The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Padziernik 16 2019 06:34:59   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Przez zasłonę 7
Disclamer: Świat Mroku, systemy "Mag: Wstąpienie" i "Wampir: Maskarada" należą do wydawnictwa White Wolf. Postaci pojawiające się w historii są w większości stworzone przeze mnie i moich graczy. Kilka postaci zaczerpniętych z podręczników zostało przetworzonych i zinterpretowanych zgodnie z widzimisie Mistrza Gry (czyli moim). Pairing: Sporo różnych, dotyczą głównie postaci autorskich.




Z dokładnością atomowej sekundy globalnej
wyruszyliśmy ratować świat...
Podejmując się niewykonalnej sprawy
porzuciliśmy rodzinny kraj...
Coma, Ocalenie





7
ALCHEMIK



czworo zabitych
czworo złamanych
nikt nie przetrwał
próbuję nie wzywać ich imion.

***

Stałem pośrodku pomieszczenia, którego ściany miały ewidentnie średniowieczny rodowód. Skąd się tu wziąłem? To nie był zamek Brekov, przynajmniej nie żadna z części, które znałem. Niewielkie okno wypełniał witraż z barwnych szybek - niewiele przepuszczał światła, toteż świece płoniące w licznych kandelabrach były koniecznością.
Naprzeciw mnie stał stół - długi, drewniany, o blacie poplamionym barwnikami i woskiem, przepalonym w kilku miejscach. Na stole stały przyrządy alchemiczne - kolby i retorty, aparatura do destylacji - skomplikowana, pełna zakręconych rur ze szkła, połączonych mosiężnymi pierścieniami. Na jej końcu zielony płyn kropla po kropli spływał do naczynia.
Spojrzałem na ścianę, na szafę wypełnioną słojami i butelkami. Gady i płazy zatopione w mętnym płynie wybałuszały ku mnie blade, niewidzące oczy. Kawałki ciał i wnętrzności większych stworzeń unosiły się bezwiednie w cieczy. Rozmaite proszki i płyny, opisane średniowieczną łaciną, dopełniały obrazu.
Spojrzałem znów na stół. Na rzeźbionym pulpicie, otoczona świecami, spoczywała gruba księga, Zbliżyłem się. Rycina, przedstawiająca ludzką anatomię, obok opisy wykonane piękną, lecz ledwo czytelną minuskułą. Za księgą zaś słój - wielki, tak, że mieścił w sobie płód ludzki w stanie zaawansowanego rozwoju.
Nie, to nie był płód - uświadomiłem sobie. W przeźroczystej, choć gęstej jak kisiel cieczy pływał homunculus. Miał może pół metra wzrostu, ale jego nogi podkulone były pod siebie. Żył - widziałem, jak porusza smukłymi, filigranowymi dłońmi i jak jego klatka piersiowa porusza się, odbierając tlen z zadziwiającego fluidu. Obrócił się do mnie - otworzył oczy, migdałowe w kształcie, pozbawione rzęs. Całe jego ciało pozbawione było włosów - doskonale łysa czaszka i gładkie, bezpłciowe podbrzusze. Nie był ani mężczyzną, ani kobietą, ale mógłby stać się i jednym i drugim - jego ramiona były po męsku szerokie, talia - wcięta łagodnie, pierś delikatnie wypukła. Patrzyłem na niego z fascynacją, jak wyciąga rękę, dotyka szyby...
Za moimi plecami zaskrzypiały drzwi.
Odwróciłem się, by stanąć oko w oko z drugim homunculusem, bliźniaczym bratem pierwszego, lecz o wzroście dojrzałego człowieka. Spoglądał na mnie pięknymi oczyma barwy błękitu, kasztanowe włosy wpływały mu na ramiona. Był odziany - w białą szatę przepasaną złotym sznurem, na szyi miał złoty medalion z symbolem, który wydał mi się znajomy...
Chciałem coś powiedzieć - lecz słowa zamarły mi w gardle. Homunculus zaś zbliżył się do mnie - poruszał się płynnie, kołysząc biodrami. Jak coś, co nie ma płci, może być tak bardzo erotyczne? A jednak był. Jak anioł, który nie ma płci, nosząc w sobie potencjał i piękno obu, niewinny i zmysłowy zarazem
- Witaj - rzekł
Zadrżałem na jego widok - z lęku, z pożądania.
- Co tu robisz? - spytałem.
Homunculus roześmiał się głośno.
- Co ja tu robię? Pytasz, co tutaj robię? - podszedł do mnie bliżej i położył dłoń na moim obojczyku, chwytając palcami krawędź koszuli. - Przecież wiesz. Jestem częścią ciebie, częścią twojego "ja"... I tym, czym ty się staniesz.
- Nie rozumiem - pokręciłem głową.
- To stary ideał - hermafrodyta. Istota będąca równocześnie mężczyzną i kobietą. Człowiek idealny. Platon pisał, że mężczyźni i kobiety stanowili kiedyś jedno - pamiętasz to, Szymonie-filozofie? To i inne idee, które dowodzą, że człowiek rozbity na dwie płcie jest niepełny.
Miał rację. Znałem te koncepcje i chyba tkwiły gdzieś w mojej filozoficzno-biseksualnej świadomości, skoro zawsze tak strasznie ciągnęło mnie do androgynów.
- Szymonie, dawno, dawno temu - Dłonie homunculusa wczepiły się w moje ubranie, łagodnie wysklepiona klatka piersiowa oparła sie o mnie, ukryte za ubraniem podbrzusze - tajemnica, niespodzianka - otarło się o moje krocze - stworzono istotę doskonałą. Mężczyznę i kobietę i wszystko to, co między nimi. Mędrca i dyplomatę. Rodzica i kochanka.
Jego oczy nie miały dna - najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem.
- Heylel - powiedziałem cicho.
-Tak. Takie nadano mu imię. Heylel Teomim - Podwójna Gwiazda.
- Nie żyjesz - mruknąłem. Co to za dziwaczny sen - bo zapewne śniłem, nie ma innego wyjścia? - Mam w głowie twojego kolegę, ale nie ciebie.
Hermafrodyta uśmiechnął się do mnie tak, jak potrafią tylko najpiękniejsze kobiety.
- Wraz z pamięcią Akritesa nosisz w sobie mój obraz. A może... pomyśl: jeśli Akrites mnie kochał, może zachował w sobie jakiś mały fragment mnie? Może nie jesteś jego naczyniem, a moim?
- O niedoczekanie. Nie wiem, jakim byłeś skurwysynem, ale Akrites był za dużym egocentrykiem, żeby zgodzić się na coś takiego.
- Nie powiedział ci, jaki ma cel, prawda?
- Nie.
Gdzie jesteś jak cię potrzebuję, draniu? Zostawiasz mnie sam na sam z twoim najgorszym koszmarem, co?
- Więc równie dobrze mógłby oczekiwać, że wypełnisz moją misję. Pomyśl, Szymonie: Tradycje nadal nie są zjednoczone, może mamy rozejm z Technokracją, ale jego załamanie to kwestia czasu... Wtedy... wtedy Wojna Wstąpienia wybuchnie z nową siłą. Gdzie będziesz, gdy się to stanie? Będziesz patrzył bezsilnie, jak twoi przyjaciele umierają?
- A co ty zrobiłeś, zdrajco?
Heylel odsunął się ode mnie, pokręcił piękną głową. Kasztanowe włosy lśniły w blasku świec.
- Znów to samo. Nadal to samo. Sądziłem... sądziłem, że mnie zrozumiesz... Akrites mógłby mnie zrozumieć, ale nigdy tego nie chciał. Prosiłem go - kilka godzin przed egzekucją - żeby zrozumiał, ale pozostawał głuchy. Kochałem go, Szymonie, nie wyobrażasz sobie, jak bardzo - kochałem ich wszystkich. Czy wiesz, jakim bólem było poświęcenie ich? Ale... - Opuścił głowę, smutny anioł. - To było postanowione na samym początku - mieliśmy stworzyć legendę, a częścią tej legendy była nasza śmierć. Ja podjąłem się wziąć na siebie najcięższą z ról: rolę zdrajcy. Akrites... Akrites nigdy nie chciał przyjąć do wiadomości, że nasz los był przesądzony już na samym początku.
- Przykro mi - mruknąłem - nie wierzę w przeznaczenie.
- Ale sam jesteś jego częścią. Och, Szymonie, nie twierdzę, że ktoś zadecydował o twoim losie, ale możesz dokonać tego, czego próbowaliśmy dokonać my: zmienić świat, stworzyć legendę i zjednoczyć tradycje.
- Jakim kosztem?
- Są rzeczy, których ceny nie powinno się liczyć.
Cofnąłem się, oparłem o stół. Za moimi plecami zadzwoniły szklane naczynia. Mały homunculus w słoju poruszył filigranowymi kończynami.
- Odpadam - oznajmiłem.
- Szymonie, przyjdzie dzień, kiedy nie będziesz miał wyjścia.
- Bzdura. Zawsze jest wyjście.
- Jak uważasz...
Skinął głową i odszedł - z szelestem szat, błyskiem na kasztanowych włosach.
Obudziłem się. Było jeszcze ciemno, a za oknem siąpił październikowy deszcz. Spojrzałem na zegarek. Za kilka godzin miałem zacząć tłumaczyć kolejnemu pokoleniu filozofów wanna-be, że bez czytania tekstów na moje zajęcia ani rusz i że jestem bezwzględny przy kolokwiach, ale wyciągnięcie mnie na piwo, kawę czy herbatę zazwyczaj działa, bo rzeczone napoje sprzyjają filozofii.
W sumie w tej chwili napił bym się czegoś - w ustach czułem niesmak, jakbym zjadł starego kapcia albo miał kaca, a że nie pamiętałem ani jedzenia obuwia, ani picia na umór (z Yoshim umówiony byłem na piątek), prawdopodobnie mój stan wywołały czynniki psychologiczne, Bądź mistyczne, zwarzywszy na to, że byłem magiem.
Nalałem sobie mineralnej i klapnąłem na krzesło. Przyłożyłem szklankę do czoła.
- No i co ja mam z tym fantem zrobić, co?
To twoja wizja, Szymonie.
- Ty jesteś specjalistą od wizji, chciałbym zauważyć.
Ta była twoja.
- Ok, wizja moja, Heylel twój. Akritesie, kurwa mać, nie każę ci wyjaśniać mi, co siedzi w mojej podświadomości, ale chętnie posłuchałbym dalszego ciągu historii, co ty na to? Wtedy sam będę miał narzędzia interpretacyjne i przedrozumienie do tego koła hermeneutycznego.
Nie ma sprawy, Szymonie. Nie ma sprawy.

***

Zacznę więc od Sophii - nie wiem do końca, co ją tak zirytowało... Tak, przepowiedziałem jej wtedy przyszłość - spontanicznie, jak zawsze. Nie przypuszczam, żeby wtedy zrozumiała - może dlatego była taka wściekła? Tak, masz rację, Szymonie, usprawiedliwiam się. A mojej winy w tym wszystkim jest tak wiele, że trudno mi to znieść.
Byłem idiotą. Lekkoduchem, nie martwiącym się jutrem, zapominającym łatwo o tych wizjach, których treść była negatywna, pamiętającym aż nazbyt dobrze te, które obiecywały mi sukces czy rozkosz. Nader chętnie posłuchałem Elpis, bo spotkanie z tajemniczą nieumarłą damą zapowiadało się obiecująco. I nie zawiodłem się - doświadczyłeś tego, wiesz, czym jest Pocałunek wampira. I równie mocno, jak ja chłoniesz nowe doznania - zrozumiesz więc, czemu tam poszedłem.
A przecież mogłem wtedy zrobić co innego, i może, może, może wtedy mistrz mojej przyjaciółki żyłby nadal? Czasem winię się i o tę śmierć, choć gorsze miały nadejść - i bardziej przeze mnie zawinione.
Gdy ja i Sophia zajmowaliśmy się sobą, jej towarzysz, moja siostra i jej mistrz walczyli o życie. Stravos przegrał - przeklęty mag ścigany przez demona, który akurat teraz postanowił go uśmiercić. Gdy spotkałem Elpis rano, była blada, a jej oczy obwiedzione były czerwienią.
- Co się stało, kochana? - spytałem, tuląc ją do siebie. Zawsze to robiłem, od naszych najmłodszych lat, odkąd spotkałem ją, gdy kradła jedzenie na targowisku - wtedy, kiedy już uciekliśmy przed strażą, oddałem jej to, co ukradłem sam (robiłem to dla zabawy), mówiąc, że to dlatego, że jest taka śliczna.
Opowiedziała mi, o śmierci Stravosa, o Sarielu, którego chyba kocha, z którym wyruszy gdzieś w świat. I tak zrobiła, a nasze drogi rozbiegły się znowu.
Po raz kolejny spotkałem ją w kilka lat przed upadkiem naszego miasta - na oficjalnym spotkaniu, pierońsko nudnym, jeśli mam być szczery. Jasne, jedność, to było ważne. Ale ci wszyscy magowie - przedstawiciele wszystkich Tradycji - za dużo mówili, za mało działali. A Elpis - ona przysłuchiwała się im z uwagą... potem wysłali ją, podobnie jak paru innych, na poszukiwanie pewnego człowieka... nazywał się Saif-al-din. Jego pomnik możesz zobaczyć na Horyzoncie, wraz z innymi. Sądzę, że jeśli nie umarł, jest teraz Wyrocznią - już wtedy jego potęga wykraczała poza ludzkie możliwości, a znajomość Umbry... Ach, tak, smok, Shivaq'Uruj, smok był jego towarzyszem, bardziej towarzyszem, niż wierzchowcem, smoki to w większości okropnie wielkie bydlęta... Elpis wyruszyła więc - i znalazła Saifa, wraz z młodym Eutanatosem, którego uczył. Opowiem o nim jeszcze - miał stać się dla mnie ważniejszy, niż był dla niej. A potem wysłano ją na kolejną misję... Była... Cóż, uważali ją za kompetentniejszą, niż ja, choć miałem niewątpliwie wielką moc. Ale mnie brakowało cierpliwości i precyzji, uważano mnie za mało obowiązkowego i osobę, która nudzi się wszystkim szybko i woli gonić nowe przyjemności, zamiast skoncentrować się na tym, co trzeba zrobić... Cóż, tak w końcu było. Nie będę temu przeczył. Sporo czasu minęło, nim się nauczyłem.
Tymczasem korzystałem z wolności, którą mi dano. Uczyłem się szybko, mimo płochości, miałem intuicję i naturalny dar, więc magia Czasu przychodziła mi z łatwością. Jednak rzadziej już używałem mojej mocy dla własnej przyjemności, częściej - by pomagać innym. Wizje, jakkolwiek przykre, obudziły we mnie pewną wrażliwość, pomału zaczynałem znajdować pewną równowagę,dorastałem...
Och, wielu uważa, że nie dorosłem nigdy. Może mają rację. Czasem, wiele lat potem, myślałem, że zestarzałem się, nim zdołałem na dobre dojrzeć. Może to prawda.
Poznawałem świat i uczyłem się go, chłonąłem każdą komórką nie tylko rozkosz, jaką mógł mi dać, lecz i całą prawdę o nim, jego ciemne strony i bolesny realizm. Podróżując po Persji, napotkałem, pierwszy raz w życiu, jeśli nie liczyć Layli Mdeer z Domu Lamp, Nephandusa. Choć udało mi sie go pokonać, to pierwszy raz w życiu poczułem gorycz porażki i poczucia winy - gdy stałem nad ciałem dziewczyny, której nie udało mi się ocalić. Miałem poznać to uczucie lepiej, i w tamtym momencie czułem, że to dopiero przedsmak tego, co mnie czeka.
Mógłbym snuć setki fantastycznych historii o tym, co ujrzałem w trakcie moich podróży... lecz oto nadszedł rok 1453, początek wielkich zmian. Och, zmiany zaczęły się już wcześniej, to wiedziałem, o tym opowiadałem ci już, wcześniej, prawda? Sądzę, że piękna pani z długimi zębami mogłaby sporo na ten temat opowiedzieć...
A przecież i my mieliśmy własne problemy widoczne coraz bardziej. Coraz częściej słyszeliśmy o walkach w Europie... Mistrige było pierwsze, potem Doissetep, Kowencja w Białej Wieży, którą początkowo uznano za nieważną, nieistotną, zbierała swoje żniwo. W końcu Domy Hermetyczne musiały porzucić swą dumę i usłuchać innych magów, nawet i tych, którymi gardziły. W końcu i Niebiański Chór, przerażony fanatyzmem swoich pobratymców z Kabały Czystych Myśli i fanatyzmem Inkwizycji, przełknął gorzką pigułkę zaakceptowania "pogan" i "grzeszników".
Najpotężniejsi magowie, spośród których dziewięciu nazywacie obecnie Założycielami, spotkali się w końcu i ustalili - należy stworzyć świat będący miejscem ucieczki, ale też i symbolem i owocem współpracy, narzędziem dla przyszłych pokoleń, tym, co łączy.
Horyzont. Znasz go, Szymonie.
Nie będę opowiadał, jak go tworzono. Nie ja miałem w tym udział. Sądzę, że w księgach znajdziesz dość - o dyplomatach, negocjujących z duchami i bogami, o walce z potężną istotą, która próbowała odebrać nam powstający świat, o poświęceniu, jakie poniosła jedna spośród twórców. O magach, którzy pomagali na Ziemi - stawiając filary, kotwice, oddając węzły.
O tym, jak zwoływano Konwokację - o przybyszach z różnych stron świata i o tych, którzy odrzucili zaproszenie - dziś te grupy pewnie nie istnieją już, funkcjonują w ukryciu lub zostały wciągnięte przez Technokrację...
I w końcu, zaczęli się zbierać - mistrzowie, adepci i uczniowie, tłumnie przybywali przez ziemskie drogi i bezdroża, przez Umbrę, na Horyzont, gdzie powstawało pomału miasto, nazwane, jakże symbolicznie, Concordią. Na moich oczach powstawało coś wielkiego i pięknego. Kochałem już to miejsce.
Początek Konwokacji wyznaczył ślub, dwójka magów z odległych zakątków świata zawarła związek, który miał stać się symbolem... I tej historii nie rozwinę, potrzebowałbym chyba całego życia, żeby opowiedzieć historie wszystkich, których poznałem... Ale to małżeństwo było okazją, by świętować, nową nadzieją dla nas wszystkich.
A ja, pijany nowymi wrażeniami, korzystałem z nich. Lecz moje przeznaczenie goniło mnie.
Znów spotkałem Elpis. Stała rozmawiając z istotą ludzką o zjawiskowej powierzchowności, łączącej w sobie urok obu płci. Androgyn miał delikatną twarz anioła i smukłą, piękną sylwetkę, której nie maskowała nawet długa szata. Zbliżyłem się ostrożnie, nie przeszkadzając im, ale nasłuchując, niedyskretnie.
- Giulio... Mia... - usłyszałem głos mojej przyjaciółki. Wyciągała dłoń, dotykając palcami policzka zjawiskowej istoty. Na jej twarzy widziałem fascynację wymieszaną z przerażeniem.
Androgyn uśmiechnął się.
- Miałaś rację, Elpis. Byliśmy połówkami, teraz jesteśmy całością.
- Co oni wam zrobili...
- Elpis... To było nasze przeznaczenie, przepowiedziałaś nam je, pamiętasz?
Potrząsnęła głową
- Wolałabym, by ta przepowiednia się nie sprawdziła.
Hermafrodyta odwrócił głowę i spojrzał na mnie...
...i zadrżałem, widząc, go, klęczącego na posadzce pośrodku wielkiej sali, z oczyma zawiązanymi czarną chustą, z ciałem wstrząsanym bólem...
Zbliżył się do mnie, ja zaś stałem, porażony wizją. Uśmiechał się - piękny, cudowny, uwodzicielski.
- Jesteśmy... Jestem Heylel Teomim - rzekł, wyciągając dłoń.
Uścisnąłem ją, odganiając obraz.
- Jestem Akrites Solonikas, Widzący.
- Przyjaciel Elpis, czy tak? - popatrzył na kobietę. Kiwnęła potakująco głową. - Miło mi cię poznać, wiele słyszałem o twoim wyjątkowym darze.
- A ja słyszałem o tobie - odrzekłem, co nie było do końca kłamstwem. Słyszałem o dwojgu ludzi, których moja Elpis poznała niegdyś, w miasteczku Castelrotto, gdzieś na północy Włoch. Razem z nimi stawiała jeden z filarów Horyzontu. Potem wraz z nimi pojechała do Florencji, a potem...
Potem oboje zniknęli. Wspomniała mi o tym - z lękiem. Teraz oboje wiedzieliśmy, co się z nimi stało.
Patrzyłem na tę istotę z fascynacją, zachwytem. Trudno nie było się zachwycać, jego uśmiechem, sposobem bycia, ruchami. Heylel był doskonałością, został stworzony, by nią być. Sądzę, że pokochałem go od pierwszego wejrzenia. Czasem sądzę, że nie powinienem był.
Elpis spojrzała tylko na niego, na mnie. Zacisnęła usta. Coś jej się nie podobało - mocno. Odwróciła się i odeszła, zostawiając nas samych.
Spojrzałem na hermafrodytę.
- Wybacz - mruknąłem.
Skinął/skinęła głową.
- Rozumiem. Idź do niej - jego/jej głos był miękki, łagodny, cudownie aksamitny.
Pobiegłem za Elpis - przez łąkę, na której pomału wyrastało miasto, pod ciemniejącym niebem. Dotarłem do niej, gdy stała na wzgórzu, wpatrzona w namioty, budynki, ogniska i światła.
- Elpis.
- Ścigasz mnie - mruknęła.
- Tak, ścigam. Bo uciekasz. Co się z tobą stało, Elpis, na Boga!
Popatrzyła mi w oczy.
- Straciłam mistrza. Musiałam zostawić kogoś, kogo kochałam równie mocno. Wiem, że będę ich poznawać i tracić przez kolejne moje życia... I że w tym życiu stracę jeszcze ciebie...
- Elpis...
- Boję się.
Objąłem ją. Nagle wydała mi się niewiarygodnie krucha - ona, silna kobieta, która przetrwała tragiczną śmierć mistrza, ona, która poszukując Saif-al-Dina przewędrowała samotnie pustynię, ona, która stawiała filary horyzontu. Ponad pięćdziesięcioletnia kobieta w moich ramionach znów stawała się bezbronną dziewczynką, którą pragnąłem chronić.
Objąłem dłońmi jej twarz, popatrzyłem w oczy. Pocałowałem - pierwszy raz w naszym życiu.
Kochaliśmy się na trawie nowego świata, w przeddzień Konwokacji. Kochaliśmy się ze świadomością, że niedługo rozstaniemy się i już nigdy nie będzie nam dane zejść się na dobre, że to już koniec tego, co nas łączyło, koniec naszego życia, koniec długiej, namiętnej młodości, że teraz nadchodzi krótka dojrzałość i długa, bolesna starość.
To wtedy ją utraciłem. Leżeliśmy razem na trawie, patrząc w gwiazdy, kiedy poczułem przenikające mnie zimno. Zadrżałem. Poczuła to, poruszyła się w moich ramionach, spojrzała w oczy.
Usiadłem. Noc była ciepła, lecz ja nie przestawałem czuć chłodu.
- Zimno mi - powiedziałem szukając ubrania.
Profil Elpis odcinał się od nieba - jej ramiona, jej piersi, jej biodra...
- Zostawiasz mnie?
- Nie mogę... - mruknąłem. Psułem to. Wiedziałem doskonale, że nie powinienem, że powinienem nie ubierać się teraz, a kochać się z nią znowu, wykorzystać tę resztę czasu, która nam pozostała. Ale nie mogłem - chłód był zbyt przytłaczający
Otuliłem się szatą i płaszczem, zimno nadal tkwiło pod moją skórą, to wewnętrzne, którego nie mogło usunąć ani ciepłe ubranie, ani ludzkie ramiona. Nienawidziłem tych chwil i starałem się wyprzeć je z pamięci, lecz ta nie znikała - ujrzałem swoje zwłoki leżące w śniegu i ciało Elpis, wysuszone przez pustynny piasek. Oboje porzuceni, zapomniani, leżący od siebie równie daleko, jak blisko siebie leżeliśmy przed chwilą...
Wstaliśmy i ruszyliśmy ku ogniskom. Ile osób świętowało tu tę piękną noc i zjednoczenie Dziewięciu Tradycji! Usiedliśmy przy ogniu, dano nam po kubku z czymś mocnym, słodko pachnącym ziołami. W oddali ktoś uderzał w bęben, słyszałem też głosy fletów. Powinienem cieszyć się, upić tą radością, lecz nie byłem w stanie.
Elpis wstała nagle, podeszła do jakiegoś mężczyzny. Był młody i uśmiechnięty, lecz w jego oczach kryła się powaga. Dojrzałem bez trudu, że jego ciało, ukryte pod szerokimi, czarnymi spodniami czarnym szalem spowijającym mu ramiona, jest giętkie i muskularne, że skóra ma barwę złota, nie tylko od blasku ognia.
- Haroun! - moja przyjaciółka objęła go. Odpowiedział pocałunkiem. Jeden z jej kochanków - nie zdziwiło mnie to. - I ty tu jesteś! A twój mistrz?
- Miał wiele zadań, mało go ostatnio widywałem. Wiem, że on i Isra dopiero co wrócili z podróży, usieli zamknąć kilka spraw.
- I Isra! Och, jak dawno i jej nie widziałam!
O Isrze al-Hikmat słyszałem tylko, podobnie, jak o Eutanatosie, którego Saif-al-Din, nie należący w pełni ani do Chakravanti, ani do Ahl-i-Batin, a uznawany za swego przez obie Tradycje, szkolił na pustyni, gdy odnalazła ich Elpis. Z ciekawością przypatrywałem się mężczyźnie imieniem Haroun, jego bystrym oczom, których kolor przypominał mi o mętnych wodach Gangesu, dłoniom stwardniałym od trzymania rękojeści broni, silnym ramionom i szlachetnej, nieugiętej dumie, malującej się na jego twarzy.
-Harounie - Elpis odwróciła się z uśmiecham na twarzy - pójdę zobaczyć się z twoim mistrzem i Isrą, a ty zajmij się Akritesem, dobrze?
Tej nocy ona i Saif odnaleźli siebie nawzajem. Tej nocy siedziałem przy ognisku z mężczyzną, którego bardziej znano jako Cygnusa Moro. Rozmawialiśmy, dzieląc się doświadczeniami z naszych licznych podróży, opowieściami o długich szlakach, które zawiodły nas z naszych krain aż do tego nowego świata i o kobietach, które spotkaliśmy na naszej drodze.
Zrobił na mnie wielkie wrażenie - mimo upodobania do przygód i seksu, nie był lekkomyślny, tak jak ja. Niósł w sobie głęboką mądrość i świadomość równowagi, której utrzymywanie było jego celem. Miałem wrażenie, że jest starszy, niż jestem, starszy, niż kiedykolwiek będę.
I kiedy później przenieśliśmy naszą rozmowę bardziej na ubocze, w miejsce, gdzie mogliśmy spokojnie patrzeć w gwiazdy, przez ułamek sekundy widziałem jego przyszłość - jego koniec, okaleczone zwłoki, w których nie można było poznać już rysów. Zamarłem wtedy, lecz nie powiedziałem nic, odegnałem wizję, z nadzieją, że jest ona tylko iluzją - i bez świadomości tego, jaką rolę odegram w jej spełnieniu.

***

Wszystkich poznałem wcześniej - nigdy nie miałem w zwyczaju czekać, aż przeznaczenie przedstawi mi przyjaciela czy kochanka. Przez cały czas trwania radosnego festiwalu, jakim była Konwokacja, chodziłem wśród ludzi i zawierałem coraz to nowe znajomości. Będąc uczniem Sh'zara, zapoznałem się z Założycielami bardzo szybko - nie na wszystkich wywarłem dobre wrażenie, to rozumie się samo przez się. Moja opinia lekkomyślnego hedonisty, nie mającego żadnego poważania dla wartości moralnych nie otwierała mi wszystkich drzwi. Dotyczyło to zwłaszcza Niebiańskiego Chóru i Zakonu Hermesa - obie te Tradycje miały w moich oczach o wiele więcej wspólnego, niż chciałyby przyznać. Ideał ascezy uważano za sprzyjający tak kontemplacji boskości, jak i zdolnościom intelektualnym, wschodnie pojęcie świętego seksu i świętego upojenia wyrugowano z kultury Europy, zepchnięto na margines.
Tym bardziej i tym chętniej zacząłem więc prowokować - kręciłem się między "sztywniakami", naruszając granice ich światopoglądu, sam nie wiem, od którego momentu już nie dla własnej zabawy, lecz po to, by zmusić ich do myślenia. Gra pozbawiona celu stała się grą z drugim, głębszym dnem... Walką o jedność między Tradycjami, której zamykanie się w sztywnym kokonie przykazań i kodeksów nie sprzyjało. Próbowałem więc rozbijać tę skorupę i pokazywać, że nie jest ona jedyną obowiązującą ścieżką do Wstąpienia. A oni kochali mnie lub nienawidzili - ale nie byli obojętni na moją obecność.
To były cudowne dni, szalone, piękne, nieustający karnawał, z którego korzystałem. Nawet, gdy Konwokacją wstrząsnęła przerażająca zbrodnia - Nephandus na oczach wszystkich zamordował jedną spośród Założycieli - nie przypuszczaliśmy, że to dopiero początek i że kolejna krew musi zostać przelana, byśmy naprawę stworzyli coś wielkiego.
Widziałem, jak magowie śmierci z różnych stron świata formują się w twoją własną tradycję, Szymonie. Tak, poznałem wtedy pewnego młodzieńca z głębi Afryki. To ironia losu, bo, polubiwszy go niezmiernie, zacząłem zwracać się do niego, po przyjacielsku, "stary". I, jak widziałeś już, to do niego przylgnęło. Z tego, co wiem, nikt nie pamięta, jak Senex naprawdę ma na imię?
Poznałem wielu Hermetyków, w tym pewnego człowieka, w którym, mimo pewnej nadpobudliwości, już zaczęła kształtować się wielka mądrość - ta mądrość miała uczynić z Porthosa obecnego przywódcę Zakonu. Nie spodziewałem się tego - choć Elpis, która już go znała wiedziała, ze ten mag jest początkiem czegoś wielkiego. To chyba jakiś Paradoks, że ja, mając naturalny dar, nie umiałem wyciągnąć z niego tyle, co ona...
Tak, miałem wizje. Widziałem okaleczone zwłoki Harouna, widziałem Louisa du Monte niknącego w słupie ognia, Jesienną Bryzę leżącą bezwładnie na ziemi, wszystkich z tych, których kiedyś miałem pokochać i utracić... Ale zapominałem. Wypierałem. Nie rozumiałem tych wizji i nie chciałem rozumieć. Co innego Elpis - ona, nie mająca mojego daru, w magyi Czasu stawiająca pierwsze kroki, kontrolowała swoje widzenie przyszłości o wiele lepiej, ale też pamiętała... niepokoiło ją to, co widziała. Już wtedy wydawała mi się być przytłoczona świadomością przyszłości - choć, paradoksalnie, obecność Saifa uspokajała ją i nadawała sens jej życiu - tak mówiła. Ona, która zdążyła już zestarzeć się przedwcześnie, odzyskiwała młodość w ramionach tego człowieka...
Och, Saif przerażał mnie - zimne wcielenie równowagi. Wiedziałem, że gotów jest poświęcić ludzkie życie bez mrugnięcia okiem, jeśli tylko uznałby to za słuszne. Na poły Ahl-i-Batin, na poły Eutanatos, był ponad oboma tymi tradycjami. Dysponując niewiarygodną mocą i znając chyba z pół Umbry - był już chyba za granicą człowieczeństwa. Miałem wrażenie, że nie umie kochać, że jego umysł wypełnia tylko logika. Elpis sądziła inaczej. Elpis przylgnęła do niego, przestała patrzeć na innych mężczyzn. Na mnie też - unikała mnie jak mogła, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Ale niestety, wiedziała już wtedy, jaki los jest mi pisany.
- Na końcu jest tylko ogień i lód - powiedziała raz.
Siedziałem wtedy z dwiema kobietami, poznanymi niedawno. Jedna była Werbeną, druga należała do Niebiańskiego Chóru. Mimo, iż taki rozkład tradycji między nimi powinien wywołać w nich nienawiść, były nierozłączne, jak siostry lub kochanki. Niezwykłe było patrzeć na nie, tak różne i tak bliskie. Eloine była rudowłosa i namiętna, często chodziła nago, nie przejmując się zgorszeniem wywoływanym wśród bardziej "purytańskich" osób, jeśli zaś zakładała ubranie, było ono możliwie proste. Żyła i czerpała z życia pełnymi garściami, a przy tym było w niej coś niezwykłego, ciepło, dobroć, otwartość i delikatność. Nie można było jej nie kochać.
Druga z kobiet miała na imię Bernadette i szczerze mówiąc, gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, sądziłem, że mam do czynienia z chłopcem. Nie, strój mniszki nie pomógł - nie rozróżniałem męskich i żeńskich habitów. Zresztą, w owych czasach zakonnicy nosili często strój świecki... Bernadette była drobną, kruchą istotą, cichą i spokojną. Odzywała się rzadko - częściej śpiewała, niż mówiła. Kiedy się z nią było, widziało się, że jakaś część jej osoby pozostała dzieckiem - choć Bernadette widziała wiele, zachowała pewną niewinność - a raczej zamroziła się w niej, uciekając przed krzywdami, które spotkały ją kiedyś. Słyszałem bowiem, że nawet zakonny habit nie ochronił jej przed oskarżeniem o czary i torturami inkwizycji - czy raczej Porządku Rozumu.
Kiedy Elpis wygłosiła swoją myśl o lodzie i ogniu, Eloine spojrzała na nią z ciekawością.
- Nie rozumiem.
- Niektórzy z nas skończą w ogniu... Inni w lodzie. Tylko mnie czeka piasek.
Poczułem, znów, śnieg. Mój śnieg. Mój chłód. Moja Elpis widziała go...
A potem przypomniałem sobie, że kiedyś widziałem jej zwłoki, wysuszone na wiór, zagubione pośrodku pustyni...
Otrząsnąłem się.
- Nie rozumiem - powtórzyła Eloine.
- Nie ważne - Elpis machnęła dłonią, wstała. Nie chciała o tym mówić.
Znów pogrążała się w ciężkich myślach. A ja nie miałem już do niej dostępu. Nie była już moja - nie, nigdy nie była i nie miała być. Moja były te dwie kobiety, Eloine i Bernadette, i choć wiedziałem, że Elpis mówi prawdę, nie chciałem z nich rezygnować. Lgnąłem do nich. Kochałem je obie, kochałem już teraz.
Najgorsze z tego wszystkiego, Szymonie, jest to, że patrząc na nich wiedziałem już, że będę ich kochał - i że ich utracę. Że prościej byłoby teraz wrócić do stanu osoby nie umiejącej kochać - ale odwrotu nie było już. Ty też już do tego nie wrócisz. Nie, nie protestuj - zaczęło się. Wmawiałeś sobie, że jesteś nieczułym draniem i związkofobem, ale kłamałeś. Okłamywałeś siebie. Wiem o tym, bo jesteś taki jak ja. Nie boisz się związków - po prostu chciałbyś ich za dużo. Chciałbyś być ze wszystkimi na raz, nie rezygnować z nikogo, nie tracić. Boisz się rezygnowania i utraty. I jeśli coś dostaniesz, chwytasz się tego kurczowo. Dostałeś Daniela i nie chcesz go puścić, ani nie chcesz go oddać. Kochasz go Szymonie. Wiem o tym. Nie wypieraj się. Nie martw się, to zostanie między nami. Rozumiem cię, bo sam kochałem, choć nieraz tego żałowałem i żałuję, ich, moich przyjaciół, moją kabałę. Pierwszą Kabałę.
W miarę, jak obradowała Konwokacja, a potem Rada (Sh'Zar, mój mistrz, stał się jednym z jej członków), pojawiła się wizja, koncepcja. Kto z nią wystąpił - nie wiem, ale mógłbym podejrzewać kilka osób... Tak czy inaczej, podchwycono pomysł.
Wybrać po jednym z magów z każdej tradycji i posłać ich w świat. Niech poznają się nawzajem i niech współpracują przeciw Nephandi, Porządkowi Rozumu i wszystkiemu, co może stanowić zagrożenie. Niech wprowadzą w czyn idee jedności, które narodziły się tutaj, podczas Konwokacji, niech pokażą, że tak odległe od siebie grupy umieją pracować razem.
I pomału zaczęło się klarować, kto będzie w tej grupie.
Prawdę mówiąc, niezbyt mnie zdziwiło, że Sh'Zar wybrał mnie. Zbyt byłem charyzmatyczny, żeby mnie zignorować, zbyt dobrze reprezentowałem Widzących - i ich moce, i ich zalety, i ich słabości. A że idea spodobała mi się (głupiec, nie umiałem wyciągać wniosków z własnych wizji...), podszedłem do projektu z entuzjazmem. I tylko Elpis skrzywiła się i wyszła.
Chakravanti wybrali Harouna - to też mnie nie zdziwiło. Cygnus Moro był charyzmatycznym człowiekiem, urodzonym przywódcą, dodatkowo nie miał w sobie nic z zimna, które często przypisuje się Eutanatosom - miał szacunek tak dla śmierci, jak i dla życia, rozumiał je i, będąc uczniem Chalecha i Saifa, nosił w sobie ideę równowagi zakodowaną tak głęboko, jak mało kto. Cieszyłem się, że będzie mi towarzyszył.
Podobnie ucieszył mnie wybór Eloine, którego dokonała przywódczyni Werben, Nightshade. Młoda wiedźma rwała się do podróży i może to jej urok osobisty sprawił, że Valoran z Niebiańskeigo Chóru wskazał Bernadette. To też mnie uradowało - ta zamknięta w sobie dziewczyna fascynowała mnie i, przyznaję się, liczyłem, że będę miał okazję rozbić skorupę traumy, w jakiej się zamknęła i pokazać jej radość życia, nauczyć kochać.
Ahl-i-Batin (To nie Saif im przewodził, muszę zaznaczyć - nie mógłby, za wiele było w nim z Eutanatosa. Zresztą, nie sądzę, żeby chciał... i tak Chalech prowadził Chakravanti, zaś Ali-beh-shaar - Subtelnych) wahali się jakiś czas. W końcu wskazali - człowieka, który fascynował mnie już od pewnego czasu. Duad'Allah był mistykiem - sufitą. Mój mistrz, sam poszukujący doznań wykraczających poza ludzkie pojmowanie, znał go dobrze, sam poznałem go w jednej z podróży. Batin był zamknięty w sobie i małomówny, choć gdy już się odzywał, znać było po nim niesamowite wykształcenie właściwe muzułmanom tych czasów. Nie wiedziałem o nim wiele, ale to nie oznaczało, że nie chciałem go bliżej poznać. Jak to się mówi - wręcz przeciwnie.
Z Zakonu Hermesa miał pójść członek domu Quaesitor, wówczas zwanego jeszcze, od imienia założyciela, domem Guernicus. Hermetyk nazywał się Louis du Monte i był opryskliwym, cynicznym człowiekiem, krytykującym wszystko i wszystkich, nietolerancyjnym, ksenofobicznym i homofobicznym (używając dzisiejszych kategorii) draniem. Wielu to przeszkadzało - mnie bawiło. zdążyłem zirytować go - i zgorszyć - wcześniej i uważałem to za naprawdę ciekawe doświadczenie. Zresztą, okazał się być dobrym człowiekiem, gdy tylko zajrzało się za jego maskę.
Jesienna Bryza, piękna, pełna energii i pasji kobieta z Chin, reprezentowała Bractwo Akashic. I ją już znałem, wiedziałem, że jest obowiązkowa, silna i zdecydowana - trochę po męsku, zresztą nie było dla mnie tajemnicą, że ma skłonności do kobiet (choć zakochiwała się i w mężczyznach). Nosiła w sobie harmonię ciała i ducha, i będąc wyszkoloną wojowniczką, nie zaniedbywała też umysłu - chłonęła wiedzę jak gąbka i miała cudowny talent do języków.
Mówcy Marzeń wydelegowali Kroczącego Jastrzębia, przybysza z nieznanego lądu. I on był wizjonerem, choć źródłami jego wizji były duchy i sny - one kazały my przebyć bezkresny ocean i spotkać się z ludźmi i istotami, których istnienia jego lud nie przypuszczał nawet. Będąc najbardziej obcy z nas wszystkich, widział rzeczy, które nam umykały.
To była ósemka. Solificati zwlekali.
Czekając na ich decyzję, postanowiono, że kabała powinna mieć przywódcę. Wydało się naturalnym, że będzie nim Cygnus Moro - jego charyzma i talent dyplomatyczny czyniły go naturalnym kandydatem... Lecz, niestety, Bractwo Akashic sprzeciwiło się ostro. Dawna waśń znów dała znać o sobie - bezsensowna, ciągnąca się, z przerwami, od tysiącleci.
I wtedy alchemicy w końcu przemówili, dając nam swego przedstawiciela i przywódcę. Swoje największe dzieło, magiczny cud. Heylela.
Mieliśmy go kochać. Mieliśmy zginąć przez niego.

***

Szczerze mówiąc, czułem się głupio z tym wszystkim. Padłem na łóżko, gapiąc się w sufit - właściwie to w spód antresoli, wszystkie te deski, słoje drewna - w jakiś sposób działały na mnie uspakajająco. A teraz... teraz byłem nieco skołowany.
To męczące dla ciebie.
Nawał myśli. Nawał uczuć. To ciąży, Akritesie.
I mnie ciążyło. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Do samego końca.
Zrozumiałem. Nie był jeszcze w połowie opowieści, a ja znałem już zakończenie.
Popełniłeś samobójstwo - stwierdziłem.
Tak. - Jego mentalny głos w mojej głowie brzmiał głucho, zrezygnowanie.
Pokręciłem głową.
- Ty? - odezwałem się głośno. - Ty popełniłeś samobójstwo! Człowiek, który czerpał z życia radość, cieszył się nim... w tak idiotyczny sposób! Zamarznąć na własne życzenie!
Nigdy nie twierdziłem, że byłem wybitnie inteligentny.
Cóż, przynajmniej był szczery.
- Powiedz mi, czemu.
Poczucie winy. Trudno z nim żyć, Szymonie.
- Nisko upadłeś.
Wiem. To... to nie jest powód do chluby. Ta część mnie, która jest z tobą, wie. Reszta... Byłem szalony, Szymonie. Cała historia, którą ci opowiadam, to historia szaleństwa. Nie oczekuj ode mnie bycia wzorem do naśladowania...
- Myślałem - parsknąłem niemal śmiechem - że jesteś narcyzem.
Bo jestem. Byłem piękny, mam dobry gust, nadzwyczajny dar magiczny i śmiem twierdzić, że mało który mężczyzna w historii był lepszym kochankiem niż ja. Ale powtarzam ci od samego początku - to tylko część. Zapłaciłem za to, szaleństwem. Nie warto, Szymonie.
- Nie obwiniasz Heylela - zauważyłem. Fakt, wypowiadał się o nim gorzko, a ja znałem już zarys historii - z opowieści Daniela, Sigrid, Shivaqa... Zdrajca. Akrites nawiązywał do niego - ale czułem w nim gorycz i wielki smutek, lecz nie gniew.
Nie, Szymonie. Nie obwiniam. Nie mógłbym. Czasem myślałem, czasem nadal myślę, że to nie jego wina, że może miał rację... czasem myślę, nie, czasem po prostu wiem, że wina leży po mojej stronie, bo widziałem, co się stanie, i zignorowałem to, bo Elpis mnie ostrzegała, a ja i tak poszedłem w tę stronę. Sophia miała rację - widziałem co się stanie i mogłem coś z tym zrobić, nie zrobiłem nic.
- Jestem...
Zmęczony.
- Tak - wstałem - herbaty.
Jaśminowej.
- Oczywiście.

***

Musiałem odpocząć. Opowieść Akritesa była fascynująca - wiedziałem o co w niej chodzi, ale chłonąłem ją - słowa i emocje, które mój dybuk miał w sobie zakodowane i które przeciekały do mnie. Ale te emocje właśnie męczyły mnie - przypuszczałem, że na samym końcu zrozumiem, czemu Akrites się zabił. Nie zamierzałem iść w jego ślady, więc pozwalałem mu dawkować wiedzę.
Tymczasem rok akademicki zaczął się na dobre - nowe pokolenie studentów i starzy, przyzwyczajeni do mnie i moich dziwactw (na pierwszy rzut oka - mniej rażących, niż u większości filozofów). No i nadszedł piątek, dzień, na który umówiłem się z pewnym Japończykiem...
Siedziałem chwilę w pubie, czekając na Yoshiego. Zjawił się w końcu, chwilę po czasie. Podszedł, uśmiechnął się, usiadł koło mnie, wieszając kurtkę - robiło się już chłodno - na oparciu krzesła. Nie mogłem nie zauważyć, jego płynnych, miękkich ruchów i wdzięku, z jakim odgarnął kosmyk włosów, opadający na jego czoło. Była w tym wszystkim naturalność, nie miałem wrażenia, że chłopak robi to celowo.
Za to ja gapiłem się na niego na pograniczu celowości. Znacie takie uczucie, kiedy wszystko przed wami zwalnia, niewiarygodnie filmowo? To ciało, reagując na jakiś bardzo intensywny bodziec, przyśpiesza. Tak, serce bije szybciej - nie ma w tym wbrew pozorom nic romantycznego. Po prostu musi szybciej pompować krew do poszczególnych części ciała, w tym narządów płciowych, jeśli bodziec odbieramy jako seksualny...
Bez tych naukowych wywodów - tak, czas dla mnie zwolnił. Tak, widziałem każdy ruch Yoshiego w zawieszonym tempie, wolny, płynny, pełen gracji. Tak, musiałem mieć minę zauroczonego kretyna i tak, czekałem, aż chłopak da mi w twarz za to gapienie się.
Nie, na boga (dowolnego) - nie przeżyłem w tym momencie objawienia, nie zagrały trąby anielskie, nie ujrzałem deszczu płatków wiśni. Bo miałem takie momenty już wcześniej, już widywałem ludzi, na widok których uruchamiał mi się podzespół "uwieść. teraz.". I absolutnie nigdy nagła strzała amora nie działała na mnie długo. Zresztą, moim dłuższym układem był Daniel, prawda?
Zresztą, jakoś nie planowałem chłopaka od razu uwodzić. Jeśli coś miało z naszej znajomości wyjść - proszę bardzo. Ale nic na siłę.
- Hej - powiedział, z uśmiechem. Nic nie wskazywało na to, żeby miał mi za złe mój ślinotok, a nawet - żeby go zauważył. Chyba było mi trochę przykro. Ale tylko trochę.
- Hej. Nie zwiałeś?
- Czemu miałbym? - spytał , odsuwając krzesło i siadając.
- Bo jestem... eeee... Eutanatosem?
Parsknął śmiechem.
- Nie wałkuj tego tematu, ok? Lepiej idź kupić piwo, wiesz, jak bardzo mi polskiego piwa brakowało? Japońskie jest w porządku, ale polskie to inna klasa... Weź mi Warkę. Stronga.
Wstałem. Przez moment myślałem, że prosi, żebym mu postawił, ale wcisnął mi w dłoń banknot. Też tak można. Przyniosłem po piwie dla każdego z nas.
- Czemu właściwie Daniel nie przedstawił nas sobie wcześniej, co?
- Nie było mnie przez ostatni rok w Polsce.
- Japonia?
- Mhm.
Uniósł kufel do ust. Strzęp piany przykleił mu się do wargi. Zlizał ją, końcem języka - bezwiednie. Cholera, znałem dwie osoby, które tak umiały - Twilight i teraz jego.
- Sprawy osobiste?
- Sprawy magiczne.
- Nie wnikam.
- Ależ możesz - rozłożył ramiona. - Utknąłem w Umbrze, potem niezbyt było jak wracać. Tyle. Ale załatwiłem dziekankę i jestem znowu.
"Utknąłem w Umbrze". Mówił o tym równie swobodnie, jak kto inny powiedziałby "miałem wypadek". Ot, inny świat - a ja ciągle odkrywałem w tym świecie coś nowego. Każdy z moich przewodników był inny, każdy jakoś przykuwał uwagę i chciałem, żeby każdy - Daniel i jego śliczna żona, Akrites, Dorianne, Sophia, Yoshi - był ze mną jak najdłużej. Najlepiej - na zawsze.
Tak, Akrites miał rację - kochałem.



Dla porządku - historia Pierwszej Kabały jest częścią oficjalnej historii Świata Mroku, opisana jest wyczerpująco w podręczniku "The Fragile Path". To, co robię to retelling i umieszczenie jej w kontekście mojej własnej metafabuły.
Szczególna dedykacja należy się ludziom, którzy brali udział w larpach "Ścieżka Cierni", "Ścieżka Lewej Ręki" i "Ścieżka Cienia", zwłaszcza organizatorkom, Carrie i Arcmage. Pewnie większość tych ludzi nie przeczyta tego tekstu, ale dedykacja się należy. Bo byliście cudowni.
Carrie dodatkowa, za zarażenie mnie Pierwszą Kabałą. I za pozwolenie grania takim okazem marysuizmu, jakim jest Elpis.
Pandorze dodatkowa, za wyjaśnienie mi mentalności Heylela.

Bonusowo:
http://plus-i-minus.deviantart.com/art/Two-halfs-173173899


Autorka uprzejmie prosi o komentarze, albowiem utwierdzają ją one w przekonaniu, że warto publikować













 


Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum