The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 20 2019 17:42:28   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Diabły 1


Rankiem obudził nas krzyk mewy. Znowu mewa. Spaliśmy na plaży. Znowu. Delikatnie obejmujesz mnie ciepłym ramieniem. Robisz to zawsze w taki sam sposób. Zmarzłem, ale wiem, że zaraz przegonisz ten chłód swoim dotykiem i przygasłym oddechem. Budzi się. Dopiero się budzi. Twój oddech. Stopniowo nabiera pewności, aż w końcu pozwoli ci na wydobycie głosu. Wtedy mnie przywitasz, tak po prostu. Potem zamilkniesz i nie uronisz już żadnego słowa. Ja się uśmiechnę. Tylko tyle, tak po prostu. Będę milczał. Nie mamy czasu na nic innego – musimy iść dalej. Nie wiem dokąd, ale przecież dobrze nam się idzie. Poruszamy się w bezpiecznej, sprawdzonej scenerii. Nie ma burzy. Myślę o niej czasem. Trochę mi jej brakuje. Tęsknię. A ty? O czym myślisz? Boję się zapytać. Kiedyś nawet nie próbowałem. Nie było takiej potrzeby, gdyż z góry znałem odpowiedź. Wtedy jeszcze nie słyszałem tego uciążliwego kołatania w mojej głowie. Wzmaga się każdego dnia. Znalazłem sposób, aby z nim walczyć. Rytmiczny hałas cichnie, gdy wpatruję się w ciebie. Antidotum – ty i nasza wędrówka. Niestety, zawodzi coraz częściej. Kiedyś byłeś idealnym lekarstwem, cudownym środkiem na wszystkie dolegliwości. Coś się zmieniło. Pojawiły się one. Ich odporność wzrasta. Uwzięły się na mnie. Są jak głodne komary, które nigdy nie dają za wygraną. Próbuję je odegnać, skupiając się na tobie. Czasami pomaga, lecz przychodzi mi to z coraz większym trudem. Coś mi przeszkadza. Coś puka. Nawet gdy tego nie słyszę, to wiem że tam jest, tylko jakby uśpione. Wtedy mogę przynajmniej udawać, że ich nie ma, ale one wciąż we mnie tkwią i czekają na odpowiedni moment do ponownego ataku. Czy masz tak samo? Czy też masz te małe diabły w głowie? Najbardziej boję się tego, że one rosną. Rozpychają się, z dnia na dzień coraz zacieklej. Po nocy są najśmielsze… A może to kwestia chodzenia? Kiedy idziemy, to słabną, męczą się i nie pukają tak zawzięcie. Teraz są głośno – tuż po przebudzeniu zawsze siedzimy przez krótką chwilę. Wstańmy już i chodźmy dalej. Będą wtedy ciszej.
Podnosisz się. Powolnym ruchem ręki strząsasz piasek, który przyległ do twojej skóry oraz ubrania. Robię to samo. Dlaczego pozbycie się diabłów nie może być takie proste? Chciałbym zrzucić je z siebie, podeptać i natychmiast o nich zapomnieć. Nie umiem. Potrzebuję pomocy. Lek nie potrafi zwalczyć przyczyny, łagodzi jedynie objawy. Nie pokażesz mi jak się od nich uwolnić. Nie możesz, one są tylko we mnie. Gdyby wyskoczyły z mojej głowy i stanęły przed nami, wtedy dowiedziałbyś się o ich istnieniu oraz o tym, jak straszliwie mnie dręczą. Pospieszyłbyś mi na ratunek. Razem dalibyśmy im radę. Nie możesz, one są tylko dla mnie. Bez ciebie jestem bezradny. Z nimi muszę poradzić sobie sam. Czasami czuję się jak twój cień – niedoskonały, działający z opóźnieniem. Czy tak wygląda zaufanie? Jest cieniem? Robię to samo… pozbywam się piasku i czekam na twój pierwszy ruch. Natychmiast go powtórzę i ruszę naprzód tym samym krokiem. Jeszcze nie gubię rytmu naszej wędrówki. Nauczyłem się go. Nie zostaję w tyle. Inny dawno już straciłem. Znam również szum morskich fal. Zawsze identyczny. Znam wiatr, który nigdy nie zmienia siły ani kierunku. Nie musimy chować się przed deszczem. Burza nie nadejdzie. Znam was wszystkich na pamięć. I kiedy zaczynasz iść, ja robię to samo. Pukają ciszej. Dobrze. Nie chcę słyszeć tego dźwięku. Chyba po prostu się ich boję. Kiedyś byłem beztroski i nie znałem strachu. Już taki nie jestem… Nie potrafię zatrzymać myśli. Boję się ich. Chciałbym. Wciąż próbuję, ale już tak nie umiem. Coś straciłem. Potrzebuję nowej nauki. Straciłem ten drugi rytm. Gdyby wyschło morze i ustał szum wiatru, to mógłbym usłyszeć bicia naszych serc. Jeszcze do niedawna były identyczne. Sprawdzałem to nocą. Przytulałem się do ciebie i kładłem dłoń na twojej piersi. Zasypialiśmy w tym samym czasie, zwalnialiśmy jednym tempem. Dzisiaj usłyszałbym dwa odrębne tętna. Do mnie należy to szybsze. Brakuje mi dawnego spokoju. Już nie jestem beztroski. Gdzieś w moim wnętrzu zagnieździły się diabły, przywołały niepokój i bezlitośnie poganiają wszystkie elementy układanki, zatytułowanej ja. Bezskutecznie usiłuję je wypędzić, zwolnić i na powrót dostroić się do ciebie. Nie zawsze się udaje. Coraz rzadziej, chociaż wciąż próbuję. Czasami chciałbym mieć przycisk off w swoim mózgu, aby móc się wyłączyć, olać to wszystko i udawać, że nadal jesteśmy tacy jak kiedyś. Pusta, bezwładna kukiełka. Kierowana przez ciebie, nastrojona według twojego rytmu. Bezmyślna i beztroska. Wszystko zrobiłbyś za mnie. Cień doskonały. Bezpośrednio przechwytując strumień twoich myśli, miałbym pewność, że nawet w naszych głowach jest dokładnie to samo. W mojej są teraz diabły. Zabierają mi przestrzeń. Mam coraz mniej miejsca dla ciebie. A ty? O czym myślisz? Chciałbym zapytać, ale uwięzione słowa nie potrafią przejść przez gardło. Codziennie postanawiam, że zrobię to właśnie dzisiaj. Walczę każdego dnia. Próbuję zerwać łańcuchy, oswobodzić je z tej dziwnej niewoli. Mógłbyś w końcu usłyszeć mój głos. Pamiętasz jeszcze jak brzmi? Codziennie przegrywam. Może teraz? Tak! Chcę tego, ale… nie wierzę. Nie uda się. Nie wygram. Wydostał się tylko jakiś marny, zdławiony dźwięk, który nie zdołał stworzyć nawet jednego słowa. Rozpłynął się w tym świdrującym stukocie. Próbowałem. Zagłuszyły mnie diabły. Nie usłyszałeś.
Czy ta plaża gdziekolwiek się kończy? Jak długo będziemy wędrować, otoczeni przez zastygły krajobraz? Coraz bardziej pragnę burzy. Tęgi deszcz zmusiłby nas do zboczenia z wciąż niezmiennej trasy, w poszukiwaniu schronienia. Mógłbym w końcu poczuć pod stopami podłoże, którego kształty nie ograniczałyby się do drobinek piasku. Gdzieś z ukrycia obejrzelibyśmy taniec drzew, wykrzywianych pod srogim oddechem wiatru. Od dawna oglądam je już tylko z daleka. Jałowa plaża nie wydała na świat ani jednego. Tutaj nie ma niespodzianek – jest tylko zimna, kamienna poza. Nawet nasza wędrówka wydaje się być jedynie pozorem ruchu. Choć słyszę kroki, to czasami odnoszę wrażenie, że wcale się nie przemieszczamy. Jak na obrazku. Ograniczeni brzegami kartki papieru. Dwie postacie. Idą. Poruszają się – tak wyglądają, wskazuje na to ułożenie ich ciał. Zatrzymany krok. Stopklatka. Idą. Nie poruszają się. Idą w miejscu. Wtóruje nam krajobraz. Cierpi na tę samą chorobę, która ogranicza jego żywotność do martwego wzorca, dyktowanego przez niczym niezachwiany cykl dnia i nocy. Fale łagodnie wylewają się na piasek. Słońce i wiatr próbują go osuszyć. Pod musztrą rzeczywistości. Bez najmniejszych oznak buntu. Spokojne – jak rytm twojego serca. Może tylko udają? Może, po tym jak już wygasimy nasz wzrok, dopiero budzą się i wybuchają szaleńczym żywiołem? Nie umiem dłużej udawać. Zgubiłem dawny rytm. Przestałem tutaj pasować. Ponaglany, przyjąłem tempo burzy. Nie przystając do wszechobecnego spokoju, zacząłem wyczuwać w nim niepokój. Intuicja mnie nie zawiodła. W naszym bezpiecznym, przewidywalnym świecie zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony. Od wewnątrz – zaatakowany przez diabły. Walczę, skupiając się na twoich krokach. Usilnie wytężam słuch, abyśmy mogli być wciąż na tym samym obrazku. Kiedyś przychodziło mi to bez najmniejszego trudu. Zapewniał to wspólny rytm. Straciłem go. Coś mi przeszkadza. Coraz więcej rzeczy rozprasza moją uwagę. Szum fal – zakłócenie. Morze kradnie mi ciebie. Przekrzykuje kroki. Słońce? Już nie oświetla drogi. Teraz mnie oślepia. Jeszcze do niedawna byłem odporny na to wszystko i nie potrzebowałem żadnych zmysłów, nawet bez nich wiedziałem gdzie iść. Nie musiałem patrzeć, ani nasłuchiwać… ale już taki nie jestem. Dzisiaj czuję się jakbym był siłą przytrzymywany pod powierzchnią wody, która burzy moją percepcję, mąci wzrok i słuch. Duszę się. Uratuj mnie. Już raz to zrobiłeś. Uratuj mnie ponownie. Odpłynąłem zbyt daleko od brzegu. Próbując złapać oddech, zachłysnąłem się tą trującą cieczą. Wraz z nią do mojego wnętrza dostały się one. Najpierw zajęły płuca. Potem przedostały się do mózgu. Pukają, pukają. Diabły. Chcą przebić mi czaszkę. Zrobić w niej dziurę, przez którą mógłbyś zajrzeć do środka i zobaczyć mnie z tej drugiej strony. Chcą żebyś przestraszył się i uciekł. Kroki. Usiłuję słyszeć tylko je. Cały czas wpatruję się w ciebie. Mrugam tak rzadko, jak tylko potrafię. Pieką mnie oczy. Tak krótko, jak tylko potrafię. Myśli nie pomagają skupieniu. Dekoncentrują spojrzenie. Boję się, że kiedy stracę cię z pola widzenia na dłuższą chwilę, to przeniosę się na inny obrazek, podczas gdy ty zostaniesz na tamtym. Muszę więcej myśleć o tobie, o nich zapomnieć. Nie chcę zabłądzić. Wystarczy, że zgubiłem ten jeden rytm.
Znowu tonę. Osaczony dławiącym kręgiem, który tym razem wcale nie składa się z fal. Krztuszę się własnymi myślami. Uderzają coraz mocniej. Niszczą barykadę, która miała zapewnić mi bezpieczeństwo. Przed nimi nie możesz mnie uratować. Są tylko moje. Strategia obronna zawodzi – umknął mi cały dzień. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się ciemno. Umknąłeś mi, a przecież miałem nie odrywać od ciebie oczu. Niedługo się położymy. Przejdziemy jeszcze tylko kawałek. Wątpię, aby udało mi się od razu zasnąć. Wyspałem się. Dzisiaj spadłem w półsen. Pogrążyłem się w nim na wiele godzin. Śniłem myśli… Opuściłem naszą rzeczywistość. Przekroczyłem brzeg kartki papieru. Zostawiłem was wszystkich gdzieś w tyle. Spadłem na dno snu, który należy tylko do mnie. Ten dzień przetoczył się poza moją świadomością. To bez znaczenia – i tak mógłbym opowiedzieć go ze szczegółami. Jak każdy inny. Znam to już na pamięć. Zbyt długo oglądałem ten obrazek. Wiem o nim wszystko, przecież jestem jego współautorem. Zapomniałem nawet o tobie, chociaż miałeś być moim antidotum. To bez znaczenia – znam cię. Nie muszę pamiętać. Twój portret potrafiłbym narysować nawet przez sen. Byłeś taki jak zawsze. Niepotrzebnie się bałem. Okazało się, że skupienie nie jest konieczne do tego, abym podążał za tobą. Wystarczył odruch, który od samego początku wlewał się w moją krew, z każdym krokiem naszego wspólnego marszu. Przywykłem do roli cienia. Ciągnięty na oślep za źródłem swojego istnienia. Nie musiałem patrzeć. Wiedziałem gdzie iść, mimo że dzisiaj wcale nie szliśmy razem. Zapomniałem cię. Dostrzegłem dopiero teraz. Przypomniałem sobie. Obudziłem się. Zakończyłem długi lot i ponownie wylądowałem na znajomym rysunku. Wcześniej gdzieś odleciałem. Wyfrunąłem z papierowej klatki. Zniknąłem w przestworzach, lub przeciąłem taflę wody i zapuściłem się na niezbadane głębiny. To bez znaczenia. Już wróciłem. Znowu cię widzę. Opuszczając ten dziwny stan, na moment znalazłem się pomiędzy snem i rzeczywistością. Przypomniałem sobie ciebie i naszą dawną beztroskę. Przez tę krótką chwilę w mojej głowie byłeś tylko ty. Nie słyszałem hałasu. Zgasło słońce. Wyschło morze. Przez tę krótką chwilę byłem taki jak kiedyś. Warto było odfrunąć i wrócić, choćby dla tego przelotnego przebłysku. Już nie śpię. Cieszę się, że twój widok mnie obudził. Śniłem koszmary. O diabłach. Nawiedzają mnie nawet we śnie. Zaraz rozpoczniesz swój. Zatrzymałeś się. Na dzisiaj wystarczy. Połóż się i zaśnij. Mnie się nie uda – wyspałem się. Dopiero co wróciłem. Ułożę się obok ciebie i sprawdzę nas po raz kolejny. Poczekam. Muszę odpocząć przed następnym lotem. Kiedyś zawsze zasypialiśmy razem, tylko we dwoje. Wtedy nigdy nie opuszczałem naszego rysunku, ale coś się zmieniło – już nie jesteśmy sami… Odfrunąłeś. Moja dłoń wsłuchuje się w rytm twojego serca. Sprawdzam nas. Choć znam wynik, to wciąż liczę na to, że uda mi się odnaleźć jakąś prawidłowość. Arytmia. Czy to możliwe, że nie należymy już do tego samego zbioru? Szukam wzoru. Liczę sekundy pomiędzy uderzeniami naszych serc. Nic mi nie wychodzi. Rachunek przerasta moje możliwości. Dawniej to obliczenie było takie proste – wystarczyło postawić znak równości. Coś się skomplikowało. Różnimy się tak bardzo. Ty wkraczasz w kolejną fazę snu, a ja wciąż się męczę. Jestem zbyt niespokojny, aby móc zasnąć, podczas gdy twój miarowy rytm i powolny oddech mówią mi, że nie śnią ci się koszmary. Kiedyś śniliśmy o tym samym, zawsze zasypialiśmy razem. Nie jesteśmy już sami – pojawiło się trzecie bicie. To one. Znowu pukają.
***
Rankiem obudził nas krzyk mewy. Wyrwał mnie z kolejnego koszmaru. Zagłuszył tupot upiornej defilady, która bez przerwy maszeruje w mojej głowie. Znowu nawiedził mnie ten sam sen. Który to już raz? Jestem nim zmęczony, ale wiem, że nie ustąpi z własnej woli. Muszę mu w tym jakoś pomóc. Próbuję to zrobić od tak wielu dni, bezskutecznie. Spróbuję ponownie. Czuję, że dzisiaj coś się zmieniło. Jestem pewien, że mnie przywitałeś, tak jak zawsze. Nie słyszałem. Nic nie przedostaje się przez ścianę moich myśli. Oblepiły mnie warstwą tak grubą, że nie jestem w stanie wykonać żadnego ruchu. Zawsze robiłem to co ty, ale teraz nie potrafię. Nie wstałem. Nadal siedzę. Cień zapomniał o swoim właścicielu. Niedoskonały. Uszkodzony. Sparaliżowany. Stoisz nade mną i czekasz. Chciałbyś pójść dalej. Dostrzegam to w twoim spojrzeniu, jest inne – zabarwione zaskoczeniem. Dawno nie widziałem u ciebie tego koloru. Nic dziwnego… nie pamiętam, kiedy ostatni raz musiałeś na mnie czekać. Odzwyczaiłeś się od tego. Przywykłeś do cienia. Czy to już burza? Jeszcze nie, ale czuję, że ona nadchodzi. Burza tak bardzo różni się od wszystkiego, co znajduje się na naszym obrazku. Jest niespokojna. Przeciwieństwo ciebie. Przywołała mnie swoim gromkim śpiewem i dała siłę – dzięki niej wiem, że nie jestem sam. Zbyt długo tkwiłem w miejscu. Stojąc nad przepaścią, zrobiłem decydujący krok. Jest tylko jedna droga. Niepotrzebnie im się opierałem. Popchnęły mnie. Diabły. Weszły. Barykada nie wytrzymała ich naporu. Nie zawrócę. Nawet gdybym chciał, to teraz już nie mogę tego zatrzymać. Zaczynam spadać, lecz tym razem nie dotknę dna nierzeczywistego półsnu. Uderzę zupełnie gdzie indziej – w struny.
- Dokąd my w ogóle idziemy?
Odwyknij od cienia i przypomnij sobie barwę mojego głosu. W końcu zerwałem łańcuchy i wypuściłem ją na wolność. Wyfrunęła z klatki, lecz nie jestem pewien, czy jej skrzydła są na tyle silne, aby zdołała dotrzeć do ciebie. Ja ją uchwyciłem, lecz nawet dla mnie zabrzmiała niezwykle obco. Niepewna. Drżąca. Choć struny przywykły do cienia, to nie wyszły całkowicie z wprawy i wciąż działają. Odpowiada im cisza. Usłyszałeś? Teraz to ja czekam na ciebie. Proszę, uderz we mnie słowem, które nie będzie wyuczonym przywitaniem. Mój głos… czy dotarł do celu? Wszystko zależy już tylko od tego. Nie mam dość siły, aby ponownie przerwać milczenie. Potrzebuję twojej pomocy. Czekam na ciebie… niepewny, drżący. Mam wrażenie, że ta chwila trwała wieczność, ale już wiem, że wygrałem. Usłyszałeś.
- Po prostu idziemy.
Jesteś spokojny, taki jak zawsze. Tylko pozornie. Wyczuwam w tobie jakiś niepokój. Udajesz? Powtarzalny scenariusz został zaburzony. Dokładnie o to mi chodziło – pragnę zrujnować go jeszcze dotkliwiej i wyprowadzić cię poza brzeg kartki papieru. Dalej, dalej! Powiedz coś jeszcze! Tak łatwo nie odpuszczę. Przyjąłem strategię diabłów. One nie dawały za wygraną, chociaż tak długo udawałem, że wcale ich nie ma. Pomogę ci. Struny wciąż działają…
- Zostańmy dzisiaj. Zostańmy tutaj. Jestem zmęczony.
Siadasz obok mnie. Choć raz robisz to samo co ja. Zamieniliśmy się rolami. Kładziesz głowę na moim ramieniu i cicho szepczesz mi do ucha:
- Jutro odpoczniesz.
Spoglądasz w niebo.
- Jutro chyba będzie burza. Podczas burzy źle się idzie. Dzisiaj chodźmy. Jutro będzie burza.
Wstałem, tym razem jako pierwszy. Będę cierpliwy i poczekam jeszcze jeden dzień. Zrobiłem ten krok. Teraz twoja kolej. Dam ci trochę czasu. Tylko dzisiaj. Od dawna pragnę burzy.
- Obiecujesz?
- Tak. Jutro nie będziemy iść. Jutro odpoczniesz. Będzie burza.
Wstałeś. Zaczynamy odgrywać doskonale nam znany scenariusz. Tworzymy kolejną kopię naszego obrazka, idealną, bez najmniejszej różnicy względem oryginału. Ostatni raz i tylko pozornie… bo choć rysunek wydaje się być nietknięty, to kropla, która nad nim ciążyła, została uwolniona i wprawiona w ruch. Spada. Niedługo rozbije się o kartkę papieru i rozmaże wysuszone kształty. Krajobraz jeszcze się nie zmienił, lecz oboje wiemy, że to tylko kwestia czasu. Czuję zapach nadchodzącego deszczu. Przywołały burzę, sam to przyznałeś. Powoli zaczyna szaleć również w twojej głowie. Nie widzę jej, ale wiem, że tam jest. Zobaczę jutro. Czekam na dźwięk gromów. Wypatruję rozbłysku. Nadejdą jutro. Po krótkiej improwizacji wróciliśmy do naszych dawnych ról. Teraz znów jestem twoim cieniem – tak wyglądam, ale to tylko pozory… jestem niedoskonały, jak zwykle. Nadal cierpimy na arytmię. Może teraz, gdy zaproponowałem nową kurację, uda mi się nas wyleczyć. Wspólna wędrówka zawiodła. Nasza tolerancja jest zbyt wysoka. Uodporniliśmy się. Twoja metoda okazała się złudna, bo choć skutecznie uśmierzała ból, to posiadała również wiele skutków ubocznych. Oszukała nas. Przez cały ten czas cierpieliśmy tak samo – po prostu tego nie czuliśmy. Jak morfina. Spętała nasze zmysły i zamieniła nas w coś, co żyje tylko częściowo, tylko na obrazku. Uzależniliśmy się. Pragnę obudzić nas rześkim tchnieniem, podlać zimnym deszczem. Odżyjmy. Nie wszystko jeszcze stracone. Dawne źródło wyschło. Kiedyś zasilało mnie radością, lecz teraz nie jestem w stanie znieść tego samego słońca, wiatru i ciebie. Jestem zmęczony. Odpocznijmy. Obiecałeś, że zrobimy to jutro… Nie chcę kontynuować wędrówki, której celu nie mogę dostrzec. Liczyłem na to, że wskażesz mi go. Po prostu idziemy – twoja odpowiedź niczego nie rozjaśniła. Nadal jest ciemno. Słońce już mnie nie oślepia. Wciąż roztacza ten sam blask, ale dzisiaj jego promienie nie przedostają się przez moją ścianę. Omijają mnie. Stałem się odporny na jasność – światłonieczuły. Potrzebuję czegoś silniejszego. Konieczne jest zwiększenie dawki. Potrzebuję pioruna. Wycelujmy nim w pułapkę, której objęcia pochwyciły nas i zaciskają się każdego dnia. Rozprostujmy je. Pomożesz mi? Zatrzymaliśmy się gdzieś w pół lotu, beznadziejnie oddaleni od celu. Rozplączmy je. Naelektryzujmy. Niech spłoną, lub – w przepływie energii – rozprostują się same. Potrzebujemy burzy. Obyś się nie mylił. Poczekam na nią jeszcze ten jeden dzień. Możemy być jej bogami…
Dzisiaj nie odleciałem daleko, ale mimo to nie potrafię spokojnie usiedzieć na gałęzi świadomości. Krążę, a potem na nią wracam. Sprawdzam czy się nie złamała, czy nie spadła na ziemię. Boję się, że pomylę drzewa. Nie zapuszczam się na najgłębiej ukryte poziomy. Wciąż jestem blisko. Wczoraj, gdy otwierałem najodleglejsze pokoje, mój kurs był jasno określony – wyłączyłem skrzydła i kierowałem się tylko w dół. Dzisiaj już nie spadam, lecz miotam się w jednym korytarzu, tym pierwszym, w pobliżu wyjścia. Boję się, że zabłądzę i nie będę mógł wrócić. Coś ciągnie mnie do rzeczywistości i nie pozwala zasnąć. Domyślam się co – burza. Nadejdzie jutro. Co chwila uchylam drzwi i wyglądam na zewnątrz. Zerkam na ciebie. Obserwuję niebo. Siedzę na huśtawce, która kołysze się między światłem i ciemnością, światem a mną. Ten dzień upływa mi na miarowym wahaniu, ciągłym zasypianiu, które nigdy nie przyniesie snu. Rzeczywistość jaśnieje, a ja nie umiem dostroić do niej swojego wnętrza. Światło mojej gwiazdy blaknie w promieniach słońca. Nie potrafię tego zmienić, więc muszę cierpliwie poczekać na sprzyjającą porę. Huśtam się na skraju naszego obrazka, co raz wychylając się poza jego powierzchnię i wnet na nią powracając. Wypatruję chwili, w której będę mógł rozniecić swój ogień na nocnym niebie. Oczy podążają za słońcem. Próbują, jakimś magicznym sposobem, wepchnąć je do morza. Płoną i gasną, odmierzając czas. Kiedy blask dnia zblednie już całkowicie, zamienimy się rolami. Wejdziemy w fazę przejściową – noc. Burza będzie tą ostateczną. Przedłuży ciemność i pozwoli mi zaiskrzyć się zupełnie nowym światłem, rozbłyskiem prawdziwego życia. Dopiero wtedy zobaczę czy nadal tworzymy konstelację. Zabawa w gwiazdy – łączenie ich w kształty, jak kiedyś. Źrenice potrzebują zatrzymania tego rytmu. Huśtając się, traktuję je na przemian światłem i ciemnością, światem i mną. Jeszcze trochę… Wiem, że słońce także posiada swój scenariusz i nie może wygrać tej walki. Jest podobne do nas, każdego dnia pokonuje tę samą drogę. Zatopi się i zniknie. Robi to codziennie. Choć dzisiaj jest niezwykle uparte – broni się i ociąga – to w końcu i ono będzie musiało ułożyć się do snu. Utonie w szumie morskich fal, zaśnie i pozwoli nam na to samo. Heliosie, daj sobie chwilę wytchnienia i ustąp miejsca Astrajosowi! Rankiem zaczniesz od nowa, tym razem bez nas. Pozostaniesz niewidoczny, przysłonięty burzowymi chmurami. Daremnie próbujesz oślepić mnie ostatnimi promieniami. Już dawno powinieneś zauważyć, że dzisiaj jestem na nie odporny – światłonieczuły. Nie muszę zamykać powiek i bezwstydnie patrzę jak zaczynasz swoją wieczorną kąpiel. Spadasz na dno. Za chwilę i my to zrobimy. Nie boję się porażki! Wiem, że jutrzejszy dzień musi nadejść, lecz wpierw Nyks rozciągnie swoje ciemne zasłony. Inicjacja fazy przejściowej. Już prawie w całości zostałeś połknięty przez morze. Wypluje cię dopiero rano. Zapadła kurtyna nocy. Źrenice przestały migotać. Straciły rytm. Nie tylko ten jeden się zmienił – zwolniłem. Zasypiamy, a ja znowu sprawdzam cię dłonią. Coś się zmieniło. Diagnoza jest wciąż taka sama, ale tym razem to twoje serce bije szybciej. Zapukały do ciebie diabły? Wszystkiego dowiem się jutro. Teraz ukryję się przed światem. Przeczekam noc. Oddalę się i podążę do ostatniego pokoju. Sfrunę z gałęzi i spadnę. Droga jest taka prosta. Wczoraj nauczyłem się jej na pamięć.










 


Komentarze
germatoid dnia sierpie 22 2016 00:07:01
Ajajaj, teraz widzę, że zrobiłem strasznego babola, wklejając dwa razy pierwszą część tekstu - nie miało tak być smiley Operacja kopiuj-wklej przerosła moje możliwości, ech...
germatoid dnia sierpie 22 2016 00:14:25
Czyli jak zacznie się powtarzać, to przeskoczcie do tego fragmentu, który rozpoczyna się po trzech gwiazdkach smiley
ak dnia sierpie 23 2016 22:12:27
Hej, poproś Aquariusa, żeby wyciął to, co się niepotrzebnie wkleiło. Przecież to ewidentna pomyłka, nie zalicza się do poprawek w edytowaniu czy coś tam. A szkoda, bo tekst jest wymuskany. ślicznie napisany i nie zasłużył na taką pierdołkę.

Zacznę tak: już wiem, co miałeś na myśli pisząc, że w mojej Balladzie jest dużo światła...:) Tu tekst zabudowany na maxa. Zero dialogów, prawie zero. Bardzo jestem ciekawa tej "burzy" w następnym dniu/odcinku, bo pewnie pojawią się liczniejsze rozmowy. Chyba, że nie.
Dawno nie czytałam takiego tekstu. Takiego=monologu pełnego metafor. Wyobraziłam sobie, że to o związku ogólnie, a podróż tylko symbolizuje codzienną rutynę. Bardzo jestem ciekawa "burzy" - jak już pisałam.
Jest to ładne, poetyckie i spójne. Nie wychwyciłam powtórek, na które mam uczulenie:) Ani innych niedoskonałości (poza dwiema poniżej). Może, gdybym się dłużej zastanowiła, wykreśliłabym niektóre zdania - w momentach, kiedy były takim dolewaniem do pełnego. Ale teraz nie rozgrzebuję:) Po prostu czekam na dalszy ciąg!

Drobiazgi:
1) W pierwszych kilku zdaniach zostały użyte 3 czasy: zaczyna się przeszłym, potem teraźniejszy, a na końcu nawet przyszły. To bym zmieniła. Postawiłabym na teraźniejszy, skoro całość właśnie jest tak pisana.
2) Po kropce z małej litery: "Liczyłem na to, że wskażesz mi go. r11; twoja odpowiedź niczego nie rozjaśniła. "

pa!
germatoid dnia sierpie 25 2016 22:54:25
No może rzeczywiście napiszę, chociaż nie chciałbym mu zbytnio zawracać gitary, by nie użyć innego słowa ^ ^

No dla mnie czytanie Twoich tekstów jest bardzo ciekawą lekcją, bo wydaje mi się, że jesteśmy trochę na innych biegunach, a już na pewno w kontekście tego konkretnego tekstu, który - jak sama zauważyłaś - raczej nie opiera się na dialogach i akcji. Zdaję sobie sprawę, że to jest dosyć "natchnione", dla wielu będzie pewnie przepoetyzowane, innym z kolei może leżeć taka stylistyka. Nie ma się co oszukiwać, literatura to w dużej mierze kwestia subiektywnych odczuć i upodobań, tutaj nie ma reguły. Jeżeli chodzi o rzeczone dolewanie do całego, jest to często moją bolączka i nierzadko sam dochodzę do takiego wniosku. Tylko problem polega na tym, że jak siadam, aby to zmienić, to w efekcie tekst jeszcze bardziej się wydłuża (chociaż, nie powiem, czasami udaje się skrócić! Rzadko... ^^)

Jeżeli chodzi o symboliczność tekstu, o której również wspomniałaś, to nie chciałbym za bardzo narzucać czytelnikowi sposobu odbioru, ale ja sam również nie traktuję tego opowiadania jako fantastycznego (bo można by), tylko właśnie rzeczywistego, acz zapodanego w dosyć zawoalowany sposób. Metafory stanowią tutaj podstawę, pojawiają się, potem ustępują miejsca kolejnym, by po jakimś czasie ponownie powrócić - czasami pewnie zbyt często :}

Czasów używam intuicyjnie i rzeczywiście może się zdarzyć, że czasowość będzie trochę zaburzona.

Kropki powinno nie być. Przeoczyłem :}
Aquarius dnia wrzesie 04 2016 19:17:41
Wprawdzie nie robie poprawek w tekstach już wrzuconych, ale są wyjątki, które mogę zaakceptować. więc tekst został już wrzucony poprawnie.A na przyszłość proszę uważać i nie spieszyć się...
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum