The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Czerwiec 25 2019 09:24:11   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Spontaniczna decyzja 11


Kolejne niecałe dwa dni Carson spędził zatopiony w dokumentach. Przeczytał i posprawdzał tyle papierzysk, że czuł, jakby głowa chciała mu eksplodować. Znalazł moment, w którym wydawnictwo zaczęło mieć problemy, ale nie było to nic wielkiego. Wystarczyła tylko lepsza polityka firmy, trochę reklam i wyszliby na prostą. Widoczne babcia również się myliła i powzięła złe decyzje. Przez to pieniądze uciekały z Dreams za szybko. Za dużo wydawali. Za mało zysków. To zawsze oznacza problemy. Co najlepsze, to widział parę decyzji, jakie podjął ojciec w ostatnich kilku miesiącach i były dość niepokojące.
Już wtedy zaczynałeś robić na boku różne sprawki, a pieniądze brałeś dla siebie? Nie rozumiem, jak można tak bardzo chcieć zniszczyć to, co należy do rodziny.
Sięgnął po kubek, ale naczynie było już puste. Musiał wypić wcześniej kawę i nawet tego nie zauważył.
- Jessie, zostaw to i ubieraj się. - W drzwiach stanął Colin.
- Po co? - Zmarszczył brwi, widząc męża w nowym, czarnym garniturze. Pod marynarką znajdowała się biała koszula i kamizelka oraz krawat. Tak eleganckiego nie widział go od bardzo dawna. I musiał przyznać, że mąż tak ubrany lub rozchełstany był bardzo przystojny. I tak strasznie go pociągał. - Dlaczego się tak odstrzeliłeś?
- Przyjęcie twojej matki. Zapomniałeś? Racja, od przedwczoraj świata nie widzisz poza pracą.
- Sądziłem, że nie musimy na nie iść. - Skrzywił się jak mały chłopiec, którego zmuszają do jedzenia szpinaku.
- Musimy. To przyjęcie charytatywne. Nie patrzonoby na ciebie przychylnie, gdybyś nie był obecny. Chcesz zdobyć poparcie? To zbieraj się.
- Tak jest, kapitanie. - Z ociąganiem podniósł się z wygodnego fotela. Mijając w drzwiach męża, pocałował go w policzek. - Dzięki, bez ciebie ostatnio bym zginął w tym wszystkim.
- Masz za dużo na głowie. Ruszaj tyłek. - Dał mu klapsa w pośladek. - I weź prysznic.
- Aha, wiem, że śmierdzę.
Odprowadził go wzrokiem do łazienki. Zakochiwał się w nim lub już to się stało, nie miał co do tego wątpliwości.

***


To było najbardziej drętwe przyjęcie, na jakim byli. Przemówienia nie miały końca, a prym wiodła oczywiście Margaret Carson. Podobni jej przedstawiciele, tak zwanych wyższych sfer, podlizywali się jej. Jessie zastanawiał się, jak długo będą to robić, kiedy się dowiedzą, że przynosząca zyski firma może upadnie, a państwo Carson mogą stać się o kilka milionów biedniejsi. Wszak oszczędności nie nawiele się zdadzą, jak będą wydawane przez jego matkę i siostrę w takim tempie, a nie z korzyścią zainwestowane.
- Na ten cyrk poszło kupę kasy. Ci ludzie nigdy nie zastanowią się, że lepiej je wpłacić na konto fundacji - powiedział do męża Carson.
- Inaczej nie daliby. Wiesz, muszą najpierw się nażreć, napić, żeby rzucić jakiś ochłap. Kotek, przecież wiesz, że w takich imprezach chodzi głównie o to, by pokazać, kto jest kim lub pochwalić się, kto ile dał. Ważne, żeby skorzystały na tym dzieci.
- Taa. Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, że poczęstuję się szampanem. - Wziął z tacy przechodzącego kelnera dwa kieliszki. Jeden podał kochankowi.
- Jak nie zapijasz problemów, nie mam nic przeciw.
- Postanowiłem się dobrze bawić. Przywitajmy się z moim bratem i jego żoną. - Splótł z nim palce i poprowadził do miejsca, gdzie Sean zażarcie dyskutował z kimś im nieznanym. Było to po drugiej stronie sali konferencyjnej, przygotowanej tak, aby bez problemu móc tutaj urządzać firmowe spotkania oraz przyjęcia. Kątem oka tylko zobaczył rodziców, którzy udawali, że ich nie widzą. Da im tę satysfakcję i nie zbliży się do nich.
- Elizabeth, miło cię znów widzieć. - Jessie pocałował bratową w policzek.
- Ciebie... was też - odparła.
Sean przerwał rozmowę i zwrócił się do brata:
- A kogóż to moje oczy widzą. Sądziłem, że unikniesz, bracie, tego, czego tak nie lubisz.
- Czasami trzeba się poświęcić dla idei. Przedstawisz nas?
- Oczywiście. Pan Charles Bishop, jeden z głównych darczyńców.
- Witam serdecznie. - Uśmiechnął się do nieznajomego Jessie.
- Również witam najmłodszego członka rodziny Carson i, jak się nie mylę, jego drugą połówkę.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Bishop był mężczyzną niewiele starszym od ich ojca, ale o wiele bardziej przychylnym im obu, co od razu dało się wyczytać.
- Widzę, że nie przeszkadza panu, że dwóch mężczyzn żyje razem - zauważył White.
- A nawet kibicuję temu. Byłem jednym z przedstawicieli, którzy wnieśli projekt zmiany dawnej ustawy. Widzicie, panowie, mój syn także jest homoseksualistą, więc kierowałem się głównie jego szczęściem przy projekcie.
- Czy to znaczy, że jest pan senatorem? - zapytał najmłodszy z mężczyzn.
- Nie, ale mam pieniądze, a one, nie ukrywajmy, żądzą tym światem. Może pójdziemy coś zjeść i porozmawiamy?
- Chętnie, panie Bishop - odpowiedział Jessie. - Sean, wybacz, że zabieramy ci rozmówcę, ale możesz do nas dołączyć.
- Z żoną pójdziemy przywitać się z innymi gośćmi - odpowiedział Sean.
Nigdy się nie zmienisz, braciszku, pomyślał Jessie. Objął męża w pasie i udali się do stołu szwedzkiego na posiłek.

***

Po przyjęciu i powrocie do domu w dobrych humorach mężczyźni długo rozmawiali o spotkaniu z panem Bishopem. Dzięki niemu wieczór nie okazał się stracony. Mężczyzna opowiedział im wiele zabawnych anegdot, a także kilka historyjek o swoim synu, który był teraz w podróży poślubnej w Europie. Był to bardzo gadatliwy i ciekawy człowiek. Dobrze się czuł w różnym towarzystwie osób w każdym wieku. A i był bardzo hojny. Z tego, czym się podzielił, dom dziecka będzie mógł zakupić nowe meble, podręczniki i ubrania, a także zapewnić nowo wychodzącym wychowankom dobry życiowy start.
- Chciałoby się, żeby takich ludzi było więcej. - Przeciągnął się Carson. - Jestem padnięty.
- Nic dziwnego, przecież mało spałeś w ostatnich godzinach. Lepiej się kładź. Ja porozmawiam z Andreą. Dobijała się do mnie ostatnio.
- A nie utulisz mnie do snu? - Przysunął się do Colina.
- Utulić mogę, ale nic więcej. Zaśniesz w trakcie.
- Mhm. Już zasypiam. Po cholerę gadaliśmy o Bishopie, zamiast zająć się czymś przyjemniejszym - zamruczał Jessie.
- To rozbieraj się i do wyrka. - Marynarek pozbyli się już wcześniej, więc teraz pomógł mu zdjąć koszulę i spodnie. - Pomóż mi trochę, nie zasypiaj.
- Nie śpię. - Usiadł na łóżku i zajął się skarpetkami.
- Tak tylko mówisz, a kilka minut wcześniej chciałeś przyjemności. Kładź się. - Colin zdjął narzutę i odsunął kołdrę.
- Dzięki. - Czuł się tak, jakby odpływał. Dopóki byli w firmie, wśród ludzi, nie odczuwał zmęczenia. Teraz dopadło go ono podwójnie.
- Dobranoc. - Okrył go i patrzył, jak mężczyzna zasypia. Zdjął mu jeszcze okulary. Nie powstrzymał się przed złożeniem pocałunku na miękkich wargach.
Zostawił go samego w sypialni, a sam udał do gabinetu z laptopem. Musiał przekazać przyjaciółce dobre wieści. Wiedział, że będzie czekała na kontakt. Jeszcze, na chwilę tylko, wrócił do sypialni po mały stosik kartek. Trzymał je w jednej z szuflad pod swoją bielizną. Jessie tam nie zaglądał. Źle się czuł, ukrywając to przed nim, ale pragnął mu podarować gotowy pierwszy egzemplarz z dedykacją.
W gabinecie włączył laptopa i uruchomił skype'a. Andrea musiała czatować przy swoim, gdyż w trymiga odebrała.
- Mówiłeś, że masz niespodziankę, więc gadaj.
- Nie mam wyjścia. Molestujesz mnie o to.
- Nie trzeba było nic o tym wspominać. Nie mam anielskiej cierpliwości.
- Tylko diabelską.
Zmroziła go wzrokiem.
- Moja blokada minęła - rzekł i czekał na reakcję. Jej mina jasno świadczyła, że święta przyszły wcześniej. Wiedział, że ją tym ucieszy.
- Jak to minęła? Na pewno? Napisałeś coś? Co to jest? Ile masz tego? Dasz mi? - wypluwała z siebie potok pytań.
- Mam tylko rękopis i to dopiero zarys historii, ale zabiorę się za przepisywanie tego i uzupełnię w szczegóły. To nic wielkiego. Zaledwie dwieście stron z tego będzie.
- Nieważne. Ważne, że zacząłeś. - Była podekscytowana tak bardzo, że nie umiała usiedzieć na miejscu. - Jutro kupię bilet i przylatuję. Muszę to przeczytać.
- Uspokój się, bo zaraz zaczniesz mi tu podskakiwać i z radości klaskać. Nie chcesz poczekać na przepisany tekst?
- Po cholerę. Chcę wiedzieć, co to jest i zacząć myśleć nad okładką.
- To prosta historia o miłości, taka bajka w innym świecie, która pokonuje wszystkie przeszkody. Ma podnosić na duchu. Dawać nadzieję. Pokazać, że wszystko jest możliwe, o ile się tego chce. Taki mój mały powrót. - Podrapał się po karku.
- Założę się, że twój wen jest gdzieś blisko.
- Wen śpi, ale nic o tym nie wie.
- Znów kłamstwa? Czemu?
- Teraz zrobię mu niespodziankę. I chcę tą książką coś mu powiedzieć. Nie miałem takiego zamiaru, ale zmienię w niej kilka rzeczy. Może zrozumie.
- Czekaj. - Uniosła rękę do góry, chcąc mu przekazać, by się nie odzywał, inaczej tego pożałuje. - Kochasz go? Zgadłam?
- Nie, nie kocham go, ale zakochałem się - odpowiedział. Założył nogę na nogę.
- To nie to samo?
- Zakochanie się to zauroczenie, które zaślepia, a kochanie to jest coś o wiele głębszego. I ta książka nie ma być wyznaniem miłości, tylko czegoś innego. Nie patrz jak zbity pies. Nie powiem ci nic więcej.
- I tak się dowiem. - Zaczęła coś klikać myszką, a jej wzrok sunął szybko po ekranie.
- Co robisz? - zapytał Colin.
- Muszę zabukować sobie bilet na jutro. Tylko loty popołudniowe się liczą. Rano mam spotkanie. Oby były wolne miejsca. Odbierzesz mnie z lotniska?
- Mam po południu pracę.
- Cholera. - Nadal czegoś szukała. - Sama sobie poradzę. Przenocujecie mnie czy mam szukać hotelu?
- Porozmawiam z Jessie'm, ale jeśli się wygadasz...
- Ta, wiem, sprawisz, że osiwieję po trzydziestce. Nie chciałabym, bo czuję się, jakbym miała osiemnastkę. Dobra, spadaj, bo ja tu teraz będę mieć burzę mózgu.
- Co będziesz mieć?
- Muszę pomyśleć nad wszystkim.
- Nie spiesz się, to na razie rękopis.
- Do końca tygodnia będziesz miał wszystko gotowe. Znam cię. Tylko jak wytłumaczysz mężowi siedzenie po nocach?
- Tak go wymęczę, że nie będzie nic wiedział. - Nie czekając na jej reakcję, wyłączył komunikator. Jeszcze zaczęłaby pytać, jak to zrobi. Była do tego zdolna.
Uruchomił dokument tekstowy i na środku strony napisał tytuł tekstu, po czym odsunął jeszcze akta Jessie'go na bok i położył przy sobie stosik zapisanych kartek. Przepisywanie zajmie mu trochę czasu, a musi się jeszcze przespać. Zaczął stukać w klawisze, a palce śmigały mu po nich niczym u zawodowej sekretarki. Wszedł w swoją historię, zapominając o świece, w którym on żył. Teraz był Terrikiem, Yavetilem, Agathe. Wszystkimi postaciami, jakie powołał do życia.

Około czwartej nad ranem oczy zaczęły go piec. Potarł je dłońmi, ale było jeszcze gorzej. Jego winą było to, że nie dał im chwili odpoczynku, ale musiał pracować. Zapisał dokument, zrobił kopię na pendrive i wyłączył laptopa. Wstał. Z trudem zebrał wszystko ze sobą. Nie zauważył, że podczas tych czynności jedna ze stron A-4 upadła pod biurko, jakby czyjaś niewidzialna dłoń wysunęła ją spod innych kartek i położyła w dane miejsce. Zgasił światło, opuszczając gabinet.
W sypialni ułożył wszystko na miejsce, a po pozbyciu się ubrań w samej bieliźnie wsunął się pod nagrzaną kołdrę. Jessie jakby nieświadomie go wyczuł i przysunął się, przytulając do drugiego ciała. Serce Colina zabiło mocniej, a ciało ogarnęło niesamowite ciepło. Tak dużo się zmieniło pomiędzy nimi, w nim i miał zamiar się tym cieszyć. Nie chciał myśleć, co będzie za te pięć miesięcy. Może Jessie nie zechce rozwodu. Liczył na to. Z każdym dniem upewniał się w przekonaniu, że chciałby z nim zostać. Bał się, że będzie czuł jakieś wyrzuty sumienia z powodu Iana. Ale nic takiego nie było. I wiedział, że Ian chciałby, żeby on nie był sam. Nawet koszmary całkiem zniknęły, pozostawiając po sobie już nikłe echo bolesnych obrazów.

***

Kilka godzin później noc ustąpiła miejsca pochmurnemu dniu. Przez to Jessie'mu, było bardzo ciężko wstać. Leżąc w łóżku, gapił się bezczelnie na śpiącego męża. Miał wielką ochotę go obudzić i spędzić poranek na kochaniu się z nim, ale myśl o przejrzeniu kolejnych dokumentów skutecznie go powstrzymała przed tym krokiem. Całe szczęście już kończył i dziś będzie gotów na poważną rozmowę z ojcem, a noc spędzi w ramionach Colina.
Szum za oknem odwrócił jego uwagę od kontemplowania ust męża.
Jeszcze tego brakowało. Leje jak z cebra.
Odrzucił róg przykrycia i wstał. Od dawna nie czuł się tak wyspany. Potrzebował jeszcze czegoś do schrupania i picia i będzie cudnie. Wsunął stopy w kapcie i przemierzył pokój w poszukiwaniu domowych ubrań. Zabrał wszystko ze sobą do łazienki. Skorzystał z toalety, a później wszedł pod prysznic. Gorąca woda zaczynała obmywać jego ciało silnymi strumieniami. Wziął żel do ręki i nalał na dłoń. Rozprowadził pachnący płyn po swoim ciele. Zaczął myć swój tors i podskoczył, kiedy obca... nie, znajoma dłoń dołączyła do wędrówki, a za nim stanęło mocne, męskie ciało.
- Sądziłem, że śpisz.
- Nie, kiedy słyszę, jak mój mąż bierze prysznic. Postanowiłem się dołączyć. - Colin przesunął dłonią po brzuchu partnera.
- Chcesz mnie umyć? - Oparł tył głowy o jego ramię. Nie uzyskał odpowiedzi. Same dłonie pokazały, co drugi mężczyzna chce robić. I jednoznacznie dawały sygnały, że nie ma ucieczki. Och, Jessie lubił być osaczony przez takiego faceta i jak jeszcze wiedział, czego facet chce, to od samego myślenia mu stawał.
Ciekawskie palce Colina zawędrowały między nogi męża, pieszcząc krocze posuwistymi ruchami. Mył go, jednocześnie pobudzając. Chociaż tego ostatniego to Jessie nie potrzebował. Jego męskość stała już dumnie i oczekiwała zainteresowania.
- Niegrzeczny chłopak - powiedział do ucha męża i mimo szumu wody był doskonale słyszany.
- Dlaczego?
- O czym myślałeś, że mógłbyś nim dziurę w drzwiach wybić? - Ścisnął członek, doprowadzając Carsona do drżenia.
- O tym, jak mnie bierzesz i pieprzysz. - Odwrócił głowę i wpatrzył się w te czarne oczy spragnionym wzrokiem.
- Wiesz, że życzenia mogą się spełnić? - Pomasował mu pośladek jedną dłonią, po chwili wsuwając palce pomiędzy dwie połówki, myjąc najczulsze miejsce, a drugą zabłądził ku sutkom. Trącił je kciukiem. Raz jeden, raz drugi, by znów powrócić do pierwszego.
- Uwierzę, jak to dostanę.
Colin sięgnął po lubrykant. Zawsze mieli go w pobliżu. Za bardzo się pożądali, aby wziąć pod uwagę to, że nie będą się kochać. Całując męża po szyi i podszczypując zębami skórę, odkręcił nakrętkę tubki żelu i wycisnął trochę na dłoń. Rozprowadził go na swym członku.
Jessie oparł się rękoma o ściankę prysznica i obejrzał za siebie.
- Pieprz mnie. - Nawet nie wiedział, jak bardzo tego potrzebował, dopóki to nie miało się stać. Colin przylgnął do niego całym ciałem. Rozchylił mu jeden pośladek i potarł główką wejście. Nie wsuwał się w niego od razu. Podrażniał odbyt, masując go w ten sposób. Oddech Carsona stał się szybszy i cięższy. Rozluźniał się i wypinał w stronę pożądanego członka.
Colin umieścił swój penis pomiędzy dwoma mięsistymi połówkami i ocierał się o ciało męża, całując go i pieszcząc. Jessie reagował na każde, nawet najlżejsze, dotknięcie. W końcu ponownie chwycił swój stalowy pręt i począł się w niego powoli wsuwać. Nie spieszył się. Mieli czas.
Penis rozciągał go mocno centymetr po centymetrze, a to, że wcześniej nie został na niego przygotowany sprawiało, że wszystko silniej odbierał każdym swoim zmysłem. Gdy byli już połączeni ze sobą, a on nabił się na Colina ostatecznie, mógł poddać się temu, co dostarczał mu mąż. Oparł się o niego, zarzucając mu rękę na kark i pozwalał na powolne pchnięcia. Lubił mocny i szybki seks, ale i tym wolniejszym nie gardził. Kochał to wspólne kołysanie się, rytm doprowadzający do błogostanu, oddawanie się drugiej osobie w całości, niezależnie od tego, kto był penetrowany. Do tego pocałunki Colina, badające, niecierpliwe dłonie doprowadzały go do utraty zmysłów. Jak on mógł żyć bez tego faceta? Złapał White'a za biodra i jeszcze bardziej do siebie przyciągnął. Krzyknął, kiedy Colin zbyt mocno otarł się o jego prostatę.
Poczuł, jak Colin ujmuje w dłoń jego członek i zaczął poruszać dłonią w takt pchnięć. Jak jeszcze do tej pory udało mu się odsuwać od siebie orgazm, tak teraz zbliżał się on z szybkością błyskawicy. Przebiegł przez całe ciało, zatoczył okręgi w brzuchu, posmyrał pachwiny, pobawił się jądrami i znalazł ujście na zewnątrz witany głośnym krzykiem Jessie'go, pod którym omdlały nogi.
Colin przytrzymał kochanka mocniej, wyciskając z niego wszelką przyjemność. Kochał patrzeć na męża w ekstazie. Czuć blisko siebie to rozgrzane i mokre ciało. I nie potrafił wytrzymać dłużej. Puścił członek męża i wysunął się z niego na tyle, by mógł sam siebie doprowadzić do końca i patrzeć, jak biała substancja oznacza pośladki Jessie'go, ginie pomiędzy nimi zmywana wodą. Wszedł w niego szybko i ponownie poruszał się, kończąc swój orgazm w nim, po czym wysunął się z wnętrza ciała swego mężczyzny i odetchnął głeboko.
Jessie odwrócił się przodem do niego. Pocałował partnera czule i przytulił. Colin objął go mocno. Nie musieli nic mówić, nawet nie potrafili tego zrobić. Wystarczyła im tylko ta intymna chwila. Same gesty wyrażały wszystko. Jeden z mężczyzn zdawał sobie sprawę ze swych coraz mocniejszych uczuć, podczas gdy drugi jeszcze pozostawał na nie ślepy, odpychając myśl o tym, dlaczego serce bije tak szybko na sam widok Colina.

***


Po śniadaniu, o które Jessie ładnie poprosił męża czułymi pocałunkami, obaj zajęli się swoimi sprawami. Colin poszedł przygotować sypialnię dla Andrei, a Carson udał się do swego gabinetu. Na widok biurka uśmiechnął się. Colin zrobił dla siebie trochę miejsca, przekładając jego papiery. Musi kupić drugi taki mebel i ustawić obok. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo przyszłościowo myśli.
Zerknął za okno. Cały czas lało. Postawił kubek z kawą na blacie i już miał usiąść, kiedy coś zwróciło jego uwagę. Schylił się pod biurko i wziął z podłogi biały arkusz papieru. Dopiero gdy się podniósł stwierdził, że jest zapisany pismem męża. Nie miał zamiaru czytać czyjejś korespondencji, szanował prywatność drugiej osoby, ale jakoś nie potrafił tego odłożyć. Zwłaszcza, gdy ujrzał pierwsze zdanie. Zaczął czytać:

„O tak, chciał go i pragnął. Mężczyzna był bardzo seksowny, a jeszcze to, jak drżał w jego ramionach stawało się zapalnikiem do tego, żeby go posłuchać i wziąć we władanie. Sięgnął w dół i uniósł jego koszulę, co przypomniało mu, jak ostatnim razem wszedł w niego, kiedy Terrik oplatał go nogami, nagi od dołu z osłoniętą górą. Zdejmując niepotrzebny materiał, zahaczał opuszkami palców o rozgrzaną skórę. Sam poczuł chłód na sobie, kiedy spodnie opadły w dół, uwalniając jego dużego członka. Zaraz po tym, jak tylko rozebrał go do końca, wpił się na krótką chwilę w jego wargi, by potem brutalnie odwrócić go tyłem do siebie. Terrik zareagował na to głębokim westchnieniem, układając ręce na ścianie i wypinając tyłek w stronę kochanka.
- Naprawdę jesteś chętny - ścisnął napięte pośladki. Natychmiast uklęknął za nim i ugryzł jeden.
- Ach.
Rozsunął je sobie i bez zbędnych subtelności polizał ich wnętrze od kręgosłupa ku jądrom.
- Kocham, jak mi to robisz, Yav. Jeszcze.”


Przerwał. Znał ten styl pisania takich scen. Znał go zbyt dobrze, żeby się mylić. Ale o co tu chodziło? Dlaczego Colin napisał coś, co pisał CJ MacGregor? Zaraz. Znał książki tego autora na pamięć i z takimi postaciami się nie spotkał. W takim razie czemu jego mąż napisał coś takiego, kopiując styl jego ukochanego pisarza?! Ale czy dałoby się tak bardzo słowo w słowo coś skopiować? Każdy przecież pisze inaczej i choćby ktoś spróbował napisać coś za kogoś, to dobry czytelnik w mig by to rozpoznał. To dlaczego...
Serce mu przyspieszyło. Colin i CJ pochodzą z Denver. Nikt nic nie wie o MacGregorze. Wszyscy mówią, że to czyjś pseudonim, nieprawdziwe dane.
Nie, niemożliwe. Nie ukryłby tego przed nim. Po co? Jaki miałby mieć w tym cel?
Przeszedł pomieszczenie szybkim tempem z głową pełną pytań. Odnalazł Colina w gościnnej sypialni ścielącego łóżko.
- Co się stało? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
- Co to jest? - Wyciągnął przed siebie kartkę.
- Co? Ten świstek papieru? - White podszedł do niego i wziął kartkę, a serce podeszło mu do gardła.
- Co tak patrzysz? Masz coś do ukrycia? Co to jest, pytam?! - wykrzyknął Jessie.
- To... - Cholera, to nie tak miało wyglądać. Musiał to zgubić w nocy.
- No co? Czy to ty jesteś CJ MacGregorem?!
- Tak. - Zwykła, prosta odpowiedź. Nie kłamstwo, tylko w końcu prawda.
- Boże. - Jessie chwycił się za włosy i zaczął chodzić po pokoju gościnnym. - Ja śpiewałem peany na temat tego autora, opowiadałem ci o nim, o tekstach, a ty co?! - Popatrzył na niego wzburzony. - Pewnie się śmiałeś za moimi plecami, jaki głupi jestem, będąc beznadziejnie zakochanym w tym facecie, nawet go nie znając!
- Nie...
- Zamknij się! Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że to ty nim jesteś?!
- Nie chciałem wracać do tego życia, nie mogąc pisać. MacGregor miał zniknąć - odpowiedział spokojnie.
- I co ci to dało?! I tak wiem! Po cholerę udawałeś?! - Nie wiedział, co zrobić z trzęsącymi się dłońmi. - Mogłeś powiedzieć! Mnie! Twojemu mężowi! Nie grać przede mną! Wiesz, ile dla mnie znaczą te powieści, a teraz się okazuje, że ich autor co noc pieprzy się ze mną i nawet słówka nie wspomni o sobie! - Był tak bardzo wściekły, nie umiał panować nad sobą. Czuł się taki zraniony, niedoceniony, niewarty zaufania, oszukany. Jak mógł mu nie powiedzieć? Przecież nikomu by nic nie zdradził. Nie wygadałby się, że CJ żyje z nim, kim jest i że podjęli wspólną grę. - Co jeszcze przede mną ukrywasz, co?! Co jeszcze, ty podły draniu?!
- Jessie...
- Nie Jessuj mi tu! Boli mnie jak cholera, że akurat na ten temat milczałeś! Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?! Po rozwodzie?!
- Może nigdy?! - Słysząc słowo „rozwód” coś się w nim wzburzyło. - Po cholerę ci to wiedzieć?! Co cię to obchodzi?! I tak to wszystko to gra, która skończy się rozwodem! - A on mu tą książką chciał przekazać, że nawet takie przymusowe związki, jak ich, mogą skończyć się wielkim uczuciem. Jak mógł sądzić, że Carson zmieni swe uczucia? Przecież wiedział, że ten facet nie trzyma się związków i nadal chce rozwodu. - Potem mógłbyś się chełpić, że wciągnąłeś w to naiwnego, załamanego pisarzynę! Dziękuję za to!
- Wiesz, że nie zrobiłbym tego! Nie jestem taki!
- Lub pękać z dumy, że miałeś CJ'a MacGregora, bo gówno cię obchodzi Colin White! - Nie słuchał, co mówi partner.
- A ty gówno wiesz! - Carson zawinął palce do środka, formując pięść i z całej siły uderzył nią w szczękę męża.
Colin zachwiał się, ale ustał. Dotknął bolącej twarzy. Jessie miał potężny cios. Bolało. Zasłużył na to. Mógł mu wyznać o sobie prawdę. Niejedną prawdę. Nie wiedział, że partner tak mocno zareaguje na to wszystko.
- Gówno wiesz! Nie znasz mnie! Nie chcę na ciebie patrzeć! - Odwrócił się na pięcie i ruszył ku drzwiom.
Colin nie mógł pozwolić mu odejść. Skoczył ku niemu i zamknął w swoich ramionach, przytulając się do jego pleców. Mężczyzna zaczął się rzucać.
- Puść mnie, bo rozwalę ci tę buziuchnę! - krzyczał Jessie. - Powiedziałem, że nie chcę na ciebie patrzeć! Nie chcę być blisko ciebie!
- Nigdzie nie pójdziesz! - Mocował się z nim.
- Muszę sobie wszystko przemyśleć. Puść mnie, do cholery! - Wyrwał rękę i uderzył łokciem w brzuch męża. Colin skulił się i Jessie wykorzystał moment. Wydostał się ze stalowego chwytu i zwyczajnie uciekł.
White wyprostował się i pobiegł za mężem. Będąc jeszcze na piętrze, usłyszał trzaśnięcie drzwiami. Zbiegł na dół, po czym dopadł wyjścia. Słyszał z dołu odgłos kroków, jakie szybko pokonywały schody.
- Kurwa, kurwa, kurwa! - Colin wziął klucze od mieszkania z zadowoleniem stwierdzając, że Jessie zostawił w spokoju dwa zestawy kluczyków od ich samochodów. Ubrał buty, wyjął z szafy ortalionową kurtkę i wybiegł za mężem, przeklinając swoją głupotę.












Komentarze
Leukonoe dnia padziernik 12 2013 20:12:08
Ha! Drama musi być smiley Jak zawykle cudnie.
Swoją drogą podziwiam twój opis scen erotycznych, są po prostu boskie.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

wietne! wietne! 50% [1 Gos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 50% [1 Gos]
Dobre Dobre 0% [adnych gosw]
Przecitne Przecitne 0% [adnych gosw]
Sabe Sabe 0% [adnych gosw]
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum