The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Czerwiec 20 2019 02:03:08   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Jedwabny szal 7


Przebywanie z Justinem było dość przyjemnym spędzeniem czasu. Mężczyzna nie odzywał się za wiele, ale to pozwalało Christianowi zatonąć w świat swoich myśli. Prawdopodobieństwo ciąży było bardzo duże. Lecz czy dwa dni wystarczyły na to? Już była możliwość dowiedzenia się tego? W takim razie jak długo trwa ciąża człowieka-smoka? Tak czasami siebie nazywał.
Justin przyglądał się, jak młody zmienny gładzi swój brzuch. Słyszał, co w domu mówiono. She­oni ciągle powtarzała, że być może Chris będzie miał dziecko, bo ona tak czuje. I po jego zachowa­niu, a bratowa robiła tak samo, mógł się o tym przekonać.
– Jesteś w ciąży? – Zapytał prostując się w fotelu. Obaj siedzieli w salonie nie będąc niepokojo­nymi przez Martina i Jacoba, który przyjechał z Justinem. Mężczyźni rozmawiali w gabinecie, a ich bliscy wybrali pełen słońca salon.
– Nie wiem. I nie wiem jak się mogę tego dowiedzieć. Martin mówi, żeby poczekać na Daniela.
– Sheoni ci wszystko powie. Wybierzcie się do niej.
– Mam taki zamiar. Sama myśl, że to ja jestem przy nadziei napawa mnie strachem. Jestem męż­czyzną. To dar mojej rasy. Mojej matki. Byłem zrodzony z kobiety i mam ten dar, ale nie wiem jak to będzie. – Pochylił się biorąc kubek z gorącą herbatą. Popatrzył na płyn w środku i wciągnął po­marańczowy zapach. – Justin... – przeniósł wzrok na towarzysza – dlaczego potrafisz rozmawiać ze mną, a z innymi nie?
Chłopak wzruszył ramionami i opuścił wzrok na swoje kolana.
– Nie wiem. – Więcej nic nie powiedział.
– Jak będziesz gotów ze mną porozmawiać, to wal śmiało. Teraz już sam wiem, że nieraz warto się komuś zwierzyć. – Uśmiechnął się do niego wciskając się głębiej w wygodny fotel i kładąc nogi pod siebie.
– Wiem. Ale nie potrafię. Zatopienie się w moim świecie jest... bezpieczniejsze – wyszeptał Ju­stin chowając twarz za kubkiem.
Christian już wiedział, że coś bardzo złego spotkało tego zmiennego wilka. Przez to nie chciał go naciskać. Po prostu spędzą czas razem. A kto wie może narodzi się z tego wielka przyjaźń. To mu przypomniało o Luisie i Sonii. Dwojgu ludziach tak mu oddanych.
– Zostawiłem w mieście przyjaciół – wyznał. – Brak mi ich, ale nie mogę narażać sfory na nie­bezpieczeństwo i ich na poznanie prawdy.
– Są ludźmi? – Zapytał Justin, a gdy towarzysz to potwierdził kontynuował dalej: – W Camas lu­dzie o nas wiedzą. Nie wszyscy, ale większość tak. To małe miasteczko, miła społeczność.
– Ja... boję się reakcji moich przyjaciół. Boję się, że będę dla nich potworem. Poza tym nie chcę ich narażać na niebezpieczeństwo. Stone jest bardzo złym zmiennym.
– Jak bardzo chciałbyś zobaczyć swoich przyjaciół? – Zapytał Daniel stojąc w progu. Wszystko słyszał. I obiecał sobie sprowadzić tutaj jego bliskich. Tylko musiał pomyśleć jak to zrobić, by ni­kogo nie narazić na niebezpieczeństwo.
– Może najpierw przyjdziesz i się przywitasz. – Christian wyciągnął do niego rękę. Przez tyle godzin zdążył się za nim stęsknić.
– A byłeś grzeczny?
– Na tyle na ile mi pozwalał Martin. – Puścił mu oczko, kątem oka widząc zażenowanie Justina. Kiedy czuł się bezpiecznie i dobrze, to Christian nie był biedną, płaczliwą osobą. Sęk w tym, że tak się czuł w domu ludzkich przyjaciół i dopiero tutaj. W swoim domu. Tak Arkadia stała się jego do­mem. Trochę obawiał się, jak przyjmie go sfora, ale był dobrej myśli. Zamruczał, kiedy Daniel po­chylił się nad nim i pocałował go czule biorąc jego dolną wargę w swoje i lekko ją ssąc. Chciał po­głębić pocałunek, ale partner się odsunął. Na pożegnanie trącając nosem jego nos.
– Jak się czujesz? – Ukucnął przed nim. Od chwili, gdy domyślił się, iż jego piękny Chris może być w ciąży, siedział w swoim biurowcu jak na szpilkach. Tak bardzo chciał być przy swoich partne­rach.
– Dobrze.
– Martin w gabinecie? – Za nim też się stęsknił. Najchętniej to zamknąłby się z nimi w domu i im towarzyszył. Cóż, jutro on zostaje przy Chrisie, a Martin musi jechać do swojej sfory. Za kilka dni zamieszkają tu wszyscy razem. Całe szczęście, że planował to od dawna. Nie wzbudzi to niczy­ich podejrzeń, że dwie watahy wynoszą się z miasta, łącząc w jedną.
– Idź do niego i przyprowadź go. Chcę jechać do Sheoni. – Widząc uniesione brwi Daniela, do­dał: – Ona wie wszystko o ciąży. A Martin mówił, że jej lekarz może mnie zbadać. Chcę to zrobić jeszcze dzisiaj.
– Też tego chcę. – Ucałował go jeszcze raz i jakby skrzydła go niosły poszedł do drugiego part­nera.
Chris uśmiechnął się do Justina, a ten nieśmiało oddał uśmiech.

* * *


Jacob z zainteresowaniem obserwował czułości Martina i Daniela. To jak się całują, a później opierają czoła o siebie. Więź partnerska wiele daje, ale tu też wyraźnie widział, że mężczyźni po prostu są sobie oddani pod każdym względem. Nawet bez więzi kochali by się i działali na siebie.
– Mam nowiny i nasz nowy przyjaciel może ich wysłuchać – powiedział Daniel odrywając się w końcu od partnera. Usiadł na brzegu biurka. – Za trzy dni będzie przyjęcie z okazji ceremonii paro­wania. Wszystko załatwiłem. Jeden ze Starszych przyjedzie i umocni naszą więź.
– Christian wie o tym? – Zapytał Coleman.
– Jeszcze nie. Uznałem, że powiemy mu o tym obaj. – Wziął go za rękę. – Oczywiście po wizy­cie u Sheoni.
– U mojej partnerki? – Zaciekawiony Jacob uniósł brwi.
– Musimy się wszystkiego dowiedzieć o jej lekarzu, zrobić badania i upewnić się, że Chris jest w ciąży – powiedział z dumą w głosie Daniel.
Jacob uśmiechnął się szeroko i wstał. Wyciągnął rękę do obu alf, a ci po kolei oddali uścisk.
– Zadzwonię do Sheoni i powiem, że będziemy mieli gości. Bardzo się ucieszy. Właściwie to czeka na tę wiadomość z niecierpliwością. Nie powiem jej wszystkiego Chris sam to zrobi. Cho­ciaż ona ma przeczucie, że w okolicy pojawi się nowy maleńki zmienny.

* * *


Godzinę później Sheoni, której partner nie zdradził celu wizyty, jak tylko zobaczyła Christiana wiedziała wszystko. Jej kocia natura potrafiła rozpoznać, kiedy ktoś był przy nadziei. Ze wzruszenia łzy stanęły jej w oczach. Tak mało zmiennych się teraz rodziło, a do tego Chris był mężczyzną. Tym bardziej upewniło ją, że natura nie pozwoli na całkowite wyginięcie paranormalnych. Znajdzie sposób, aby dany gatunek przetrwał. Serdecznie uściskała chłopaka.
– Już widzę jak nasze dzieci bawią się razem. – Sfora Langstona była nie tylko rodziną we wła­snym kręgu, lecz starała się żyć z innymi w zgodzie. Wiele gatunków broniło swych terenów, nie dopuszczało innych do siebie, ale nie oni. Dlatego bardzo się cieszyli, że Arkadię kupili tak za­cne i mądre alfy.
– Chciałbym, żebyś mi pomogła.
– Widzę, że jesteś przerażony. – Zgromiła wzrokiem jego partnerów. Czy oni nie widzieli, jak Chris się boi? Powinni być dla niego podporą.
– Nie mniej nic do nich. Nie powiedziałem im wszystkiego. Zresztą kilka godzin temu... dopie­ro... – plątał się w słowach nie wiedząc, co ma w nich wyrazić. – Czy dwa dni to nie mało, by określić mój stan?
– Nie stójmy w holu. Najpierw usiądźmy. Proponuję gabinet Jacoba, tam jest cisza i spokój, wtedy porozmawiamy. – Wskazała ręką wejście do pomieszczenia ukrytego głębiej w domu.
– Czego nam nie powiedziałeś? – Martin położył mu rękę na plecach prowadząc do pokoju. Da­niel szedł z drugiej strony trzymając Chrisa za rękę.
– Tego, co już wiecie, że się boję jak cholera – odpowiedział czując ich opiekę i miłość. Dawniej jak mama opowiadała mu o partnerstwie i wielkiej miłości, która nigdy nie umiera i trwa zawsze, nie wierzył w to. Nie rozumiał jak można tak od razu kogoś pokochać. To dla niego było niewy­obrażalne, sztuczne. Przecież uczucia nie pojawiają się od tak z powietrza. Teraz wiedział, że to się dzieje. Przychodzi łatwo jak oddychanie, a po zatwierdzeniu wybucha z ogromną siłą godną zburzyć całe miasta. Zresztą Christian i tak odnosił wrażenie, że pokochałby swoich partnerów nawet bez więzi partnerstwa.
Sheoni usiadła razem z Christianem i swym partnerem na długiej, czarnej kanapie. Wzięła dłoń Christiana w swoją.
– Kiedy ja zaszłam w wymarzoną ciążę, to był ogromny strach, ale i radość. Długo nie mogłam począć dziecka. Tobie się to udało bardzo szybko ze względu na twój inny cykl powtarzający się tyl­ko raz do roku. Kobieta, nawet zmienna ma szansę, jako człowiek, co miesiąc na poczęcie. Ty nie. Dlatego twój organizm przyjął natychmiastowo nasienie partnerów. Ciesz się. Jutro twoi partnerzy zabiorą cię do mojego lekarza. Ma gabinet w miasteczku. Zadzwonię do niego i was umówię. On ci wszystko powie. Uwierz, nie takie rzeczy robił.
– To zmienny? – Zapytał Daniel.
– Tak. Zmienny tygrysa.
– Wolny czy ma partnera? – Tym razem zapytał Martin, a jego wilk zawarczał z zazdrości.
– Wolny i bardzo samotny, ale to lekarz i macie mu pozwolić go dotknąć i zbadać – wtrącił Ja­cob. – Nie zrobi nic waszemu partnerowi i nie odbierze go wam. Chris na całe kilometry pachnie waszym zapachem. Wszyscy tutaj wiedzą, że nie jest już wolny.
– Zazdrośnicy. – Zmienny smok puścił im oczko, a jego kochankowie odchrząknęli udając, że interesują ich meble w gabinecie pochodzące z końca dziewiętnastego wieku. W ogóle antyki były tutaj wszędzie. Nawet duży zegar nad kanapą został niedawno odrestaurowany.
– Sheoni, ale ty jesteś kobietą. Jak ja mam urodzić? – Spytał się Chris zmiennej pantery.
– Cesarskie cięcie – odpowiedziała w dwóch słowach.
– Co?! - Pisnął.
– Nie bój się. Przecież każdy zmienny ma w większym czy mniejszym stopniu wykształcony dar samoleczenia. Z tego, co wiem, ty masz bardzo silny dar. Twoje ciało po jednym dniu będzie bez skazy.
Chris skinął głową trochę uspokojony. Potrzebował tej krótkiej rozmowy, ale i tak teraz wstydził się, że przyciągnął tu partnerów. Mógł po prostu zadzwonić do kobiety. Powiedział im to jak już byli w swoim domu. A oni się roześmieli i przytulili go. Uwielbiał jak są całą trójką razem i się tulą. Czuł się wtedy taki bezpieczny. I miał wielką nadzieję, że oni też są przy nim bezpieczni.

* * *


Następnego ranka Martin zgłosił Tomasowi, że się spóźni i obaj z Danielem zabrali Christiana do lekarza w miasteczku. Nie chcieli za bardzo go jeszcze pokazywać publicznie, nigdy nie wiado­mo kto go może zobaczyć i donieść Stoneowi. Dopóki nie mieli oficjalnej ceremonii tym bardziej woleli go trzymać z dala od innych. Po powrocie do domu zamierzali mu powiedzieć o małej uro­czystości.
Christian z zaciekawieniem rozglądał się po uliczkach miasteczka i rejestrował kolejne budynki. Sklep, biuro tłumaczeń, bar, fryzjer, kolejny sklep, ale tym razem z ubraniami. Wszystko obok sie­bie lub po dwóch stronach ulic. Były też budynki mieszkalne oraz szkoła. A w oddali na końcu mia­sta ratusz, i gdzieś tam za nim majaczyła kościelna wieża. Od czasu do czasu minął ich jakiś samo­chód, a po chodnikach chodzili ludzie za pewne o tak wczesnej porze śpieszący się do pracy. Co się dziwić, była dopiero siódma rano i pewnie spora liczba mieszkańców jeszcze spała. On sam chętnie po wylegiwałby się w łóżku, najlepiej ze swoimi partnerami, którzy tej nocy odmówili mu seksu. Niech sobie nie wyobrażają, że przez całą ciążę tak będzie. Nie jest przecież chory!
Daniel zaparkował przed budynkiem z dużą tabliczką na drzwiach informującą o tym, że to jest przychodnia i w jakich godzinach jest czynna. Odwrócił się do Christiana, który siedział na tylnym siedzeniu z Martinem.
– Gotowy?
– Nie wiem. Tak szybko się wszystko dzieje. Mam wrażenie, że chwilę temu uciekałem, a teraz mam nie tylko partnerów, ale i mogę mieć dziecko.
– Nie jesteś sam. Jesteśmy z tobą. – Martin pocałował go w czoło. – Idziemy. Pan doktor na ciebie czeka. I mam nadzieję, że jest stary i pomarszczony.

>center>* * *

Luis przekręcił się w łóżku i przeciągnął. Otworzył oczy i wystraszył się siedzącej przed nim postaci.
– Zabiję cię za straszenie mnie.
– No wreszcie się obudziłeś. Za godzinę masz być na uczelni, a chcę pogadać – powiedziała sie­dząca na łóżku po turecku Sonia.
– Co ty tu robisz? – Podciągnął się do góry, a że siostra siedziała na kołdrze, ta została w miej­scu i odsłoniła jego nagie ciało.
– O, brat. Musisz pogratulować naturze za obdarzenie cię tak hojnie. – Wyszczerzyła się.
– O czym ty... – Spojrzał na nią, a potem podążył za jej wzrokiem. Cholera. Jak dobrze, że nie miał wzwodu. Złapał za przykrycie i pociągnął na siebie. – Złaź!
– Nie wiedziałam, że sypiasz nago. – Wyciągnęła spod siebie kołdrę.
– Zamknij się i spadaj! – Krzyknął zawstydzony. – No, co się gapisz?
– Nadal nie wiem jak możesz nosić te włosiska na klacie i brzuchu. Wszyscy faceci powinni się depilować.
– A wszystkie kobiety powinny być łyse – odwarknął. – Czego chcesz?
– Nikt nas nie śledzi.
– Co?
– Wstałam, wyjrzałam przez okno i nikogo nie ma. Wczoraj był jakiś facet, a dziś nikt się koło domu nie kręci. Boję się, że znaleźli Christiana. – W jej oczach pojawiły się łzy.
– Na pewno nie. To mądry chłopak. – Drżącą ręką przesunął po swych bardzo krótko obciętych, czarnych włosach. Grube brwi Luisa zmarszczyły się. – Nie dałby się złapać. Znasz go. – Próbował pocieszać siostrę.
– Mam nadzieję, że jest bezpieczny.
– Na pewno jest. Wie, że ojciec go szuka i ten Stone. Czytałem o tym biznesmenie. Strasznie nieciekawy typ. Dlatego Chris uciekł. Bał się o nas. Sądził, że z dala od nas ochroni ciebie i mnie. Założę się, że jak będzie bezpieczny, to nas zawiadomi.
– Zastanawiam się, co on teraz robi. Czy ma, co jeść? Nie miał dużo pieniędzy i pewnie już mu się one skończyły.
– Teraz pewnie dobrze się gdzieś bawi lub smacznie śpi – odparł.
– I pewnie śmieje się, że musimy iść do szkoły. – Roześmiała się ocierając niesforną łzę. – A swoją drogą jak na uczelni? Pytają o niego?
– Ta. Nawet widzieli, że jest poszukiwany. Moja promotorka pytała czy coś wiem, więc po­wiedziałem, że nic. Bo nic nie wiem. – Wzruszył ramionami. – A teraz spadaj, muszę wstać.
– Wstawaj i tak cię widziałam. – Mimo słów zeszła z łóżka i udała się prosto do wyjścia z poko­ju. Zanim jednak zamknęła za sobą drzwi obejrzała się za siebie i rzekła: – Tęsknię za nim.
– Ja też. – Bardzo tęsknił. I bardzo się martwił. Pocieszał siostrę, a kto pocieszy jego? – Gdzie jesteś Chris?

* * *


Pan doktor, wbrew przewidywaniom Martina, nie był wcale stary i pomarszczony. Był to wysoki mężczyzna mierzący jakieś metr dziewięćdziesiąt pięć, zdecydowanie był wyższy od nich. Jego szerokie, męskie ramiona okrywał biały fartuch, a czarne włosy postawione do góry wyglądały bar­dzo seksownie, zdaniem Christiana. Co z tego, że miał partnerów? Miał oczy, a patrzenie na wspa­niałego mężczyznę jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Zwłaszcza, że nie czuł do niego pociągu fi­zycznego. Po prostu patrzył na niego jak na ładny eksponat. Sheoni coś wspomniała, że zmienny jest samotny. Chris miał nadzieję, że kiedyś pan doktor spotka kogoś, kto go uszczęśliwi ze wzajem­nością.
– Jestem Craig Raiford. – Lekarz wyciągnął do nich dłoń, a czarnymi oczami obrysował całą trójkę. – Sheoni, umówiła nas tak wcześnie, gdyż teraz będziemy mieć spokój.
Daniel oddał uścisk i przedstawił się. Miał nadzieję, że ten facet nie będzie dotykał jego Chri­stiana tam gdzie nie trzeba. Chociaż zdawał sobie sprawę, że przecież musi go dotknąć, raczej męż­czyzna nie prowadzi bez dotykowej praktyki.
– Mam nadzieję, że zajmiesz się naszym partnerem... stosownie – powiedział Martin. Ten facet był niebezpieczny. Był wolny i miał dotykać Christiana. Zaborczość jego wilka chciała walczyć o to, co jego. Nikt, kto nie jest związany nie ma prawa obmacywać jego partnerów. Nawet lekarz. Bał się swojej reakcji i dlatego powiedział: – Ja lepiej zostanę w poczekalni.
– Boi się pan, że zemdleje na widok igły? – Zapytał lekarz ukazując swoje białe zęby.
– On się boi, że jak dotkniesz Christiana, to rozszarpie ci gardło – poinformował Alston.
– Przepraszam, jakiej igły? – Zapytał Christian mając w tej chwili gdzieś zaborczość swoich ko­chanków. Bał się igieł. Miał do nich awersję. Chciał wrócić do domu i tam się schować przed złym doktorem, co go chciał kłuć. Odzywał się w nim kilkuletni chłopiec.
– Zaręczam, że nie będę robił nic, co sprawi, że pan Coleman będzie miał ochotę...
– Nasza więź dopiero się zawiązała i lepiej, żeby Martin został na zewnątrz, jak masz, chociaż jednym palcem tknąć Christiana. – Niby już mieli się uspokoić. Zatwierdzili Chrisa, ale czasem na swej drodze spotykało się takich zmiennych, że istoty w nich szalały z zaborczości. I wiedział, że Martin taką spotkał. Po ceremonii zaślubin wszystko się uspokoi.
– Dobrze. A was zapraszam do środka. – Lekarz również przeszedł na „ty”, skoro ten brunet tak zrobił.
– Jakiej igły? – Martin jeszcze usłyszał pytanie zmiennego smoka zanim zamknęły się za nimi drzwi. Usiadł na dwuosobowej kanapie i wziął do ręki, ze stojącego obok okrągłego stolika, koloro­wą gazetę. Nie wiedział ile potrwa badanie, to sobie poczyta o... Spojrzał na artykuł, o zdrowym od­żywianiu.

* * *


Leżał na kozetce ze strachem w oczach obserwując, jak lekarz zbliża się do niego z przeklętą igłą. Złapał za rękę stojącego obok Daniela i zacisnął powieki. Widząc to Craig pokręcił z rozba­wieniem głową.
– Nie ma Laury, pielęgniarki, ale myślę, że mam na tyle zwinne i delikatne palce, że nic cię nie zaboli. – Craig pochylił się i wbił igłę w uprzednio zdezynfekowane miejsce. – Potrzebuję trochę krwi do badania. O, gotowe.
Christian otworzył oczy i poluźnił uścisk na ręku Daniela, co ten przyjął z ulgą.
– Już? – zapytał blady jak śmierć chłopak.
– Tak, a czego się spodziewałeś? – Lekarz podpisał i zabezpieczył próbkę krwi. – Jutro będzie­my mieć stu procentową pewność, ale i tak już dziś się wszystkiego dowiemy. Zdejmij koszulkę zbadam cię i zrobię usg – mówił Raiford biorąc w ręce stetoskop.
– Czy nie dziwi cię, że mężczyzna jest w ciąży? – Spytał Chris pozwalając się zbadać.
– Dużo wiem o diamentowych smokach i ogólnie o smokach. Mężczyzna zrodzony z kobiety otrzymuje po niej dar. Tak piszą na wielu stronach zmiennych. A teraz cisza. To znaczy oddychać możesz. – Zaśmiał się, kiedy zmienny smok wstrzymał oddech. Starał się nie za bardzo dotykać dłonią Christiana, gdyż widział twardy wzrok Daniela. Może byłoby lepiej jakby ten zmienny też wyszedł. Cenił sobie swoje życie.
Daniel patrzył na badanie i starał się utrzymać swojego wilka w spokoju. Postanowił, że już ju­tro sprowadzi tu kogoś ze Starszyzny i odbędą ceremonię. Nie ma sensu czekać skoro on i Martin zatwierdzili Chrisa. On miał ich znaki na ramieniu i oni chcieli mieć jego. Zamyślił się o tym, co ju­tro planuje i dopiero, kiedy Chris ponownie chwycił go za dłoń mógł ujrzeć, jak Craig smaruje brzuch jego partnera żelem, a potem uruchamia USG.
– To zobaczymy czy już coś widać.
– A widać? Po dwóch dniach? – Zmienny smok uniósł z niedowierzaniem brwi.
– Widzę, że niewiele wiesz o swej rasie. Tak, będzie widać. Dziecko będzie szybko rosło i się rozwijało. Musi. Ciąża zmiennych nie trwa tak jak ludzka nawet, kiedy są w ludzkiej postaci.
– To ile moja będzie trwać? – Zapytał przełykając ślinę. – Oczywiście jak jestem w ciąży. – Pró­bował spojrzeć na monitor, ale nic tam nie widział.
– Za trzy miesiące będziesz trzymał maleństwo na rękach – odpowiedział lekarz patrząc na mały punkcik na ekranie.
Pod Danielem ugięły się nogi. U wilczych zmiennych ciąża trwa pięć miesięcy. Tu trzy i za trzy miesiące będzie ojcem. Czy to znaczy już nim jest?
– Mogę wam...
– Zaraz. Cokolwiek chcesz nam powiedzieć Martin musi przy tym być. – Daniel przerwał lekarzowi. Podszedł do drzwi i uchylił je wołając drugiego alfę.
– Już? – Martin wszedł do gabinetu. Ujrzał pół nagiego Chrisa i lekarza, który coś mu robił przy brzuchu. Zawarczał, a wtedy ramiona Daniela objęły go od tyłu.
– On go tylko bada. Pamiętaj, kochanie. – Pocałował go w szyję. Dla niego urocza była ta za­borczość. Ktoś, kto chciał Chrisa odrzucić, teraz szaleje, by nie dopuścić obcego na swój teren.
– Wiem, ale mój wilk jest silny.
– Podejdźcie tu panowie. – Lekarz nic sobie nie robił z tego jak zachowuje się Martin. Gdyby miał tak uroczego partnera sam, by go chciał schować przed światem. – Zobaczcie. – Wskazał na monitor. – Ta mała kuleczka to wasze... – Craig zmarszczył brwi. Przesunął głowicę, którą jeździł po brzuchu.
– Co się stało? – Zaniepokojony Chris napiął się.
– Leż spokojnie. To nic złego. – Uśmiechnął się, a jego oczy błyszczały, kiedy spojrzał na trójkę mężczyzn. – Gratuluję trojaczków panowie.










Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum