The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 19 2019 23:15:45   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Potęga miłości 10


Obudził się pierwszy i teraz leżał na prawym boku z dłońmi ułożonymi pod policzkiem, bezkarnie gapiąc się na śpiącego Daria. Tej nocy kochali się dwa razy, stali się w pełni partnerami i on nie mógł nacieszyć się tym wszystkim. To jak spełnione marzenie. Tego, co się wtedy czuje nie sposób opisać, wręcz brakuje słów, aby uchwycić wszystkie uczucia.
Twarz Daria we śnie była taka spokojna, zarost już był dobrze widoczny i przeszedł go dreszcz na samą myśl o tym jak go drapał. Mężczyzna oddychał równomiernie, na co wskazywała wolno unosząca się klatka piersiowa, której nie osłaniała kołdra. Właściwie to żałował, że okrycie przysłania biodra partnera. W sumie nic nie stało na przeszkodzie, by nie mógł obejrzeć czy nawet dotknąć Daria. Nie wiedział, co za pragnienie go opętało, może kierowało nim pożądanie, ale ostrożnie wsunął się pod kołdrę, czym zaskoczył samego siebie. W jego głowie zrodził się plan i nie zamierzał z niego zrezygnować.
Przyjemnie. Błogo. Mokro. Trzy słowa określały odczucia, jakie towarzyszyły budzącemu się Dariowi. Otworzył oczy. Biały sufit był pierwszym, co zarejestrował mężczyzna, a potem świat zmysłów oszalał, a biodra bez udziału jego woli same uniosły się ku górze, ku przyjemności. Dopiero wtedy dotarło do niego, co się dzieje. Podniósł kołdrę i wstrzymał oddech. Jego penis był nie tyle, że twardy, ale znajdował się w ustach Justina, którego oczy spojrzały na Daria z pożądaniem i miłością. Policzki były pokryte rumieńcami, a zwinny języczek oplatał główkę, by zaraz ta zniknęła trąc o podniebienie i.. o cholera, dotykając gardła! To spowodowało, że nawet tak doświadczony mężczyzna jak on nie potrafił powstrzymać się przed zbyt szybkim szczytowaniem. Do tego widok ukochanego, rozkosz płynąca nie tyle z cielesnego, ale i umysłowego doznania tylko bardziej pchała go ku końcowi.
– Justin ja zaraz… – ostrzegł partnera, ale to tylko sprawiło, że młody mężczyzna wzmocnił ssanie wysuwając go sobie tylko z gardła, przy czym zacharczał. – Ochhh. – Opadł głową na poduszkę poddając się tym ustom wydzierającym z niego orgazm, który uderzył w niego z potężną mocą.
Justin przełknął lekko gorzkawą spermę kochanka w pełni usatysfakcjonowany, że zaspokoił swego mężczyznę. Wylizał, powoli mięknącego, penisa delektując się nim jak najsmakowitszym kąskiem. Chwilę później wypuścił go i wsunął się na mężczyznę od razu całując go zachłannie.
Dario natychmiast wpuścił go między swoje nogi i objął wylizując z jego ust swój smak. Justin był najlepszym, co go spotkało. Da mu to, na co mężczyzna zasługuje, a zasługuje na wiele dobrego. Poczuł na swoim brzuchu twardy członek kochanka i wsunął między nich rękę, by chwycić go mocno tuż przy główce. Tak, jak zdążył zauważyć, że Justin lubi. Potarł go kilka razy, a partner stęknął mu w usta, podparł się na łokciach, by unieść biodra dając więcej miejsca na ruch ręki, a i sam móc poruszać nimi, aby wbijać się w dłoń robiącą mu dobrze. Jemu też nie trzeba było wiele, by dojść spryskując obficie rękę, brzuch i klatkę piersiową Daria, po czym opadł na niego brudząc też siebie swoją spermą. Wtulił twarz w jego szyję uspokajając przez chwilę oddech.
– Jesteś najlepszym, co mnie spotkało – wyznał Justin. Sam nie wierzył, że to wszystko robi. Tak szybko się to działo, ale nie żałował. – Z czego się śmiejesz? – zapytał podnosząc głowę i patrząc na niego, kiedy Dario się zaśmiał.
– Ponieważ chwilę temu pomyślałem o tobie to samo. Kocham cię.
– Kocham cię – odpowiedział Justin wierząc, że w końcu z talii kart wyciągnął tę najlepszą.
– To, co? Prysznic, śniadanie? A potem porozmawiam o ceremonii połączenia z Danielem.
Młody zmienny nie musiał odpowiadać, bo odpowiedź była widoczna na jego szczęśliwej twarzy.

***


Wyjechali z Martinem wcześnie rano, by znaleźć się u Luisa zanim ten pójdzie do pracy na jedenastą. Christian rozmawiał z nim wieczorem i chłopak wraz z siostrą ich oczekiwali. Rodzice rodzeństwa wyjechali na wakacje korzystając z ostatnich dni sierpnia i wolnych od pracy dni. Dlatego też będą mogli swobodnie porozmawiać.
Zajechali przed dom Luisa i Christian ujrzawszy Sonię podlewającą w ogrodzie kwiaty, wypadł z samochodu i pobiegł do niej. Uściskał ją mocno obejmując w pasie i unosząc w górę.
– Ależ się stęskniłeś – wykrzyknęła uradowana dziewczyna, upuszczając konewkę, z której zaczęła wylewać się woda.
– No pewnie. To wasza wina, że tak długo się nie widzieliśmy. – Postawił ją na trawniku.
– Wiesz, jak to jest. Najpierw szkoła, teraz praca. Trudno się wyrwać z miasta. – Podniosła konewkę i odstawiła ją na bok.
– Nie tłumacz się. Martina jeszcze pamiętasz? – zapytał, kiedy jego partner stanął obok nich.
– Jak mogłabym zapomnieć? Cześć. – Uśmiechnęła się kokieteryjnie do długowłosego mężczyzny, za co dostała kuksańca od Chrisa.
– On jest mój.
– Christian.
Zmienny smok odwrócił się na dźwięk swojego imienia wypowiedzianego głosem przyjaciela. Luis wyszedłszy z domu szedł w ich stronę. Chris pokazał swoje białe zęby.
– Luis.

***


Przed Justinem stał wielki talerz placków naleśnikowych, polanych syropem klonowym. Zakłopotany spojrzał na Daria.
– Nie zjem tyle – wyszeptał trochę skrępowany obecnością kucharza. Może nie, dlatego, że był obcy, przecież nie był tu sam, ale tym, iż ten z pewnością wie, co się w nocy działo.
– Zjedz ile dasz radę. Gwarantuję, że placki Randy’ego pochłoniesz w mig – powiedziawszy to Dario wpakował sobie do ust wielki kawał naleśnika.
Skusił się, więc na zjedzenie potrawy, która wspaniale pachniała. Po wzięciu prysznicu chciał jednak wrócić do domu, lecz Dario chwycił go za dłoń mówiąc, żeby nie tchórzył i nie uciekał, bo nie ma się już, czego bać, gdyż nie jest sam.
Do kuchni wszedł Daniel, uniósł brwi na widok, jaki zastał. Czyżby szykowała się oficjalna ceremonia połączenia?
– Wspaniale was razem widzieć. – Usiadł przy stole i przed nim także pojawił się talerz ze śniadaniem. – Randy, widzę, że nastrój dopisuje. – Jak ich kucharz był szczęśliwy częstował ich podwójnymi porcjami placków naleśnikowych.
– Alfo, moja żona spodziewa się upragnionego dziecka.
– Gratuluję. – Wstał i podał rękę Randy’emu.
– Dziękuję. Wybaczcie, ale zajrzę do niej.
Daniel z powrotem usiadł, a przy stole zapanowała cisza przerywana tylko stukaniem sztućców o talerze. Musiał porozmawiać z Dariem o Tomasie. Nie bardzo chciał to robić przy Justinie zważając na strach mężczyzny, ale raczej nie prędko ujrzy tych dwóch panów osobno, a i z pewnością Dario wszystko mu powtórzy.
– Wiemy, kto wywiózł Christiana w noc porwania. – Podniósł się z krzesła, by podejść do lodówki i nalać sobie soku.
Zaskoczony Dario zawiesił na nim wzrok.
– Kto?
– Tomas.
– Jaki Tomas?
– Nasz beta.
Dario poderwał się z siedziska zdenerwowany, a wilk w nim zawarczał. Zacisnął dłonie w pięści raniąc ich wnętrze wysuwającymi się pazurami.
– Zdradził nas? Dlaczego? Wie, że wy wiecie? – zawarczał.
– Uspokój się – powiedział Daniel tonem alfy. Nie chciał mieć tutaj rozjuszonego wilka. – Wiemy o tym od paru dni. On nic nie wie, że my wiemy. Nie powiedzieliśmy ci wcześniej…
– Bo wiecie, że nie zapanowałbym nad sobą, tylko pojechał do niego i… Beta, który powinien oddać życie za alfy i ich partnera wydał go jak nic nieznaczącą rzecz! Prawie doprowadził do śmierci waszych dzieci! – Skóra go mrowiła, a ludzkie oczy zamieniły się na wilcze. Daria były bursztynowe i gdyby była noc świeciłyby.
Justin bał się go takiego, ale przezwyciężył strach i wstał z krzesła, by pomóc swemu ukochanemu.
– Podły szuja, krętacz… – przerwał, gdy przed nim stanął Justin. Szybko się opamiętał odganiając mgłę, która przysłoniła racjonalne zachowanie i myślenie. Przytulił partnera bardzo mocno, dziękując mu w duszy, że się nie przestraszył. Chwilę potrwa zanim będzie panował nad sobą tak jak przez wiele lat to robił. Spojrzał na Daniela. – Co zamierzacie zrobić?

***


– Oszalałeś! – powiedział podniesionym głosem Luis. – Narażasz siebie i jeszcze chcesz bym ci dał sprzęt mojego ojca do podsłuchu?!
Siedzieli w czwórkę w ogrodowej altanie o kształcie ośmiokąta. Wcześniej Chris wyjaśnił przyjaciołom, co chce zrobić i czego potrzebuje.
– Wiesz, że ot tak nie kupimy profesjonalnego sprzętu, a nie wejdę tam z Martinem. Przy nim Tomas się nie zdradzi. Dlatego potrzebuję mikrofonu, który umieścicie na moim ciele i wszystko się nagra. Potem reszta zależy od Rady, kiedy pokażemy im dowód zdrady.
– Czemu Rada? – zapytała Sonia. – Mówiliście, że to Starszyzna zebrana z członków jednego gatunku zajmuje się sprawami swoich. Rada to przecież i inni zmienni.
– Tak, ale popełniono przestępstwo i to podchodzi pod ich jurysdykcję. Zawsze zachodzi podejrzenie, że przestępstwo mogło zostać popełnione też na innych zmiennych. A w tym wypadku dochodzi do tego zdrada dla Taurenów – wyjaśnił Martin, po czym przeniósł spojrzenie na Luisa. – Sądzisz, że nie boję się o swego partnera? – Luis poruszył się niespokojnie. – Boję się. Mam ogromne wątpliwości, lecz nie mam wyjścia. On i tak zrobi, co chce. – Chwycił dłoń Christiana i ucałował ją patrząc na niego czule. – Poza tym jest zmiennym smokiem, w razie zagrożenia poradzi sobie. Uwierz w swego przyjaciela tak jak ja wierzę w niego.
– Jak mój ojciec się dowie, że ruszałem jego sprzęt, to mnie ukatrupi i zamknie mnie za kratami. – Jego ojciec pracował w policji, jako spec od zakładania podsłuchów i nie raz sprzęt, którego używał, przywoził do domu zamykając go w sejfie. Kod do niego poznali kilka lat temu podglądając mężczyznę, kiedy otwierał sejf, gdyż umierali z ciekawości, by dowiedzieć się, co tam jest w nim ukryte.
– Odłożysz go na miejsce za godzinę lub dwie – rzekł Christian. – A lepiej jak ich nie ma, bo Martin by musiał ich zahipnotyzować, a on nie ma takiej magii w sobie jak Dario.
– Tak pamiętam jego ostatni wyczyn. Rodzice do tej pory pytają się nas jak było na wyjeździe – wtrąciła Sonia, której na kolana wspiął się kot. – Musimy bajki wymyślać. Na pewno nic się nie napijecie? – Czuła się tutaj gospodynią i chciał ugościć gości, ale ci ciągle odmawiali.
– Dzięki, ale naprawdę nie mamy czasu. – Chris pochylił się przez stolik i ucałował ją w policzek przy okazji pogłaskał czarną kotkę. Spojrzał błagalnie na Luisa.
– Dobrze, nie patrz tak na mnie, ale idę z wami – powiedział chłopak wstając z ławki.
– A twoja praca? – zapytała Sonia.
– Zadzwonię do nich. Jakoś się wytłumaczę, najwyżej mnie zastąpisz. Potrafisz smażyć frytki.
– Miałam mieć dziś wolne.
– Ale możesz nie mieć.
– No, dzięki bracie – fuknęła Sonia.
– Brakowało mi was – przerwał im Christian.
– Nam ciebie też, młody – powiedział Luis. – Idę po ten sprzęt.

***


Star spacerowała po gabinecie Tomasa, a mężczyzna wrogo na nią patrzył.
– Powiedziałem, żebyś tu nie przychodziła.
– Ja mówiłam, że nie słucham niczyich rozkazów. Nikt mnie nie rozpoznał do tej pory, to i teraz też tak będzie. Nasza wieczorna rozmowa nie skończyła się dobrze. Nadszedł czas. Wiesz, co masz robić i masz to zrobić jak najszybciej.
– Sądzisz, że tak łatwo jest porwać Monahana? Nie jest głupi. W dodatku słyszałem, że ma partnera.
– Nie chcę jego partnera. Chcę Monahana. Masz tylko go tu sprowadzić. Jeden telefon i będzie w moich rękach. – Stanęła przed mężczyzną wściekle na niego patrząc. – Masz jeden dzień. Jeden jedyny, a potem nie licz na mnie – syknęła jadem.
– Będziesz miała, co chcesz, ale skręcę ci ten twój kark jak nie dasz mi tego, czego ja żądam.
– Chcesz władzy? Co powiesz na miejsce w starszyźnie? – Oczywiście nie miała tam kontaktów. Cholernym cudem by to było, ale to pokazuje jak Tomas był zaślepiony swoją chciwością. Sprzedałby własną matkę, byle osiągnąć swój cel. Ona zrobiłaby to samo. Ciągnie swój do swego. – Zapewne chciałbyś być ich przywódcą.
Tomasa zatkało. Bycie w starszyźnie to zaszczyt, a bycie ich wodzem… Będzie mógł decydować o wielu sprawach.
– Chętnie – odparł.
– Porozmawiam, z kim trzeba. – Małe kłamstewko jeszcze nikomu nie zaszkodziło, szczególnie wtedy, kiedy to ona chciała dostać to, na co czekała.
– Jeszcze żądam… – Pukanie do drzwi przerwało jego wywód. Podszedł do nich, ale nie otwierał. Nikt nie mógł zastać tutaj Star. – Tak?
– Beto, przyszedł Christian Elisander, partner naszych alf.
– Co on kurwa tu robi? – zapytał sam siebie.
– Przyjmij go to się dowiesz – powiedziała szeptem, aby nikt za drzwiami ich nie słyszał. – Aż dziwne, że się anonsuje. Przecież ma prawa jak alfa. Mógł tu po prostu wejść.
– A co z tobą? – Przesunął wzrokiem po sylwetce kobiety.
– Ukryję się. Masz nową łazienkę, prawda? – Skierowała się w jej stronę. – Chętnie wysłucham, co ma do powiedzenia ten młody smok, którego chciałam kilka miesięcy temu zabić. – Po tych słowach skryła się w łazience.
Tomas, jak tyko kobieta ukryła się, otworzył drzwi prowadzące do gabinetu. Na korytarzu stał jego pracownik, a obok niego chłopak, bo mężczyzną tego czegoś nie mógł nazwać. Miał nadzieję nigdy go nie ujrzeć.
– Nie musiałem pytać o pozwolenie na zobaczenie się z tobą, beto, ale wolałem, aby Blake mnie zaanonsował – powiedział Christian. Powie wprost temu skurwysynowi, co o nim myśli. Teraz przekonał się, że i sylwetka oraz zapach wody po goleniu, jaki wyczuł, pasują do tamtego mężczyzny, który po niego przyjechał.
– Wejdź, partnerze alf. – Odsunął się od drzwi.
Christian wyraźnie widział udawany szacunek do niego. Sam uśmiechnął się sztucznie. Od razu wchodząc do środka w jego nozdrza wpadł zapach dobrych kwiatowych perfum, a oczy ujrzały leżącą na skraju biurka małą, czarną torebkę.
– Nie wiedziałem, że używasz takich rzeczy – zakpił z niego wskazując na torebkę.
– Zostawiła ją jedna z pracownic. Co cię do mnie sprowadza?
Christian usiadł w fotelu za biurkiem, co zdenerwowało Tomasa, ale nic po sobie nie pokazał. Partner alfy miał takie same prawa jak alfa. Zmienny smok starał się udawać bardzo pewnego siebie. Wziął w dłonie pióro, które chyba kosztowało majątek i przyglądał mu się przez chwilę obracając je w palcach, by zaraz unieść wzrok na mężczyznę, który stał obok drzwi jakby planując ucieczkę. Jak tak patrzył na niego smok w nim burzył się na zbyt łagodne traktowanie wroga. Chciał ukarać Tomasa jak najsrożej.
– Masz smocze oczy – zauważył, wkrótce były beta.
– Ponieważ nim jestem. Nie udawaj, że nie wiesz. – Odłożył pióro i założył nogę na nogę, ręce kładąc na podłokietnikach fotela. – Masz coś przeciw mojemu smokowi? Jest niebezpieczny tylko dla tych, których nie lubi. Jest powód, żeby tobie zagrażał?

***


– Co on mówi? Miał wpierw wypytać go o Charliego. – Zdenerwował się Martin. Razem z Luisem siedzieli w samochodzie chłopaka, bo jego był za bardzo rozpoznawalny przez zmiennych. Słuchali wszystkiego, co się dzieje w gabinecie Tomasa.
– Nie wiem jak to u was działa, ale odnoszę wrażenie, że kieruje nim teraz jego drugie „ja”.
– Tego się obawiam, nie chcę by stał się mordercą. Wyczuwam jego smoka, jest wściekły.
– Poradzi sobie. Umie nad nim panować, a i dzięki temu jest bezpieczny – powiedział Luis.
– Staram się być spokojny. Czasem trudno zapanować nad tym, co siedzi w tobie. – Wyjrzał przez okno. Pod budynek, w którym mieścił się klub i dawna siedziba Martina zajechała czarna furgonetka. Jak pójdzie zgodnie z planem to Tomas stąd nią odjedzie, skuty kajdankami, które wykonane z czystego srebra z dodatkiem miedzi zapobiegały przemianie i ewentualnej ucieczce. Z auta wysiadł wysoki, umięśniony mężczyzna ubrany na czarno. Przy jego biodrach wisiały kabury z bronią.
– Kto to jest? – zapytał Luis.
– Żołnierz Rady. Nie zadzieraj z nim. Jest skurwysynem, ale i dobrym wojownikiem.
Mężczyzna wsiadł na tylne siedzenie w ich samochodzie, a jego zimny wzrok padł na Luisa.
– Nie lubię włączać ludzi w nasze sprawy, ale Jack Riley nakazał, że mam człowieka od tego nie odsuwać. – Zaczesane do tyłu blond włosy lśniły od brylantyny. – To, co mamy, panowie?

***


– Dlaczego miałbym się bać twojego smoka?
Tajemniczy uśmiech wstąpił na usta Christiana. Język swędział go od powstrzymywanych słów. Chciał w twarz wykrzyczeć temu zmiennemu, co o nim sądzi.
– Kim był dla ciebie Charlie?
– Charlie? – Beta udawał głupiego.
– Doskonale wiesz o kim mówię. Omega, który zdradził i popełnił samobójstwo. Ten, który doprowadził cię do mnie wyprowadzając z posiadłości, byś mógł mnie zawieźć do Stonea.
– Co ty, kurwa, pierdolisz? – Wiedzieli o nim? Musi grać, by nie dać im dowodu na zdradę. Zresztą, co mu zrobi ten chłopaczyna od siedmiu boleści? – Nie wywoziłem ciebie do niego. Nigdy nie byłem w Arkadii!
– To czemu się denerwujesz? – Głos Christiana był chłodny. – Poza tym, to dziwne, bo twój głos jest taki sam, a wierz mi mam doskonały słuch, jak głos faceta, który mnie uśpił i wywiózł. Kim był dla ciebie Charlie?
– Kuzynem. Nic nie zrobiłem. – Zacisnął pięści. Czuł, jak ucieka od niego wolność. Może zdąży otworzyć drzwi, przemienić się i uciec.
– Nawet o tym nie myśl. – Nie miał wątpliwości, co Tomas chce zrobić. Czuł od niego smród zdrady, strachu i chęć ucieczki. – Lepiej usiądź i porozmawiajmy jak chcesz żyć. – Wyciągnął rękę i położył dłoń na blacie biurka. Postukał pazurami o drewno, które oddało cichy odgłos. Nie zrobił tego, dlatego, że się denerwował, ale po to, by pokazać Tomasowi smocze pazury, które wysunęły się na długość kilku centymetrów. To był przekaz, że zanim beta zdąży otworzyć drzwi będzie ociekał krwią, a dogorywając wypluje swoje słowa, że jest winny. – Kontroluję mojego smoka, jeszcze to robię, więc siadaj na dupie i porozmawiajmy!

***


– On jest niesamowity. Doskonale sobie radzi. – Ucieszył się Luis.
– Mój Christian – szepnął Martin, a mężczyzna za nim przewrócił oczami.
– I mój przyjaciel. Jestem z niego dumny.
– Wyobraź sobie jego wygląd w tej chwili. Rozsypane na ramiona włosy, oczy smoka patrzące wojowniczo, wielkie pazury u palców i chłopak, od którego bije niesamowita aura. – Jego kruszyna, za to słowo Chris by mu zakazał seksu przez miesiąc, jest silnym i zdecydowanym mężczyzną. Kocha to i jego chłopięcą wymieszaną z dziewczęcą delikatność.
Luis patrzył na Martina i widział w jego oczach wielkie uwielbienie dla Christiana.
– Nie rozmawiajcie – wtrącił żołnierz chcąc się wsłuchać w to co było mówione. Całe szczęście, że wszystko się nagrywało.

***


Nawet na chwilę nie spuścił wzroku z Tomasa. Nic nie mogło mu uciec, żaden szczegół. Miał nadzieję, że mikrofon działa i wszystko, nie tylko słyszą jego bliscy, ale i się nagrywa. Ktoś od Rady powinien już też być. Gdy jechali na miejsce Martin zadzwonił do znajomego, a tamten miał poinformować, kogo trzeba. Z początku chcieli dostarczyć im nagranie, ale uznali, że lepiej będzie jak będą mieć kogoś, kto od razu aresztuje zdrajcę. Spokoju nie dawała mu ta torebka, cały czas widział ją kątem oka. Byłby głupi jakby nie wyczuwał, że za drugimi drzwiami, zapewne w łazience ktoś się ukrywa. Kobieta, tylko, jaka kobieta? Zajmie się tym później, teraz najważniejszy był siedzący przed biurkiem mężczyzna.
– Nic nie zrobiłeś, ciekawe. Naprawdę ciekawe – powiedział Christian. – Ile zapłacił ci Stone za wydanie mnie?
– Nic mi nie zapłacił, bo nic nie zrobiłem – warknął beta.
– Ciągle ta sama śpiewka. – Pochylił się do przodu opierając łokcie na biurku. – Doskonale wiem, że to ty.
– Nic mi nie udowodnisz – wypalił Tomas tym samym zdradzając się. – Co mi udowodnisz młodzieńcze?!
– Wszystko i ty się do tego przyznasz. To ty mnie wywiozłeś?! – Wstał gwałtownie, a fotel na kółkach podjechał aż pod ścianę. – To dla ciebie Charlie pracował? Obiecałeś mu opłatę studiów? – Wolnym krokiem obszedł biurko. – Widzę na wylot twoją zdradę. Jesteś jak rdza, co niszczy metal cal po calu. Niepotrzebna i trzeba się jej pozbyć zanim zniszczy coś dobrego.
– Pierdolisz, Christianie. Nic nie zrobiłem.
– Zależało ci na kuzynie? Wiesz jak umierał? To twoja wina, że on nie żyje! Zabiłeś go, tak jak prawie moje dzieci i mnie! Sfora jest dla ciebie nikim! Wiem, że to ty! – krzyczał. – Twój głos cię zdradził, zapach, postura i sam siebie pogrążasz!
– Nawet jak to ja, to, co mi zrobisz?! – Tomas też wstał i założył ręce na piersi. Ten gówniarz go wkurwia. Przyszedł tu i go straszy.
– Ja tylko przyszedłem po prawdę. – Christian przechadzał się po gabinecie. Całe ciało go mrowiło od tego, że jego smok chciał nim zawładnąć i zrobić to, co do niego należy. A jego celem w tej chwili była obrona chłopaka i likwidacja tego, kto mu zagrażał. – Chcę prawdy, chcę spokoju. Pragnę wychować swoje dzieci obecne i przyszłe, żyć u boku wspaniałych mężczyzn, przyjaźnić się z członkami sfory i tymi, którym oddałem serce…
– Głupota! Co za głupota! Marzenie bab! Dobry dom, przystojny mąż, piękne i mądre dzieci! Ja chcę władzy! Mam gdzieś twoich mężczyzn! Nie urodziłem się sługą! Stone obiecał mi władzę nad sforą Coleman, ale zdechł! Miał zabić ciebie lub wziąć za swoją dziwkę, odsunąć tak daleko ciebie od Martina i Daniela by oszaleli i umarli z tęsknoty za tobą, bo by cię nie znaleźli. Daria pozbyłbym się przy okazji i władał wszystkim! Nawet dostarczyłem Stonowi tabletki poronne, ale ich nie zeżarłeś ty klaunie! – W Tomasa wstąpiła furia. – Jeszcze mi śmiercią grozisz, pętaku?! Powinieneś zdechnąć wraz ze swymi partnerami i dziećmi!
Tym razem Christian nie zapanował nad swoim smokiem. Bestia przejęła kontrolę i wydostała się z ciała zmiennego głośno rycząc. Jej ostre, kilkucentymetrowe pazury przeorały podłogę robiąc głębokie wyżłobienia w parkiecie. Szerokie skrzydła, które mieniły się jak diamenty, rozłożyły się, a ich końcówki strąciły z biurka, małe porcelanowe przyciski do papieru. Te uderzyły o podłogę tłukąc się na drobne kawałki. Nagle skrzydła uniosły się w górę i w dół robiąc wiatr, który rozwiał znajdujące się w jego zasięgu dokumenty, a jego siła poruszyła leżącym na biurku piórem, które sturlało się w dół, by zaraz zostać zmiażdżone przez wielką, białą łapę. Smok po raz kolejny zaryczał, a Tomas odskoczył do tyłu. Nie spodziewał się, że jednak ujrzy smoka. Smok zaryczał, zbliżył się do niego i pochylił łeb. Wielkie ślepia spoglądały na zdrajcę, a paszcza otworzyła się, by jednym kłapnięciem zmieść z powierzchni ziemi zgniły owoc. Owoc, który tylko zaraża inne swą zgnilizną sprawiając, że wszystko wokół choruje.
– Christian, nie!











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum