The Cold Desire
   Strona G艂贸wna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsy艂ania prac WYDAWNICTWO
Pa糳ziernik 15 2019 09:05:32   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Sk贸rki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
艢CIANA S艁AWY
Tutaj b臋d膮 umieszczane odnosniki do stron, na kt贸rych znalaz艂y si臋 recenzje wydanych przez nas ksi膮偶ek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez nasz膮 stron臋. W celu zobaczenia szczeg贸艂贸w nale偶y klikn膮膰 w dany banner





Witamy
Strona ta po艣wi臋cona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazuj膮cemu relacje homoseksualne pomi臋dzy m臋偶czyznami. Je艣li jeste艣 zagorza艂ym przeciwnikiem lub w jaki艣 spos贸b nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opu艣膰 t臋 witryn臋 - reszt臋 naszych Go艣ci serdecznie zapraszamy
M贸j ch艂opak 艢mier膰 8


Dni mija艂y spokojnie, a偶 do tego pewnego dnia, gdy 偶ycie Bazylego sta艂o si臋 koszmarem. Chocia偶 nic tego nie zapowiada艂o, przynajmniej rano, gdy wstawa艂. Ostro偶nie wyswobodzi艂 si臋 z obejmuj膮cego go ramienia i cicho ewakuowa艂 si臋 do 艂azienki. Przed wyj艣ciem z domu jeszcze uca艂owa艂 Kostka, kt贸ry nawet nei drgn膮l, chocia偶 Bazyli doskonale wiedzia艂, ze jego ch艂opak nie spa艂. Nie potrzebowa艂 snu. Troch臋 to go zdziwi艂o, lecz nie mia艂 czasu by si臋 zastanawia膰, musia艂 lecie膰 na zaj臋cia, a nie lubi艂 si臋 sp贸藕nia膰. Niestety wszystko jakby sprzysi臋g艂o si臋 przeciwko niemu. Na pocz膮tek uciek艂 mu tramwaj. Przyjecha艂 za wcze艣nie i nawet nie czeka艂, by odjecha膰 o w艂a艣ciwej godzinie, tylko ruszy艂 od razu dalej, o ma艂o nie przycinaj膮c Bazylemu nogi, kt贸ra ju偶 prawie wchodzi艂 do 艣rodka. Na szcz臋艣cie odruchowo j膮 cofn膮艂. Zakl膮艂 w艣ciekle, gdy tramwaj odjecha艂. Niestety nast臋pny mia艂 by膰 dopiero za czterdzie艣ci minut. Postanowi艂 wi臋c p贸j艣膰 na autobus odje偶d偶aj膮cy z s膮siedniej ulicy. Wprawdzie wi膮za艂o si臋 to z dwiema przesiadkami, a nie jedn膮, jak w przypadku tramwaju, ale przynajmniej trwa艂o to kr贸cej ni偶 czekanie na nast臋pny tramwaj. Na szcz臋艣cie autobus mia艂 by膰 za pi臋膰 minut. Na szcz臋艣cie przyjecha艂 o czasie. I na tym sko艅czy艂y si臋 jego drobne szcz臋艣cia. Autobus p臋dzi艂 jak szalony, przynajmniej takie wra偶enie odnosi艂 Bazyli, ale p贸ki jecha艂, a nie sta艂 w korkach, nie mia艂 nic przeciwko. A偶 do momentu gdy gwa艂townie zahamowa艂 i ludzie polecieli do ty艂u. Na niego polecia艂 jaki艣 dzieciak wylewaj膮c zawarto艣膰 trzymanego kubka. Bazyli wypu艣ci艂 do艣膰 soczyst膮 wi膮zank臋, 偶e a偶 matka zatka艂a dziecku uszy i oburzona powiedzia艂a co my艣li o takim zachowaniu. Bazyli nie by艂 jej d艂u偶ny. Kultura kultur膮, ale oparzone klejnoty s膮 wa偶niejsze.
- Pani bachor podpali艂 mi jaja – warkn膮艂 pokazuj膮 na ogie艅 p艂on膮cy na jego kroczu. – Mo偶e mam ci podpali膰 cip臋, 偶eby艣 sama zobaczy艂a jakie to przyjemne? – wyszarpn膮艂 dzieciakowi kubek i ugasi艂 ogie艅.
Kobiet臋 a偶 zatka艂o. Chwil臋 gniewnie sapa艂a, a偶 w ko艅cu mrukn臋艂a „gbur”, zabra艂a dziecko i wysiad艂a z autobusu. Bazyli tylko wzruszy艂 ramionami. Co go to obchodzi.
W ko艅cu autobus dojecha艂 na miejsce. Bazyli troch臋 si臋 nawet zdziwi艂 gdy drzwi si臋 otworzy艂y tu偶 przed wej艣ciem do uczelni, ale zanim zd膮偶y艂 o to zapyta膰 kierowc臋, autobusu ju偶 nie by艂o. Nie zawracaj膮c sobie tym wi臋cej g艂owy wszed艂 do budynku. I wywin膮艂 or艂a.
- Co jest? – mrukn膮艂 rozcieraj膮c pulsuj膮ce b贸lem siedzenie.
Kiedy w ko艅cu podni贸s艂 wzrok, zdumia艂 si臋. Znajdowa艂 si臋 na 艣rodku ogromnego lodowiska.
- Lodowisko? Tutaj? – Rozejrza艂 si臋 w ko艂o i zauwa偶y艂, 偶e to nie jest zwyk艂e lodowisko tylko stadion narodowy. Zamro偶ony, jakby jaka艣 tajemnicza si艂a dmuchn臋艂a na wszystko lodem, nie tylko na muraw臋, ale nawet na 艂awki i lo偶e dla vip贸w. Spojrza艂 w g贸r臋 i zobaczy艂 intensywnie grzej膮ce s艂o艅ce. Jednak nie by艂o ono w stanie stopi膰 lodu.
Na przeciwleg艂ym ko艅cu, tu偶 za band膮 zauwa偶y艂 schody prowadz膮ce w g贸r臋. To do nich musi si臋 dosta膰! Tam b臋dzie wybawienie! Ruszy艂 powoli, ostro偶nie stawiaj膮c kroki. Przesuwa艂 si臋 wr臋cz w 偶贸艂wim tempie. W ko艅cu jako艣 dotar艂 do bandy. Przytuli艂 si臋 do niej i zacz膮艂 艂apczywie 艂apa膰 powietrze. Kiedy w ko艅cu rozko艂atane serce si臋 uspokoi艂o, zszed艂 z lodu i 艣ci膮gn膮艂 艂y偶wy. Rozejrza艂 si臋 w ko艂o ale nigdzie nie zobaczy艂 swoich but贸w, za to na najbli偶szym krzese艂ku sta艂y papucie w kszta艂cie kr贸lik贸w. Nie maj膮c wyj艣cia za艂o偶y艂 je i poszed艂 w stron臋 schod贸w. Szed艂 po nich i szed艂, a one wydawa艂y si臋 nie mie膰 ko艅ca. Zakr臋cone niczym w jakiej艣 wie偶y pi臋艂y si臋 w g贸r臋. A on szed艂 uparcie do g贸ry bo przecie偶 kiedy艣 w ko艅cu te schody musz膮 si臋 sko艅czy膰. Zm臋czenie zacz臋艂o si臋 wkrada膰 w cia艂o, jednak mimo to wci膮偶 szed艂. Kolana ze zm臋czenia zacz臋艂y si臋 pod nim ugina膰, 偶e a偶 w pewnym momencie musia艂 si臋 podpiera膰 r臋kami i i艣膰 na czworakach. W pewnym momencie upad艂 bezsilnie. Po chwili podni贸s艂 si臋 z wysi艂kiem i spojrza艂 w g贸r臋. Dlaczego to cholerne s艂o艅ce musi tak grza膰? Dlaczego ta pustynia si臋 nie ko艅czy? Gdzie okiem si臋gn膮膰 tylko piasek i piasek.
Nagle zobaczy艂 drzwi. Na ten widok w jego cia艂o wst膮pi艂y nowe si艂y. Podni贸s艂 si臋 i zataczaj膮c si臋 doszed艂 do drzwi. Otworzy艂 je i wszed艂 do sali wyk艂adowej.
- Pan sp贸藕nialski wreszcie raczy艂 do nas do艂膮czy膰 – dobieg艂o od strony katedry, a oczy wszystkich skierowa艂y si臋 na niego – Ju偶 my艣leli艣my, 偶e trzeba b臋dzie wysy艂a膰 specjalne zaproszenie.
Bazyli spojrza艂 w stron臋 wyk艂adowcy i zd臋bia艂.
- Anita? Co ty tu robisz?
Przed katedr膮 sta艂a Anita ubrana w czarny sk贸rzany kostium nabijany 膰wiekami, do tego wysokie buty i d艂ugi pejcz w d艂oni.
- Jak 艣miesz si臋 odzywa膰 do swojego profesora?! Chcesz 偶ebym ci臋 za to ukara艂a?! – wykrzykn臋艂a i strzeli艂a biczem. – Siadaj na miejsce, bo inaczej zaraz poczujesz co znaczy m贸j gniew!
Bazyli b艂yskawicznie pokona艂 odleg艂o艣膰 dziel膮c膮 go od pierwszej 艂awki w kt贸rej zawsze siedzia艂. I zd臋bia艂. Na jego miejscu siedzia艂 kostkowy anio艂ek. A poniewa偶 by艂 za ma艂y, na krze艣le le偶a艂o kilka grubych tom贸w encyklopedii a dopiero na nich siedzia艂 Miko艂aj.
- A ty co tu robisz?
- Jak to co? – burkn膮艂 Miko艂aj. – Chyba wida膰, studiuj臋.
- Ale ty?
- A co, masz co艣 przeciwko mnie? – Miko艂aj podfrun膮艂 i znalaz艂 si臋 naprzeciwko twarzy Bazylego patrz膮c na niego w艣ciekle. W jego r臋ce b艂yszcza艂 miecz. – M贸wisz, 偶e nie powinienem tu by膰?
Jego oczy nagle zacz臋艂y p艂on膮膰, twarz wykrzywi艂a si臋 w艣ciekle, a z ust zacz膮艂 bucha膰 ogie艅. Nagle Miko艂aj zacz膮艂 rosn膮膰, a jego twarz wykrzywia艂a si臋 coraz bardziej i bardziej, a偶 w ko艅cu przypomina艂a straszna mask臋. Powietrze za nim zacz臋艂o falowa膰, czarne chmury zasnu艂y niebo. Przera偶ony Bazyli zacz膮艂 si臋 cofa膰. 呕wir chrz臋艣ci艂 pod jego butami. Nagle potkn膮艂 si臋 o jaki艣 kamie艅 i polecia艂 do ty艂u. Zacz膮艂 si臋 turla膰 z g贸rki a kamienie na kt贸re co rusz wpada艂, bole艣nie wbija艂y mu si臋 w cia艂o. W ko艅cu dolecia艂 do ko艅ca. Podni贸s艂 si臋 i otrzepa艂. Nagle zobaczy艂 przed sob膮 艢mier膰 w czarnym habicie.
- Kostek? – zdziwi艂 si臋. – Co ty tu robisz? Co tu si臋 dzieje? I gdzie ja w og贸le jestem.
- Jeste艣 w piekle – odpar艂a 艢mier膰 grobowym g艂osem i roze艣mia艂a si臋 z艂owrogo. – I zaraz zostaniesz ukarany!
- Ale偶 kochanie, o czym ty m贸wisz, to ja, tw贸j ukochany! – zawo艂a艂 przera偶ony. Jednak 艢mier膰 nie zareagowa艂 na to. Wyci膮gn膮艂 z kieszeni habitu ostrza艂k臋 i zacz膮艂 ostrzy膰 kos臋 艣piewaj膮c przy tym weso艂o:

zupa z trupa, ko艣ci grzane, 偶ygowin膮 polewane.
a na deser p贸艂 s艂oika bitej flegmy od gru藕lika.
Kosteczki, kosteczki, jak ja kocham was.
Obgryza膰 mi臋sko a偶 do ko艣ci, mniam, mniam, mniam,
Urz膮dzim przyj臋cie, zaprosim robaczki
Niech se ucztuj膮 a偶 si臋 porzygaj膮
Jak ju偶 sko艅cz膮, to je upichcimy.
Chrupa膰 je b臋dziemy, krwi膮 si臋 upijemy
Na kosteczkach se zagramy,
艁adna melodyjk臋 wam podamy
Kosteczki bielutkie, w s艂o艅cu ususzymy
P艂otek 艣liczny z nich zrobimy.
Nagle przesta艂 艣piewa膰 i powiedzia艂 do Bazylego, u艣miechaj膮c si臋 z艂owrogo.
- Szykuj si臋, nadesz艂a twoja pora. - I zamachn膮艂 kos膮
Bazyli odruchowo uskoczy艂, tak 偶e kosa trafi艂a w ziemi臋. Wbi艂a si臋 do艣膰 g艂臋boko i 艢mier膰 zacz膮艂 si臋 szamota膰, by j膮 wyci膮gn膮膰. Wykorzystuj膮c fakt, 偶e przeciwnik jest chwilowo zaj臋ty, Bazyli podni贸s艂 si臋 i zacz膮艂 szybko ucieka膰. By艂 przera偶ony. Nie m贸g艂 zrozumie膰 dlaczego nagle Konstanty chce go zabi膰. Przecie偶 tyle razy powtarza艂, 偶e go kocha, 偶e got贸w by by艂 za niego odda膰 偶ycie. Wi臋c dlaczego teraz tak si臋 zachowuje? Z oczu pociek艂y mu 艂zy. Nie m贸g艂 tego zrozumie膰. 艁zy zacz臋艂y przes艂ania膰 mu widok, lecz mimo to bieg艂 dalej. Nagle us艂ysza艂 gdzie艣 za plecami z艂owrogi 艣miech i g艂os wo艂aj膮cy:
- No nareszcie! Koledzy, za nim! Nie pozw贸lcie by nam uciek艂 taki smakowity kawa艂ek mi臋sa!
Nie przestaj膮c biec, Bazyli obejrza艂 si臋 za siebie i zobaczy艂 pojawiaj膮ce si臋 kolejne 艢mierci w czarnych habitach. Nad nimi wszystkim g贸rowa艂 Konstanty ze swoj膮 b艂yszcz膮c膮 kos膮. Jego habit powiewa艂 z艂owrogo na wietrze, a nad g艂ow膮 raz po raz rozb艂yska艂y krwawe b艂yskawice. BAzyli wzdrygn膮艂 si臋 przera偶ony i zacz膮艂 przebiera膰 jeszcze szybciej nogami. Jednak mimo i偶 si臋 stara艂, to nie m贸g艂 si臋 ruszy膰 z miejsca, jakby co艣 go przytrzymywa艂o. Zaczyna艂o ju偶 mu brakowa膰 powietrza w p艂ucach, a na plecach prawie czu艂 oddech pogoni. Nagle ziemia zacz臋艂a si臋 trz膮艣膰. Upad艂. Nie zd膮偶y艂 si臋 podnie艣膰, gdy nagle ziemia pod nim otworzy艂a si臋 i zacz膮艂 spada膰. Przerazi艂 si臋. z jego piersi wyrwa艂 si臋 krzyk, kt贸ry trwa艂 przez ca艂y czas jak spada艂. W ko艅cu dolecia艂. J臋kn膮艂 kiedy jego cia艂o gwa艂townie zderzy艂o si臋 z pod艂o偶em, wzbijaj膮c tumany czerwonego py艂u. Wdziera艂 si臋 on do oczu, uszu i nosa, uniemo偶liwiaj膮c oddychanie. Bazyli czu艂 wr臋cz jak wysysa z jego p艂uc ca艂e powietrze, zaciskaj膮c si臋 coraz mocniej na jego klatce piersiowej. Rozpaczliwie zacz膮艂 walczy膰 o 偶ycie. Nie wiedzia艂 kto go trzyma, al. mimo to wali艂 pi臋艣ci na o艣lep, czuj膮c, ze raz po raz co艣 trafia. W pewnym momencie 艣ciskaj膮ca go si艂a znikn臋艂a, a czerwony py艂 opad艂. Odetchn膮艂 pe艂n膮 piersi膮 kilka razy i przetar艂 oczy, 偶eby pozby膰 si臋 z nich resztek piachu. Kiedy sko艅czy艂, zobaczy艂 na wysoko艣ci swojej twarzy dwa diabliki.
- Adam? Lisa? A co wy tu robicie?
Diabliki u艣miechn臋艂y si臋 z艂owrogo, szczerz膮c z臋by ostre niczym u wampira i powoli wyci膮gn臋艂y zza plec贸w r臋ce, w kt贸rych trzyma艂y wid艂y. Ociekaj膮ce krwi膮 wid艂y. Nie czekaj膮c na reakcj臋 Bazylego, rzuci艂y si臋 na niego i zacz臋艂y d藕ga膰 tymi wid艂ami. Ch艂opak pr贸bowa艂 uciec, ale nie m贸g艂 ruszy膰 nogami. Spojrza艂 w d贸艂 i zobaczy艂 oplataj膮ce si臋 wok贸艂 jego ko艅czyn bluszcze. Z艂apa艂 je r臋kami i pr贸bowa艂 wyrwa膰, ale te si臋 nie dawa艂y, rani膮c mu r臋ce kolcami. A diabliki wci膮偶 go d藕ga艂y tymi swoimi wid艂ami. A ka偶de takie d藕gni臋cie rozlewa艂o si臋 niczym ogie艅 po ca艂ym ciele, parali偶uj膮c wszystkie ko艅czyny i odbieraj膮c zmys艂y. Krzycza艂. To by艂o jedyne co m贸g艂 robi膰, krzycze膰 z b贸lu.
Nagle, kiedy by艂 ju偶 bliski ob艂臋du, wszystko znikn臋艂o: bluszcze, b贸l i diabliki. Rozejrza艂 si臋 w ko艂o. Niebo wci膮偶 by艂o krwisto-czarne, ziemia pod stopami bardziej przypomina艂a popi贸艂 ni偶 piach, a w powietrzu unosi艂 si臋 od贸r zgnilizny. Skrzywi艂 si臋. Od贸r stawa艂 si臋 coraz mocniejszy, 偶e nawet zatkanie nosa i oddychanie przez usta nie pomaga艂o. Postanowi艂 szybko st膮d odej艣膰. Rozejrza艂 si臋 w ko艂o. W oddali zobaczy艂 las. Przypomnia艂o mu si臋 z lekcji biologii w podstaw贸wce, ze drzewa produkuj膮 tlen, a tlen oznacza艂 czyste powietrze. Ruszy艂 w tamt膮 stron臋, lecz nagle zrobi艂 kilka krok贸w, gdy ziemia pod nim zacz臋艂a si臋 zapada膰. Zacz膮艂 si臋 rozpaczliwie szarpa膰, pr贸buj膮c si臋 uwolni膰, lecz im mocniej si臋 szarpa艂, tym bardziej si臋 zapada艂. Piasek si臋ga艂 ju偶 do jego ust, a chwil臋 potem nakry艂 go ca艂ego, przes艂aniaj膮c kompletnie widok.
Kiedy w ko艅cu odzyska艂 ostro艣膰 widzenia, okaza艂o si臋, ze le偶y na kamiennej posadzce. Rozejrza艂 si臋 we wszystkie strony. Niestety to, co zobaczy艂 nic mu nie m贸wi艂o, nie zna艂 tego otoczenia. Kamienne 艣ciany, 艂ukowate sklepienia i p艂on膮ce wsz臋dzie pochodnie. Ruszy艂 przed siebie, rozgl膮daj膮c si臋 w ko艂o, maj膮c nadziej臋, 偶e znajdzie jakie艣 drzwi. Tak by艂 tym zaj臋ty, 偶e nawet nie zauwa偶y艂, ze na co艣 wpad艂. Polecia艂 do ty艂u i klepn膮艂 ty艂kiem na posadzk臋. Rozmasowa艂 czo艂o i dopiero wtedy spojrza艂 w co w艂a艣ciwie uderzy艂. Przed nim sta艂 ros艂y demon z dziwnie b艂yszcz膮cymi oczami. Bazyli, maj膮c z艂e przeczucia co do niego zacz膮艂 si臋 cofa膰 szoruj膮c ty艂kiem po posadzce. A demon powoli szed艂 w jego stron臋, u艣miechaj膮c si臋 coraz bardziej drapie偶nie i oblizuj膮c si臋 d艂ugim niczym u jaszczurki j臋zykiem. Nie spuszczaj膮c oczu z ofiary demon powoli zacz膮艂 rozpina膰 spodnie, a kiedy w ko艅cu opad艂y, Bazyli z przera偶eniem zobaczy艂 gigantycznych wr臋cz rozmiar贸w cz艂onek.
- Chod藕 tu, s艂odki – wymrucza艂 demon, wci膮偶 si臋 przybli偶aj膮c – zabawimy si臋. Zobaczysz, b臋dzie ci jak w niebie. – Za艣mia艂 si臋.
- Nie! – krzykn膮艂 przera偶ony Bazyli, podni贸s艂 si臋 i zacz膮艂 ucieka膰.
Nie zd膮偶y艂 uciec zbyt daleko, gdy nagle jaka艣 tajemnicza si艂a unios艂a go w powietrze. Zacz膮艂 rozpaczliwie macha膰 nogami i r臋kami. Nagle sp艂yn膮艂 na d贸艂, lecz w dalszym ci膮gu nie m贸g艂 si臋 ruszy膰. Wtem poczu艂 jak czyje艣 r臋ce go obejmuj膮, a gor膮cy oddech owion膮艂 jego kark.
- Nie uciekniesz, kochanie艅ki – wymrucza艂 mu demon do ucha jednocze艣nie powoli sun膮c r臋k膮 wzd艂u偶 jego brzucha a偶 do rozporka.
Bazyli rozpaczliwie pr贸bowa艂 si臋 uwolni膰, lecz demon by艂 od niego silniejszy. I coraz bardziej napalony. Ch艂opak czu艂 jak cz艂onek tamtego wbija mu si臋 w ty艂ek. Pazury demona rozrywa艂y mu ubranie zostawiaj膮c 艣lady na sk贸rze i nieub艂aganie zbli偶aj膮c si臋 do jego cz艂onka.
- Nie! – zacz膮艂 krzycze膰 Bazyli przeczuwaj膮c co si臋 zaraz sranie. – Kostek! Ratuj!
- Kto艣 mnie wzywa艂? – dolecia艂o nagle do jego uszu i przed oczami ch艂opaka pojawi艂 si臋 jego ukochany w swoim s艂u偶bowym stroju.
- Kostek! Ratuj!
- Ale偶 z mi艂膮 ch臋ci膮 – u艣miechn膮艂 si臋 Konstanty i machn膮艂 par臋 razy kos膮 odcinaj膮c demonowi obie r臋ce. Krew trysn臋艂a strumieniami, oblewaj膮c Bazylego. Konstanty machn膮艂 jeszcze raz kos膮 i g艂owa demona potoczy艂a si臋. Kostek zamachn膮艂 si臋 swoim narz臋dziem pracy i pos艂a艂 j膮 do znajduj膮cego si臋 niedaleko do艂ka golfowego, a gdy wpad艂a do 艣rodka, uni贸s艂 rado艣nie r臋k臋 zaci艣ni臋t膮 w pi臋艣膰 i powiedzia艂:
- Yes, yes, yes! – A potem odwr贸ci艂 si臋 do Bazylego. – Nale偶y mi si臋 za to nagroda.
- Nagroda? – wyb膮ka艂 niepewnie ch艂opak pr贸buj膮c zetrze膰 z twarzy krew demona.
艢mier膰 pstrykn膮艂 palcami i nagle za plecami Bazylego wyros艂a ogromna ska艂a. Kolejne pstrykni臋cie palcami i ze ska艂y wystrzeli艂y 艂a艅cuchy oplataj膮c Bazylego i przyciskaj膮c go do ska艂y.
- Kostek?! Co to jest?! – zapyta histerycznie Bazyli, niestety 艢mier膰 nic nie odpowiedzia艂, tylko zacz膮艂 powoli ostrzyc kos臋, weso艂o przy tym nuc膮c. – Kostek, co ty robisz?!
- Jak to co? - odpar艂 艢mier膰 niedbale, nie przerywaj膮c zaj臋cia. – Przygotowuj臋 sobie obiadek. Jak my艣licie – spojrza艂 na d贸艂, gdzie sta艂y Wicher i Tornado – b臋dzie bardziej smakowa艂 z kechupem czy musztard膮?
Kociaki miaukn臋艂y i obliza艂y si臋, drapie偶nie wpatruj膮c w ofiar臋.
- Kostek, co ty robisz?! To ja, tw贸j ukochany, Bazyli.
- Wieeem – odpar艂 flegmatycznie Kostek, nie przestaj膮c ostrzy膰 kosy.
- Wi臋c dlaczego mi to robisz?!
- Bo jestem g艂odny, a ty wygl膮dasz tak apetycznie. Powinna ju偶 by膰 dobra – mrukn膮艂 sprawdzaj膮c ostro艣膰 kosy. – To od czego zaczniemy? - zwr贸ci艂 si臋 ponownie do kociak贸w. Te miaukn臋艂y. – M贸wicie? Czemu nie.
Machn膮艂 kos膮 i prawa noga Bazylego odpad艂a a z rany zacz臋艂a tryska膰 fontanna krwi. Bazyli zacz膮艂 krzycze膰 z b贸lu i ze strachu. Kolejne machni臋cie kos膮 i lewa noga le偶a艂a obok prawej. A potem lewa r臋ka i prawa. Krew sika艂a z niego strumieniami, a Bazyli nie przestawa艂 krzycze膰.
- Rany – j臋kn膮艂 Kostek – m贸g艂by艣 si臋 tak nie drze膰? 艁eb mi od tego p臋ka. – Po czym wsadzi艂 w usta ch艂opaka jab艂ko. – No, w ko艅cu cisza. Nie s膮dzi艂em, 偶e kiedykolwiek tak si臋 z tego uciesz臋. A jab艂uszko powinno doda膰 smaczku. Wolicie r臋k臋 czy nog臋? – zapyta艂 kociak贸w, a gdy te miaukn臋艂y, rzuci艂 im jedn膮 z n贸g.
Koty rzuci艂y si臋 na ko艅czyn臋 艂apczywie i zacz臋艂y j膮 szarpa膰, mrucz膮c przy tym z zadowolenia niczym traktor.
- Kochane kociaki – Kostek u艣miechn膮艂 si臋 z rozczuleniem, patrz膮c na zwierzaki. - W ko艅cu si臋 najecie ile chcecie.
Podni贸s艂 pozosta艂e ko艅czyny i wrzuci艂 je do stoj膮cego obok ogromnego kot艂a, a potem zacz膮艂 dodawa膰 przyprawy, mrucz膮c przy tym:
- Du偶o czosneczku, bo przecie偶 lubimy czosneczek, pieprzyk i papryczka, 偶eby by艂o na pikantnie, bazylia, tymianek, troszk臋 soli, ale nie za du偶o, 偶eby nie przesadzi膰… - zaczerpn膮艂 chochl膮 i spr贸bowa艂.– Hmmm, czego艣 tu brakuje – mrukn膮艂 – tylko czego? – zamy艣li艂 si臋. – O, ju偶 wiem, listek laurowy!
Jeszcze przez chwil臋 miesza艂, po czym nala艂 sobie zupy do miski i postawi艂 j膮 na stole. Roz艂o偶y艂 jedn膮 serwetk臋 na kolanach a druga pod szyj膮, pow膮cha艂 stoj膮c膮 w wazonie r贸偶臋 i zabra艂 si臋 za jedzenie.
- A teraz czas na deserek – mrukn膮艂 wytar艂szy usta serwetk膮. Podszed艂 do wci膮偶 przykutego do ska艂y Bazylego i rozci膮艂 mu brzuch. Wn臋trzno艣ci wyp艂yn臋艂y z plaskiem na ziemi臋. – Kiiiici, kici, kici – zacz膮艂 wo艂a膰, a gdy kociaki przybieg艂y, powiedzia艂 czule: - Macie deserek.
Koty rzuci艂y si臋 na wn臋trzno艣ci 艂api膮c jednocze艣nie jelita. Chwil臋 potem mocowa艂y si臋 mi臋dzy sob膮 pr贸buj膮c zagarn膮膰 ten sam kawa艂ek.
- No to teraz nasz deserek – mrukn膮艂 Kostek i ko艅cem kosy wyd艂uba艂 Bazylemu oczy, a potem schrupa艂 je. – Nie, to nie to – mrukn膮艂, po czym wbi艂 mu w g艂ow臋 s艂omk臋 i wyssa艂 przez ni膮 ca艂y m贸zg.
Bazyli przez ca艂y czas patrzy艂 jak koty po偶eraj膮 jego wn臋trzno艣ci, dop贸ki nie ogarn臋艂a go ciemno艣膰 po tym jak wyd艂ubano mu oczy. S艂ysza艂 jak jego Konstanty chrupie jego ga艂ki oczne, potem poczu艂 b贸l gdy co艣 wysysa艂o mu m贸zg, a potem nie czu艂 ju偶 nic. By艂 martwy.
Przera偶ony zacz膮艂 krzycze膰. Poczu艂 czyj艣 dotyk na plecach, odruchowo si臋 szarpn膮艂, pr贸buj膮c od niego uciec. Lecz co艣 go ogranicza艂o, jaka艣 艣ciana.
- Kochanie, co si臋 sta艂o? – us艂ysza艂 zaniepokojony g艂os Kostka. B艂ysn臋艂o 艣wiat艂o. – Wszystko w porz膮dku?
- Nie dotykaj mnie, ty potworze! – wyst臋ka艂.
Dotyk na jego plecach znikn膮艂, a materac poruszy艂 si臋. Bazyli skuli艂 si臋 i zacz膮艂 p艂aka膰. Nie mia艂 ju偶 si艂y ucieka膰, nie mia艂 ju偶 si艂y znosi膰 ca艂y ten b贸l. Nie m贸g艂 zrozumie膰 co tu si臋 dzieje i dlaczego Kostek tak si臋 wobec niego zachowuje.
Nagle poczu艂 jak materac ugina si臋, dotyk na jego plecach znowu si臋 pojawia. Zacz膮艂 dr偶e膰.
- Nie b贸j si臋 – us艂ysza艂 spokojny g艂os Kostka – nic ci nie zrobi臋. Zrobi艂em ci ciep艂膮 czekolad臋, podobno jest dobra na senne koszmary.
Bazyli podni贸s艂 niepewnie wzrok i spojrza艂 na Kostka. Trzyma艂 w r臋ce paruj膮cy kubek a w oczach mia艂 trosk臋 i niepok贸j.
- Senny koszmar? – zapyta艂 niepewnie i z niedowierzaniem, wycieraj膮c jednocze艣nie 艂zy.
- Oczywi艣cie – odpar艂 Konstanty u艣miechaj膮c si臋 艂agodnie. – Nie wiem co ci si臋 艣ni艂o, ale to by艂 tylko z艂y sen. Wypij czekolad臋, a na pewno ju偶 si臋 nie powt贸rzy.
Bazyli wzi膮艂 kubek i niepewnie upi艂 艂yk. Smakowa艂o czekolad膮. Tak膮 jak lubi艂. Odetchn膮艂 z ulg膮, bior膮c kolejny 艂yk.
A wi臋c to wszystko to by艂 tylko najzwyklejszy w 艣wiecie koszmar…











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, 縠by m骳 dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dost阷ne tylko dla zalogowanych U縴tkownik體.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, 縠by m骳 dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa U縴tkownika

Has硂



Nie jeste jeszcze naszym U縴tkownikiem?
Kilknij TUTAJ 縠by si zarejestrowa.

Zapomniane has硂?
Wy渓emy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze sta艂e, cykliczne projekty



Tu jeste艣my
Bannery do miejsc, w kt贸rych mo偶na nas te偶 znale藕膰



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemno艣ci膮 艣ledz臋 Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpud艂a :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, je艣li kto艣 tu zagl膮da i chce wiedzie膰, co porabiam, to mo偶e zajrze膰 do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z r贸偶nych przyczyn staram si臋 by膰 optymist膮, wi臋c b臋d臋 trzyma艂 kciuki 偶eby uda艂o Ci si臋 odtworzy膰 to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro s艂ysze膰, Jash. Wprawdzie nie czyta艂em Twojego opowiadania, ale szkoda, 偶e nie doczeka si臋 ono zako艅膰zenia.

Archiwum