The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 22 2019 13:17:03   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Running away 49


Rozdział 49

Obudziłem się, mając nadzieję, że szybko zobaczę Rainamara. Co dziwne, mimo wczorajszych zawirowań, zasnąłem niemal natychmiast, jak tylko przyłożyłem głowę do poduszki. Wyjrzałem przez okno i stwierdziłem, że musi być jeszcze wcześnie rano. Postanowiłem jednak, że nie ma sensu wracać do łóżka. I tak nie zasnąłbym.
W kuchni siedział Seoirse, przeglądając jakąś książkę. Inny, całkiem sporych rozmiarów tom leżał nieopodal niego. Dostrzegłem, że to była praca Stannarda.
- Mogę się przysiąść? – zapytałem go. Skinął głową, nie wypowiadając żadnych słów. Leith tak narzekał na Dare, a jak na razie to Seoirse nie wykazywał się choćby odrobiną uprzejmości wobec gości.
- Ładna dziś pogoda. – zagadnąłem, zaglądając do książki, którą czytał.
- Możliwe. – odparł. – Powiedz mi… Casius? To jest twoje imię?
- Zgada się.
- Powiedz mi więc, czy byłeś przy tym, jak Braden Shaw wygłaszał swoje… hmm… obawy?
- Słyszałem, co mówi, ale nie pamiętam dokładnie. Wspominał, że nie chodzi o magię i że się zamartwia o Vin’D’Arena. – powiedziałem, nie widząc powodu, by kłamać.
- Ciekawe czym się tak zamartwia. Chętnie z nim porozmawiam. – wycedził przez zęby Seoirse, z idealnym imperialnym akcentem.
- Może on rzeczywiście ma skłonności do przesady?
- To akurat jest najmniej ważne. Coś musiało przyciągnąć jego uwagę, skoro podzielił się tą wiedzą z kimś takim jak Leith Daire i w obecności ludzi, których ledwie znał. Bez urazy, chłopaku. – rzekł były kapitan Imperium. Ciekawe, czy gdyby jego losy potoczyły się inaczej, byłby dziś na wysokim stanowisku w imperialnej armii.
- Obawiam się, że rzeczywiście musisz go sam zapytać.
- Dare najchętniej o wszystkim by zapomniał, ale ja nie mogę. Sam widziałeś, jak zareagował. Gdyby ten Daire pieprzył od rzeczy, nie zdenerwowałby się.
- Może po prostu wiedział, że takie słowa dotkną szczególnie ciebie i stąd ta reakcja? – zastanowiłem się.
- Nie.
- Seoirse, nie męcz chłopaka. – obaj usłyszeliśmy głos Vin’D’Arena. Był ubrany w prostą, białą koszulę i ciemne spodnie. Ciemnobrązowe, krótkie włosy miał dziś nieco ułożone, choć jego fryzura wciąż daleka była od ideału.
- Jeśli nie zauważyłeś, to jest prywatna rozmowa. – odparł jasnowłosy mężczyzna, wracając do studiowania książki.
- Prywatna. Słyszałeś go? Prywatna. – zaśmiał się mentalista.
- Mam nadzieję, że cię nie obrażę, Vin’D’Aren, ale nie spodziewałem się, że będziesz taki… - zacząłem, ale musiałem przerwać, nie mogąc znaleźć dobrego słowa na określenie osobowości maga. On jednak uśmiechnął się tylko.
- Sadalskie wychowanie. – powiedział. – Ten świątynny trening to prawdziwa katorga. Nie polecam. Zawsze i wszędzie trzeba się kontrolować. Całe szczęście od dwudziestu czterech lat mnie to nie dotyczy. Ale, ale… - dodał, siadając do stołu, obok Seoirse. Zerknął na książkę, którą jego partner udawał, że czyta. – Jak już wcześniej wspomniałem, sadalskie wychowanie zrobiło swoje. Imperialiści boją się magii jak ognia… eh, dobre porównanie, prawda? – zapytał, szturchając Seoirse w ramię.
- Ile ty masz lat? – burknął pod nosem mężczyzna.
- Chodzi mi o to, że Sadalczycy nie są tak negatywnie nastawienie do magii, potrafią jej słuchać i wierzą w różne jej przejawy. Weźmy dla przykładu naszego ducha lasu, Casii'n'Aiséna. Są tacy, którzy go wyczuwają, potrafią stać się jednością z lasem. Ja w to wierzę. Saeneil, twój ojciec opowiadał mi o tym. To też jest magia, nie tylko ognie piekielne i rzucanie klątw na żaby, czy coś w tym rodzaju. Moja droga matka, Alzbeta Teaegar, także miała dobre wyczucie magii. Nikt nigdy nie pokazywał jej prac Stannarda, a mimo to ona widziała, jak ma ze mną postępować. Wiedziała na czym budować kontrolę i jak zacząć pierwsze treningi. Miałem do czynienia z rycerzem Świętego Ognia. Był zdziwiony moimi umiejętnościami. Dlatego właśnie potępiam politykę Imperium wobec magii, szczególnie mentalnej.
- Twoja matka miała przede wszystkim wiele cierpliwości. Święta kobieta. – wtrącił Seoirse, spoglądając na maga. Dare uśmiechnął się i dotknął lekko jego policzka.
- Jakbyś ty jej nie miał, panie kapitanie.
- Stwórca mi świadkiem, że w innym przypadku bym zwariował.
- Zamiast mnie. – rzucił Vin’D’Aren. – Chyba zepsułem tego faceta. Nie uwierzysz, ale wcale nie był taki zgryźliwy.
- Dare, miałeś załatwiać ważne sprawy, a nie opowiadać o swoim życiu prywatnym! Jeśli myślisz, że to kogoś interesuje, prócz ciebie, to jesteś w dużym błędzie. – zganił go Seoirse.
- Jak się irytujesz, wyraźniej słychać twój imperialny akcent. Mówiłem ci już to. – zauważył niewinnie mag. – Casius… Kto by przypuszczał, że znów będę miał przyjemność rozmawiać z Casiusem Fhearghailem. Casius, powiedz mi, jak dobrze znasz tego mentalistę…
- Cahana Revelina.
- Tak, Cahana. Więc jak dobrze go znasz?
- Cóż, niewiele mogę o nim powiedzieć, ale czasami rozmawiamy na różne tematy. Lepiej znam Leitha.
- Hmm… Powiedz, czy myślisz, że byłby otwarty – Cahan, oczywiście – na pewien eksperyment? – zapytał Dare.
- Nie sądzę, żeby lubił takie rzeczy.
- Może uda mi się go namówić. Saoirse ma różne koncepcje, jedne złe, drugie jeszcze gorsze, ale są i takie, które ja sam chciałbym sprawdzić.
- Moje pomysły wcale nie są złe. Wszystkie chwaliłeś, przyznaj się. – powiedział poirytowany Seoirse.
- Wszystko, co zrobisz jest dla mnie cudowne i wspaniałe, ale to nie oznacza, że takie samo musi się wydawać innym ludziom. Powiem ci jednak, moje słońce, że jestem gotowy na sprawdzenie jednej z nich. Oczywiście, jeśli nasz młodszy mentalista się zgodzi.
- Czy to nie będzie niebezpieczne dla Cahana?
- Trochę zaufania. Seoirse ma dwadzieścia cztery lata praktyki.
- Tak, ale…
- Nic się nie martw. – zapewnił mnie Dare, ale ja wciąż nie byłem przekonany do jego słów. Prawdę mówiąc, bałem się, że coś lub ktoś może skrzywdzić Cahana. Moje obawy musiały wymalować się na mojej twarzy, bo Vin’D’Aren przyglądał mi się uważnie. A może słuchał moich myśli? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć.
- Musisz go zapytać. – powiedziałem wreszcie.
- Tak zrobię. Jestem pełen podziwu dla tego faceta. Mi było łatwiej, bo mam mieszany profil magiczny, jestem uzdrowicielem i to mi pomogło okiełznać nieco magię mentalną. On nie ma takiej podpory a mimo wszystko spójrz na niego! Trzydzieści lat i taki efekt. Nie wiem, jak on to zrobił. Ja pewnie dawno spaliłbym się w mojej własnej złości. – rzekł poważnie uzdrowiciel.
- Nie mów tak. – wtrącił Seoirse, nie patrząc na maga.
- To jest prawda, moje słońce. – odparł Vin’D’Aren. – Znalazłeś mnie w najgorszym momencie mojego życia. Nie mam złudzeń i wiem, co by się ze mną stało, gdybyś postanowił inaczej. Miałem dwadzieścia trzy lata, ale moja wspaniała kontrola, którą wyrabiałem w sobie od wczesnych lat dzieciństwa była w kawałkach. Czym miałbym uzdrawiać? Ogniem? – ciągnął dalej Dare i spojrzał na mnie. – Dlatego wiem, co czuje Cahan. Chcę mu pomóc, jeśli będę w stanie.

* * *


Leith
- Odradzam ci, Leith. Stanowczo ci odradzam udawanie się do tych ruin. Tam jest jakieś dziwne powietrze. Ciemna aura. Moja magia drży pod skórą, kiedy tamtędy choćby przejdę. – powiedział Vin’D’Aren, wzdrygając się, jakby wspominał stary kompleks zakonny – Tam wciąż coś jest. Nie wiem gdzie, nie potrafię dokładnie zlokalizować tej magii.
- Zdaję sobie sprawę, ale myślę, że za bardzo się martwisz nieistotnymi rzeczami. – zbyłem go.
- Nieistotnymi? Ten medalion, który ci już raz skradziono też jest nieistotny?
- Nie musisz mi tego powtarzać! Od ciągłego strofowania mnie mam kapitana Ashghana. Dobrze, że chwilowo od niego odpocząłem.
- Leith, czy ty siebie słyszysz? Nie bagatelizuj tego, bo może stać się coś znacznie gorszego niż pobicie, czy kradzież medalionu. Ci ludzie byli u mnie. Znam te symbole, znam to bractwo. To nie są ludzie, z którymi możesz pogrywać, Leith. Dobrze wiesz, że to nie są puste słowa.
- Mam tylko nadzieję, że to się szybko rozwiąże. – odparłem, starając się go nieco uspokoić. Nie chciałem znów rozmawiać o moich błędach. Dosyć się nasłuchałem, jaki jestem nieodpowiedzialny i głupi.
- Vin’D’Aren, chciałbym porozmawiać… - zacząłem niepewnie, nie wiedząc, jak zareaguje. – Chodzi mi o to, co mówił Braden Shaw. Coś się z tobą dzieje. Wiesz dobrze, że nie wspominałby o tym, gdyby to były, jak już wcześniej to ująłem – nieistotne rzeczy.
- To nie jest twój interes!
- Spodziewałem się takiej odpowiedzi, Dare. Spróbuj jeszcze raz.
- Co ja mam ci powiedzieć? – odrzekł zrezygnowany mentalista. To mnie zaniepokoiło. Znałem go dobrze i wiedziałem, jak złośliwy być potrafił. Jeśli coś mu się nie podobało, otwarcie o tym mówił. To, jak szybko złożył broń nie podobało mi się.
- Dare, co do cholery się dzieje? Magia?
- Nie. Wręcz przeciwnie. Wszystko jest dobrze. Uzdrawiam, kontroluję ogień. Gdyby nie Seoirse to…
- O co chodzi? Skrzywdził cie w jakiś sposób? Stwórca mi świadkiem, że ciężko będzie mi w to uwierzyć, ale jeśli to prawda…
- Gadasz bzdury. – przerwał mi Vin’D’Aren. – To ja. To moja wina. Chciałem go uwolnić od tego obowiązku.
- Co? – prawie wykrzyknąłem – Czyś ty jednak oszalał? Uwolnić? Chciałeś spłonąć jak watra w górach?
- Obrazowe porównanie. – wycedził przez zęby mentalista.
- Nie denerwuj mnie, Dare. Coś ty chciał zrobić? – wnioski, do jakich doszedłem przerażały mnie zbyt mocno, żeby wypowiedzieć je na głos. Chciałem, żeby on to zrobił, żeby się wreszcie przyznał.
- Nie udało mi się.
- Vin’D’Aren!
- Chciałem się zabić. Wiem, że to już odgadłeś.
- Co? Do jasnej cholery! Dlaczego?
- Bo nie chciałem, żeby tak żył!
- On cię kocha! Nie wierzysz mu? – zdziwiłem się.
- Uratowałem mu życie.
- Myślisz, że to zmusiłoby mnie do zostania z kimś do końca moich dni? Nie wierzę też, że to była jego jedyna motywacja. Owszem, był ci wdzięczny, ale on cię kochał już wcześniej. Widziałem was wtedy, zanim zniknął Liam… to znaczy Saeneil. Uwierz mi, jak na człowieka, któremu nikt nigdy nie powiedział, że go kocha, umiem rozpoznawać miłość. – stwierdziłem pewnie.
- On zasługiwał na lepsze życie.
- On miał najlepsze życie, bo dzielił je z kimś, kogo kocha ponad wszystko! – Na Stwórcę, chciałem potrząsnąć tym durnym uzdrowicielem, żeby wreszcie zrozumiał, co do niego mówię. Dwadzieścia cztery lata z jednym człowiekiem a on wciąż nie wierzy, że Seoirse może go tak po prostu kochać! Paranoja! Z chęcią poznałbym go z moim ojcem. Ten dopiero nie potrafił kochać!
- Nie wiesz, Leith, jak to jest być zdanym na łaskę drugiego człowieka przez całe życie. Miłość. Może to zbyt górnolotne słowo dla tego, na co mogę pozwolić sobie, będąc mentalistą. Widzisz kim jestem? Stwórca mnie pokarał, choć sam nie wiem, za co! Chciałem lepiej dla Seoirse, ale jestem egoistą. Czy ty w ogóle wiesz, co to jest miłość?
- Masz rację, Dare, nie wiem, co to znaczy kogoś kochać. Powinieneś się cieszyć tym, że dane ci było wychować się w rodzinnym domu, z rodzicami, którzy cię akceptowali i kochali! Do jasnej cholery, kochali, a nie bali się ciebie! Byłem głupim dzieckiem, bo chciałem tylko, żeby ktoś mnie w końcu przytulił, rozumiesz! Masz tego cholernego Seoirse, który świata poza tobą nie widzi! Nie praw mi kazań o uczuciach, bo jak widać nie wiesz o nich więcej, niż ja! – wykrzyczałem te słowa. Byłem wściekły, pierwszy raz od dłuższego czasu ktoś mnie tak zdenerwował. Próbowałem się uspokoić, ale przychodziło mi to z trudem. Zdawałem sobie sprawę, że Dare wie, o czym mówi, że także było mu ciężko, ale jego słowa dziwnie mnie zraniły.
- Ty wciąż szukasz, Leith. Szukasz, chociaż doskonale wiesz, że nie umiesz odwzajemnić miłości.
- A ty potrafisz to zrobić?
- Zawsze stawiałem innych ponad samego siebie. Boli mnie ludzkie cierpienie i niesprawiedliwość. Seoirse miał przed sobą całe życie, karierę w tym parszywym imperialnym wojsku, ale… Wiesz, że nie mogłem nic zrobić po odprawieniu rytuału czującego. Nie da się go cofnąć. Nie chciałem, żeby Seoirse był ze mną związany z powodu jakiegoś… obowiązku.
- No więc w swojej mądrości postanowiłeś się ukatrupić. Zaprawdę, wspaniały zamysł, o wielki magu, Vin’D’Arenie. – rzuciłem sarkastycznie. - Nie jesteś i nigdy nie byłeś zwyczajnym czarownikiem, rzucającym kulami ognia. Jesteś cholernie dobrym uzdrowicielem i posiadasz naprawdę wielką moc. Czy nie przyszło ci do łba, że odbierając sobie życie, pozbawisz wielu ludzi swojej cennej pomocy? Dlaczego nie pomyślałeś chwilę o matce i siostrach? A Seoirse? Ciekaw jestem, cóż on na to wszystko rzekł?
- Sam widziałeś, jak zareagował na twoje słowa.
- Ha, gdybym wiedział to, co teraz, zamilczałbym. Rozumiem, że możesz być zły przez tych łotrów, którzy cię nachodzili z mojej winy.
- Zostawmy to już za sobą. Nie zależy mi na twojej krzywdzie. Byłem zły, bo grozili Seoirse.
- Mam tylko nadzieję, że nie żywisz do mnie urazy.
- Zapomnijmy o tym. Widać nie jestem takim człowiekiem, jakim sam siebie widzę. – powiedział wyraźnie przygnębiony mentalista.
- Każdy ma słabości, ale u takich jak ja są one mniej widoczne, bo wydaje się, że mam więcej wad niż zalet. Wierz mi, da się poznać dobrych ludzi, nawet pod płaszczem złośliwości i trudnego charakterku.
Vin’D’Aren uśmiechnął się słabo.
- Chciałbym coś sprawdzić. – zaczął.
Zaciekawiło mnie to.
- Zamieniam się w słuch.
- Chodzi o Cahana. Chciałbym spróbować czegoś… hmm… mam nadzieję, że nie zabrzmiało to nazbyt perwersyjnie, bo nie do tego dążę. – mentaliście powróciło jego dziwne poczucie humoru.
- Mam nadzieję, że to w żaden sposób go nie skrzywdzi. – upewniłem się.
- Nie, nie. Muszę jednak z nim porozmawiać. Chciałbym pomóc.
- Wierz mi, Dare, w twoich ustach te słowa brzmią prawie jak wyznanie miłości. – zaśmiałem się.
- Poproszenie o pomoc i przyjęcie jej jest jedną z najcięższych rzeczy, które mogą spotkać człowieka. Chodzi mi o dumę i poczucie tego, że poradzę sobie ze wszystkim. Trudno jest przyznać się do swojej słabości, do braku czegokolwiek. Ja to doskonale rozumiem i chcę pomóc. Przychodzą w życiu takie momenty, kiedy słowa muszą się skończyć i trzeba zmienić je w czyny.
- Jeśli zechcesz, mądrze prawisz. – zauważyłem.
- Moja matka nie urodziła głupich dzieci. – odgryzł się. – Chcę wreszcie przestać się nad sobą użalać. Nie stać mnie na to. Najlepszym sposobem, żeby zapomnieć o własnych problemach, jest zajęcie się cudzymi.
- Logika Vin’D’Arena. – westchnąłem – Chcę mieć już to wszystko za sobą. Medalion, szalona sekta, Sadalczycy… Stwórco dopomóż.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum