The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 19 2019 12:59:01   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Running away 37


Rozdział 37

Rainamar chodził w te i z powrotem, ewidentnie nad czymś się zastanawiając. Zatrzymaliśmy się pośrodku niczego, gdyż mój temperamentny ukochany ogłosił wszem i wobec, że potrzebuje czasu do namysłu. Zapytałem go więc, czy łaskawie nie może myśleć na koniu, na co on mi odpowiedział, że niestety, ale nie. Miałem nadzieję, że jeszcze dziś wejdziemy do lasu i poczuję się trochę lepiej, jednak widocznie nie było mi to dane.
Od pół godziny Rainamar nie robił nic, tylko chodził a Cahan prawie od początku go obserwował. Nie podobała mi się wcale ta milcząca komunikacja między nimi. Leith stał nieopodal w samotności a Lilijka rozmawiała z Nolanem. Kątem oka jednak co chwila spoglądała na jasnowłosego czarownika. Zapewne też zastanawiała się, co się wydarzyło w karczmie. Wydaje mi się, że Leith nie mówi nam a w szczególności jej wielu rzeczy. Osobiście uważam, że mógłby nam oszczędzić wielu kłopotów, gdyby zdobył się na szczerość.
Rainamar w końcu spojrzał w stronę Cahana. Ten uniósł lekko brwi, jakby chciał o coś zapytać, na co półork pokręcił przecząco głową. Revelin o dziwo zrozumiał o co chodzi, bo przytaknął i spojrzał na Leitha. Zanim zdążyłem zobaczyć co się dzieje, Rainamar znalazł się przy starszym czarowniku. Leith uniósł na niego wzrok.
- Kim oni byli? – zapytał mój narzeczony, zaskakując nas wszystkich. Po twarzy Leitha przewinęła się cała masa emocji, od zaskoczenia poprzez wstyd aż do złości. Zacisnął zęby i podszedł jeszcze bliżej Rainamara.
- Nie wiem. – odparł, starając się zachować spokój. Starał się, ale w jego głosie wyczuwało się delikatne drżenie. Rainamar uśmiechnął się złośliwie i pokręcił głową.
- Wiesz. Dobrze wiesz, Leith. Widziałem twoją twarz, kiedy wypatrzyłeś tego całego Sirke. Podejrzewam, że on mógł wcześniej o tobie nie słyszeć, ale ty o nim na pewno. Znasz go, Leith. Musiałem dobrze się przyjrzeć temu łajdakowi, ale także go poznałem. – mówił dalej półork.
- Co? – nie potrafiłem powstrzymać okrzyku zdziwienia.
- Sirke i ta cała banda parają się zastraszaniem różnej maści niewygodnych osób. Jakiś szlachetnie urodzony tchórz płaci im grube pieniądze i nasyła ich na niczego nie podejrzewających ludzi. Pierwszy lepszy kupiec, czy samotny podróżnik nie ma szans w starciu z takim stadem. My jednak…
- Chyba ich zaskoczyliśmy. – wtrącił Cahan, który do tej pory cierpliwie milczał. Rainamar rzucił mu urwane spojrzenie, na które mentalista odpowiedział dziwnym uśmiechem. Zastanawiające, w co oni pogrywają…
- Chcesz powiedzieć, Rainamar, że ci rozbójnicy byli wynajęci? – zapytał z niedowierzaniem Nolan.
- Wszystko na to wskazuje. – odparł półork, krzyżując ręce na piersi. – Twoi prześladowcy, Leith, nie są zbyt subtelni. Ty także, bo szybko cię wytropili. Nas.
- To niemożliwe! – zawołał w końcu Leith. – Nikt oprócz was nie wiedział, gdzie się wybieram! Nikt! Przysięgam na Stwórcę w niebiosach, czy gdziekolwiek on się znajduje!
- Nie sądzisz chyba, że ktoś z nas im o tym doniósł? – zapytał Rainamar.
- Na wszystkich potępionych Imperium, nie! – wykrzyknął jasnowłosy mag.
- Nie pomyślałeś, że cały czas cię obserwują? Śledzą cię? Może nawet teraz ktoś nas wypatruje, słucha naszej rozmowy? – mój narzeczony nie dawał za wygraną. Leith wyglądał na coraz bardziej zmartwionego. Ukrył twarz w dłoniach i głośno westchnął, tak, jak bardzo zmęczony człowiek.
- Oni chcą tego artefaktu, tak? – Rainamar postanowił się upewnić, czy dobrze rozumuje. – Pozostaje tylko pytanie - kto?
- Nie wiem, dobrze! Nie mam pojęcia! Wiem, że ten artefakt jest uważany za coś bardzo ważnego, dlatego miałem nie dopuścić do tego, by wpadł w ręce nieodpowiednich ludzi! Nie wyszło mi to najlepiej, fakt. Nie wiem jednak, dlaczego wciąż, po prawie roku od tamtego wydarzenia, mam problemy! Ciągle te same problemy! Zazwyczaj świetnie dawałem sobie radę sam, nie potrzebowałem nikogo i niczego! Teraz jednak… Nigdy nie byłeś w życiu w takiej sytuacji, kiedy wszystkie inne wyjścia zawiodły i nie wiedziałeś, co dalej zrobić, kapitanie? – zapytał w końcu Leith, drżącym głosem.
- Byłem. Do cholery, byłem, ale to nie zmienia faktu, że ukrywasz przed nami coś, co może okazać się kluczową rzeczą w tej całej pogoni za tobą, Daire.
- Nie mogę powiedzieć ci czegoś, czego sam nie wiem.
Rainamar wcale nie wyglądał na przekonanego słowami czarownika. Leith wydawał się jednak nieugięty. Wbił wzrok w ziemię i kręcąc głową wyrzekł znów:
- Nie wiem. Naprawdę.
- Wrócimy do tej rozmowy, czarowniku. – odrzekł Rainamar, wyraźnie akcentując ostanie słowo.
- Wiem o tym, kapitanie. – mruknął pod nosem Leith, nie patrząc na półorka.

***


Rainamar siedział przy jakiejś nadgniłej stercie drewna, które bezskutecznie próbował rozpalić. Na tym pustkowiu trudno było znaleźć cokolwiek, więc te gałęzie uznawałem za sukces. Inną sprawą było to, że nie dawało się ich zapalić. Na dodatek nad ranem spadł letni deszcz, który wszystko zmoczył… Podszedłem do niego i ukucnąłem obok.
- Jak ci idzie? – zapytałem, spoglądając kątem oka na jego zaciętą minę. Półork pokręcił głową i przerwał.
- Źle, jak widać. – odrzekł zrezygnowany.
- Rhain, o co chodzi z tymi ludźmi Sirke? Naprawdę myślisz, że ktoś ich nasłał?
- To już od dawna nie są domysły. Pamiętasz tego człeczynę, który się tak mnie bał a którego Leith nazywał Adler? Ktoś go śledził, wiedział, że przebywa w Aeral. Nie wiem, czy ta wiedza dotyczyła też tego, że Leith przebywał u nas w domu, ale to bardzo możliwe. Powiedz, Casius, co przyszłoby ci na myśl, gdybyś wiedział, że Leitha ktoś obserwował i nagle zobaczyłbyś stadko najemnych zbirów, którzy zaczepiają cię bez żadnej przyczyny? Nie sądzę, żebyśmy z Cahanem zdenerwowali ich staniem przy szynku.
- I co z tym zrobimy?
- Będziemy czekać. – odparł poważnie mój narzeczony.
- Chyba się przesłyszałem?
- Co innego możemy zrobić. Albo przycisnę Leitha, albo ci, którzy go tak potrzebują przycisną nas. To kwestia czasu, Casius. Zaufaj mi.
- Skoro tak mówisz… - odrzekłem, choć jego słowa nie były zbyt pocieszające. – Boli cie to? – zapytałem, dotykając lekko jego policzka, na którym pojawił się wielki siniak.
- Nie, nie… - powiedział takim głosem, jakby nie zrozumiał mojego pytania.
Bez namysłu pochyliłem się i pocałowałem go w policzek. Spojrzał na mnie bardzo zaskoczony moi gestem, ale po chwili się uśmiechnął.
- Casius, spróbuj rozpalić ten ogień, a ja poszukam jakichś lepszych gałęzi. Rosną tu pojedyncze drzewa, coś musi się znaleźć. – powiedział nagle i wstał. Chcąc nie chcąc musiałem się zgodzić. – Niedługo wrócę. – obiecał i zabrał się w sobie tylko znanym kierunku. Przez chwilę go obserwowałem, ale postanowiłem zająć się zadaniem, które mi polecił.
Siedziałem teraz nad czymś, co miało być w zamyśle mego kreatywnego narzeczonego ogniskiem, próbując bezskutecznie rozniecić płomień. Drewno było jednak mokre od przelotnego deszczu. Na dodatek nieco przygniłe, co dodatkowo utrudniało moją robotę. Rainamar doskonale wiedział jakiej pracy się pozbyć! Westchnąłem głośno i ponowiłem moje działania. Nie przyniosły jednak zamierzonego efektu, a deszcz doczekał się kilku nieprzyzwoitych określeń z mojej strony. Zastanawiałem się, gdzie jest Rainamar, gdyż straciłem go z oczu, a miał wrócić niedługo! Oczywiście miałem zamiar mu to wypomnieć!
- Potrzebujesz pomocy? - zapytał Cahan, kucając obok mnie. Zaskoczył mnie swą nagłą obecnością.
- Niestety. A ja myślałem, że jestem człowiekiem wielu talentów. - powiedziałem, patrząc na niego kątem oka. Uśmiechnął się, przesuwając dłonią tuż nad mokrym drewnem. Płomień natychmiast wybuchł, posłuszny jego woli.
- Jesteś – rzucił ściszonym głosem.
- Powiedz mi...płomienie na twoich dłoniach...czy to boli? – oczywiście nie potrafiłem powstrzymać swojej ciekawości.
- Ja nic nie czuję, oczywiście, kiedy mam nad tym kontrolę. To wydaje się być… hmm.. naturalne – odparł i nagle na jego dłoni zatańczył płomień. Odsunąłem się odruchowo.
- Mogę? - zapytałem niepewnie, sam nie wiem dlaczego. Nie chciałem się przecież poparzyć… Uśmiechnął się tylko. Ostrożnie wyciągnąłem rękę. Nie czułem gorąca, tylko dziwne mrowienie w dłoni, jakby przeszło po niej stado owadów. Powoli położyłem swoją dłoń na jego, obserwując płomienie. - Nic się nie stało... - zastanowiłem się, próbując spojrzeć w jego czarne oczy. - Dlaczego?
- Dlatego, mój drogi, że dla mnie jesteś wyjątkowy
- Cahan – wyszeptałem.
- Cóż, ognisko już się pali! – uśmiechnął się nerwowo i wstał. Spojrzałem na niego pytająco, ale on uciekł wzrokiem.
- Cahan, jeśli chodzi o…
- Eoin. – poprawił mnie.
- Tak… Chodzi o to, że…
- Wiem, wiem, przecież nie zmienię twojego zdania. – rzucił ogólnikowo, ale ja od razu zrozumiałem o co mu chodzi.
- Jesteś wspaniałym człowiekiem, Cahan, na pewno znajdziesz kogoś lepszego niż ja. – powiedziałem, krzywiąc się na sam dźwięk tych słów i to, jak tanio one zabrzmiały. Wcale tego nie chciałem. On zaśmiał się gorzko, kręcąc głową.
- Mentalista. – przypomniał mi, zakładając ręce przed sobą.
- Twój argument na wszystko! – stwierdziłem bezradnie. Spojrzał na mnie chłodno, ale nic nie odpowiedział. Gdzieś w tle słyszałem głos Leitha, który opowiadał Nolanowi i Lilijce jeden ze swoich kiepskich żartów. Szybko mu przeszedł poranny zły nastrój, który nawiedził go po rozmowie z Rainamarem. Wbiłem wzrok w trawę pode mną. Atmosfera wokół nas zgęstniała nie do wytrzymania.
- Ja… nie jestem już taki pewien. Nie byłem. – wyznałem po dłuższej chwili. Cahan wzdrygnął się nieznacznie, ale nadal milczał. Nie potrafiłem wyczytać żadnych uczuć z jego twarzy, zapewne nikt nie potrafił. Nie wiedziałem, co dalej robić. Chciałbym, żeby ktoś mi powiedział wprost, co będzie najlepsze.
- Ja wiem, co czuję, Casius.
- To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.
- Może jednak jest? – zapytał tajemniczo. Zapatrzyłem się w niego, nie chcąc wiedzieć, co ma na myśli.
- Pójdę zająć się końmi. – rzekł w końcu i wstał.
Ogień palił się jasnym płomieniem.

***


Rozmowa z Cahanem, choć niewinna, nieco mną wstrząsnęła. Rainamar wydawał się być bardzo zdziwiony tym, że udało mi się rozpalić ogień. Uśmiechnąłem się tylko, mając nadzieję, że ten grymas choć trochę przypomina uśmiech i wygląda szczerze. Chciałem jak najprędzej się czymś zająć, więc zacząłem namawiać Rainamara, żeby jak najprędzej znaleźć się w lesie. Wiem, że nie był zbyt zadowolony z tego powodu, bo wymyślał coraz to nowsze argumenty przemawiające za tym, żeby do lasu wejść jutro z samego rana. Nie chciałem jednak czekać. Coś nie dawało mi spokoju. Koniec końców półork zgodził się i po obiedzie znaleźliśmy się nieopodal lasku. Rainamar sprawdził jeszcze mapy, aby znaleźć dogodną drogę. Wkraczanie do przygranicznego lasku nigdy nie należało do najbezpieczniejszych wypraw. Zdaję sobie sprawę, że niedawno granice otworzyły się dla kupców i podróżników bardziej niż przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, jednak smak tamtych czasów pozostał.
Czułem, że przekraczając granice lasu coś w moim życiu się zmieni. Nie wiem, czy będzie to zmiana na lepsze, czy na gorsze, ale czułem, że coś się wydarzy. Las do mnie mówił. Słyszałem jego szepty, jak dziecko słyszy głos rodzica. Ojciec nauczył mnie słuchać, więc to robiłem. Odetchnąłem głęboko świeżym, leśnym powietrzem. Potrzebowałem tego.
- Jesteś pewien? – zapytał mnie Rainamar, spoglądając na mnie.
- Tak. – odparłem, uśmiechając się w odpowiedzi. Myśliwy się nie waha.
- Nie ma się co bać, kapitanie! Zaprawdę, żaden las nam nie straszny, mamy przecież Casiusa! - zawołał radośnie Leith, klepiąc lekko swoją klaczkę po szyi. Zwierzę uraczyło go niezadowolonym parsknięciem i potrząsnęło łbem.
- Nie entuzjazmuj się tak, Leith! - wtrąciłem beznamiętnie, wpatrując się w leśną drogę przed nami. Odwróciłem się, sam nie wiem po co. Znów jednak byłem świadkiem spojrzeń, jakimi nawzajem obrzucali się Rainamar z Cahanem. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, kiedy dojdzie między nimi do kolejnej otwartej kłótni, ale oni jak widać, znaleźli lepszy sposób na wyrażanie własnej niechęci do siebie nawzajem.
Westchnąłem i kucnąłem. Zacząłem przesypywać piasek z drogi w rękach, rozmyślając, jak przeprawić się przez ten lasek możliwie najlepszą drogą. Przerabiałem już to z Rainamarem, ale mapa i prawdziwy teren to były dwie odmienne rzeczy. Bardzo prawdopodobne było też, że mogę natknąć się na druidów, a oni, mimo iż nie pragną przemocy, nie byli by bardzo zadowoleni z naruszania ich terytorium. Ja także nie chciałem się z nimi widzieć po ostatniej wizycie… Jacy oni są pewni siebie!
- Zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy zboczyli z traktu i udali się w głąb lasu. Będzie znacznie bezpieczniej - powiedziałem nagle, przerywając dziwną ciszę, która zaległa wśród moich towarzyszy.
- Cóż, przez chwilę myślałem, ze obawiasz się druidzkich szaleńców, którzy jak tylko mnie zobaczą dostają delirium tremens i innego rodzaju schorzeń. - rzekł swym zwykłym, lekceważącym tonem starszy czarownik.
- Nie wyglądasz, jakbyś sie tym przejmował – parsknął pod nosem Rainamar.
- Nie myliłeś się – odrzekłem, umyślnie ignorując komentarz mojego narzeczonego – Nie zależy mi na spotkaniach z druidami. Ale oni przecież nie chodzą po głównej drodze, Leith.
Daire skrzywił się.
- Też prawda… - odrzekł zrezygnowany.
- Chodzi mi o to, żeby nikt za nami nie poszedł. – dodałem bardziej do siebie, niż do niego.
- No tak… - rzucił bezradnie.
- Nie ma na co czekać. – powiedział w końcu Rainamar. – Wcale nie uśmiecha mi się nocowanie w lesie. – dodał.
- Nie będziesz sam. – odrzekłem i ruszyłem przed siebie, ciągnąc za uzdę Czerwonego Demona. Wreszcie czułem się dobrze…











Komentarze
Lazguron dnia padziernik 18 2013 17:23:21
Ho, ho a więc jednak w końcu Casius się przełamał (przynajmniej częściowo) i przyznał przed samym czarnym magiem, że jednak coś do niego czuje i stanowczo nie jest to platoniczna przyjaźń. Przynajmniej kiedy Cahan pogrzebał mu chwilkę w mózgu mogło mu być przyjemnie, że jest ktoś na świecie komu nie jest obojętny. No, ale myśliwy dalej dzielnie się opiera, jak tak dalej pójdzie i pewnego dnia Rainamar usłyszy te ich pogawędki będzie ciekawie, nie ma co. smiley Biedny orczek, sama umięśniona klata, choć z pewnością imponująca, może nie wystarczyć w tej sytuacji. I czego szuka Leith, że prawie wszystko co się rusza próbuje rozwalić mu łeb. smiley W tym zazdrośni mężowie karczmarek,kelnerek,szwaczek i czego tam jeszcze można spotkać...
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum