Nic.
– Akurat nic. Przed chwilą tyś sam mówił...
– I co z tego – wzruszył ramionami. – To noc Przesilenia. Wiele rzeczy się dziś działo. Wielu poniosło.
– Ty kogoś zamordowałeś.
– Dziwkę. Mała strata.
Kekhart zazgrzytał aż zębami.
– Dziwkę, nie dziwkę, zamordowałeś.
– Sama się prosiła – mruknął Temur, zakładając koszulę. – Nie powinna mnie była prowokować. Kurwa. Kobiety w Dalle to kurwy.
– Larsze ty to powiedz...
Spojrzał na niego zimnym wzrokiem.
– Larha tyle samo winna. Zresztą, co mnie ta kobyła obchodzi?
„On się boi” – pomyślał Kekahrt. „On cały czas boi się tego, co on zrobił, siebie. Tak, jak w jego wiosce. On się boi tego co on zrobił i co się z nim stać może, udaje, że nic się nie stało, ale on się boi...”
– Temur. Powiedz ty, co się stało – rozkazał. Twardym tonem, nie znoszącym sprzeciwu. Był dowódcą, pokazał to w brutalny sposób Muradowi i nie zamierzał nikomu więcej pozwolić na kwestionowanie swojego autorytetu.
Odpowiedziało mu prychnięcie
– A co tu gadać. Kobieta w zaułku, sama chciała. To za nią poszedłem. A potem zmieniła zdanie. I stało się. Tyle.
Ile lęku w jego głosie. Przed czynem i karą. Przed gniewem. Przed oskarżeniami. Ale udawał, że go nie czuje, że wszystko jest w porządku, a on jest taką samą kanalią jak Murad i jego kompani. Wyminął Kekharta i ruszył w stronę swojego posłania.
A Kekhart pozostał sam, z jeszcze większym niesmakiem, niż wcześniej.
Obiecał swoim podwładnym, że nie będzie tolerował morderstw. Tak, zabijali – wszyscy – w walce. Niektórzy pewnie i poza nią... ale żaden nie wrócił po tym tak przerażony, żaden nie przyznał się wprost.
Co teraz? Oddać Temura straży miejskiej, pokazać poszanowanie dla prawa, dla zasad, które samemu się wyznaczyło? Wydać przyjaciela, z którym jest się blisko od lat, przyjaciela, który, owszem, popełnił niejeden błąd i doprowadził już do śmierci niewinnych osób, ale, na bogów, był przyjacielem! I bał się tego, co zrobił, i pewnie sam nie mógł uwierzyć, że był do tego zdolny…
I co zrobić z własnym uczynkiem?
Powinien z kimś porozmawiać o tym wszystkim, ale z kim? Z Larhą, która i tak nienawidziła teraz byłego kochanka, a zaraz znienawidzi go bardziej? Kekharta też znienawidzi, gdy ten opowie jej o Muradzie. Z pozostałych – kto zrozumie? Bogowie… Takhir by pojął. Takhirowi trudno byłoby spojrzeć w oczy, ale on by wysłuchał, zrozumiał i dał radę. Takhir był poza tym wszystkim – i był daleko, zbyt daleko. Kekhart był sam i był sam, kiedy strażnicy zjawili się w końcu, dwa dni później, doskonale wiedząc, co się stało i kto jest sprawcą zbrodni.
***
O kobiecie zrobiło się głośno już o poranku. Znaleziono ją w jednym z zaułków, nie jedyną ofiarę świątecznej nocy, lecz jedyną tak wysoko urodzoną. Kalia, córka lorda Naldira ca Nedre, zgwałcona i zamordowana w samo Przesilenie przez jednego z najeźdźców.
Towarzyszące jej kobiety mówiły o jakimś orku idącym za nimi krok w krok, nie umiały jednak wyjaśnić, czemu się z nimi rozstała... Może świąteczny nastrój udzielił się wszystkim patrycjuszowskim córkom, może szukały towarzyszy na jedną noc, jak to często zdarzało się dallejskim szlachciankom. W końcu nosiły maski z aksamitu, koronki i porcelany, maski, które miały zapewnić im incognito... Może Kalia sama postanowiła pójść za orkiem, zafascynowana jego odmiennością... lecz popełniła błąd. Jej towarzyszki usłyszały krzyk, ale przybyły za późno. Ten sam ork, który je śledził, stał nad ciałem lady Kalii, a jego dłonie plamiła krew. Uciekł, widząc obie kobiety.
Znaleziono nóż, urhański, ze znakiem rzemieślnika na rękojeści. Widziano sprawcę uciekającego z miejsca zbrodni. Widziano Temura, jak wraca do koszar pokryty krwią. Drobiazgi poskładały się w całość i dallejska straż zjawiła się o świcie, nie bawiąc się w wyjaśnienia i wyciągając winowajcę z jego własnego łóżka.
Zrobił się gwar, zbiegli się wszyscy. Strażnicy urządzili pokaz, wyciągając Temura na ulice, wykręcając mu ręce tak mocno, że aż musiał przygryźć wargi z bólu.
Nie macie nad nami władzy, najeźdźcy. My pilnujemy tu porządku, wasz pan uszanował nasze prawo i to prawo stoi ponad wami.
Zbiegli się mieszkańcy miasta, patrzyli na scenę z satysfakcją w oczach, tym większą, że w końcu dowódca strażników – wysoki, żylasty mężczyzna o niemal hebanowej skórze, z pancerzem ozdobionym dallejskim orłem pożerającym węża na piersi – zdecydował się ogłosić, co właściwie się dzieje.
– Ten czło… – chciał powiedzieć, i przerwał w pół słowa. – Ten mężczyzna – „Ork” mówiły jego oczy „Jesteś tylko orkiem, barbarzyńcą i śmieciem”. – jest sprawcą zbrodni, dokonanej w noc przesilenia. Mordercą lady Kalii ca Nedre.
Kekhart do końca życia miał pamiętać oblicze Larhy w tym momencie. Nie przerażone, nie smutne, nie nienawistne nawet. Kobieta patrzyła na scenę z osłupieniem i niedowierzaniem, jak na coś, co dzieje się poza nią, co nie ma prawa się wydarzyć, co zaraz rozwieje się jak sen.
Inni też nie wierzyli. Gaspar wyrwał się do przodu.
– To pomyłka jakaś! – krzyknął. – On tego nie zrobił! Kto inny musiał…
Wzrokiem uciekł w stronę Murada. To on przecież znany był z przechwalania się własnymi zbrodniami, nie Temur.
„Nie Murad” myślał Kekhart. „Nie on tym razem.”
Murad stał spokojnie, patrzył na wszystko obojętnym wzrokiem. Od dwóch dni nie sprowokował żadnego incydentu i posłusznie wykonywał polecenia – jak ktoś, kto otrzymał zasłużoną nauczkę.
– To nie ja – jęknął Temur, błagalnym tonem. – Nigdy bym czegoś takiego… Kekhart… powiedz…
Pamiętał, co powiedział mu Sahak. Żadna zbrodnia nie może pozostać bez kary. Kim jest dowódca, który pobłaża przestępstwu? Kim jest dowódca, który nie ma na względzie lojalności?
Kim jest dowódca upokarzający własnych podwładnych…
Dowódca strażników uderzył więźnia metalową rękawicą. Trysnęła krew z rozciętego policzka.
– Milcz, śmieciu. Dość wielu widziało, co zrobiłeś! – warknął. – Zabrać go.


C.D.N.









Komentarze
Demon Lionka dnia marzec 04 2012 00:28:59
Tak na początek: darkar? To ichni statek, czy literówka z drakkara używanego przez wikińskich królów i jarlów? smiley
I "nieważne" razem smiley
I rany... Serio zrobiło się paskudnie u Ciebie X3 Naprawdę, naprawdę paskudnie X3
I czytając, to przeraża, jak w przeciągu kilku chwil całe życie bohaterów potrafi wykonać zwrot o 180 stopni. Jedna niewłaściwa decyzja i każde pogrąża się w ciemności coraz bardziej, i coraz bardziej oddala od innych.
Temur i Larha chyba już nie dadzą rady odbudować swojego zaufania - zbyt mocno nadszarpnięte, zbyt wiele razy. Za dużo niewłaściwych gestów, słów, a po morderstwie córki patrycjusza Larha chyba do reszty wyleczyła się z miłości do Temura ._. Smutne, bo bardzo ją polubiłam (Temura mniej, ale to na zasadzie "no skoro Tobie, Larha, się podoba, to niech on sobie będzie"smiley i miałam nadzieję, że znajdzie kogoś, kto ją pokocha i będzie przy niej ._. A tu o ._.
Kekhart ze zdradą też nie lepszy... Sposób na przywoływanie Murada do porządku wybrał sobie najgorszy chyba z możliwych. Tym bardziej, że sam czuje, że Takhira w ten sposób zdradził. Na dowódcę zdecydowanie się nie nadaje i podtrzymuję poprzednie - dowódcą powinien być raczej Arthan, bo jest odpowiednio charyzmatyczny i działa zawsze według tego, co uważa za słuszne - i to tylko z tego powodu go ponosi smiley Bo faktycznie święto Przesilenia to żadna wymówka - i Arthan to pewnie wiedział cały czas, a Kekharta naszła ta refleksja po fakcie X3
I szkoda mi Takhira, bo gdybym mogła, to oszczędziłabym mojemu ulubieńcowi podobnego wybryku ze strony Kekharta X3
Szkoda też, że czarnej elfki tak mało - aż chciałoby się dowiedzieć o niej czegoś więcej poza tym, że została bliską przyboczną Rijesha i poza tym, co tam po tawernach opowiadają smiley
Podoba mi się postać Rangulfa smiley Nie wiem, jaką masz konstrukcję świata, ale on jako żywo przypomina skalda i sagamandra skandynawskiego smiley Jak Snorri Sturlusson bądź ktoś w tym typie smiley
I o atmosferze całości nie powiem, że mi się podoba, bo dookoła bohaterów ciemność gęstnieje tak, że się sami poduszą niedługo X3 Powiem tylko, że kłaniam się z uznaniem dla tak mistrzowskiego opisu relacji między postaciami (coraz bardziej zdegenerowanych i metodycznie upadających), charakterystyki miasta wraz z przemycanymi wszędzie informacjami o zwyczajach, nastrojach, miejscach i działaniach, oraz samej atmosfery dotyczącej wydarzeń tak, że wydaje się, że śpiew tajemniczego skalda brzmiał jak obwieszczenie idącej wielkimi krokami apokalipsy smiley
An-Nah dnia marzec 04 2012 11:32:13
Drakkar miał być. Była studentka skandynawistyki pokpiła właśnie sprawę smiley Dzięki.

Wiesz jak strasznie się bałam (i boję!) komentarzy do tego rozdziału? Bo krzywdzenie postaci nie jest aż tak straszne, jak sytuacja, kiedy to główny bohater brudzi sobie ręce. I tak, nie ma usprawiedliwienia, Kekhart kompletnie sobie nie radzi, a to co zrobił z Muradem było aktem desperacji, Larha trafiła najgorzej jak mogła, a Arthan ma najsilniejszy kręgosłup moralny z nich wszystkich. Cóż, ktoś (no, konkretny ktoś...) wyznaczył Kekharta na dowódcę, bo sądził, że się facet nada... (Arthan uczy się szybko na cudzych błędach. Temur - wręcz przeciwnie. Albo tez - łatwo sie uczy najgorszych odruchów. Tak BTW.)

Rangulf jest skandynawski do bólu. I jest, uwaga, jedną z najstarszych postaci, jakie wymyśliłam do tego świata. Historie o skandynawskich najemnikach w Bizancjum były inspirujące, poza tym kusił stworzenie postaci kalekiej... Mam w zakamarkach głowy pomysł na opowiadanie o nim. Kiedyś powstanie, bo będzie trzeba czymś zapełnić tomik smiley
Demon Lionka dnia marzec 04 2012 16:33:43
Nie bój się komentarzyyy smiley Komentarze na pewno będą bardzo dobre, a to, że nam szkoda niektórych postaci, a innym za głupotę byśmy zdrowo nakopali, to świadczy tylko o tym, że przywiązaliśmy się do Twojego świata i Twoich bohaterów na tyle, że mocno przeżywamy wszystko, co ich spotyka smiley
A konkretny ktoś, kto wybrał Kekharta na dowódcę, chyba się mocno przejechał na pierwszym osądzie XD On jest zbyt pasywny wobec własnej grupy, zupełnie nie potrafi nikogo utrzymać w ryzach, Murad i reszta jego radosnej kompanii robią sobie, co chcą - średnio dobry dowódca z niego ;3
A Rangulf będzie jeszcze w Dzieciach? smiley Czy objawił się tylko jako śpiewak wieszczący swoją pieśnią koniec świata i zniknie zupełnie? ;3 A na osobne opowiadanie na pewno zasługuje, więc będę trzymała kciuki, żeby taka historia ujrzała światło dzienne smiley
An-Nah dnia marzec 04 2012 22:49:26
No cóż, wszyscy się uczymy na własnych błędach, Władcy Ciemności również, ne?

Nie, Rangulf zniknie z pola widzenia. On siedzi w Dalle kamieniem, twierdząc, że nieszczególnie jest mobilny... Przy jego braku nogi to ma rację smiley
Szehina dnia marzec 06 2012 16:35:59
Nieprzyjemny rozdział. Ciekawe, co z tego wyniknie smiley Nie podoba mi się pomysł skłócenia Temura z Larhą, lubiłam ich razem. Poplątało się , oj poplątało wszystko smiley
Jeśli chodzi o Marada, należało mu się, naprawdę dobrze się stało. Dotychczas ofiarami ,,takich" napaści były kobiety, ze względu na ich zewnętrzne przymioty i delikatność. Miałam ogromną satysfakcję, gdy spotkało to takiego osiłka. Niech samce wiedzą, jak to jest być na miejscu kobiet.
A teraz takie osobiste widzi mi się. Denerwuje mnie wyrażenie ,,elfka", często spotykane w powieściach. Czy mówimy: człowiek, człowieczka, ogr, ogierka? elf, elfka? Nie podoba mi się i już. Wiem, że to nie Twój wymysł, ale i tak chciałam się z tą opinią z kimś podzielić.
Szehina dnia marzec 06 2012 16:38:04
...chochlik, chochliczka/chochelka xD xD
An-Nah dnia marzec 06 2012 19:28:27
Szehino, nie psiocz mi na elfki, bo już miałam do czynienia z jedną panią, która tego słowa nienawidziła i jeszcze próbowała udowadniać, że jest niepoprawne. Może być nieładne, ale tak się zakorzeniło w literaturze, że trudno go nie używać - i na tej zasadzie poprawne jest. Sama próbowałam pisać bez niego - w pewnym momencie skapitulowałam.
Choć w sumie - dzięki, przypomniałaś mi o paru dawnych koncepcjach, spróbuję je przy korekcie "Jeńców" wdrożyć w nowej formie smiley
Pocieszę cię jeszcze, że Gaspar mówi "elfica" XD
Szehina dnia marzec 06 2012 19:48:09
Bo na chłopski rozum to jest niepoprawne >_< I brzmi badziewiasto xD Raz ustalić, że ma się do czynienia z elfem i stosować ,,kobieta". Ty masz orków, więc też będziesz pisać ,,człowieczka", żeby podkreślić, że chodzi o ludzką kobietę? A nie żadną orkę/orczycę/oreczkę? xDDDD Jej, naprawdę to jest irytujące w powieściach fantasy >_< Ale co zrobić. Ktoś uznał, że można pisać w ten sposób i tak się przyjęło.
kkohaku dnia marzec 07 2012 22:28:44
Chyba jestem przyzwyczajona do strasznych scen, bo myślałam An, że bardziej poszalejesz ;D Ale to nie zmienia faktu, że rodział był przygnębiający. Zaskoczona byłam, że to nie Murad nie okazał się tym co miał uczynić coś okrutnego. I chyba wolałabym aby to był jednak on niż Temur smiley No cóż ale i taka opcja ciekawa, bo to nie pokazuje iż bycie złym i okrutnym jest zarezerwowane dla jednej postaci.
Samo zniewolenie Murada przyjęłam z jakąś radością, bo przecież zobaczył gdzie jego miejsce, a z drugiej strony żal mi Kekhart. On na swój sposób jest taki ...rozkoszny i zagubiony w tym całym świecie. Nie wiem, jak go pamiętam z pierwszych rozdziałów, kiedy był młody, to jakoś..hmm wydawał się taki pewniejszy siebie. A teraz jeszcze biedak będzie zadręczał się tym oraz co powie Takhir . To w sumie pokazuje, że zależy mu na szamanie i to co ich łączy nie traktuje powierzchownie. Jestem ciekawa reakcji szamana i jak on do tego podejdzie. Bo wydaje mi się, że chyba bardziej poruszy go, że to był gwałt, a nie , że w jakiś sposób Kekhart go zdradził.
Ogólnie fajnie stworzyłaś klimat przez ten cały festyn, atmosferę ułudy, pożądania, zepsucia smiley
An-Nah dnia marzec 07 2012 22:45:19
Kkohaku, mnie właśnie się ciężko pisało to, co zrobił Kekhart, bo to wyszło... dość nagle. O Temurze wiedziałam od początku, do czego on zmierza, a epizod z Muradem był jednym z takich "drobiazgów" nieuwzględnionych w pierwotnym planie wydarzeń, takim zdarzeniem, które nagle wynikło z reszty... I mnie dobiło nieco. Właśnie dlatego, że Kekhart bardzo to przeżył...
kkohaku dnia marzec 08 2012 12:51:28
Rozumiem, bo w sumie to jak Kekhart to odczuł jest przygnębiające, to jaki czuję się przez to brudny.
An-Nah dnia marzec 08 2012 18:11:24
No przeżył. Za dobrze zdaje sobie sprawę z tego, co zrobił.
Ome dnia marzec 13 2012 22:57:33
Niesamowite, jak się to wszystkio pokomplikowało - w chwili gdy nastał spokój, gdy już było po walce. W wojnie wszystko było dlan nich prostsze - a teraz widać, jak trudno po wywracającej świat do góry nogami wojnie żyć znów według niewojennych zasad, nawet jeżeli to tylko przerwa między jedną walką a drugą.
Piękne i przerażające to rozdarcie Kekharta, to jego pokazanie, juaka jest hiuerarchia w tak paskudny sposób. Ale nie umiem żałować Murada ani mu współczuć - ani nie umiem stawiać tego, co zrobił Kekhart, na równi z gwałtem, którego dopuścił się Serik czy tym bardziej Murad.
W tej chwili w Kekharcie widzę brutalne narzędzie kary, którego użył Bóg Granic. Za te wszystkie granice, które przekroczył Murad, za te wszystkie gwałty i mordy, które Murad sam z taką lubością popełniał i którymi się tak chełpliwie chwalił. Teraz za każdy razem, gdy będzie chciał się nimi popisywać, przypomni sobie, jak to jest być tą drugą stroną - ofiarą.
I widać, że czyn Kekharta odniósł skutek - choć obawiam się, że Murad się obecnie przyczaił i czeka na moment, gdy będzie mógł się zemścić. Obawiam się też następnego rozdziałur30;

Kekharta mi żal, zdecydowanie. Mimo wszystko nie usprawiedliwiam z tego, co zrobił - ale i nie potrafię potępić. Nie wtedy, gdy przypomnę sobie, kto został w ten sposób upokorzony.
Jest coś wywołującego wiele współczucia w tych chwilach, gdy Kekhart myśli o Takhirze.

O, i nie umiem też stawiać czynu Kekharta z czynem Temura - Temura, który nie miał żadnego z motywów, jakimi kierował się Kekhart, Temura, który miał za sobą związek z ofiarą gwałtu i teoretycznie powinien już mieć wpojone pewne rzeczy - powinien, gdyby Larhę kochał. Ale on rzeczywiście nie umie wyjść poza swój ból i nie umie dostrzec innych ludzi wokół siebie.
Przy okazji, Larhy też mi żal. Spotkał ją kolejny bolesny zawód w życiu - a do tego myślę, że gwałt Temura na dallijskiej kobiecie ona, sama ofiara gwałtu, a zarazem partnerka (była) Temura, musiała odczuć wyjątkowo głęboko. To taka podwójna zdrada, nawet potrójna, bo przecież i morderstwo wchodzi w rachubę.

Mówiąc szczerze, trochę mnie zaskoczyło określenie Temura mianem "przyjaciel". Nie odbierałam nigdy Temura jako przyjaciela Kekharta - w moim odczuciu on po prostu był w plemieniu, bo to jedyne miejsce, w którym znalazł swoją przestrzeń; był obok, nie "z", a tym bardziej nie jako przyjaciel. Jednak w tym określeniu widać whyraźnie, że swoje plemię Kekhart traktuje właśnie jak plemię, jak rodzinę, jak przyjaciół.

Słowa Rangulfa fascynują i pokazują, że moja interpretacja Rijesha jako Władcy Ciemności, Władcy Mroku, szła w dobrym kierunku - tak samo jako podejrzenia dotyczące tego, co może on uczynić w przyszłości, gdy już podbije wszystkie krainyr30;

Tak, pięknie krzywdzisz swoje postacie i każesz im znaleźć się w sytuacjach, gdy postępują w sposób, w jaki według siebie zapewne nigdy by nie postąpili. Dalej nie mogę się uwolnić od współczucia Kekhartowi - dalej czuję mściwą satysfakcję, jeśli chodzi o Murada r11; dalej odpycha mnie Temur - dalej żal mi Larhy, tym bardziej że boję się, czy w którymś momencie nie zacznie ona wyrzucać sobie czegoś w rodzaju: "gdybym za nim poszła/nie pokłóciła się, to wszystko by się nie wydarzyło". Podejrzewam, że mogłaby się wpędzić w tego typu poczucie winy.
Mam niezły mętlik w głowie i tylko zastanawiam się, jak jutro zareaguję na siedemnasty rozdziałr30;
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

wietne! wietne! 100% [4 Gosw]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [adnych gosw]
Dobre Dobre 0% [adnych gosw]
Przecitne Przecitne 0% [adnych gosw]
Sabe Sabe 0% [adnych gosw]
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum