The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Czerwiec 17 2019 00:44:34   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Rozbieranie Sebastiana 2


Uczucie, jakiego doświadczył, kiedy znalazł się w swoim starym pokoju było osobliwe. Wszystkie sprzęty były mu przecież znajome - sam wieszał na ścianach plakaty, sam oklejał biurko vlepkami, sam dokonał na dywanie tych kilku plam po czerwonym winie, których nie dało się wywabić. A jednak, pomimo tego wszystkiego, czuł się tu jak gość. Miał pełną świadomość, że znajduje się u siebie, że wszystko jest jak dawniej i jest zupełnie takie samo, z drugiej jednak strony czuł, że jedynym elementem, który tu nie pasuje, jest on sam.
Czuł, że ten świat, ta rzeczywistość, która kiedyś przecież była boleśnie nudna i codzienna, nie jest już jego, że nikt go tu już nie chce i nie zaprasza. Jeżeli wracał do domu z myślą, że wraca do siebie, teraz ogromnie się na tym zawiódł.
Rodzice powitali go z lekkim dystansem i nie wiedział za bardzo, co jest powodem tego, że nie są tacy, jak dawniej. W pokoju było chłodno, pomimo że czerwiec zbliżał się do końca. W pokoju pachniało kulkami na mole, których jego matka nie ośmieliłaby się wyłożyć, gdy tu jeszcze mieszkał, a teraz walały się po szafach zupełnie bezczelnie, nic nie robiąc sobie z jego alergii na lawendowy zapach.
Matka zrobiła kolację i zjedli ją w milczeniu, które zdawało się być znamienne i pełne niewypowiedzianych aluzji. Sam nie wiedział, co zrobił źle, czym sobie zawinił i w jaki sposób to naprawić, więc po kolacji wziął szybki, chłodny prysznic i położył się do łóżka, które było teraz jakieś przykrótkie, zbyt twarde i za wąskie. Leżał długo w półmroku, błagając o sen, który nie chciał nadejść, i myśląc o tym wszystkim, co zdarzyło się przez dwa lata jego nieobecności. Gwałtownie zatęsknił za Marcinem, za jego ciepłą, miękką skórą, za jego obecnością, bliskością, za intymnością z nim. Marcin by wiedział, pomyślał, ściskając pod ramieniem poduszkę i mając ogromną ochotę, by do niego zadzwonić. Marcin zawsze widział więcej, zawsze był bardziej opanowany i chyba mądrzejszy, był lepszym człowiekiem, i teraz Sebastian wyrzucał sobie to wszystko, te wszystkie zalety, które odeszły wraz z chłopakiem, to wszystko, co stracił, pozwalając mu zagłębić się w rozpaczy i odejść.
Sięgnął po telefon, wybrał znany na pamięć numer, zadzwonił. Długo nikt nie odbierał, aż w końcu włączyła się poczta głosowa. Za drugim razem połączenie rozstało rozłączone już po drugim sygnale. Sebastian nie miał pojęcia, że będzie tęsknił tak bardzo.
Poranek nadszedł zbyt wcześnie. Otworzył okno zamknięte szczelnie na noc przez matkę, wpuszczając świergot ptaków, zapach rosy, świeżo skoszonej trawy, zapach wilgotnej ziemi. Zegarek na telefonie wskazywał, że jest dopiero po piątej, jednak Sebastianowi nie chciało się już spać. Ubrał się powoli, umył pobieżnie w łazience, nie czując się zobowiązanym, by się golić. Bo i po co, skoro najbliższe dni zamierzał spędzić z rodzicami na wsi i nigdzie nie planował się wybierać?
Ojciec siedział przy stole i czytał gazetę. Sebastian z lekkim zdziwieniem zarejestrował jego posiwiałe mocne skronie, mocne zmarszczki na jego czole i przy ustach. Mężczyzna zerknął na niego znad szarej, szeleszczącej płachty dziennika, mruknął pod nosem powitanie i na powrót zatopił się w lekturze. Śniadanie było już zjedzone, matka najwyraźniej poszła doić krowy, a ojciec stary zwyczajem wykorzystywał tą chwilę na spokojne doczytanie artykułu z poprzedniego dnia.
- Tato, coś się stało? - spytał Sebastian, nalewając sobie do szklanki zimnego kompotu i popijając go od niechcenia, byle czymś zająć ręce. - Jesteście jacyś dziwni. Zrobiłem coś nie tak?
- Wystarczająco już zrobiłeś - burknął ojciec, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
- Ale ja nie wiem, o co chodzi! - uniósł się Sebastian, odstawiając szklankę na blat kuchennej szafki.
- To się matki spytaj. Ja nie będę o tym gadał - warknął mężczyzna, z impetem składając gazetę i opuszczając kuchnię.
- Kurwa... - mruknął Sebastian, zostając samemu jak niepyszny, w tym domu rodzinnym rozświetlonym blaskiem letniego poranka, pachnącym naftaliną i nowalijkami, w domu rozśpiewanym gadaniem ptaków, gdzie podłoga skrzypiała tak znajomo, a teraz jakby oskarżycielsko.
Nie minęła chwila, a matka wróciła od krów. Popatrzyła na niego krótko, zacisnęła usta, spuściła wzrok. Sebastian westchnął głęboko, odrywając usta od kubka z fusiastą kawą.
- Może ty mi chociaż powiesz, o co biega? Ojciec przed chwilą potraktował mnie jak gówno - zaczął, rejestrując nerwowy skurcz na jej twarzy.
- Posłuchaj - powiedziała, odstawiając do chłodu dwie wielkie kanki pełne mleka. - Nie dziw się ojcu. Nie wiem, jak mam z tobą o tym porozmawiać, ale wydaje mi się, że chyba powinieneś nam o czymś powiedzieć, a nie żebyśmy się od obcych ludzi dowiadywali...
Mężczyzna poczuł, jak robi mi się niedobrze, jak krew odpływa mu z twarzy i usta robią mu się sztywne i chłodne. Popatrzył na nią szeroko otwartymi oczyma, naraz tracąc całą pewność siebie, całe zadowolenie i radość, z jaką tu jechał. Matka nie spuszczała z niego oczu, cierpliwa i wyczekująca jednocześnie. Dostrzegał ponaglenie w jej brązowych, głęboko osadzonych oczach, dostrzegał zawód i rozczarowanie, i wcale nie ułatwiało mu to tej rozmowy.
- Kto i o czym ci powiedział? - wydusił z siebie, starając się brzmieć twardo, ale niewiele z tego wyszło.
- Młody Grzelak przyszedł raz do ojca... Spytał się... Wiesz o co go spytał? Czy ojciec wie, że jego syn jest pedałem - powiedziała cicho, nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia. - Ojciec go wtedy strasznie pogonił, ale Grzelak nie odpuścił tak łatwo. Teraz... Teraz wszyscy tu o tym gadają. Nie wiem, coś ty narobił, synu. Naprawdę nie wiem...
- Uwierzyliście mu? - spytał mężczyzna, przełykając ciężko ślinę. Czuł, jak zaschło mu w gardle, jak mocno spotniały mu dłonie, jak słabo mu się zrobiło.
- A kłamał? - odparowała matka, patrząc nieustępliwie, twardo, nie zostawiając mu możliwości ucieczki.
- Mamo... - westchnął, zasłaniając twarz dłońmi. - Mamo, ja... nie wiem, co mam ci powiedzieć.
Matka westchnęła również, do perfekcji naśladując w tym syna, a potem podeszła do niego, ot tak po prostu, i przytuliła do siebie mocno, twardym, chudym ramieniem spracowanej kobiety, objęła jego plecy, milcząc i trwając długą, długą chwilę w zupełnej, błogiej ciszy.
- Jesteś dla mnie najważniejszy. Jesteś moim dzieckiem. Choćbyś zabił człowieka, nadal byłbyś moim dzieckiem. Nie ma takiej rzeczy na tym smutnym świecie, którą musiałbyś zrobić, żebym się ciebie wyrzekła. Może to moja wina. Może za rzadko przy tobie byłam, może nie poświęcałam ci tyle uwagi, kiedy tego potrzebowałeś. Trudno już, nic się nie odstanie. Nie wymagam, żebyś się zmienił, bo nie wierzę, żeby to było możliwe... Ale synu, dla własnego dobra, powienieneś stąd szybko wyjechać. Rozumiesz mnie? Nie czekaj do jutra, spakuj się i jedź zaraz. Tu nic dobrego cię już nie spotka. Ojciec ci tego nie wybaczy. Twój brat ci tego nie wybaczy. Ludzie będą wytykać cię palcami. Spakuj się i jedź, bardzo cię proszę.
Spojrzał na nią z tak bliska, i pierwszy raz od dawna miał ochotę się rozkleić. Nie był tak twardy jak matka, doskonale wiedział, jak miekkie i głupie ma serce, jak łatwo potrafi się wzruszyć i jak łatwo daje się zranić. Teraz, będąc z nią tak blisko, poczuł całym sobą jak tęsknił za tym, za tymi prostymi słowami, które świadczyły o tym, że wszystko jest w porządku, że matka nadal go kocha i go nie odrzuca, że ciągle jest jej dzieckiem i może oczekiwać wsparcia. Tak strasznie zapragnął opowiedzieć jej o wszystkim, opowiedzieć o tym, jak odkrywał swoją tożsamość, jak kochał się z chłopcach ze szkoły i jak bardzo się tego wstydził, opowiedzieć o Marcinie i o swojej tęsknoście, tak cholernie potrzebował, by go wysłuchała. Ona jednak mówiła, że to nie jest już jego dom, że już nie należy do tego kawałka ziemi, w którym upatrywał swoje miejsce, że musi szukać dalej, bo tu jest obcy, tu jest wrogiem, tu nikt go już nie chce.
Kobieta odsunęła się wolno, pogłaskała go po falujących, ciemnych włosach, pogłaskała po policzku i przytuliła jeszcze raz, mocno, na pożegnanie.
- Ja też będę za tobą tęsknić - powiedziała, i później już, kiedy jechał autobusem do miasta, słyszał w głowie te słowa jak mantrę, powtarzał je sobie, obracał na różne strony, chcąc dostrzeć prawdziwe, ukryte znaczenie, chcąc wydobyć z nich jakąś obietnicę, jakąś wskazówkę ukrytą, której jednak nie było.

***


- Przenocujesz mnie, Monia? - wydyszał do domofonu, starając się nie wypuścić z rąk torby podróżnej przewieszonej przez ramię, nie ugiąć się pod wielkim, górskim plecakiem i nie rozjechać na jeszcze jednej, wielkiej walizce na kółkach.
- A muszę? - wychrypiała Monia, gdzieś jakby z oddali, z zaświatów, ze wspomnień dawnego, jeżyckiego życia.
- Musisz - odparł, podrzucając torbę na kolanie i niemal wpadając twarzą w domofon.
- Skaranie boskie... No właź, łazęgo.
Monika była jego kumpelą z roku, niską szatynką o wyjątkowo głębokim głosie i wąskich, nerowowych ustach, wiecznie spierzchniętych dłoniach i w wielkich, nerdowych okularach na nosie. Monika wiedziała o nim, i mimo że uważała homoseksualizm za lekką dewiację, przymykała na to oko w przypadku Sebastiana, ze względu na to, że zwyczajnie go lubiła. Sebastian z ulgą rozłożył swoje rzeczy w korytarzu, w maleńkim mieszkanku w kamienicy, gdzie Monika mieszkała ze swoim świeżo poślubionym mężem, z ulgą również przyjął kieliszek czerwonego wina i wiśniową cygaretkę, subtelny jazz sączący się na granicy słyszalności z głośników radia i rattanowy fotel na balkonie, ustawiony w cieniu wielkiej difenbachii.
- Wiesz, Monia - zaczął, zaciągając się z przyjemnością papierosem i trącając bosą stopą psa Moniki, który łasił mu się do nóg. - Moje życie, to jakieś pasmo nieporozumień. Wydaje mi się, że mam wszystko, wiesz, przychodzi taki moment, że mógłbym być najszczęśliwszym facetem na świecie, i raptem, bam! Zostaje mi to odebrane. Znika. Normalnie, wiesz, jak bańka z mydła. Ktoś mówi mi, że mnie kocha, a następnego dnia odchodzi, i ja nie mogę zrozumieć, dlaczego. Albo matka, mówi, że za mną tęskni, ale wyrzuca za drzwi. Ze starszym nawet się nie żegnałem, bo i po co, wyglądał, jakby się zrzygać miał na mój widok.
Monika popiła wina, nie odzywając się ani słowem. Przez ulicę przetoczył się hałaśliwie tramwaj, ktoś zaklął głośno, kibice zaintonowali hymn swojej drużyny. Jamnik Moniki zawył żałośnie i schował się w mieszkaniu.
- Może, wiesz, wcale go nie kochałem. Czasami jak to analizuję po raz tysięczny, to sam już nie wiem. Ale wiesz, tęsknię za nim. Czy jak się za kimś tęskni, to znaczy, że się kocha? Że się kochało? Nie rozumiem siebie, Monia. Daj no mi tego wina, kurwa, muszę się dzisiaj upić.
- Seba... Może być tak, że za dupą tęsknisz. Znajdź sobie jakąś dupę. Weź się zabaw. Nie masz kurczę, stu lat. Jeszcze wiele przed tobą. Jak ktoś ma takie miękkie serducho jak ty, powinien mieć twardy zadek, a ty... Ty jesteś miękki z każdej strony. Masz, pij, ja już nie mogę - powiedziała, podsuwając mu pod nos ledwo napoczętą butelkę Porto.
Długo nie mógł zasnąć, przewracając się z boku na bok pod kocem danym mu przez Monikę, słuchając od niechcenia jak rozmawia z mężem za cienką ścianą pokoju, jak się śmieją i przekomarzają, słuchając potem cichego skrzypienia łóżka. Gdzieś na granicy jawy i snu zapachniały mu jaśminy, poczuł ich zapach przy sobie tak realnie, jakby nurzał twarz w jaśminowym, okwieconym krzaku. Księżyc świecił mocno, krągły i żółty jak owsiane ciasteczko i srebrzył swoim blaskiem sprzęty zamarłe nocą, srebrzył drewnianą podłogę, liście difenbachii i półki ciężkie od książek, srebrzył mu powieki i nie pozwolił zasnąć tak długo, jak długo zaglądał mu w okno, niestrudzony w swojej wędrówce.

***


Decyzja o zdawaniu na doktorat przyszła mu całkiem spontanicznie, i przyjął ją z pewnym uspokojeniem, jak widmo stabilizacji i pewnej przyszłości. To, że się dostał, również go nie zaskoczyło, w końcu był pewnien pracy, jaką włożył w swoje studia, i teraz, kiedy mógł wrócić na uczelnię, kiedy dostał klucz do swojego nowego gabinetu i postawił na półce kubek, talerzyk i dwie łyżeczki, wiedział już, że wszystko idzie ku lepszemu.
Lipiec był zaskakująco dobry, był miesiącem - festiwalem, muzyka grała nieustannie na Placu Wolności i chodził tam nawet wtedy, kiedy nie musiał, nadrabiając drogi jedynie po to, by napić się kawy i posłuchać trochę, pooddychać miastem, które było tak znajome, w którym nie czuł się już obco, które zdawało się przyjmować go z otwartymi ramionami.
Szybko dogadał się ze starym znajomym ze studiów, który również postanowił się doktoryzować, że wynajmą razem mieszkanie, i poszło im to prosto i gładko jak marzenie - ogłoszenie jakby czekało na nich, niepozorna wiadomość z jednym zdjęciem, przepustka do pięknego mieszkania w kamienicy, tuż obok parku Wilsona i Palmiarni, do których przecież tak lubił zaglądać. Mieszkanie rzeczywiście było piękne, miało pałacowo wysokie sufity, przytulny balkon z widokiem na park i wspaniałe, królewskie łóżko, które Sebastian pokochał od pierwszego wejrzenia.
Radek nie był może najlepszym materiałem na kumpla, ale Sebastian potrafił docenić wspólnie powroty z uczelni zatłoczonym tramwajem, późne kolacje i niekończące się dysputy na chemiczne tematy, kończące się trzaskaniem drzwiami albo suchymi żartami, które mało kto byłby w stanie prócz nich zrozumieć. Radek okazał się być również człowiekiem bardzo wyrozumiałym, i nie miał pretensji do Sebastiana, który rozpoczął krucjatę pod tytułem „wszystko, by zapomnieć o Marcinie”. Sebastian w zamian nie odzywał się słowem, gdy do Radka przychodziła jego dziewczyna, młoda pielęgniarka, przestawiała im sprzęty w kuchni, marudziła na bałagan i trochę zbyt głośno jęczała, gdy zostawali ze swoj chłopakiem sam na sam. Sebastian udawał, że niczego nie słyszy, a Radek traktował milczeniem kolejnych i kolejnych mężczyzn, którzy się u Sebastiana pojawiali.
Kiedyś może powiedziałby, że to jest miałkie, że nie ma ochoty na takie jednonocne znajomości, kiedy ludzie nie poznali jeszcze swoich imion, a zdążyli poznać już dogłębnie swoje ciała. Teraz jednak, kiedy noce były gorące, jaśminowe i żółte od księżyca doceniał to jak jeszcze nigdy wcześniej, i korzystał z tego, czerpał tak bardzo, jak tylko był w stanie. Nie starał się liczyć tych męskich draniów, do których miał taką słabość jeszcze z czasów Łukasza, nie liczył dojrzałych, brodatych bearów, którzy po seksie lubili podjeść w łóżku kanapek i chrapać mu do ucha, w czym było nawet coś uroczego. Jedynym, czego unikał, byli dużo młodsi, delikatni chłopcy, zbyt oczywiście przywodzący mu na myśl Marcina, budzący w jego sercach niechciany, nieprzyjemny skurcz, coś czego się bał i od czego za wszelką cenę postanowił uciec.
Raz nawet przyjechał do niego Przemek z Justine, poszli razem na miasto, poszli na jedzenie i piwo, potem na kawę, słodycze i kolejne piwo, finalnie kończąc w gejowskim klubie, gdzie Przemek przykleił się do faceta, który w oczywisty sposób nie był dla niego, jak to mawiała Justine. Potem musieli holować go na przystanek, trzymać mu głowę, kiedy wymiotował, ocierać pobladłą twarz i holować z przystanku do domu, ledwo utrzymując lejące się przez ręce ciało.
- Seba... Seba! - wybełkotał chłopak, z trudem utrzymując się na nogach. - Bo ty nic nie wiesz! NIC nie wiesz, Seba!
- Zamknij pysk - warknęła Justine, podejmując próbę odkluczenia wielkich, ciężkich drzwi od kamienicy.
- Seba... - szepnął Przemek, nachylając mu się bliżej do twarzy i patrząc poważnie, zupełnie pijanymi oczyma. - Widziałem ostatnio Marcina. Wiesz? Tego Marcina. Był z facetem. On ma kogoś, słyszysz? On cię nigdy nie kochał. Nie tak, jak ja...
- Zamknij ryj, kurwa! - wrzasnęła dziewczyna, łapiąc go za włosy i odciągając jego głowę do tyłu. - Przysięgam, że kiedyś cię zajebię! Przysięgam!
Sebastian tylko pokiwał głową, wydął usta, czując jak opuchniętą od alkoholu ma śluzówkę, jak ręce zrobiły mu się ciężkie i bezradne, jak w głowie powstaje zupełny mętlik.
- Ty chuju - warknął cicho, leżąc w łóżku i wpatrując się w swoją komórkę w ciemności pokoju. Na wyświetlaczu widniała wiadomość, napisana z kilkoma błędami. „Powodzenia na nowej drodze życia”, napisał, i wpatrywał się w wyświetlane słowa tępo, nie wiedząc, co z nimi zrobić. Wysłać? Sapnął przez nos, po czym skasował smsa, skasował numer Marcina, ze złością zablokował telefon i rzucił go na podłogę. - Ty idioto - szepnął słabo, nie wiedząc już, czy kieruje te słowa do Marcina, czy do siebie samego.

***


- Co mu we mnie nie pasowało? - spytał po raz setny, kiedy rozsiedli się na kocu, na trawiastym brzegu Warty, lecząc kaca suchymi, razowymi bułkami i kefirem. - Nos mam za długi? Ryj za brzydki? Może w ogóle za dobry dla niego byłem? Ja pierdolę. Nie mogę uwierzyć.
- Na chuj mu mówiłeś - zamarudziła Justine, spoglądając z nostalgią na błyszczącą toń wody. - Ty pijusie pieprzony.
- Oj tam, oj tam. Musiał się dowiedzieć. Nie, Seba? Masz prawo wiedzieć, nie? - zaczął bronić się Przemek, wyciągając przed siebie bardzo długie, bardzo chude nogi i wystawiając je na palące słońce. - Teraz to już będzie z górki.
- Ciebie zaraz spierdolę z jakiejś górki! - krzyknęła Justine, po czym chlusnęła na niego maślanką z kartonika. Policzki dziewczyny poczerwieniały, i trudno byłoby stwierdzić, czy za sprawą słońca, czy wzburzenia.
- Głupia cipa! - obruszył się Przemek, zaczynając zlizywać maślankę ze swoich lustrzanych awiatorek.
- Jebany szowinista!
- Jezus Maria, zamknijcie się oboje - wystękał Sebastian, przykładając dłonie do uszu. - Nie wiem jak wy, ale ja mam kaca. Cholernego kaca. I jak się nie zamkniecie, to albo was zaraz obrzygam, albo kurwa potopię.
- To on zaczął... - powiedziała Justine, zerkając gdzieś w bok.
- Jeszcze jedno słowo... - zagroził mężczyzna, zaciskając nerwowo usta. Położył się na wznak na kocu, wystawiając do słońca nagi tors, twarz i uda. Miał nadzieję się trochę opalić. Wiedział, że wygląda wtedy korzystnej, a wizyty w solarium były poniżej jego męskiej dumy i godności. - Może i dobrze, że mi powiedziałeś. Teraz nie będę już czekał, że się może jeszcze odezwie. Teraz już na nic nie będę czekał.

***


Dla Sebastiana wakacje właściwie dopiero się zaczynały i postanowił skorzystać z zaoszczędzonych pieniędzy, by pojechać gdzieś jeszcze, pooddychać innym powietrzem, poczuć różnicę klimatu i porzucić tęsknotę, która dopadała go ilekroć znajdował sobie chwilę na odpoczynek. Starał się czytać jak najwięcej, zapełniać wieczory filmami, całonocnymi imprezami i niekończącymi się dysputami w pubach i pijalniach wódki, gdzie nauka mieszała się z religią, gdzie mnożyły się poglądy, gdzie zdania dzieliły ludzi i dodawały ich do siebie. Często wychodził z Radkiem i gadali bez końca na temat nowych technologii, gadali o filmach i o popularnonaukowej literaturze, psioczyli na rząd i zbyt ciepły alkohol, pozwalając by nić przyjaźni zadzierżgnęła się między nimi.
Teraz jechał pociągiem w Bieszczady, pociąg sunął po torach, które nie miały końca, a on siedział na korytarzu, oparty o własny plecak i czytał, marzył, śnił na jawie. W pociągu był tłok, ciągle ktoś przechodził do toalety i zmuszał go do wstania, wciąż ktoś go potrącał, przepraszał i mijał, ale Sebastian pochłonięty przez rozmyślania nie zwracał na to większej uwagi. Nie zwrócił też uwagi na młodego, ciemnowłosego chłopaka w hip-hopowej, szerokiej koszulce, który zerkał na niego ciekawsko przez długość wagonu, by w końcu odważyć się i przecisnąć obok niego do toalety.
Raptem znaleźli się na wprost siebie, tak nieprzyzwoicie blisko, a młody uniósł śmiało oczy i uśmiechnął się do niego zawadiacko, dotknął językiem dolnej, mięsistej wargi z czarnym kółkiem kolczyka, zapachniał świeżymi, sportowymi perfumami. Sebastian jakby dopiero się obudził, uniósł wysoko brwi, i nim się zorientował, chłopaka już nie było, zniknął wraz ze swoim plecakiem i długo nie wracał.
W Rzeszowie nieco się rozluźniło, a przynajmniej na tyle, że Sebastianowi dane było usiąść w przedziale, tuż przy drzwiach, i rzucić swój plecak na półkę. Rozsiadł się w miarę wygodnie, wyciągając przed siebie nogi i ponownie zatopił w lekturze, dopóki drzwi przedziału nie otworzyły się ponownie i nie stanął w nich nikt inny, jak ten młody, przystojny chłopak, uśmiechając się niegrzecznie, bardzo pewnym siebie uśmiechem.
- Siema - powiedział, rzucając się na siedzenie całym ciałem, ale Sebastian miał wrażenie, że słowa te skierowane są konkretnie do niego. Później już, na jednej z ostatnich stacji, kiedy przedział opustoszał zupełnie i zostali tylko we dwóch, okazało się, że jego przypuszczenia były słuszne.
Patryk, bo tak miał na imię, jechał do schroniska, do kumpli, którzy czekali tam na niego już od dwóch dni. Mówił dużo, szybko i niedbale, gestykulując przesadnie i bez przerwy się uśmiechając. Okazało się, że będą mieszkać w tym samym schronisku, tam, gdzie Justine i Przemek mieli zjawić się lada chwila.
Im dłużej mu się przyglądał, tym większe odnosił wrażenie, że skąś zna tą twarz, że jego rysy nie są mu całkiem obce, że musiał go już kiedyś widzieć, albo widzieć kogoś niezmiernie podobnego, że te oczy zielone, patrzące bezczelnie i intensywnie nie wpatrują się w niego po raz pierwszy w życiu.
- W sumie to ja cię znam - powiedział Patryk z miną cwaniaka, półleżąc na siedzeniu i żując nonszalancko gumę. - Kumplowałeś się z moim bracholem. Czaisz, z Łukaszem.
Sebastian poczuł, jak nagłe olśnienie miesza się w nim z nagłym, panicznym przestrachem. Wiejska plota, fama. Szykany. Tego się spodziewał.
- Brat mi kiedyś o tobie opowiedział - rzucił od niechcenia chłopak, a potem podniósł się z gracją, klęknął nad nim i pocałował go w usta.
Niepewna delikatność tego pocałunku była dla Sebastiana kolejnym zaskoczeniem.

***


- Czego ty właściwie ode mnie chcesz? - spytał Sebastian, odsuwając go od siebie. Ty idioto, pomyślał. Mógłbyś czasem posłuchać tego, co mówisz. Patryk popatrzył na niego, skrzywił się nieładnie, po czym chwycił swój plecak za ramię, rzucił mu pogardliwe spojrzenie.
- Nic kurwa od ciebie nie chcę - warknął, wychodząc z przedziału.
Gdy pociąg przejechał przedostatnią stację, Sebastian zwlókł się z siedzenia, które zdawało się dziwacznie zapadać, zebrał swój bagaż flegmatycznie i udał się do wyjścia. Pociągiem telepało, pociąg wydawał z siebie niespodziewane, nienaturalne wizgi i zgrzyty, soundtrack dobry dla horroru, gdyby nie to, że pogoda za oknem była wspaniała, była esencją lata i gór, powietrze było przejrzyste, krystaliczne i lekkie. Patryk stał przy drzwiach z zaciętą miną, wypatrując peronu i mnąc w ustach filtr niezapalonego papierosa. Mężczyzna westchnął, uśmiechnął się do siebie, po czym strzelił go lekko w kark od tyłu, z zaskoczenia.
-No co? - burknął chłopak, odwracając się do niego z buńczuczną miną. Sebastian omal nie parsknął śmiechem.
-Nic. I tak jedziemy w tą samą stronę - stwierdził, uśmiechając się do niego szeroko, zaczepnie, prowokująco. Patryk z wolna odwzajemnił ten uśmiech, i było w tym coś na kształt przyzwolenia, porozumienie bez słów, roszada ze spojrzeń i drobnych gestów, i raptem wszystko stało się klarowne i oczywiste.
W schronisku wypił trochę więcej, niż powinien, i nie zwracając uwagi na marudzącego Przemka i przysypiającą Justine, poszedł szukać chłopaka, nagle przekonany, że musi koniecznie z nim porozmawiać, że to nie może zostać ot tak i muszą sobie wyjaśnić wszystko czarno na białym. Patryka jednak nigdzie nie było, i dopiero kiedy wyszedł na ganek zapalić papierosa, zauważył go w otoczeniu znajomych, z piwami w rękach, z dłońmi i twarzami płonącymi od ognia jak twarze egzotycznych bóstw. Nie musiał nic mówić, Patryk wyczuł jego spojrzenie i po chwili podniósł się na swój nonszalancki, niedbały sposób, podszedł kołysząco i podążył za nim w milczeniu.
W toalecie ktoś brał prysznic, długo i uparcie. Sebastian nie chciał już czekać, wypił trochę za dużo i nie wyobrażał sobie, jak można odwlekać tak niecierpiącą zwłoki rozmowę, zamknęli się więc w kabinie i całowali gwałtownie, póki szum wody nie ustał i spod prysznica nie wyszedł ktoś, psiocząc cicho pod nosem i głośno plaskając mokrymi klapkami o kafelki.
Mężczyzna położył mu dłoń na ustach, by uspokoić i wyciszyć jego szybki, urywany oddech. Patryk patrzył na niego tymi wyrazistymi, zielonymi oczyma tak ponaglająco, tak namiętnie, że Sebastian zupełnie stracił głowę. Jak strasznie marzył wtedy o wolnym pokoju ze skrawkiem materaca, gdzie mogliby się zaszyć na chwilę, gdzie mógłby podelektować się nim dłużej, gdzie Patryk byłby pod nim nagi, a nie tak jak teraz, z ledwo rozpiętym rozporkiem. Pod warstwą ubrań był o wiele drobniejszy, niż się wydawał, nie posiadał muskulatury, tak jak jego brat, był też wyraźnie niższy, a na jego bokach łatwo dało się wyczuć długie klawisze żeber. Tylko ta twarz przypominała mu go niebezpiecznie, te oczy bezczelne, teraz tak rozkojarzone, ponaglające, mimo że dotykał go delikatnie i zupełnie nieśmiało.
Sebastian spędził w schronisku tydzień i ani razu nie udało mu się zostać z Patrykiem sam na sam, zostać na tyle długo, by osiągnąć spełnienie i nie wzbudzić swoim zniknięciem niczyich podejrzeń. Jedyne, co było im dane to kilka gorączkowych pocałunków, kilka chwil gwałtownego obściskiwania się w schowku pod schodami, kilka gorących spojrzeń, od których natężenia nie mógł spać w nocy, od których tracił apetyt i zdolność koncentracji.
Jak wspaniale było stanąć tak wysoko ponad światem, zobaczyć pod sobą wrzosowiska i zbocza trawiaste, łaty od słońca przelewającego się między chmurami, doświadczyć przestrzeni i poczuć, jak przestworza otwierają się ponad głową, jak maluczkim jest się i słabym, a jednocześnie, jakby na przekór wszystkiemu, jakby w wyrazie buntu wobec świata poczuć w sobie siłę, poczuć moc płynącą z ciężko walącego serca, krew pompowaną namiętnie w żyłach, poczuć w sobie puls i organiczne przesłanie życia.
Słyszał niemalże, jak krew płynie w nim i pieni się w arteriach, gdy łydki i uda płonęły mu bólem, a głowa była lekka, uspokojona, głowa wolna była już od tęsknoty i od zmartwień. Zmęczenie było jak oczyszczająca modlitwa, było czymś w rodzaju katharsis, było wyzwoleniem, i teraz, kiedy patrzył z wysoka na świat oblany mlecznym blaskiem, kiedy czuł nad głową sunące z majestatem chmury, teraz kiedy rozkładał szeroko ręce i oddychał głęboko, wiedział już, że właśnie został scalony. Wszystkie elementy, które żyły w nim luźno, które grzechotały nieskładnie, z pozoru do siebie niepasujące, zaskoczyły gwałtownie na swoje miejsce, zespoliły się, zjednoczyły, tworząc Sebastiana takiego, jakim był w istocie. Sebastiana, do którego dążył, którym się stawał, i w którego się przepoczwarzał. Teraz był już doskonały, był już pełny, był najlepszym, jakim kiedykolwiek mógłby się stać.
Justine patrzyła w dal, paląc melancholijnie papierosa, z chustką w góralskie wzory niedbale przewiązaną na pojaśniałych, spłowiałych włosach. Tak rzadko okazywała jakiekolwiek uczucia prócz wzburzenia, a teraz wydawała się być smutna, wydawała się myśleć o czymś z powolną, cierpliwą rezygnacją.
- Katrina wróciła do Hiszpanii - powiedziała od niechcenia, nie spuszczając wzroku z odległej linii horyzontu. Z linii tak dalekiej, że nierzeczywistej. Sebastian nie skomentował, zacisnął tylko usta w wyrazie niemego współczucia. Przemek natomiast, który najlepiej z ich trójki zniósł kilkugodzinną wspinaczkę, próbował objąć ją niezdarnie i pocieszać, póki nie odepchnęła go mocno i nie ofuknęła, na powrót stając się starą, tak dobrze znaną Justine. Sebastian zazdrościł jej tego i współczuł jednocześnie.
Jak wspaniale było mieć przy sobie ludzi, których lubi się tak bezwarunkowo, którzy potrafią sprawić, że szara rzeczywistość staje się lepsza i słodsza niż ta na co dzień, mieć ich tak blisko i śledzić razem, jak spadają gwiazdy, gapić się w niebo w przeczuciu, że gdzieś tam wybuchają planety, że słońca rodzą się i umierają, że dzieją się rzeczy wielkie, rzeczy, które pomnażają wszechświat w nieskończoność. Jak dobrze było leżeć razem na mokrej trawie, jeść pieczyste z ogniska, pić drogie, rozwodnione piwo, pić wino z przyprawami, które odbijały się potem długą nocą, palić papierosy, rozmawiać, czuć swoją bliskość. Sebastian wiedział, że to miejsce i ci ludzie zostaną w jego sercu na zawsze, że choćby nie wiadomo co się działo, zawsze będzie mógł wrócić tu myślami, do tych kilku krótkich dni, gdy był tak szczęśliwy i spełniony, że wróci tu, usiądzie samotnie, rozłoży szeroko ręce i znowu poczuje się panem świata, jego harmonijną częścią, jego pożądanym elementem. Sebastian wiedział już, że wszystko, co stało się w jego życiu, wcale nie minęło, a jedynie on oddalił się od tych zdarzeń, i przysiągł sobie, że nie pozwoli by chwile spędzone z przyjaciółmi w górach stały mu się odległe, by wyblakły w jego pamięci i zmechaciały, że będzie je pielęgnował i czerpał z nich całe to kosmiczne, przeogromne dobro, jakie przeczuwał.
Patryk z kumplami pewnego dnia po prostu zniknął, i nie miał nawet możliwości się z nim pożegnać. Żałował tego trochę, bo liczył przecież, że zdoła uszczknąć cokolwiek z tego anielskiego tortu, jak nazywał go sobie w myślach. Patryk dla niego nie był w sumie Patrykiem, był zwykle bratem Łukasza, albo tym młodszym, był jego podobizną i w pewien przykry sposób podróbą, falsyfikatem, ale na tyle udanym i słodkim, że nie miał ochoty wypuszczać go z rąk przed spróbowaniem. Teraz jednak wracał do miasta sam, nie wiedząc, gdzie podziewa się chłopak i dlaczego uciekli tak nagle ze schroniska, nie wiedząc nic zupełnie i nie mając żadnych poszlak, na których mógłby oprzeć swoją wiedzę.

***


Spotkał go po raz kolejny kilka miesięcy później i z ledwością rozpoznał. Był już zimny, chmurny listopad, śnieg mieszał się z deszczem, ostatnie, niewywiane liście wirowały na wietrze, ludzie spieszyli się do domów, dreptali w miejscu na przystankach, zbici w ciasną ciżbę, psioczyli na pogodę, na ciemność i na najpodlejszy w roku miesiąc. Sebastian nawet to lubił, było coś porozumiewawczego w tej słotnej pogodzie, coś co kojarzyło mu się z latami depresji, męczącej go we wczesnej młodości, z obezwładniającą nostalgią i przemijaniem.
Ten chłopak nie stał pod wiatą, tak jak inni, on sterczał dumnie w deszczu, popalając uparcie namiękniętego papierosa, z kapturem na głowie i wielkimi, białymi słuchawkami wciśniętymi w uszy. Bujał się lekko, podrygiwał nerwowo w miejscu, ściskając w garści plecak w ostrych, neonowych barwach, niedbale zarzucony na plecy.
Sebastian rozpoznał go już po chwili, i nie czekając wiele podszedł bliżej, szturchnął w ramię, z konsternacją obserwując jego nerwową reakcję. Nie od razu jego twarz rozświetlił pewny siebie uśmiech, ale kiedy to się stało, kiedy mężczyzna poczuł mocne, przesadzone klepnięcie w ramię, wiedział już, że to ten sam Patryk, którego miał przyjemność poznać w drodze do schroniska w górach.
Okazało się, że Patryk jest już w drugiej klasie liceum, że uczęszcza na kółko plastyczne i z tego powodu wraca do domu tak późno. Sebastian współczuł mu długiej drogi i kilku przesiadek, ale mimo tego zaproponował, by poszli zjeść coś i porozmawiać, jeśli chce, jeśli ma ochotę, a potem, wieczorem, załatwi mu transport do domu, na wieś.
Chłopak nie zastanawiał się długo, narzucił solidniej swój plecak na ramię i ruszył obok niego kołyszącym, luźnym krokiem, co rusz śląc mu szerokie uśmiechy spod kaptura podbitego gęstym, brązowym futrem.
Zjedli wtedy po burgerze i ogromnej porcji frytek, zapili to wszystko colą i doprawili długim, mentolowym papierosem. Patryk pokazał mu swój szkicownik i Sebastian był pod naprawdę dużym wrażeniem talentu młodego rysownika. Świat widziany jego oczyma był czarno-biały, był brudny, zły i zdeprawowany, ale jednocześnie potrafił być przekorny, buńczuczny i zbuntowany, odmawiał złu, stawał do walki, wysoko i dumnie podnosił głowę. Śmierć według Patryka nie składała się z plątaniny flaków, było tam miejsce na wrażliwość i melancholię, była obietnica i ostatnie życzenie, a Sebastian coraz silniej ulegał czarowi, coraz łatwiej wślizgiwał się w ten stan, odsuwając od siebie myśli, czy aby na pewno robi dobrze.
Patryk na co dzień zgrywał twardziela, miał sposób bycia złego chłopaka z biednej dzielnicy, który nie boi się niczego, i było to w dużej mierze przejęte po starszym bracie, jednak kiedy znaleźli się sam na sam w mieszkaniu Sebastiana, zamknięci w czterech ścianach jego pokoju, pokazał mu swoją nieśmiałą, miękką część, coś niespodziewanego i świeżego, do czego Sebastian tęsknił i co uwielbiał.
Obrany z ciuchów okazał się naprawdę szczupły i drobny, niższy, niż wydawał się wcześniej, w jakiś sposób delikatniejszy i wzbudziło to jedynie zachwyt w Sebastianie. Jego nagła nieporadność, jego onieśmielenie, rumieniec zażenowania na twarzy. Chłopak nie miał praktycznie żadnego doświadczenia i mężczyzna odnalazł się wspaniale w roli nauczyciela, uczył go cierpliwie i krok po kroku, pokonując kolejne granice delikatnym naporem słów i gestów, pocałunkami, opiekuńczą czułością, atmosferą namiętnej bliskości.
Wieczorem nie był już młodszym bratem Łukasza, był już Patrykiem, był chłopakiem z opuchniętymi grzesznie wargami, był aniołem, podnieconą słodyczą, słoną, pistacjową czekoladą, stał się spoconymi dłońmi i wilgotnymi włosami przylgniętymi do karku. Stawał się ciałem wrażliwym na dotyk, stawał się głosem, szeptem i jękiem, czymś eterycznym, transcendencją przyszłych wydarzeń, ziszczonym marzeniem, spełnieniem, błogosławieństwem, bogiem obudzonym z przedwiecznego snu.
Sebastian natomiast uwierzył w niego i nie pozwolił mu na powrót zasnąć.

***


- Skąd wiedziałeś o mnie? - spytał, bardzo blisko już północy, bawiąc się błyszczącymi plamami światła na jego plecach, bawiąc go dotykiem i rozkoszując się reakcjami jego ciała.
- To Grzelak wszystkim powiedział. Czaisz, że ktoś cię gdzieś widział, jak mieszkałeś we Wrocku, gdzieś tam byłeś, ktoś coś widział, Grzelakowi powiedział. Ja brata spytałem, wiesz, tak z ciekawości… Bo się przecież kumplowaliście, to myślałem, że jak coś z tobą jest… teges… to mi powie. No i powiedział, no - ziewnął Patryk, przysuwając się bliżej do pieszczącej go dłoni.
- Myślałem, że to Łukasz ludziom powiedział.
- Co ty jebiesz… Łukasz cię w chuj lubi. Powiedział, że mnie zapierdoli, jak się komuś wypaplam. Brachol zawsze mówi o tobie, że jesteś jego najlepszy ziomek. Widać, kurwa, że żałuje, że się kontakt urwał.
- Tak? Mmm… Cholera. No ja też tego żałuję. Wiesz, młody, znaliśmy się od zawsze.
- Wiem przecież. Od zawsze cię pamiętam - powiedział wolno, i mimo że odwrócony był tyłem, Sebastian wiedział, że zamyka oczy w zakłopotaniu, że zasysa kolczyk do ust i trapi się, czy nie powiedział za dużo.
- Skąd ty się cholera urwałeś… - wyszeptał Sebastian, wolno ważąc słowa, dziwiąc się ich brzmieniu i zastanawiając nad każdym z osobna. - Jesteś… Jesteś dla mnie zaskoczeniem.
Patryk nie odpowiedział, obrócił się tylko do niego i obdarował go tym ostrym, pewnym siebie uśmiechem, zwiastunem spełnienia i przesytu, luminescencją czegoś nieziemskiego.

***


Okazało się, że Łukasz nadal pracuje na wildeckim rynku, sprzedając wszystko to, co udaje mu się z matką uprawić na polu. Nie było to dla Sebastiana żadnym zaskoczeniem, spodziewał się tego bardziej, niż białego Lamborghini i bogactwa, do którego tak tęskno i tak daleko było przyjacielowi.
Szedł między straganami, doznając silnego uczucia deja vu, kiedy krople deszczu padały mu na głowę w prześwitach między zielonym brezentem, gdy nogi ślizgały się na kocich łbach wygładzonych wodą i ludzkimi stopami. Widział go już z daleka, w swojej nieodzownej, szarej czapce naciągniętej mocno na czoło, widział jego spracowane ręce w czarnych rękawiczkach, szary, wełniany sweter wyłażący z rozpiętej, zielonej kurtki. Widział, jak chucha w zmarznięte ręce, a potem próbuje ogrzać je od termicznego kubka, gdzie miał pewnie kawę albo zupę z proszku. Łukasz odwrócił się niespodziewanie i spojrzał prosto na niego, jakby przeczuwając, działając na zasadzie instynktu i szóstego zmysłu. Serce zabiło mocniej Sebastianowi. Oczy Łukasza wydały mu się stare, wydały mu się znużone mocno i bardzo niewyspane, podkrążone, poszarzałe mocno, łagodniejsze niż kiedyś.
Gdyby nie miał pewności, zwątpiłby, czy to na pewno on.
Krótkie, mocne klepnięcie w ramię. Kilka nic nie znaczących słów na powitanie. Z bliska poczuł, że w kubku jednak jest zupa, nie potrafił jednak ocenić, w jakim smaku. Łukasz postarzał się wyraźnie, widać było po nim całe zmęczenie, niedospanie i złość na los, jaki dane mu było wypełniać.
- Jak tam ojciec? - zagadał Sebastian, stając obok niego za straganem, co najmniej, jakby on też tutaj sprzedawał.
- Stary? Eee, chuj ze starym. Nie żyje już z rok, i niech mu ziemia lekką i takie tam. Wiesz, jaki on był. Nie ma za czym tęsknić - powiedział, a Sebastian odczuł wyraźnie po jego słowach niechcianą dorosłość, znużenie dojrzałością, dostrzegł brzemię zmian, i wcale mu się to nie podobało.
- A ty jak sobie radzisz? - spytał nieśmiało, nie chcąc zdradzić się z niczym, o czym opowiadał mu Patryk.
- Aaa… Jakoś leci. Nic specjalnego - westchnął, przez chwilę siorbiąc swoją zupę w milczeniu. - Ożeniłem się, o - pokazał mu dłoń, gdzie na jednym z palców pod wystrzępionym brzegiem czarnej rękawiczki srebrzyła się prosta, gruba obrączka.
- Ja pierdolę, stary, no gratuluję! - wyszczerzył się w uśmiechu Sebastian, udając, że nie wie o tym wcale.
- Taa, no - pociągnął nosem Łukasz, zagapiając się bezmyślnie na ziemniaki marznące na chłodzie. - W ciąży jest. No. Wiesz, musiałem.
Sebastian pokiwał głową, zacisnął lekko usta, odetchnął bezgłośnie przez nos.
- Na pewno będzie chłopak - poklepał go po ramieniu, uśmiechając się pokrzepiająco. - Musimy to, kurwa, opić. Weź no, kurwa, przyjedź do mnie po robocie, jak kiedyś, co? Pójdziemy na imprezę, powspomina się stare dzieje. Czy cię żonka nie puści? - szturchnął go łokciem zaczepnie, nie przestając słać do niego uśmiechów. Albo to nie był już ten Łukasz, albo zwyczajnie on nie przywykł do Łukasza zmartwionego, Łukasza pełnego przygnębienia i czarnych myśli.
- Co nie puści, co nie puści. Spotkamy się na Wrocławskiej, może na dwudziestą się wyrobię. Kurwa, jak ja dawno nigdzie nie byłem!
Sebastian wykrzywił twarz w uśmiechu, chociaż daleki był od radości.

***


Łukasz pojawił się pierwszy, i kiedy Sebastian wysiadł z tramwaju, ten odkleił się po prostu od wiaty przystanku, uniósł dłoń na powitanie i odpalił sobie kolejnego papierosa. Palił o wiele więcej, niż kiedyś, mniej za to mówił i w ogóle się nie uśmiechał. Sebastian miał wrażenie, że jest jak wypłowiały, że cała radość została z niego spłukana i wymyta. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, a po pierwszym piwie tak mocno zachciało mu się spać, że ziewał co chwila i przecierał twarz dłonią, starając się nie usnąć przy stoliku.
- Przyjechała z Ukrainy, gdzieś tam z jakiejś wsi, ze starymi i dwiema siostrami. Szukały roboty w Pozku, wiesz, trzy takie lale blond, ale ta była najlepsza. Pić jej się niby zachciało, jak tak się szlajały, i wiesz, widzą targ, to zaszły. Widzę ją, taką blondynę opaloną, wszystko piękne jak z telewizji, idzie jak kocica, cycki na wierzchu, spodenki takie, o, w dupę jej wchodzą. Stary, jak to zobaczyłem, ze mną był koniec. Serio - pociągnął głęboki łyk piwa, pociągnął długiego bucha, odkaszlnął charcząco, przetarł piekące oczy. - I patrzę, a ona w moją stronę idzie, to zaraz koszulkę ściągam, bo to czerwiec bodajże był, a ja miałem wtedy od niedawna dziarę na brzuchu, no i wiesz, musiałem jej pokazać. Ona się śmieje do mnie, taka Pamela, no mówię ci, ja się śmieję, ale ona po polsku ani w ząb. Więc pokazuję jej na te truskawki, co leżą mi i gniją z muchami od rana, i mówię, że klubinki sładkije kak pierwaja ljubow, coś tam co ze szkoły jeszcze pamiętałem. Ona się śmieje, ja się śmieję do niej, i tak z tego śmiania nie wiem kiedy dzieciak wyskoczył.
Sebastian zamarł, po chwili zreflektował się, pokiwał głową na znak zrozumienia.
- Wiesz, stary, ja się zajebiście cieszę. Będę najfajniejszym ojcem na świecie. Nie będę jak mój ojciec, będę najlepszy, dam dzieciakowi, wiesz, wszystko. Bo to jest kurwa, mój dzieciak, rozumiesz? W życiu nie dam go skrzywdzić.
- To w czy tkwi problem? Masz piękną żonę, masz dzieciaka w drodze. Ja ci mówię, że będzie syn - zamruczał Sebastian, odpalając sobie niezgrabnie papierosa i przecierając chrząknięciem zapłynięte gardło.
- Wiesz, kiedy ona ostatnio mi dała? Z pół roku temu. A tak to kurwa na ręcznym. Nawet do buzi nie chce. Nic, kurwa. Co ja mam zrobić? - rozłożył bezradnie ręce, niemal potrącając przy okazji piwo w kuflu. - W ogóle nie chce o tym gadać, że niby w ciąży to nie można. Do buzi, kurwa, nie można? - zbulwersował się, wyrzucając z siebie pretensje przenikliwym szeptem. W jego spojrzeniu było coś, co nie spodobało się Sebastianowi, jakaś zawoalowana propozycja, jakaś możliwość, pełen agresji żal.
- Czego ty kurwa ode mnie chcesz? - spytał szeptem Sebastian, nachylając się do niego przez szerokość lepkiego od alkoholu stolika.
- Nie chcę jej zdradzać - burknął Łukasz, chowając twarz za dłonią z tlącym się petem.
- To nie zdradzaj - odparował twardo jego przyjaciel, zaciskając nerwowo usta.
- To nie jest to samo - wydusił z siebie Łukasz, mięknąc na chwilę w dziwaczny, niepokojący sposób.
Sebastian poczuł, że jeżeli chwila próby miała kiedykolwiek dla niego nadejść, stało się to właśnie tamtej nocy. Czuł również, że niezależnie od podjętej decyzji, będzie jej potem żałował.










Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum