The Cold Desire
   Strona G艂贸wna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsy艂ania prac WYDAWNICTWO
Pa糳ziernik 15 2019 07:59:23   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Sk贸rki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
艢CIANA S艁AWY
Tutaj b臋d膮 umieszczane odnosniki do stron, na kt贸rych znalaz艂y si臋 recenzje wydanych przez nas ksi膮偶ek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez nasz膮 stron臋. W celu zobaczenia szczeg贸艂贸w nale偶y klikn膮膰 w dany banner





Witamy
Strona ta po艣wi臋cona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazuj膮cemu relacje homoseksualne pomi臋dzy m臋偶czyznami. Je艣li jeste艣 zagorza艂ym przeciwnikiem lub w jaki艣 spos贸b nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opu艣膰 t臋 witryn臋 - reszt臋 naszych Go艣ci serdecznie zapraszamy
Dzieci boga granic 20
20.

Nadesz艂o lato sz贸stego roku panowania Rijesha, zwanego W艂adc膮 Ciemno艣ci. Gor膮ce i duszne, suche lato, niekt贸rzy m贸wili, 偶e r贸wnie upalne i suche, jak to, kt贸re zacz臋艂o wielk膮 susz臋 przed trzystu laty. T臋 susz臋, kt贸ra plemiona Wielkiego Stepu wygna艂a na zach贸d, ku 偶yznym ziemiom Karanesse, ku wilgotnej, lesistej dolinie rzeki Avalay. Nadesz艂o lato, a wraz z nim nadesz艂a z dawna oczekiwana wie艣膰: od stepu zmierzali na zach贸d koczownicy Jyrgala, z Shanai’ar nadci膮ga艂a doskonale wyszkolona armia smokowc贸w, Dallejscy patrycjusze i kupce otwarli kiesy. Wojna wybucha艂a na nowo.
W艂a艣ciwie wojna nie sko艅czy艂a si臋, nie przerwano jej nigdy. Przez ostatnie trzy lata Jyrgal i podleg艂a mu plemiona wyprawia艂y si臋 na wsch贸d, ku krainom za Smoczymi G贸rami, krainom 偶贸艂tych ludzi, rodak贸w Lanfeia. Ze wschodu dochodzi艂y wie艣ci o prze艂amaniu legendarnego Muru Dwunastu Smok贸w, o nowych zdobyczach, o pos艂ach prastarego cesarstwa wys艂anych do Jyrgala, a p贸藕niej i do Rijesha.
Tak偶e Urhan nie pozostawa艂o bierne. Dawno ju偶 doko艅czono nowe mury, wykuto now膮 bro艅 dla 偶o艂nierzy, zbudowano balisty i katapulty, kt贸re mia艂by by broni膰 miasta w wypadku obl臋偶enia. Tak偶e i zachodni s膮siedzi zbroili si臋: zwiadowcy donosili o nowych fortach wznoszonych na pograniczu, o odbudowywanych starych wie偶ach stra偶niczych. Szpiedzy m贸wili, 偶e na dworze Alanora, karaneskiego kr贸la 艣cieraj膮 si臋 frakcje: pograniczni baronowie pragn臋li rozpocz膮膰 wojn臋 ju偶 teraz, rosn膮cy we wp艂ywy aurieniccy rycerze czekali na oficjaln膮 decyzj臋 o 艣wi臋tej wojnie. Teokrata Salvei, Wielki Mistrz Zakonu Mieczy 艢wiat艂o艣ci czeka艂 tylko na sojusznik贸w.
W Lavii zmieni艂a si臋 w艂adza: m贸wiono, 偶e kniahini-wied藕ma Nadzieja zosta艂a zdetronizowana i wygnana przez w艂asn膮 siostr臋, lub te偶, 偶e o艣lepiona umiera w lochu. Lavijczycy nie raz byli ofiarami najazd贸w ze stepu, lecz bli偶ej znajdowa艂a si臋 Dolna Lavia, ksi臋stwo zho艂dowane Karanesse. Tamtejsi kniaziowie, karanescy z kultury, lavijscy z krwi, sami postanowili zaj膮膰 si臋 zagro偶eniem ze stepu i pogranicze mi臋dzy Lavi膮, stepem i Karanesse p艂on臋艂o regularnie.
Z zamieszania korzysta艂y rozb贸jnicze bandy, pokrewne tej, kt贸rej przewodzi艂 Murad. W nich wszyscy byli sobie r贸wni, wszyscy byli banitami i sami mogliby twierdzi膰, 偶e podlegaj膮 Akriasowi, cho膰 opiekowa艂 si臋 nimi pr臋dzej akriasowy brat Harandan, oszust, 艂ajdak i zdrajca, kochanek Czerwonej Pani. Akrias i Harandan graj膮 w ko艣ci na pograniczu, mawiano cz臋sto. I kt贸rykolwiek z braci wygra, 藕le si臋 sprawa sko艅czy.
Przez te trzy lata Kekhart cz臋sto zbiera艂 swoich podkomendnych i wyrusza艂 na p贸艂noc, na lavijskie pogranicze, pr贸buj膮c uspokoi膰 chaos i odwlec nieuchronn膮 wojn臋 do momentu, gdy Rijesh wyda ostateczn膮 decyzj臋 o wyprawie na zach贸d.
Raz starli si臋 z elfami: u p贸艂nocnych granic Avallenre, przy Wodospadach Galriana. Nie dotarli co prawda do samego elfiego zamku wzniesionego przy wodospadach, lecz widzieli go z oddali: niewielka twierdza, wzniesiona na stromej skale ponad spienion膮 wod膮. Zdoby膰 tak膮 mo偶na by tylko g艂odem lub zdrad膮.
Elfia ksi臋偶na, kuzynka kr贸lewska, cz臋sto wysy艂a艂a na pogranicze swoich zwiadowc贸w, a gdy ci zauwa偶yli ork贸w kt贸rzy nieopatrznie zbli偶yli si臋 do granic elfiej domeny, donie艣li jej o tym. Ksi臋偶na odziana w srebrn膮, zdobion膮 b艂臋kitem zbroj臋 sama wyruszy艂a przeciw intruzom, pokaza膰 im, 偶e elfowie nie ust臋puj膮 orkom zajad艂o艣ci膮. Oddzia艂 Kekharta nie by艂 gotowy na takie starcie i zosta艂 zmuszony do odwrotu: ku niezadowoleniu Arthana, kt贸ry rzuca艂 tylko pe艂ne nienawi艣ci spojrzenia srebrnej zbroi i srebrnym w艂osom elfiej pani.
Raz trafili na bandyt贸w, kt贸rzy napadli samotnie podr贸偶uj膮c膮 lavijsk膮 niewiast臋. Nie zostawili ani jednego 偶ywego, a Larha wykaza艂a si臋 szczeg贸ln膮 bezwzgl臋dno艣ci膮, dobijaj膮c rannych. Nikt jej w tym nie przeszkadza艂, patrzyli nawet z satysfakcj膮, jak podrzyna zb贸jcom gard艂a – i jak ocalona kobieta bierze n贸偶 i idzie robi膰 to samo, jak spotykaj膮 si臋 ponad zabitymi oczy orczycy i Lavijki, pierwsze pe艂ne p艂on膮cego gniewu, drugie zimne jak l贸d. I tym bardziej niezwyk艂e by艂o, 偶e po wszystkim kobieta odm贸wi艂a opieki i, zabrawszy bro艅, konia i pieni膮dze zb贸jc贸w, samotnie ruszy艂a w dalsz膮 drog臋: ku wschodowi, ku stepom. Na odchodnym powiedzia艂a tylko, 偶e przecie偶 gdy zn贸w b臋dzie w potrzebie, jej magia po raz kolejny przy艣le jej obro艅c贸w. Zdradzi艂a si臋 tym samym, 偶e jest wied藕m膮, ale to nie dziwi艂o, lavijskie kobiety znane bowiem by艂y z bieg艂ej znajomo艣ci magii i tylko kobieta b臋d膮ca wied藕m膮 mog艂a zosta膰 w艂adczyni膮 kraju.
W tej potyczce Nurzhan zabi艂 po raz pierwszy i oficjalnie sta艂 si臋 m臋偶czyzn膮. 艢wi臋towali to po powrocie do Urhan, a Gaspar uroczy艣cie przek艂u艂 m艂odzie艅cowi ucho, stwierdzaj膮c, 偶e ka偶dy, kto osi膮gn膮艂 pe艂noletnio艣膰 musi nosi膰 na ciele jej znak.
Takhir nauczy艂 si臋 偶y膰 w mie艣cie, cho膰 czasem wygania艂o go w step. Znika艂 wtedy na dni, tygodnie, raz nie by艂o go ca艂膮 wiosn臋 i Kekhart czeka艂 na jego powr贸t z niepokojem, nie przestaj膮c my艣le膰 o wizjach, kt贸re si臋 jeszcze nie spe艂ni艂y.
Ale Czarny Szaman wraca艂 zawsze, 艣mia艂 si臋 troch臋 z l臋k贸w kochanka, a potem przeprasza艂: czasem z szale艅cz膮 nami臋tno艣ci膮, czasem po prostu blisko艣ci膮 i 艂agodnym dotykiem.
Nauczyli si臋 obaj 偶y膰 razem, wbrew regu艂om 艣wiata i zgodnie z tymi, kt贸re tworzyli sami. Korzysta膰 z ka偶dej chwili, bo wiedzieli dobrze, 偶e w obliczu trwaj膮cej wojny ich wsp贸lne 偶ycie mo偶e nie potrwa膰 d艂ugo. Bogowie daj膮, bogowie odbieraj膮, trzeba si臋 cieszy膰 ka偶dym ich darem i nie my艣le膰 o chwili, gdy daru zabraknie. R臋ka Iel jest kapry艣na.
Tego upalnego, suchego lata, gdy plemiona podleg艂e Jyrgalowi i oddzia艂y ze Shnai’ar nie przyby艂y jeszcze, Sahak wyda艂 rozkaz dobitnie 艣wiadcz膮cy o nieuchronno艣ci wojny. Kilka niewielkich, wprawionych na pograniczu oddzia艂贸w mia艂o przekra艣膰 si臋 mi臋dzy karaneskimi stra偶nicami ku dolinie Avalay i oceni膰 sytuacj臋 wewn膮trz elfiej domeny. Kekhart i jego podkomendni nale偶eli do tych, kt贸rym to zadanie zlecono, dodaj膮c im jeszcze do oddzia艂u trzech 偶o艂nierzy.
Wyruszyli w gor膮cy, lipcowy dzie艅. Zadanie nie nale偶a艂o do naj艂atwiejszych. Raz natkn臋li si臋 na ludzki zwiad. Gdy ju偶 dosz艂o do walki, nie mogli zostawi膰 ani jednego 偶ywego, cia艂a trzeba by艂o ukry膰 w pobliskim zagajniku… Cho膰 las贸w przybywa艂o, im bardziej zbli偶ali si臋 do doliny.
Bieg艂a t臋dy stara, kamienna droga, wzniesiona przed wieloma stuleciami jako trakt 艂膮cz膮cy Karanesse z dawnym Ur Thaen. Przecina艂a elfi膮 domen臋, jedna z jej odn贸g bieg艂a na p贸艂noc, ku ziemiom baronii, do kt贸rej niegdy艣 kamienio艂om nale偶a艂. Arthan zmarszczy艂 brwi, widz膮c t臋 drog臋.
– Ja to miejsce znam – rzek艂 niech臋tnym tonem. – Elfy na zach贸d. Du偶o elf贸w.
– Dobrze chyba? – zdziwi艂 si臋 Nurzhan. – Przecie my elf贸w szukamy.
– No my szukamy… Oby one nas nie znalaz艂y… W lasach ich du偶o…
Mieszaniec coraz dziwniej si臋 zachowywa艂. Musia艂 zna膰 te tereny do艣膰 dobrze, czas nie zatar艂 wspomnie艅 dziecka przez elfie lasy przedzieraj膮cego si臋 ku wschodowi.
***

Avalay, jedna z najwi臋kszych rzek kontynentu, wije si臋 kapry艣nie od Dolnej Lavii a偶 po Drug膮 Przysta艅. Od zarania dziej贸w g臋ste lasy rosn膮ce w jej dorzeczu zamieszkiwa艂y elfy. Kiedy przed tysi膮cem lat u uj艣cia rzeki stan膮艂 jeden z okr臋t贸w Ludu Wiecznej W臋dr贸wki, rozpocz膮艂 si臋 podb贸j. Elfowie niezale偶nie od pochodzenia odczuwaj膮 szczeg贸lny poci膮g do las贸w, zwie si臋 ich te偶 przecie偶 Dzie膰mi Lasu. Synowie Keledronara Astrafiniala opanowali domen臋 swych krewniak贸w i stworzyli wielkie, pot臋偶ne pa艅stwo z dwoma wielkimi miastami, Drug膮 Przystani膮 i Avallenre. Z biegiem czasu jednak pa艅stwo skurczy艂o si臋. Najpierw jego pot臋g臋 os艂abi艂y wojny z cesarstwem Anorii, potem najazdy kolejnych ksi膮偶膮t i wodz贸w z ludu, kt贸ry mia艂 stworzy膰 pa艅stwo Karanesse, w ko艅cu dolny bieg Avalay zosta艂 opanowany przez Salvei臋 i Druga Przysta艅 zosta艂a domen膮 aurienickiej teokracji, dziwacznym tworem, rz膮dzonym przez ludzi, lecz zamieszkanym g艂贸wnie przez elf贸w. Osta艂o si臋 miasto Avallenre, kilka twierdz takich, jak Wodospady Galriana i liczne wioski ukryte w lasach, tym 艂atwiej, 偶e elfowie sw膮 gospodark臋 umieli uzale偶ni膰 od drzew. W臋drowiec podr贸偶uj膮cy przez dolin臋 Avalay mo偶e si臋 zdziwi膰, widz膮c, jak las nagle przechodzi w sad owocowy, lub 偶e drzewa, kt贸re cz艂owiekowi wydaj膮 si臋 dzikie, rosn膮 w r贸wnych rz臋dach, nie rzadko odgrodzone i strze偶one.
Lecz im dalej od serca pa艅stwa, tym mniej takich sad贸w i upraw. Tu las jest dziki, le艣ni elfowie poluj膮 w nim cz臋sto, kultywuj膮c spos贸b 偶ycia przodk贸w. Niewielkie grupki ci膮gle jeszcze nie maj膮 sta艂ego miejsca zamieszkania, w臋druj膮c ca艂膮 wiosn臋 i lato, p贸藕n膮 jesieni膮 wracaj膮c do osad. Czasem w le艣nym g膮szczu mo偶na znale藕膰 resztki zapomnianych, zdawa艂oby si臋, chram贸w. Niewielkie 艣wi膮tynie trzech bogi艅, pozbawione kap艂an贸w, poza tymi, kt贸rzy znajd膮 je w swej w臋dr贸wce i zdecyduj膮 si臋 z艂o偶y膰 ofiar臋.
Arthan twierdzi艂, 偶e zna jedno takie miejsce. Powiedzia艂 to Kekhartowi w sekrecie, bo to Kekhart wiedzia艂 o nim najwi臋cej. Gdzie艣 niedaleko drogi, niedaleko, o ile mieszaniec dobrze pami臋ta艂, jednego z dop艂yw贸w Avalay, schowany by艂 w lesie o艂tarz. Jakiego b贸stwa – Arthan nie wiedzia艂. Elfiego, tego by艂 pewien, ale o dziwo, przychylnego jemu. P贸艂-cz艂owiek nie wiedzia艂, jak to dzia艂a. Mo偶e b贸stwo zosta艂o zapomniane przez sw贸j lud i m艣ci艂o si臋 za to, sprzyjaj膮c wrogowi: a mo偶e zawar艂o jaki艣 szczeg贸lny uk艂ad z Akriasem? Tak czy inaczej, je艣li byli w okolicy, Arthan chcia艂 odnale藕膰 zagubiony chram. Sam. To sprawa pomi臋dzy nim i le艣nym b贸stwem. Jedn膮 noc i jeden dzie艅. Jedn膮 noc i jeden dzie艅 na sam koniec ich zwiadu na obrze偶ach elfiego lasu. To niedaleko: widzieli z oddali stary, kamienny most na rzece p艂yn膮cej w pobli偶u sanktuarium. Arthan przekroczy t臋 rzek臋 powy偶ej mostu, w br贸d. Je艣li co艣 przytrafi mu si臋 po drodze, nie wr贸ci. Nie da si臋 schwyta膰, nie da si臋 przes艂ucha膰. Pr臋dzej zginie, ni偶 pozwoli si臋 z艂apa膰 elfom. Jedna noc, jeden dzie艅. Je艣li nie wr贸ci, maja o nim zapomnie膰.
Zgodzili si臋, cho膰 niech臋tnie. Rozbili obozowisko na skraju lasu, wiedz膮c, 偶e najpewniej nie jest to miejsce, gdzie docieraj膮 elfie zwiady: nie napotkali 偶adnego, tylko raz natkn臋li si臋 na samotnego 艂owc臋. Jego cia艂o gni艂o teraz pod li艣膰mi, a pi臋kny 艂uk przypad艂 w udziale Nurzhamowi.
I Arthan wyruszy艂 o zmierzchu. Nie by艂o go noc, jak obieca艂, nie by艂o go ca艂y dzie艅. Zaczyna艂o si臋 ju偶 艣ciemnia膰, mija艂 wyznaczony czas. Czekali niecierpliwie na powr贸t miesza艅ca, Gaspar mamrota艂 co艣 o g艂upich mu艂ach i o tym, 偶e mo偶e powinni jednak p贸艂-cz艂owieka poszuka膰. Serik przypomina艂, 偶e maj膮 wyruszy膰 je艣li Arthan nie powr贸ci do zachodu i 偶e czas ju偶 najwy偶szy, niestety. Je艣li Arthan 偶yje, sam dostanie si臋 do Urhan.
Kekhart musia艂 si臋 z tym zgodzi膰. Mieszaniec w ko艅cu przeby艂 ju偶 kiedy艣 t臋 drog臋, jako dziecko. Da艂 sobie rad臋 wtedy, da sobie rad臋 tym bardziej teraz.
I w ko艅cu, gdy ju偶 zabierali si臋 do zwijania obozu, Arthan przyszed艂: przywl贸k艂 si臋 w艂a艣ciwie, utykaj膮c na lew膮 nog臋, owini臋t膮 prowizorycznie banda偶em z w艂asnej podartej koszuli. Tkanin臋 zaplami艂a ju偶 krew i mieszaniec wygl膮da艂 na nieco os艂abionego. O dziwo, jego brzydk膮 twarz rozja艣nia艂 u艣miech.
– Co ja 偶em widzia艂… – rzek艂 rozmarzony, kiedy ju偶 usiad艂 w obozowisku, zdj膮艂 spodnie i pokaza艂 ran臋 – niewielk膮, czyst膮, niezbyt gro藕n膮, po strzale.
– Nie co ty widzia艂e艣, ale co ci si臋 sta艂o, ty powiedz – domaga艂 si臋 Nurzhan, zabieraj膮c si臋 za opatrywanie rany.
– A elfia strza艂a – P贸艂-cz艂owiek machn膮艂 r臋k膮, bagatelizuj膮c wyra藕nie to, co mu si臋 przydarzy艂o. – Ja utykam troch臋, ale przejdzie…
– Przejdzie – zgodzi艂 si臋 m艂ody uzdrowiciel. – P艂ytko wesz艂a i jak na psie si臋 na tobie goi. Szcz臋艣cie mia艂e艣.
– Ano. Ja 偶em mia艂 szcz臋艣cie… A co ja 偶em widzia艂…
– Wojska wrogie? – spyta艂 Serik. – Cho膰 jak ja na ciebie patrz臋, to艣 ty raczej na zwiad elfowy si臋 natkn膮艂. Szcz臋艣cie艣 mia艂, 偶e ci臋 nie ustrzelili.
– Nie zwiad, a dziewuszka le艣na jedna…
Kt贸ry艣 z 偶o艂nierzy, kt贸rzy im towarzyszyli, za艣mia艂 si臋 g艂o艣no.
– Dziewka strza艂臋 mu wbi艂a, a on jej co艣 te偶 musia艂.
Larha 艂ypn臋艂a na 偶o艂nierza z nienawi艣ci膮, potem, podejrzliwie, na miesza艅ca.
– Ja 偶em jej nic nie zrobi艂 – zaprotestowa艂 Arthan, rozk艂adaj膮c r臋ce. – Ona by mnie ustrzeli艂a pr臋dko, jakbym ja bli偶ej podszed艂, a c贸偶 ja mia艂em zrobi膰, oddali艂em si臋. Nie widzia艂a mnie ona nawet dobrze, ja my艣l臋, ona strzela艂a, coby mnie ostrzec… ale i tak… – zn贸w si臋 wyszczerzy艂, jeszcze szerzej, ods艂aniaj膮c mocne, prawie kompletne z臋by. – Ale ona 艣liczna by艂a… ja 偶em kobiety takiej na oczy nie widzia艂. Nigdy…
I opowiedzia艂, co mu si臋 przytrafi艂o.
Znalaz艂 sw贸j le艣ny chram bez trudu: z zamkni臋tymi oczyma m贸g艂by do艅 trafi膰, zapomniane b贸stwo wskaza艂o mu drog臋. Rankiem za艣 pokaza艂o mu co艣 jeszcze. O 艣wicie, gdy doszed艂 do rzeki, natrafi艂 na obozowisko. Kto艣 jeszcze robi艂 zwiad w lesie, a mo偶e polowa艂 tylko – raczej to drugie, bo na drewnianej ramie Arthan dostrzeg艂 sk贸r臋 jelenia. W艂a艣ciciel obozu sta艂 po kolana w wodzie. Nie w艂a艣ciciel, a w艂a艣cicielka: szczup艂a dziewczyna, kompletnie naga, pochyla艂a si臋, myj膮c kasztanowe w艂osy.
A Arthan os艂upia艂 na widok tej sceny. Ze swojej pozycji w krzakach wyra藕nie widzia艂 uda i po艣ladki dziewczyny. M贸g艂by na nie patrze膰 i patrze膰 – w niesko艅czono艣膰.
– Tylko patrze膰? – spyta艂 ten sam 偶o艂nierz, kt贸ry wcze艣niej si臋 ju偶 przys艂uchiwa艂.
– A c贸偶 ja 偶em zrobi膰 mia艂?
呕o艂nierz za艣mia艂 si臋.
– Mu艂, no tak, mu艂…
Arthan pu艣ci艂 to mimo uszu i zn贸w odwr贸ci艂 si臋 do przyjaci贸艂, opowiadaj膮c dalej.
– I ja my艣l臋, co zrobi膰 mam… Ja bym do tej dziewuszki wyszed艂, ale ona nie nasza, wida膰, za ma艂a, za szczup艂a… a nogi jakie mia艂a… Elfia dziewuszka, ani chybi, bo co by innego tu w lesie… I ja stoj臋 i my艣l臋, i trzas艂a ga艂膮zka nagle...
Dziewczyna obr贸ci艂a si臋 i by艂 ju偶 pewien, 偶e jest elfem: mokre w艂osy nie zas艂ania艂y delikatnych, spiczastych uszu. Sta艂a przez moment, nas艂uchuj膮c, a mieszaniec poj膮艂, 偶e znalaz艂 si臋 w sytuacji bez wyj艣cia: jakkolwiek nie post膮pi, 藕le si臋 to sko艅czy, zw艂aszcza, 偶e dziewczyna, niewiarygodnie szybka, juz skoczy艂a ku brzegowi, si臋gn臋艂a po 艂uk i za艂o偶y艂a strza艂臋 na ci臋ciw臋. On za艣 sta艂 nieruchomo, jak g艂upi, coraz bardziej 艣wiadomy, 偶e nie wyjdzie jej naprzeciw.
– Bo i co ja bym zrobi膰 mia艂? Bogowie, albo by ona mnie zabi艂a, albo ja bym jej krzywd臋 zrobi膰 musia艂. No to ja 偶em si臋 wycofywa膰 zacz膮艂. A ona strzeli艂a wtedy. I ona trafi艂a. Potem ona jeszcze dwie strza艂y za mn膮 pos艂a艂a, ostrzega艂a, cobym ja si臋 nie zbli偶a艂. Widzia艂a mnie, ale nie zabi艂a.
– To ona nie widzia艂a, co z ciebie za kreatura – za艣mia艂 si臋 Gaspar. – Ale serio, Arthan, ja wiedzia艂em, 偶e tobie elfica jaka w oko wpadnie kiedy艣 i 偶e z tego k艂opoty b臋d膮...
P贸艂-cz艂owiek machn膮艂 r臋k膮.
– A jakie tam k艂opoty! Ja 偶yj臋 przecie, nie?
– I pierwszy raz ja s艂ysz臋 – wytkn膮艂 pie艣niarz – 偶eby艣 ty o elfie dobrze m贸wi艂.
– Bo ona 艣liczna by艂a...
– No to jak do Avalenre dojdziem, b臋dziesz okazj臋 mia艂 – rzek艂 偶o艂nierz z innego oddzia艂u. – Ta czy inna, jaka艣 si臋 trafi.
– A bo ja b臋d臋 jak膮 si艂膮 chcia艂... – mrukn膮艂 Arthan, pochylaj膮c si臋 i grzebi膮c w ognisku jakim艣 patykiem.
– No inaczej to ty szans nie masz – zauwa偶y艂 Gaspar. – Ciebie ma艂o kt贸ra i tak chce, a elfica to co dopiero... chcesz tak膮, musisz si艂膮, nie ma wyj艣cia.
Mieszaniec podni贸s艂 wzrok, zawarcza艂 na cz艂owieka gniewnie, odsuwaj膮c wargi i prezentuj膮c z臋by.
– Gaspar, ty milcz...
Pie艣niarz wzruszy艂 ramionami.
– A co ja milcze膰 mam, jak prawd臋 m贸wi臋 i ty to wiesz. Chcesz jak膮 elfi膮 kobiet臋, to tylko jako brank臋, inaczej ty szans nie masz.
– A ty co mu podpowiadasz, g艂upi – fukn臋艂a tym razem Larha, patrz膮c na Gaspara morderczym wzrokiem. – Wiesz ty tak dobrze, jak wszyscy, 偶e z takich rzeczy tylko k艂opoty. A ciebie, Arthan, to osobi艣cie wypatrosz臋, jak jak膮艣 dziewk臋 skrzywdzi膰 spr贸bujesz. Wiesz, 偶e umiem.
P贸艂-cz艂owiek parskn膮艂 co艣 pod nosem i tylko zgarbi艂 si臋 bardziej, chowaj膮c g艂ow臋 w szerokie ramiona. Nie patrzy艂 na nikogo, tylko to na p艂omienie, to na banda偶e na swojej nodze.
Siedz膮cy w pobli偶u Serik kiwn膮艂 tylko g艂ow膮, patrz膮c na to wszystko.
– Ale Larha racj臋 ma – powiedzia艂. – Nic dobrego, i ty widzia艂e艣, jak si臋 takie rzeczy ko艅cz膮.
Arthan podni贸s艂 zn贸w oczy.
– A ty czego si臋 wtr膮casz? – warkn膮艂. – A mo偶e ja w艂a艣nie powinienem? Skoro ja tego co chce po dobroci dosta膰 nie mog臋, to ja mo偶e sobie wezm臋 si艂膮? Bo czemu nie? Co ja mam zawsze nie mie膰 niczego, czego ja bym chcia艂? Bo wojna jest, a to tylko elfy, co ja si臋 przejmowa膰 b臋d臋, co elf jaki czuje? Abo si臋 elfy nami przejmuj膮? Abo elf jaki艣 kiedy si臋 orkiem przej膮艂? Abo to ma艂o naszych niewolnikami by艂o – elfimi te偶? I co my mamy, udawa膰, 偶e my lepsi? Albo my z pokor膮 b臋dziemy oddawa膰 wszystko i nawet od walki odst膮pimy, albo my we藕miemy, co chcemy. Albo ja wezm臋, co chc臋, albo ja si臋 wycofam. A ja si臋 wycofa膰 nie chc臋.
呕o艂nierz, kt贸ry si臋 im przys艂uchiwa艂, patrzy艂 na Arthana z podziwem.
– No, dobrze m贸wi – rzek艂 z uznaniem. – Na wojn臋 idziem, to 艂upy i chwa艂a si臋 nam nale偶膮. I kobiety te偶. Chcesz jakiej, Arthan, to bierz.
– Och, kolejny fiut g艂upi! – wykrzykn臋艂a Larha, wstaj膮c wzburzona. – I ty, Arthan te偶, och, ja o tobie lepsze zdanie mia艂am, ja my艣la艂am, 偶e ty lepszy jeste艣 ni偶 wszyscy, a ty taki sam, kompletnie taki sam! Ale r贸b ty, co chcesz, chcesz 艂ama膰 komu艣 偶ycie, to 艂am, chcesz siebie zniszczy膰, niszcz, sprawa mi臋dzy tob膮, bogami, twoim sumieniem i kobiet膮, kt贸r膮 skrzywdzisz! Ale ty nie my艣l, 偶e ja to zrozumiem, albo 偶e pochwalam. I na bog贸w, kiedy艣 ty si臋 bez wn臋trzno艣ci obudzisz!
Serik pokr臋ci艂 g艂ow膮, patrz膮c na miesza艅ca z politowaniem i niech臋ci膮.
– Nic si臋 on nie nauczy艂, nic a nic…
Kekhart stan膮艂 nad miesza艅cem, po艂o偶y艂 mu twardo r臋k臋 na ramieniu.
– Arthan. Ty chod藕. Porozmawiamy.
– I ty te偶 chcesz mnie kazania m贸wi膰?
– Nie. Ty chod藕.
P贸艂-cz艂owiek prychn膮艂, ale wsta艂 i ruszy艂 za swoim dow贸dc膮 na ubocze, mi臋dzy namioty. Tam opar艂 si臋 o rusztowanie, na kt贸rym kto艣 powiesi艂 siod艂a. Nie patrzy艂 Kekhartowi w oczy.
– Ja po prostu do艣膰 mam – powiedzia艂. – Ja ju偶 chc臋 tam by膰… Walczy膰. Nie my艣le膰. Nie my艣le膰, co ja potem robi艂 b臋d臋. Ja 偶em 偶y艂 dla tej wojny tyle lat ju偶, 偶e ja si臋 jej boj臋. Bo mo偶e ja za wiele chc臋, mo偶e ja got贸w nie jestem na to? Ja sobie wiele w g艂owie roj臋, co si臋 stanie, a co ja zrobi臋, jak inaczej b臋dzie? A jak to my przegramy i ja si臋 zn贸w do niewoli dostan臋…?
– Ja wiem – kontynuowa艂, zaczerpn膮wszy tchu – ja wiem, 偶e Larha racj臋 ma, i Serik, i ty tak samo my艣lisz… I ja 偶adnej kobiety skrzywdzi膰 nie chc臋.
– Ty to Larsze powiedz.
– Abo mi ona uwierzy? Ona wiele z艂ych rzeczy widzia艂a, jak ma wierzy膰 w dobre?
– Uwierzy czy nie, mo偶e lepiej, coby艣 jej powiedzia艂. Ty艣 sam widzia艂 z艂e rzeczy. Idziesz zabi膰 teraz tego, kt贸ry ci臋 skrzywdzi艂?
– Variena. Kr贸lewskiego syna. Tak.
– Kr贸lewskiego syna?
– On armi膮 dowodzi. A ja jego zabij臋… – Arthan zacisn膮艂 pi臋艣ci tak mocno, 偶e pobiela艂y mu k艂ykcie. Wszystkie mi臋艣nie cia艂a napi臋艂y mu si臋 do granic mo偶liwo艣ci, a偶 zatrzeszcza艂 sk贸rzany kaftan i Kekhartowi wyda艂o si臋, 偶e mieszaniec m贸g艂by bez trudu go na sobie rozerwa膰. Z gard艂a wydoby艂 si臋 zduszony warkot, 艣wiadcz膮cy o miotaj膮cych p贸艂-cz艂owiekiem silnych emocjach. – Ja o nic wi臋cej nie dbam. Niech si臋 potem co chce dzieje… Tak, ja 偶em wiele chcia艂… Ja 偶em pr贸bowa艂… Je艣li mi艂o艣ci dla mnie nie ma nawet, niech nienawi艣膰 zostanie. Ja ni膮 偶y膰 mog臋. I umrze膰 w bitwie. Bo czemu nie? Gaspar o mnie 艣piewa膰 b臋dzie, on to dostanie, co on chcia艂 zawsze. Tak b臋dzie lepiej, ja my艣l臋… Bo potem… Albo ja zgin臋, Kekhart, albo ja co strasznego potem zrobi臋.
Kakhart pokr臋ci艂 g艂ow膮, po艂o偶y艂 przyjacielowi r臋k臋 na ramieniu.
– Nie ty. Ja w ciebie wierz臋. I inni te偶. A je艣li ty elfiego ksi臋cia pokonasz, ty bohaterem b臋dziesz.
Arthan za艣mia艂 si臋 gorzko.
– Bohaterem? Ja? A jaki bohater ze mnie? Ty widzisz mnie? Ty mnie znasz. Ja do b贸jki tylko i do kobiet. Ani we mnie bohaterstwa troch臋. Ani ja 艣wiat ratowa膰 chc臋, ani… Dziewki te偶 ja 偶adnej do ratowania nie mam, a bohater powinien, nie s膮dzisz ty? Zawsze tak jest, 偶e jest kobieta porwana i j膮 bohater ratuje. Z mi艂o艣ci. A ja z nienawi艣ci id臋 zabi膰. Z zemsty. A im ja bli偶ej jestem, tym bardziej o zem艣cie ja my艣l臋… No by艂a ta le艣na dziewuszka przy rzece… I co? Coby ona pomy艣la艂a, jakby wiedzia艂a, 偶e ja 偶em si臋 tak patrzy艂 na ni膮, 偶e ja j膮 ci膮gle w oczach mam? Ja bym podej艣膰 do niej pr贸bowa艂, ona by mi drug膮 strza艂臋 pos艂a艂a, w serce tym razem. Albo by ona mnie zabi艂a, albo ja bym… – prze艂kn膮艂 艣lin臋. – Albo ja bym j膮 przymusi艂. Ja raczej ten, co dziewki niewoli, a nie ten, co je ratuje…
–Ty by艣 to zrobi艂? Zgwa艂ci艂by艣 dziewczyn臋?
– Tego to ja nie wiem – przyzna艂 Arthan szczerze. – Ja my艣l臋, 偶e nie, ja nie chc臋 takiego nic zrobi膰… ale czasem ja gniew czuj臋… tutaj – przycisn膮艂 d艂o艅 mocno do piersi. – A偶 mnie on d艂awi. A ona elfem te偶 by艂a. Elfowie wszyscy… Ona z tych le艣nych, jak ja rozumiem… Varien ze szlachty. Ale co za r贸偶nica? Jakbym ja jej wi臋藕niem by艂, bogowie wiedz膮, co by mi ona zrobi艂a… Kobiety umiej膮 by膰 okrutne…
– A jakie wyj艣cie maj膮?
– Bo m臋偶czy藕ni… Ano, ja to wiem. Larha. I ta, co j膮 Serik zha艅bi艂 kiedy艣… i ta w Dalle… I Lavijka… Co ja mam je wini膰… To tak, jak z Varienem i ze mn膮, poniek膮d, ja my艣l臋 czasem… Czy chodzi o 艣mier膰 czyj膮 i rany, czy o gwa艂t, zemsta potem ta sama i nienawi艣膰 ta sama… A zemsta to jeszcze takie co, co si臋 sko艅czy, jak wszyscy umr膮. Bo ja Variena zabij臋, to na mnie si臋 m艣ci膰 kto chcia艂 b臋dzie… Kr贸l elf贸w troje dzieci ma, ja 偶em s艂ysza艂. Syna drugiego i c贸rk臋. Mnie oni nic nie zawinili, ale oni mnie nienawidzi膰 b臋d膮. Dlatego lepiej dla wszystkich b臋dzie, cobym ja zgin膮艂. Ja si臋 tylko do bog贸w modl臋: Niech mi oni pozwol膮 zem艣ci膰 si臋… i niech mnie oni zabior膮 potem… wiesz ty, ten o艂tarz stary, elfi, co ja 偶em go szuka艂… Ja 偶em tam poszed艂, ja 偶em bog贸w elfich prosi艂… Jak oni kiedy艣 lito艣膰 dla mnie mieli, jak oni mi dotrwa膰 do dzi艣 pozwolili, to niech i teraz oni nade mn膮 czuwaj膮. Niech oni sprawiedliwi b臋d膮, i dla Variena i dla mnie te偶. Ja b臋d臋 elf贸w zabija艂, a potem 偶ycie moje do tych bog贸w nale偶y.
– Twoje 偶ycie nale偶y do Akriasa. On ciebie wybra艂.
– Bo ja ani to, ani to, m贸wi膮. Mieszaniec. Mu艂. Du偶y, silny i g艂upi. Nic ze mnie Akriasowi.
Kekhart pokr臋ci艂 g艂ow膮.
– G艂upi. Ano, g艂upi jeste艣, Arthan, to fakt. Tyle lat 偶y艂e艣 poza t膮 zemst膮 swoj膮, my艣leli艣my, 偶e艣 si臋 nauczy艂. A ty co? Odk膮d ciebie znam, post臋powa艂e艣 tak, jak uzna艂e艣, 偶e s艂usznie b臋dzie, zapominasz o tym?
Mieszaniec pochyli艂 si臋, przygarbi艂, ukry艂 g艂ow臋 w ramionach.
– Tak – mrukn膮艂. – Ja 偶em chyba zapomnia艂.
– To ty nie zapominaj wi臋cej, dobrze radz臋. Nie zapominaj, to ty prze偶yjesz t臋 wojn臋 i po niej 偶y膰 b臋dziesz umia艂. I nie id藕 na 艣mier膰, nie warto.
Arthan u艣miechn膮艂 si臋, potrz膮sn膮艂 g艂ow膮.
– B臋dzie co b臋dzie, Kekhart. Bogowie zdecyduj膮.
Pewnie 艣ni艂 tej nocy o elfce nad rzek膮 i wszystkim, co mog艂oby si臋 sta膰, gdyby podj膮艂 inn膮 decyzj臋. O ca艂ym 藕le, kt贸re mog艂o si臋 przydarzy膰 i o dobrych rzeczach: rzeczach niemo偶liwych.
***

Miesi膮c p贸藕niej szli zn贸w t膮 sam膮 drog膮: ju偶 na wypraw臋 wojenn膮, nie ukrywaj膮c si臋 w lesie, lecz otwarcie si臋 przeze艅 przedzieraj膮c. Armia zebra艂a si臋 i wyruszy艂a szybko, szybciej, ni偶 spodziewa艂 si臋 kt贸rykolwiek z zachodnich s膮siad贸w. Rozpocz臋cie wojny na koniec lata mog艂o oznacza膰 przeci膮gni臋cie jej a偶 do zimy, tego za艣 nie 偶yczy艂by sobie nikt. Z drugiej strony, Rijesh nie planowa艂 d艂ugiej kampanii, przynajmniej na razie. Jasno da艂 do zrozumienia podleg艂ym sobie genera艂om, 偶e zale偶y mu na pr臋dkim ataku na Avallenre, dokonaniu jak najwi臋kszej ilo艣ci zniszcze艅 i wycofaniu si臋 z powrotem do Urhan, na obronne pozycje. Podbijanie ziem na zachodzie nie interesowa艂o go – na razie. Szok i wzi臋cie jak najwi臋kszej ilo艣ci 艂up贸w – to co innego.
Koczownikom, przyzwyczajonym do takich wojen, plan odpowiada艂. Urha艅czycy nie zamierzali i tak podporz膮dkowywa膰 sobie doliny Avalay. Dodatkowy pas 偶y藕niejszych ziem na wsch贸d od rzeki wystarcza艂 im w zupe艂no艣ci.
Nikt nie liczy艂 nawet, 偶e Avallenre z艂o偶y ho艂d tak, jak wcze艣niej zrobi艂o to Dalle. Elfia duma nie pozwoli艂aby na to nigdy. W gr臋 wchodzi艂o tylko jedno rozwi膮zanie: miasto mia艂o zosta膰 zniszczone.
Je艣li kto艣 mia艂 jakiekolwiek w膮tpliwo艣ci co do takiego post臋powania, nie wyra偶a艂 ich publicznie. Kekhart sam niewiele rozmawia艂 o tym ze swoimi podw艂adnymi i nie by艂 pewien ich odczu膰. Przed wyruszeniem na wojn臋 nie raz jednak roztrz膮sa艂 spraw臋 z Takhirem.
– Je艣li szukasz pretekstu, 偶eby nie i艣膰, m贸j Kekharcie, to nie id藕 – powiedzia艂 mu szaman. – Na bog贸w, wiele ju偶 dokona艂e艣, przeka偶 dow贸dztwo komu innemu, mo偶e to ju偶 czas?
– My艣lisz, 偶e ja ich samych tam puszcz臋? Takie nam zadanie wyznaczono, takie przeznaczenie, kagan tego od nas oczekuje, tak, on od nas osobi艣cie, sam to wiesz.
Takhir spl贸t艂 d艂onie na kolanach, pochyli艂 si臋, a rude warkoczyki sp艂yn臋艂y po bokach jego twarzy.
– Wiem, 偶e Rijesh tego oczekuje. Tak. Ale mo偶e nie od ciebie? A skoro masz w膮tpliwo艣ci co do jego plan贸w, naprawd臋 powiniene艣…
– Ty mnie zatrzyma膰 pr贸bujesz?
Alvablodet podni贸s艂 g艂ow臋, spojrza艂 kochankowi prosto w oczy.
– Ty mnie zatrzyma艂e艣, czemu wi臋c ja nie mam zrobi膰 tego samego?
– To nie jest sprawa, czy ja p贸jd臋 tam, czy ja tam nie p贸jd臋. Ani, czy ja ciebie zostawi臋, czy nie, bo nie zostawi臋 – po艂o偶y艂 d艂o艅 na ramieniu szamana. – Nie wiem tylko, czy dobrze jest robi膰 to, co my robi膰 zamierzamy… Miasto podbi膰 – a czemu nie. Ale spali膰? Mieszka艅c贸w wyr偶n膮膰? Ma艂o kto elf贸w lubi, wiem. Arthan nienawidzi ich… Ale ja i Larha w艣r贸d elf贸w 偶yli艣my czas jaki艣… Oni bardziej podobni do nas s膮, ni偶 s膮dzimy. To kim s膮 palenia miasta nie usprawiedliwia. A i ja si臋 po Rijeshu… czego innego spodziewa艂em jednak.
– M贸j Kekharcie, on s艂u偶y sile wi臋kszej ni偶 on sam… a my z nim. Wie, 偶e wojna wymaga po艣wi臋ce艅 i bycia okrutnym, ty te偶 si臋 tego nauczy艂e艣.
– S膮 granice – zaprotestowa艂 偶o艂nierz. – Mo偶e on je przekroczy w艂a艣nie… Mo偶e jest W艂adca Ciemno艣ci prawdziwym, sk膮d my to mamy wiedzie膰? Sk膮d mam wiedzie膰, czym jest ta wi臋ksza si艂a jego?
– To nie kwestia wiedzy, a wiary. My艣l臋, 偶e musisz zdecydowa膰: czy wierzysz w niego i jego intencje, czy w膮tpisz.
Kekhart odchyli艂 si臋 do ty艂u, opieraj膮c si臋 o zaplecek szerokiej, drewnianej 艂awy wy艂o偶onej kilimem i kilkoma zwierz臋cymi futrami. Zamkn膮艂 oczy.
Przypomnia艂 sobie jedyn膮 prawdziw膮 rozmow臋 z Rijeshem. Czerwone, gadzie oczy w kt贸rych widzia艂 nie ciemno艣膰, lecz co艣 gorszego: dystans i smutek. Rijesh m贸g艂 z nim rozmawia膰, wyci膮ga膰 r臋k臋, udzieli膰 swojej 艂aski, lecz by艂 tak niewiarygodnie daleki… Kiedy m贸wi艂 o po偶膮daniach, kt贸rych nie odczuwa, a kt贸re go fascynuj膮: czy to nie dawa艂o jakiego艣 艣wiadectwa jego natury?
Jak kto艣 tak odleg艂y m贸g艂 pos艂ugiwa膰 si臋 kategoriami zwyk艂ych 艣miertelnik贸w? Je艣li by艂 bogiem lub istot膮 stworzon膮 z magii – czy jest jaka艣 r贸偶nica mi臋dzy jednym a drugim? – jego spos贸b my艣lenia i moralno艣膰 musia艂y odpowiada膰 naturze. A je艣li tak, to…
– S膮dz臋, 偶e chc臋… nie, nie wiem, czy chc臋, ale powinienem. M贸wi艂em mu, 偶e wybra艂a nas ta sama si艂a i w to musz臋 wierzy膰. Nie sprzeciwie si臋 tej sile.
Takhir posmutnia艂, zmarszczki na jego twarzy pog艂臋bi艂y si臋 i wype艂ni艂y cieniem.
– Wiedzia艂em – powiedzia艂 niewiarygodnie sucho.
Potem, a偶 do momentu wyruszenia zachowywa艂 si臋 ju偶 normalnie, ale Kekhart wiedzia艂: w tym momencie, kiedy zdecydowa艂 si臋 wyruszy膰 do Avallere szaman przerazi艂 si臋, 偶e nigdy wi臋cej si臋 ju偶 nie zobacz膮. I, na wszystkie duchy przodk贸w, m贸g艂 mie膰 dla poparcie tych l臋k贸w co艣 wi臋cej, ni偶 tylko w艂asny l臋k.
O to jednak Kekahrt wola艂 nie pyta膰. Id膮c w stron臋 elfiego miasta czu艂 na piersi ko艣ciany medalion i czu艂 d艂onie kochanka, kt贸re zawi膮za艂y mu na szyi rzemie艅. Ochronny amulet, w kt贸ry Takhir wla艂 ca艂膮 swoj膮 mi艂o艣膰 i strach. B艂aganie do bog贸w: je艣li chcecie mi go odebra膰, odwr贸膰cie wzrok, zmie艅cie zdanie.
Elfowie wyruszyli przeciw nim, gdy tylko ich zwiadowcy, a tych w lasach namno偶y艂o si臋 od ostatniego razu – mo偶e arthanowa elfka donios艂a swoim o kr膮偶膮cych po dolinie orkach? – donie艣li o zbli偶aj膮cej si臋 wrogiej armii. Armia dowodzona przez ksi臋cia Variena ruszy艂a ku najdogodniejszemu miejscu do bitwy, bezdrzewnej r贸wninie nad brzegiem rzeki, dzie艅 drogi od samego miasta. Elfowie liczyli na to, 偶e uda im si臋 odeprze膰 wroga, nim ten dojdzie do bram, tak, jak uda艂o si臋 to trzysta lat temu. Avallenre mia艂o opini臋 niezdobytego, inaczej, ni偶 Dalle, kt贸rego mury pada艂y ju偶 nie raz przed kolejnymi naje藕d藕cami.
Ostatnia noc przed bitw膮 by艂a ch艂odna jak na sierpie艅. Niebo zasnu艂y chmury, zas艂aniaj膮c ksi臋偶yc i gwiazdy, w powietrzu unosi艂a si臋 wilgo膰, zwiastuj膮ca ulew臋, rzadk膮 o tej porze roku.
Obozowali na wzg贸rzu, kt贸re ogo艂ocili z drzew. Rozbili namioty w艣r贸d kikut贸w pni, rozpalili wielkie ogniska. Czekali i ma艂o kto z nich spa艂 tej nocy, a je艣li spa艂, 艣ni艂 o bitwie i wszystkich l臋kach i nadziejach z ni膮 zwi膮zanych.
***

Elfia armia przypomina艂a morze srebra i bieli. Ponad pancerzami i szyszakami 偶o艂nierzy 艂opota艂y bia艂o-b艂臋kitne sztandary, w oddali za艣 ponad drzewami biela艂y iglice wie偶 miasta. Pi臋kne, jasne Avallenre, jedno z najwi臋kszych miast elf贸w, na wyciagni臋cie r臋ki, oddzielone od nich armi膮 obro艅c贸w, o ile偶 mniejsz膮, lecz wygl膮daj膮c膮 gro藕nie. Elfi gniew jest wr臋cz legendarny, elfia furia i mroczna elfia magia, wypalaj膮ca z ziemi ca艂e 偶ycie… Bogowie wiedzieli, ilu czarownik贸w sta艂o po stronie Variena i jego l艣ni膮cych srebrem oddzia艂贸w, bogowie wiedzieli, czy przybyszom ze wschodu przyjdzie si臋 zetrze膰 tylko z mieczami, czy mo偶e z czym艣 jeszcze?
Od 艣witu ci臋偶kie chmury k艂臋bi艂y si臋 ponad dolin膮, gro偶膮c deszczem, w oddali przetacza艂y si臋 gromy. M贸wiono, 偶e to elfi czarownicy wzywaj膮 b艂yskawice, by porazi膰 wrog贸w: inni twierdzili z nadziej膮, 偶e Jyrgal u偶y艂 mocy Czarnego Szamana by da膰 swym koczownikom wi臋ksze szanse. Elfowie mo偶e mieli swoj膮 magi臋, ale orkowie te偶 mieli w艂asn膮, niemniej gro藕n膮. Kto w ko艅cu widzia艂, by jaki艣 elf wzywa艂 demony? Nikt. Ilu za to widzia艂o szaman贸w panuj膮cych nad duchami!
– Ja duch贸w nie czuje – m贸wi艂 Nurzhan, ilekro膰 kto艣 go o to pyta艂. Wszyscy poza najbli偶szymi przyjaci贸艂mi widzieli w nim przysz艂ego szamana i m艂odzieniec nie zaprzecza艂, zw艂aszcza, 偶e pokaza艂 ju偶, jak biegle radzi sobie z opatrywaniem ran i u艣mierzaj膮cymi b贸l zio艂ami. Nauczy艂 si臋 nieco od Takhira, niech臋tnie, ale ze 艣wiadomo艣ci膮, 偶e los kiedy艣 si臋 o niego upomni. – A magi臋 poczuje ka偶dy. Jak powietrze przed burz膮 pachnie, ostro.
– Nic nie poczujemy – mrukn臋艂a A艂艂a, marszcz膮c nos. 艢wi臋te Kobiety zaj臋艂y miejsce przy Kekhartowym oddziale, przyw贸dczyni sama stwierdzi艂a, 偶e dobrze si臋 wsp贸艂dzia艂a, mimo wszystko. – P贸ki grom z jasnego nieba w nas nie uderzy, nie b臋dziemy wiedzie膰, 偶e kto magii u偶ywa.
– Magia cierpliwo艣ci wymaga – sprzeciwi艂 si臋 Nurshan. – Dlatego ma艂o kto jej podczas bitew u偶ywa. Magowie, co po kilku gestach kul臋 ognista tworz膮 – to legenda tylko. Pytaj Gaspara, A艂艂a, jak chcesz legend s艂ucha膰. Magi si臋 boisz – uwa偶aj na amulety. Na kapliczki. No偶e w drzewa wbite lub w ziemi臋 bez wyraxnego celu. Dziwne rysunki. Omijaj. Je艣li nast膮pisz, wtedy b臋dzie 藕le.
– Magiczne pu艂apki – zgodzi艂 si臋 Serik. – Ja raz tak膮 widzia艂em. Nic dobrego. 呕ycie wysysa.
– Czasem demony zsy艂a – doda艂 Nurzhan. – Zale偶y, jak膮 moc mia艂 ten co tworzy艂… Ale takich, co to zrobi膰 mog膮 – niewielu. Nawet i mi臋dzy elfami.
Zagrzmia艂o. Chmury zwiesza艂y si臋 ponad wierzcho艂kami drzew, niespokojne, ci臋偶kie od wody.
N wzg贸rzu, po艣rodku elfiej armii zab艂ys艂 uniesiony miecz. Zab艂ys艂 jasno, mimo braku s艂onecznych promieni, kt贸re mog艂yby go roz艣wietli膰. Ca艂a sylwetka konnego rycerze, kt贸ry uni贸s艂 ostrze ku niebu wyja艣nia艂a si臋 ja艣nie膰 srebrzy艣cie.
Bia艂y dow贸dca z kekhartowej wizji, bia艂y dow贸dca na czele bia艂ej armii, przed bia艂ym miastem.
Ksi膮偶臋 elf贸w Varien, wydaj膮cy swym 偶o艂nierzom rozkaz do ataku.
Arthan wpatrywa艂 si臋 w wzniesione ostrze, zdawa艂 si臋 widzie膰 jeszcze wi臋cej. Twarz ukryt膮 pod he艂mem – twarz, kt贸ra wry艂a mu si臋 w pami臋膰.
„Na Reghara, on b臋dzie si臋 tam stara艂 przedrze膰!” – poj膮艂 Kekhart z niepokojem. Rozkazy przestan膮 mie膰 dla miesza艅ca znaczenie, gdy tylko pojmie, 偶e stan膮艂 o krok od swojej zemsty…
Kekhart skierowa艂 konia nieco w bok, w stron臋 A艂艂y. Ruchem g艂owy wskaza艂 p贸艂-cz艂owieka.
– Uwa偶a膰 na niego musimy – rzek艂 p贸艂g艂osem.
– Bo co?
– Do dow贸dcy b臋dzie pr贸bowa艂 si臋 przedrze膰.
– Do dow贸dcy? A dobrze – wojowniczka wyszczerzy艂a z臋by. – Niech si臋 raz mu艂 wyka偶e. P贸jdzie tam, p贸jdziemy za nim. Wszyscy.
„Sahak i Jyrgal nas znienawidz膮” – pomy艣la艂 Kekhart, ale sam u艣miechn膮艂 si臋 szeroko. Nie, ani Sahak ani Jyrgal nie powiedz膮 nic, kiedy dostan膮 g艂ow臋 srebrnego ksi臋cia. A ten, kto go pokona zostanie bohaterem.
I niech to b臋dzie Arthan. Zas艂u偶y艂 sobie na to.
Ciekawe, czy Rijesh to wie. Czy Rijesh to przewidzia艂. Na ile to zaplanowa艂…
Efia jazda ruszy艂a. Lekkozbrojni w pancerzach, kt贸re na pierwszy rzut oka wydawa艂y si臋 toporne jak zbroje ludzkich rycerzy, ale musia艂y by膰 l偶ejsze, skoro je藕d藕cy poruszali si臋 tak szybko. Elfowie do艣膰 d艂ugo graniczyli z orczymi ziemiami, by nauczy膰 si臋, 偶e koczownicy w艂a艣nie na lekkiej je藕dzie polegaj膮 najbardziej. Od trzystu lat orcza taktyka nie zmieni艂a si臋 wiele, a Varien wida膰 planowa艂 j膮 wykorzysta膰.
A za je藕d藕cami czekali piesi 艂ucznicy, prawdziwy postrach. Elfi 艂uk, d艂ugi, lekki, posklejany z cieniutkich warstw drewna i rogu, ma niesamowit膮 si艂臋 ra偶enia. Dor贸wnuje mu technicznie kr贸tki refleksyjny 艂uk u偶ywany na stepach, ale koczownicy nie polegaj膮 na tej broni a偶 tak bardzo, jak le艣ni elfowie, we krwi maj膮cy polowanie.
Zagrzmia艂 b臋ben – g艂ucho, ponuro jak nasilaj膮ce si臋 grzmoty. Bro艅 dow贸dc贸w oddzia艂贸w wznios艂a si臋, daj膮c sygna艂 do ataku. Kekhart zacisn膮艂 z臋by, zacisn膮艂 jedn膮 d艂o艅 na wodzach, drug膮 na rekoje艣ci podniesionego w g贸r臋 miecza. Pop臋dzi艂 konia do galopu, widz膮c, jak niedaleko od niego A艂艂a robi to samo.
Ruszyli. Ko艅skie kopyta pocz臋艂y uderza膰 w ziemi臋 w tym samym momencie, co pierwsze krople deszczu. Mi臋dzy chmurami przeskoczy艂a kolejna b艂yskawica, zn贸w hukn膮艂 grzmot. Deszcz nasili艂 si臋: ziemia w momencie rozmi臋k艂a, poruszona jeszcze setkami ko艅skich kopyt. Dwie grupy konnych star艂y si臋 mi臋dzy sob膮 w deszczu, a pod dodatkowym deszczem wystrzelonych z obu stron strza艂.
Kekhart widzia艂, jak Arthan wbija pi臋ty w ko艅skie boki, zmuszaj膮c wierzchowca do przy艣pieszenia. Spodziewa艂 si臋 tego. Mieszaniec pr贸bowa艂 szale艅czego ataku, chcia艂 przebi膰 si臋 przez nacieraj膮c膮 konnic臋, unikn膮膰 jako艣 strza艂 i ustawionych na sztorc w艂贸czni i dotrze膰 do dow贸dcy elfiej armii. Nie pozostawa艂o nic innego, jak tylko post膮pi膰 zgodnie z planem i ruszy膰 za nim.
A艂艂a krzykn臋艂a na swoje wojowniczki, spi臋艂a wierzchowca do cwa艂u, wyci膮gn臋艂a miecz. Jak klin wbili si臋 w elfi膮 konnic臋, nie spodziewaj膮c膮 si臋 tak frontalnego ataku, lecz raczej oskrzydlenia. Tymczasem napiera艂a na nich oszala艂a orcza gromada, bez lito艣ci tn膮ca i tratuj膮ca ka偶dego, kto znalaz艂 si臋 na ich drodze.
Elf na koniu pr贸bowa艂 zagrodzi膰 Kekhartowi drog臋. Mia艂 lekk膮 kolczug臋 i he艂m, kt贸remu zdobienia nadawa艂y rysu a偶urowo艣ci. Spod szyszaka l艣ni艂y pod艂u偶ne, niebieskie oczy, niewiele wi臋cej orczy wojownik zauwa偶y艂. Elf szar偶owa艂, uzbrojony w pik臋.
O w艂os spud艂owa艂 – pika przebi艂a brygantyn臋 na boku, Kekhart poczu艂 zimno stali na sk贸rze i lekki, ostry b贸l. Elf pogalopowa艂 dalej: ostrze rozdar艂o tkanin臋 brygantyny i kaftana. Ork skorzysta艂 z chwulowego ods艂oni臋cia si臋 przeciwnika. Przekr臋ci艂 si臋 w siodle, wymierzaj膮c cios w plecy elfiego je藕d藕ca. Kind偶a艂 zazgrzyta艂 na oczkach kolczugi, ze艣lizgn膮艂 si臋 w d贸艂, na moment zatrzymuj膮c na sk贸rzanym pasie, nim Kekhart wyszarpa艂 go znowu. Ten atak nie da艂 wiele, ale sprawi艂, 偶e elf zamiast zawr贸ci膰 i zaszar偶owa膰 po raz kolejny, zmuszony zosta艂 do porzucenia w艂贸czni i wyci膮gni臋cia w艂asnego miecza. Trwa艂o to do艣膰 wolno, by da膰 Kekhartowi szans臋 na kolejny cios.
Bryzn臋艂a krew, kiedy kind偶a艂 przeci膮艂 kolczug臋 u z艂膮cza na barku i wgryz艂 si臋 w drobne elfie rami臋. Je藕dziec utraci艂 r贸wnowag臋 pod si艂膮 ciosu i zawis艂 w strzemieniu, ze艣lizgn膮wszy si臋 z konia.
Kekhart nie przejmowa艂 si臋 nim wi臋cej, ruszy艂 w dalsz膮 drog臋 za swoim oddzia艂em i za 艢wi臋tymi Kobietami, przedzieraj膮cymi si臋 z uporem przez elfi膮 jazd臋.
Deszcz utrudnia艂 widoczno艣膰, elfie strza艂y za艣 sypa艂y si臋 jak grad. Tu偶 obok Kekharta kilka z nich ugodzi艂o konia jakiej艣 wojowniczki. Kobieta upad艂a na ziemi臋, przygnieciona cia艂em wierzchowca. Jej towarzyszki zerkn臋艂y na ni膮, kt贸ra艣 zawaha艂a si臋 przez u艂amek sekundy, nim ruszy艂a dalej.
Teraz mamy zadanie do wykonania. P贸藕niej zajmiemy si臋 rannymi.
Bryzga艂o b艂oto i krew, na twarze, na ubrania i pancerze, na ko艅skie boki. Zwierz臋ta i ich je藕d藕cy walili si臋 na rozmi臋k艂膮 ziemi臋. Niebo roz艣wietli艂a kolejna b艂yskawica, przetoczy艂 si臋 kolejny grom: burza szala艂a teraz dok艂adnie nad polem bitwy.
Dow贸dca armii sta艂 na niewielkim wzniesieniu, umo偶liwiaj膮cym mu obserwacj臋. Otacza艂a go grupa wojownik贸w – rycerzy, elfowie przej臋li ten termin od ludzi – podobnie jak on zakutych w zbroje. Widz膮c zbli偶aj膮cych si臋 ork贸w, Varien wzni贸s艂 w g贸r臋 miecz i pop臋dzi艂 konia do ataku, odpowiadaj膮c na szar偶臋.
Zrobi艂 dok艂adnie to, czego Arthan oczekiwa艂: star艂 si臋 z nim, gdy spotkali si臋 u st贸p wzniesienia.
Miecze zazgrzyta艂y, elfi ksi膮偶臋 zachwia艂 si臋 w siodle, mo偶e spodziewaj膮c si臋 si艂y napastnika, ale nie jego furii: a mieszaniec wygl膮da艂 niczym wcielenie w艣ciek艂o艣ci. Mokre w艂osy przylepi艂y mu si臋 do twarzy, oczy zdawa艂y si臋 p艂on膮膰, a wykrzywiona twarz ujawnia艂a wszystkie orcze cechy.
Kt贸ry艣 z elf贸w po艣pieszy艂 na pomoc zaatakowanemu ksi臋ciu – A艂艂a zagrodzi艂a mu drog臋.
– Otoczy膰 ich! – krzykn臋艂a tak do swoich wojowniczek, jak i do podw艂adnych Kekharta.
Nikt nie my艣la艂 nawet, by post膮pi膰 inaczej.
Deszcz ustawa艂 r贸wnie szybko, jak si臋 zacz膮艂, grzmoty oddala艂y si臋.
Kekhart star艂 si臋 z elfem w zbroi zdobionej misternym wzorem z艂otego pn膮cza. Natar艂 na niego z furi膮, tn膮c w g艂ow臋. Otwarty he艂m zad藕wi臋cza艂, przekrzywi艂 si臋 ostrze ze艣lizgn臋艂o si臋 po jego kraw臋dzi, przejecha艂o po policzku elfa. Ten pr臋dkim ruchem 艣ci膮gn膮艂 he艂m z g艂owy. Spod niego posypa艂y si臋 jasne jak s艂o艅ce w艂osy, po jasnej sk贸rze twarzy sp艂ywa艂a krew.
Wyplu艂 j膮, zacisn膮艂 w膮skie wargi, zaatakowa艂 w milczeniu. W艂osy, nie zmoczone jeszcze przez deszcz, zafalowa艂y. Kakhart zas艂oni艂 si臋 w艂asnym mieczem, odbijaj膮c cios, potem wymierzy艂 w艂asny, kt贸ry ze艣lizgn膮艂 si臋 na zbroi.
K膮tem oka Kekhart dostrzeg艂, jak Arthan nie bez trudu okr膮偶a Variena. Niewiele miejsca utrudnia艂o konne manewry, a mieszaniec nie mia艂 wielkich szans wykorzysta膰 ca艂膮 przewag臋 swojej si艂y i rozmiaru – nie kiedy mia艂 do czynienia z konnym przeciwnikiem. Robi艂 wi臋c co艣, na co ksi膮偶臋 elf贸w nie przygotowa艂 si臋 chyba: atakowa艂 jego konia.
Obok Nurzhan, najmniej z nich wszystkich do艣wiadczony, cofa艂 si臋 pod naporem dw贸ch przeciwnik贸w, jednego uzbrojonego w d艂ugi, smuk艂y miecz, drugiego – w lanc臋. Twarz mia艂 paskudnie rozci臋t膮, od czo艂a, przez grzbiet nosa, a偶 po szcz臋k臋, krew sp艂ywa艂a mu do jednego z oczu, utrudniaj膮c jeszcze zadanie. Jego ko艅 potkn膮艂 si臋 i upad艂, m艂odzieniec da艂 jednak rad臋 wyci膮gn膮膰 stopy ze strzemion i unikn膮膰 ciosu lanc膮, jednak d艂ugi miecz drugiego wgryz艂 mu si臋 w kaftan. Ch艂opak wydosta艂 si臋 spod ostrza, wyszarpa艂 n贸偶 z pochwy przy pasie. Ani to kr贸tkie ostrze, ani kind偶a艂 nie stanowi艂y jednak dobrej obrony przed przeciwnikami dosiadaj膮cymi koni i uzbrojonymi w d艂u偶sz膮 bro艅.
Lanca ugodzi艂a w m艂odego orka, wbi艂a si臋 w bok. Nurzhan wyda艂 z siebie kr贸tki okrzyk b贸lu. Kolejny okrzyk – g艂o艣niejszy, pe艂en w艣ciek艂o艣ci, dobieg艂 zza jednego z elfich je藕d藕c贸w. Larha szar偶owa艂a na obu przeciwnik贸w Nurzhana, zamierzaj膮c si臋 zakrzywionym mieczem o szerokim ostrzu. Ci臋艂a po skosie tego z lanc膮, prosto w kark. Elf wypu艣ci艂 bro艅, zachwia艂 si臋 w siodle, z trudem utrzyma艂 r贸wnowag臋. Wci膮偶 mia艂 do艣膰 si艂, by wyci膮gn膮膰 miecz i zamierzy膰 si臋 na orczyc臋. Jego towarzysz tak偶e zmieni艂 obiekt zainteresowania, o wiele gro藕niejszy, ni偶 powalony ch艂opak.
Pope艂ni艂 b艂膮d. Gdy atakowa艂 Larh臋, jego dotychczasowy przeciwnik wykorzysta艂 okazj臋, by zrobi膰 to, co najwyra藕niej zamierza艂: z ca艂ym rozmachem wbi艂 n贸偶 w ko艅ski brzuch.
Zwierz臋 kwikn臋艂o, wierzgn臋艂o. Cios elfa ze艣lizgn膮艂 si臋 po brygantynie wojowniczki. Potem pozbawiony wierzchowca je藕dziec zsun膮艂 si臋 na ziemi臋, gdzie czeka艂 na niego Nurzhan.
Na moment Kekhart straci艂 ich z oczu. Sam nie mia艂 艂atwo, jego przeciwnik atakowa艂 z zimn膮 furi膮, potwierdzaj膮c膮 wszelkie legendy, wedle kt贸rych elfowie mieliby by膰 r贸wnie bezwzgl臋dni jak orkowie. Z gracj膮 unika艂 cios贸w: on i jego ko艅 poruszali si臋 jak jedna istota, jakby elfi rycerz urodzi艂 si臋 mi臋dzy koczownikami. W tej dziwnej smuk艂o艣ci, nienaturalnej p艂ynno艣ci ruch贸w, sile, kt贸ra przeczy艂a cienko艣ci cz艂onk贸w zawiera艂o si臋 dziwaczne, obce pi臋kno i w tej chwili Kekhart poj膮艂, czemu elfy mia艂y w艣r贸d ludzi, a nawet i niekt贸rych ork贸w opini臋 niezwykle pi臋knych. Trudno nie by艂o podziwia膰 tej 艣miertelnej, tanecznej gracji. Trudno by艂o te偶 j膮 lekcewa偶y膰.
A przecie偶 ten elf nie by艂 najgro藕niejszym przeciwnikiem: nie tak gro藕nym, jak Varien, r贸wnie pi臋kny, r贸wnie zwinny, uciekaj膮cy raz po raz pod ciosami Arthana. Mo偶e pr贸bowa艂 go zm臋czy膰? Mieszaniec mia艂 wi臋ksz膮 si艂臋 i wytrzyma艂o艣膰, ni偶 wi臋kszo艣膰 ork贸w i ludzi: jak mu艂y, podobnie niewzruszone i odporne na znu偶enie, p艂ac膮ce za to jednak bezp艂odno艣ci膮 i brakiem gracji. Czy Varien wiedzia艂, z czym ma do czynienia? Z kim ma do czynienia? Poznawa艂 w pe艂nym furii wojowniku dziecko, kt贸remu niegdy艣 wyrz膮dzi艂 krzywd臋?
艢wisn臋艂a strza艂a, wbi艂a si臋 w szyj臋 varianowego konia. Nayaseg sta艂a w oddaleniu, nie mieszaj膮c si臋 w walk臋, wyci膮gaj膮c kolejn膮 strza艂臋 z ko艂czana, zak艂adaj膮c j膮 na ci臋ciw臋. Niepotrzebnie: wierzchowiec ksi臋cia ju偶 le偶a艂 na ziemi, a je藕dziec wstawa艂, by ujrze膰 nad sob膮 przeciwnika, te偶 nagle spieszonego, odpinaj膮cego od siod艂a swoj膮 ulubion膮 bro艅. Kiedy pot臋偶ny miecz o falistym ostrzu znalaz艂 si臋 w jego r臋kach, Arthan u艣miechn膮艂 si臋 jeszcze bardziej z艂owieszczo. Teraz czu艂 si臋 pewniej, teraz wierzy艂 w swoj膮 przewag臋.
Larha broni艂a si臋 przed elfem, kt贸rego zrani艂a. Nie odni贸s艂 wida膰 powa偶nych obra偶e艅: ona przeciwnie, ju偶 wcze艣niej w jej lewe rami臋 wbi艂a si臋 strza艂a i kobieta musia艂a walczy膰 s艂abszym, prawym. Mia艂a te偶 kilka innych ran, wzmacniany kaftan przeci臋ty w paru miejscach, plamy krwi, bogowie wiedz膮, w艂asnej czy cudzej, na ca艂ym ciele. Powali艂a ju偶 paru przeciwnik贸w i musia艂a by膰 znu偶ona, bo teraz to ona, kt贸ra wcze艣niej szar偶owa艂a w obronie Nurzhana, cofa艂a si臋 pod ciosami.
Nayaseg napi臋艂a 艂uk, celuj膮c w elfa atakuj膮cego Larh臋. Wystrzeli艂a – w tej samej jednak chwili inny elf zaatakowa艂 j膮, trafiaj膮c lanc膮 w bok i zrzucaj膮c z konia. Strza艂a o w艂os min臋艂a cel, a Nayaseg zwali艂a si臋 na ziemi臋, wydaj膮c z siebie kr贸tki, zaskoczony krzyk. Jej kochanka us艂ysza艂a to – chyba us艂ysza艂aby z ka偶dej odleg艂o艣ci. Z dzikim wrzaskiem ruszy艂a na pomoc.
I zn贸w ciosy jego przeciwnika zas艂oni艂y Kekahrtowi widok. Za d艂ugo, za d艂ugi ten taniec z bezimiennym elfem o jasnych w艂osach, kt贸re w艂a艣nie zab艂ys艂y w pierwszych promieniach s艂onecznych wygl膮daj膮cych zza chmury. Kekhart zacisn膮艂 z臋by i zamachn膮艂 si臋 z ca艂ej si艂y, kolistym ruchem zza ramienia, ignoruj膮c cios spadaj膮cy na niego, ignoruj膮c wszystko, poza szyj膮 przeciwnika.
Kind偶a艂 ci膮艂 przez gard艂o, bryzn臋艂a krew. B艂臋kitne jak letnie niebo oczy elfa rozwar艂y si臋 w zaskoczeniu, nim rycerz znieruchomia艂 bezw艂adny w siodle.
Obok dwie pary n贸g brodzi艂y w b艂ocie, staraj膮c si臋 omija膰 coraz liczniejsze zw艂oki koni i je藕d藕c贸w. Varien pieszo jeszcze bardziej przypomina艂 tancerza, Arthan – bez wzgl臋dn膮, niepowstrzyman膮 maszyn臋 bojow膮. Elf kr膮偶y艂 wok贸艂 miesza艅ca, staraj膮c si臋 znale藕膰 luk臋 poza pot臋偶nymi ciosami flambergi, staraj膮c si臋 jako艣 omin膮膰 du偶y zasi臋g jego ramion. A p贸艂-cz艂owiek po prostu naciera艂. Dysz膮c i warcz膮c ci臋偶ko, wolno, z ca艂膮 si艂膮 swego masywnego cia艂a. Zamachn膮艂 si臋, wymierzy艂 cios prosto w klatk臋 piersiow膮 elfiego ksi臋cia. Ostrze zdo艂a艂o tylko zrobi膰 wgniecenie w zbroi i sprawi膰, 偶e Varien zachwia艂 si臋, wytr膮cony z rytmu. Arthan skorzysta艂 na tym – wykrzywiaj膮c okropnie twarz, natar艂 znowu, z wi臋ksz膮 si艂膮, z wi臋ksz膮 furi膮, chc膮c najwyra藕niej powali膰 przeciwnika.
Dooko艂a rzednia艂a ilo艣膰 elfich je藕d藕c贸w. Pozosta艂e orcze oddzia艂y przebi艂y si臋 i par艂y dalej, niedaleko Kekhart dostrzeg艂 te偶 b艂yski na 艂uskowych pancerzach smokowc贸w, walcz膮cych karnie, w zawrtych, nieporuszonych szeregach.
Potem zobaczy艂 Larh臋. Spada艂a z konia po silnym ciosie, kt贸ry przebi艂 brygantyn臋 na jej piersi. Skierowa艂 si臋 w jej stron臋 – niewiele my艣l膮c, uderzaj膮c tylko raz po raz mieczem, a偶 cia艂o elfa upad艂o tu偶 obok orczycy. Wtedy zeskoczy艂 z konia, przypad艂 do kobiety, podnosz膮c j膮 z b艂ota. Nie porusza艂a si臋. Gdy odwr贸ci艂 j膮 na plecy, dostrzeg艂 puste, martwe oczy, patrz膮ce teraz w ja艣niej膮ce ju偶 niebo. Przez chwil臋 zamar艂 w bezruchu, odmawiaj膮c uwierzy膰 w to, co w艂a艣nie si臋 sta艂o.
Gdyby nie trwaj膮ca dooko艂a bitwa, po prostu kl臋cza艂by nadal w b艂ocie, ze zw艂okami Larhy w ramionach, pr贸buj膮c wyczu膰 w nich cho膰by odrobin臋 偶ycia, cho膰 troch臋…
Obok Varien zachwia艂 si臋, jedno z jego kolan przygi臋艂o si臋 nagle, gdy cios falistego miecza trafi艂 w s艂abo chroniony staw. Opad艂 na kolana, Arthan za艣 zawis艂 nad nim, zamierzaj膮c si臋 do kolejnego uderzenia. Flamberga trafi艂a w d艂o艅 elfa, zmuszaj膮c go do wypuszczenia miecza – i teraz mieszaniec po prostu skoczy艂 na elfa, powalaj膮c go, przygniataj膮c do ziemi. Pr臋dkim szarpni臋ciem zerwa艂 mu z g艂owy ozdobny he艂m. Srebrnobia艂e w艂osy rozsypa艂y si臋 prosto w pachn膮ce krwi膮 b艂oto.
Arthan patrzy艂 ksi臋ciu prosto w oczy, spomi臋dzy rozchylonych warg i wyszczerzonych z臋b贸w dobiega艂 warkot, ledwo co sk艂adaj膮cy si臋 w artyku艂owane s艂owa:
– Ty mnie pami臋tasz, Varien, psi synu? Ty mnie pami臋tasz?
Elf potrz膮sn膮艂 g艂ow膮. Jedna z jego d艂oni pow臋drowa艂a ku sztyletowi przy pasie. Arthan chwyci艂 j膮, szarpn膮艂, a偶 mimo zbroi trzasn膮艂 nadgarstek.
– Ty musisz pami臋ta膰. Dziecko. Wioska. Ojciec m贸j. I wiesz, co ja z tob膮 zrobi臋 teraz? Na kawa艂ki ciebie posiekam. Tak, jak ty 偶e艣 jego…
Varien szarpn膮艂 si臋, a Arthan si臋gn膮艂 ku w艂asnemu no偶owi i pr臋dkim ruchem przeci膮艂 gard艂o powalonego przeciwnika. Z ust elfa doby艂 si臋 charkot, banieczki krwi pojawi艂y si臋 na wargach i na przeci臋tej szyi. Arthan dysza艂 ci臋偶ko, chwytaj膮c zakrwawion膮 d艂oni膮 srebrzyste w艂osy. Przytrzyma艂 cia艂o kolanem, gdy ostrzem flambergi oddziela艂 od niego g艂ow臋. Jeden cios, drugi, trzeci i trzasn膮艂 kr臋gos艂up.
Kekhart widzia艂, jak mieszaniec wstaje z kl臋czek. Klatka piersiowa falowa艂a mu, w oczach w艣ciek艂o艣膰 ust臋powa艂a miejsca niedowierzaniu, a ten w ko艅cu przerodzi艂 si臋 w wyraz triumfu. Arthan wyda艂 z siebie nieartyku艂owany krzyk, unosz膮c r臋k臋, unosz膮c obci臋t膮 g艂ow臋. I kolejne krzyki odpowiedzia艂y mu, rozchodz膮c si臋 po ca艂ym polu bitwy
A Kekhart znad cia艂a Larhy patrzy艂 na wysok膮 posta膰 z obci臋t膮 g艂ow膮 w d艂oni, posta膰, nad kt贸r膮 po czystym ju偶 niebie kr膮偶y艂y kruki.
***

Wieczorem zbli偶yli si臋 do bram miasta. Nawet w mroku nocy ja艣nia艂y 艣nie偶n膮 biel膮, i one, i wie偶e ponad nimi. Pi臋kne, jasne Avallenre, niezdobyte nigdy dot膮d, Avallenre, kt贸re mia艂o w ko艅cu ulec, skoro pad艂 dow贸dca jego wojsk. Wie艣膰, 偶e kto艣 powali艂 ksi臋cia roznios艂a si臋 pr臋dko tak w艣r贸d obro艅c贸w, jak i po艣r贸d naje藕d藕c贸w, pierwszych zmuszaj膮c do zablokowania bram i szykowania si臋 do rozpaczliwej obrony. Morale elf贸w musia艂o upa艣膰 wraz z Varienem.
Pili wieczorem za odniesione zwyci臋stwo i za zwyci臋stwo przysz艂e. Pili te偶 za poleg艂ych – za Larh臋, za kilku 偶o艂nierzy z oddzia艂u i zabite 艢wi臋te Kobiety. Pili, opatrywali rannych: Nurzhanowi mia艂a pozosta膰 na twarzy wyra藕na blizna, Nayaseg kula艂a, z艂amawszy powa偶nie nog臋 po upadku.
Wykrzywiona w 艣miertelnym grymasie g艂owa Variena przypatrywa艂a im si臋 z niem膮 zgroz膮, a偶 Arthan sam stwierdzi艂, 偶e nie ma ochoty patrze膰 na elfiego ksi臋cia, martwego czy 偶ywego. Ale zatrzyma艂 g艂ow臋, dow贸d swojego czynu i zamierza艂 po zdobyciu miasta pokaza膰 j膮 genera艂om. W艂a艣ciwy spos贸b post臋powania w takiej sytuacji.
Jednak w oczach miesza艅ca dostrzec mo偶na by艂o co艣 innego ni偶 zazwyczaj. Tak, zawsze by艂 skory do walki, nie mia艂 problem贸w z zabijaniem, ale u艣miercenie ksi臋cia elf贸w zdawa艂o si臋 obudzi膰 w nim nowego rodzaju upojenie krwi膮. Walczy艂 z tym. Walczy艂, kiedy schowa艂 g艂ow臋 do worka, ale wcze艣niej ni贸s艂 j膮 z wyrazem triumfu, z min膮 kogo艣, kto czuje si臋 panem 艣wiata i nie zawaha si臋 wzi膮膰 tego, czego zapragnie – bez wzgl臋du na konsekwencje. Kekhart czu艂 ch艂贸d, widz膮c to spojrzenie. Mia艂 nadziej臋, 偶e to tymczasowe.
Tej nocy nie spa艂 dobrze, i nie tylko ze wzgl臋du na blisko艣膰 obleganego miasta. Przewraca艂 si臋 na pos艂aniu z boku na bok, my艣l膮c o tym, jak wype艂ni艂y si臋 ostatnie wizje. O Arthanie i o Larsze. Twarz martwej przyjaci贸艂ki nie znika艂a, gdy zamkn膮艂 oczy: przeciwnie stawa艂a si臋 wyra藕niejsza. 呕adna 艣mier膰 nie poruszy艂a go mocniej, cho膰 widzia艂 nie raz jak umieraj膮 i obcy, i ci, kt贸rych uwa偶a艂 za przyjaci贸艂. I wiedzia艂, wiedzia艂, 偶e 偶ycie wojownika ko艅czy si臋 pr臋dzej czy p贸藕niej na polu bitwy, wiedzia艂, 偶e i jego mo偶e to czeka膰, i ka偶d膮 z os贸b, kt贸re sta艂y mu si臋 bliskie. Dawna wizja ostrzega艂a go przed tym momentem – a jednak jaka艣 cz臋艣膰 jego osoby nie mog艂a uwierzy膰, 偶e nie zobaczy wi臋cej Larhy, nie us艂yszy jej g艂osu. 呕e jej cia艂o spocznie w nieoznaczonym grobie, w obcym kraju.
Kiedy ju偶 jednak zasn膮艂, nie ona mu si臋 艣ni艂a. Zn贸w sta艂 na trawiastej r贸wninie, z Drzewem po艣rodku, Drzewem, kt贸rego konary si臋gaj膮 nieba, korzenie za艣 za艣wiat贸w. Z ga艂臋zi zwisa艂y jarz膮ce si臋 blaskiem owoce i gwiazdy.
Pod drzewem sta艂a smuk艂a sylwetka odziana w czer艅. Para rog贸w wie艅czy艂a jej czo艂o, nie by艂y to jednak pot臋偶ne rogi demona, brakowa艂o te偶 skrzyde艂 i przyt艂aczaj膮cej aury z dawnej wizji. Rijesh w tym 艣nie zdawa艂 si臋 by膰 przy艂apany w sytuacji niemal intymnej.
Obr贸ci艂 si臋, gdy Kekhart podszed艂, spojrza艂 na niego czerwonymi oczyma, inteligentnymi i smutnymi.
– Wi臋c widzimy si臋 po raz kolejny – rzek艂. – Zn贸w przypadkiem, zn贸w we 艣nie… Szuka艂em… kogo艣 z was… znalaz艂em ciebie… Co si臋 sta艂o? Czuj臋 w tobie smutek.
– Utrafi艂em kogo艣 bliskiego. Przyjaci贸艂k臋.
– Przykro mi. To musi bole膰… straci膰 kogo艣, kogo si臋 kocha艂o… – m贸wi艂 to wolno, jakby pr贸bowa艂 zrozumie膰 takie uczucie. Czy偶by by艂o mu ono r贸wnie obce, jak fizyczne po偶膮danie? – Jak daleko jeste艣cie?
– Chyba sam wiesz, kaganie.
– Nie wiem wszystkiego… Wiem zbyt ma艂o, je艣li mam by膰 szczery… Szukam… dr贸g, sposob贸w widzenia. We 艣nie. Tak. Tak偶e i w twoim…
– Pokonali艣my elfie wojsko. Jeste艣my pod murami miasta.
Rijesh u艣miechn膮艂 si臋 z zadowoleniem.
– Pokonali艣cie. Dobrze.
Kekhart przypomnia艂 sobie – przypomnia艂 sobie, jakie by艂y rozkazy.
– Kaganie…
– Tak?
– Je艣li mog臋 zada膰 tobie pytanie…
– Pytaj.
– Mamy zniszczy膰 miasto. Doszcz臋tnie. Zabi膰 mieszka艅c贸w…
U艣miech na twarzy Rijesha poszerzy艂 si臋 jeszcze bardziej.
– I ciebie to martwi?
– To nigdy nie pomaga. Wrog贸w si臋 zabija, tak, ale tych, kt贸rzy nie walcz膮 si臋 nie morduje. Je艣li wszystkich wybijemy – co z nami zrobi膮 ich sojusznicy?
Rijesh wyci膮gn膮艂 d艂o艅, po艂o偶y艂 j膮 Kekhartowi na ramieniu. Ork zadr偶a艂 pod jego dotykiem – palce kagana wydawa艂y si臋 by膰 zimne, a jednak raz po raz przep艂ywa艂y przez nie fale gor膮ca.
– Nie zabijecie wszystkich – rzek艂. – Jutro us艂yszysz rozkazy. Nie wolno wam zabija膰 mieszka艅c贸w miasta, tylu, ilu si臋 da macie wzi膮膰 w niewol臋. Mam wzgl臋dem elf贸w inny plan, ni偶 ich 艣mier膰, wzgl臋dem kr贸lewskiej rodziny zw艂aszcza.
– Nast臋pca tronu nie 偶yje. Widzia艂em, jak gin膮艂. Jeden z moich go zabi艂.
– Och? – W oczach koloru krwi pojawi艂o si臋 zainteresowanie. – Kt贸ry z nich?
– Arthan, kaganie.
– Mieszaniec? Niczyje dziecko, istota z dw贸ch 艣wiat贸w, istota niemo偶liwa… mo偶e rzeczywisto艣膰 naprawd臋 uk艂ada si臋 w konkretny wz贸r… dobrze. Dobrze, 偶e was obserwowa艂em. Wiedzia艂em, 偶e jedno z was b臋dzie czym艣 wielkim… Przez pewien czas my艣la艂em, 偶e ty…
– Arthan nadaje si臋 lepiej, kaganie. Dowodzi膰 umie, pos艂uch ma. Robi to, co za s艂uszne uwa偶a. Je艣li on tylko w艂asnej rz膮dzy krwi nie ulegnie…
– B臋d臋 mia艂 to na uwadze… – m贸wi艂 Rijesh, nie zdejmuj膮c z kekhartowego ramienia tych dziwnych, zimno-ciep艂ych palc贸w. – Dzi臋kuj臋, 偶e go do mnie przyprowadzi艂e艣…
Chcia艂 powiedzie膰 co艣 jeszcze, spyta膰, wyzna膰 swoje obawy, ale sylwetka Rijesha zblad艂a nagle, sta艂a si臋 prze藕roczysta jak dym, a wszystko dooko艂a przybra艂o odcie艅 szaro艣ci, a potem rozmy艂o si臋 w bladym poranku.
Gra艂y rogi i b臋bny, przypominaj膮c, 偶e wstaje 艣wit i 偶e czas najwy偶szy zn贸w rusza膰, zaatakowa膰 jasne miasto elf贸w. Pos艂a艅cy przekazywali rozkazy od genera艂贸w: po prze艂amaniu mur贸w niszczy膰, ale mieszka艅c贸w bra膰 w niewol臋.
Wszystko si臋 zgadza艂o. Sen by艂 prawdziwy. Oczy Rijesha obserwowa艂y bacznie, cho膰 on sam znajdowa艂 si臋 w oddali, czekaj膮c na rozw贸j wydarze艅.
***

Miasto uleg艂o zaskakuj膮co szybko: mo偶e sprawi艂o to podupad艂e po rozbiciu varienowej armii morale obro艅c贸w, mo偶e buta elf贸w, wierz膮cych w niezdobyte mury Avallenre okaza艂a si臋 zwodnicza. Mury wygl膮da艂y pi臋knie i by艂y wytrzyma艂e – trzysta lat temu, nim orkowie ze step贸w nauczyli si臋 zdobywa膰 miasta. Dallejczycy, naje偶d偶ani przez wieki z r贸偶nych stron, nauczyli si臋 mury naprawia膰 i udoskonala膰. Elfie miasto nie potrzebowa艂o napraw, za 艂atwo zaufa艂o w艂asnej legendzie.
A teraz legenda rozsypywa艂a si臋 w gruzy wraz z uderzeniami kolejnych pocisk贸w, wraz z kolejnymi ciosami taran贸w w bram臋. Na niewiele si臋 zda艂a zaciek艂a obrona mur贸w. Kilka magicznych pu艂apek, na kt贸re faktycznie natkn臋li si臋 naje藕d藕cy odnios艂o wi臋kszy sukces, lecz tylko chwilowy, gdy okaza艂o si臋 偶e powodowane przez nie eksplozje nie wyrz膮dzaj膮 wielkich szk贸d. W ko艅cu w murach miasta powsta艂y kolejne wyrwy, brama posypa艂a si臋 w drzazgi i armie podleg艂ych Rijeshowi lud贸w wdar艂y si臋 do 艣rodka.
Kekhart ruszy艂 na czele swoich podw艂adnych, z pe艂n膮 艣wiadomo艣ci膮, 偶e to nie on powinien dowodzi膰. Ta ostatnia bitwa. Potem Arthan dostanie dow贸dztwo. Niech ma co艣 z w艂asnego bohaterstwa. Niech jego 偶ycie ma sens inny, ni偶 zemsta… A ze s艂aw膮 i z rijeshowym b艂ogos艂awie艅stwem – jakie drzwi i mo偶liwo艣ci stan膮 przed miesza艅cem otworem? Ale ten ostatni raz to Kekhart sta艂 na czele i jako jeden z pierwszych wkroczy艂 w budynek bramny.
I tylko on dostrzeg艂 m臋偶czyzn臋 stoj膮cego po艣r贸d strzaskanych resztek wr贸t i cia艂 poleg艂ych. Dziwne, bo m臋偶czyzna g贸rowa艂 wzrostem nad wszystkimi, a jego wysoko艣膰 by艂a wr臋cz nienaturalna.
Podobnie jak i rysy twarzy, po kt贸rych trudno pozna膰 by艂o do jakiego ludu nale偶y. Pocz膮tkowo wydawa艂 si臋 Kekhartowi orkiem, potem – cz艂owiekiem. Potem jego proporcje i rysy nabra艂y elfiej gracji. Zmienia艂y si臋, czy przeciwnie, zawiera艂y w sobie wszystkie mo偶liwo艣ci, cechy wszystkich lud贸w?
A przy tym m臋偶czyzna mia艂 doskonale g艂adk膮 sk贸r臋 barwy z艂ota, proporcjonaln膮 twarz i cia艂o bez ani jednej skazy, wyprostowane, silne, doskona艂e. Jego rysy, niezale偶nie od rasy, by艂y doskonale symetryczne. Kwadratowa szcz臋ka okolona kr贸tk膮, czarn膮 brod膮, prosty nos, g臋ste brwi i b艂yszcz膮ce, br膮zowe oczy. Czarne w艂osy zaczesane do ty艂u i upi臋te w wysoki ko艅ski ogon. Z艂ote kolczyki z rubinami w p艂atkach obu uszu, z艂oty 艂a艅cuszek na szyi. Bia艂a szata – d艂uga, z mi臋kkiej tkaniny powiewaj膮cej na nieobecnym wietrze – nie ukrywa艂a wiele z pi臋knego cia艂a. Mia艂a je tylko zdobi膰 nie maskowa膰. Kekhart nigdy nie widzia艂 osoby tak pi臋knej, tak poci膮gaj膮cej – a przecie偶 nie po偶膮da艂 tego m臋偶czyzny, cho膰 jego cia艂o niew膮tpliwie na po偶膮danie zas艂ugiwa艂o. Nie, nie po偶膮danie odczuwa艂, a zachwyt, zachwyt nad czym艣, co 艣miertelnym rzadko dane jest ujrze膰.
M臋偶czyzna wyci膮gn膮艂 d艂o艅, du偶膮 i siln膮, a jednocze艣nie pozbawion膮 wszelkich skaz. U艣miechn膮艂 si臋 promiennie.
– Chod藕 ze mn膮 – rzek艂 do os艂upia艂ego jego widokiem orka.
I Kekhart ruszy艂. Nie pomy艣la艂 nawet, 偶e m贸g艂by zrobi膰 cokolwiek innego. Co艣 uk艂u艂o go w serce: my艣l o Takhirze. O samotnym Takhirze, czekaj膮cym przecie偶 w Urhan na powr贸t kochanka.
– B臋dzie wiedzia艂 – rzek艂 pi臋kny m臋偶czyzna nie przestaj膮c si臋 u艣miecha膰. – B臋dzie wiedzia艂. Zrozumie. Kiedy艣 przyb臋dzie do ciebie. Chod藕 ze mn膮.
Jeszcze jeden krok. 艢wiat dooko艂a zamazywa艂 si臋, przestawa艂 istnie膰 – liczy艂 si臋 tylko m臋偶czyzna o z艂otej sk贸rze i jego wyci膮gni臋ta d艂o艅.
Jaka艣 cz臋艣膰 艣wiadomo艣ci Kekharta widzia艂a co innego – oto rzeczywisto艣膰 chwia艂a si臋, kiedy jego cia艂o upada艂o na ziemi臋, z kilkoma elfimi strza艂ami wbitymi w szyj臋 i pier艣. Oto Nurzhan, Serik i Gaspar rzucali si臋 ku 艂ucznikom, a Arthan zatrzymywa艂 si臋 nad swym padaj膮cym dow贸dc膮 – przyjacielem.
„Id藕” – chcia艂 powiedzie膰 Kekhart. „Id藕, dla ciebie to pocz膮tek. B臋dziesz czym艣 wielkim. B臋dziesz bohaterem na kt贸rego czeka艂em”. Chcia艂 to powiedzie膰, ale strza艂a wbita w gard艂o blokowa艂a mu s艂owa.
– Chod藕 ze mn膮 – powiedzia艂 po raz trzeci z艂otosk贸ry m臋偶czyzna.
Kekhart zrobi艂 kolejny krok i poczu艂, jak palce boga obejmuj膮 jego d艂o艅.


Nazwali nas Dzie膰mi Boga Granic, m贸wili, 偶e wybra艂 nas Akrias, ten, do kt贸rego nale偶y to, co nie nale偶y nigdzie. Mo偶e to i prawda, tym przecie偶 byli艣my: ja, kt贸ry z w艂asnej g艂upoty musia艂em ucieka膰 od swoich, Nurzhan, kt贸ry odrzuci艂 inicjacj臋 szamana, Larha, kt贸ra zabi艂a swego m臋偶a, 艂ajdaka, prawda, Temur, kt贸ry niemal zes艂a艂 na swoich zag艂ad臋, Serik, kt贸ry pope艂ni艂 艣wi臋tokradztwo i zbrodni臋 przeciw kobiecie, kt贸r膮 kocha艂. Kekhart, kt贸ry nie pasowa艂 do naturalnego porz膮dku rzeczy. I Arthan, kt贸rego napi臋tnowa艂o samo jego urodzenie. Rijesh obserwowa艂 nas od chwili, kiedy stali艣my si臋 艣wiadkami jego pierwszego triumfu. Obserwowa艂 by wybra膰: i wybra艂. On i Arthan od pocz膮tku byli tym samym, cho膰 wielu uzna to za absurd, ale ja to wiem, cho膰 nie wiedzia艂em wtedy. Po zdobyciu Avallenre zosta艂a nas tylko czw贸rka, a jeszcze jeden mia艂 zgin膮膰, cho膰 nie wiedzieli艣my o tym… Teraz s膮dz臋, 偶e smokowcy maj膮 racj臋 i 偶e maj膮 racj臋 le艣ne elfy: 艣wiatem rz膮dzi nieznana si艂a, si艂a przeznaczenia, mo偶emy nada膰 jej imi臋 At’Ka lub Iel, a ja nazw臋 j膮 inaczej, nazw臋 j膮 Prawem Legend. Bo tamtego dnia gdy stan臋li艣my przed Rijeshem zrodzi艂a si臋 legenda. Jego i nasza. Zawsze bowiem byli艣my tym samym, Rijesh za艣 by艂 jednym z nas.
S艂owa Gaspara Regesza spisane przez Haidara z Cirieny
W roku 1106 od L膮dowania Astrafiniala, trzynastym roku panowania kr贸lowej Josiany



KONIEC


Krak贸w, Listopad 2011 – Marzec 2012



Szczeg贸lne st臋偶enie postmodernizmu dedykuj臋 Carrie i BadWolf :).
Czytelnikom dzi臋kuj臋 za uwag臋 i wytrwanie do ko艅ca. B臋dzie jeszcze bonus, so stay tuned.I oczywi艣cie, ta historia si臋 zako艅czy艂a, ale kolejna w艂a艣nie si臋 zaczyna. Ale ona ju偶 b臋dzie do przeczytania gdzie indziej i kiedy indziej... trzymajcie kciuki.









 

Komentarze
Ome dnia kwiecie 08 2012 20:29:23
Rozdzia艂 by艂 pi臋kny. Uwielbiam Twoje opisy walk - s膮 plastyczne, pe艂ne napi臋cia, 偶ycia, 偶ywio艂owe, do tego wida膰, 偶e wiesz, o czym piszesz (nazwy broni, opis "choreograficzny"smiley, a zarazem nie zarzucasz nadmiarem termin贸w, kt贸re zaciemni艂yby odbi贸r. Jest harmonia - i jest atmosfera walki. Z jednej strony 艣wietnie si臋 czyta艂o ka偶dy fragment, a z drugiej musia艂am si臋 pilnowa膰, by nie lecie膰 wzrokiem dalej, by dowiedzie膰 si臋, co dalej i dalej. I czu艂am si臋 w wrzucona w sam 艣rodek bitwy.
Podoba艂 mi si臋 te偶 moment z Larh膮 i lavijsk膮 kobit膮 - by艂 taki... pe艂en porozumienia. A 艣mier膰 Larhy szczerze mnie poruszy艂a - i do tego wpisa艂a si臋 w dawn膮 wizj臋 Kekharta. Mimo 偶e rzeczywisto艣膰 nie by艂a tym, czego si臋 on wcze艣niej obawia艂, i tak uderza艂a bole艣nie.

Obserwowanie Arthana by艂o fascynuj膮ce - obserwowanie jego drogi do spe艂nienia zemsty, jego rozterek przed i swoistego upojenia si臋 mordem po zabiciu Variena, jego wyprawa do o艂tarza boga, jego spotkanie z elfk膮 (ha, dobrze zobaczy膰 to spotkanie, kt贸re si臋 zna ju偶 z "Je艅c贸w"!). to uczucie rozdarcia, te sprzeczne i skrajne emocje, ta prostota i dobro, kt贸re chwilami przys艂ania wieloletni gniew i uczucie niesprawiedliwo艣ci od losu - to wszystko sprawia, 偶e Arthan jest dla mnie niesamowicie prawdziwy. Nie mog臋 go nie lubi膰, nie mog臋 si臋 nie przejmowa膰 jego losem - i nie mog臋 nie my艣le膰, 偶e kobiety, kt贸re go odrzuci艂y, nie wiedzia艂y, co trac膮 smiley To taki uroczy atawizm smiley

Rijesh... Zobaczenie Rijesha w ka偶dej sytuacji jest wspania艂ym prze偶yciem! Rijesh ma w sobie co艣, co przykuwa uwag臋 i sprawia, 偶e gdzie si臋 nie pojawi, staje w centrum. Do tego jego "wy艂膮czenie" z wielu emocji i do艣wiadcze艅, kt贸re s膮 wsp贸lne dla ludzi, ork贸w i elf贸w, to "wy艂膮czenie" po艂膮czone z zainteresowaniem - raczej czysto prywatnym ni偶 naukowym, prywatnym, ciep艂ym, 偶yczliwym i wolnym od pogardy czy wynios艂o艣ci - to "wy艂膮czenie" tym bardziej czyni z Rijesha fascynuj膮c膮 posta膰.

Jak ju偶 Ci pisa艂am, ko艅c贸wka wywo艂a艂a u mnie 艂zy. To bardzo pi臋kny opis 艣mierci - wolny od patetyzmu, jakiejkolwiek nachalno艣ci, wolny nawet - od tragizmu. Niesamowite, spojrze膰 na 艣mier膰 od strony umieraj膮cego i od strony przekroczenia granicy, od strony spotkania z Bogiem Granic. A do tego ten B贸g bardzo do mnie przem贸wi艂 - swoim spokojem, ciep艂em, ludzkim, (orczym?) wr臋cz zrozumieniem i uszanowaniem uczu膰 (bo ta uwaga odno艣nie Takhira by艂a pi臋kna, taka boska w艂a艣nie - a偶 mi si臋 teraz przypomnia艂 Rijesh ze swoim prostym nazywaniem Takhira "kochankiem"smiley. 艁zy swoj膮 drog膮, ale nie potrafi臋 czu膰 takiej rozpaczy, jak膮 poczuli po 艣mierci Kekharta jego bliscy - pewnie w艂a艣nie dlatego, 偶e zobaczy艂am to, co za granic膮 偶ycia. I mam tylko nadziej臋 (i wierz臋), 偶e Takhir te偶 potrafi poza t臋 granic臋 spojrze膰, wi臋c mimo b贸lu po tej stronie wie, 偶e po tamtej kto艣 na niego czeka. W艂a艣ciwie jestem przekonana, 偶e Takhir to potrafi i wie, w ko艅cu jako szaman przekracza艂 granice mi臋dzy bytami wielokrotnie.

A zapisane s艂owa Gaspara rzucaj膮 nowe 艣wiat艂o i na Rijesha, i na dzieci Boga Granic, i na ca艂膮 histori臋. To 艣wietne wprowadzenie do "Je艅c贸w", wi臋c ciesz臋 si臋 okropnie, 偶e mam mo偶liwo艣膰 przeczytania tej powie艣ci, zanim j膮 wydasz (ale autografu Ci nie daruj臋, nie my艣l sobie). Tylko zapis "bibliograficzny" jest mocno niejasny - mam jednak nadziej臋, 偶e "Je艅cy" wyja艣ni膮 mi go ca艂kowicie.

Podsumowuj膮c: dzi臋kuj臋 za wspania艂e prze偶ycie czytelnicze w ci膮gu tych dwudziestu rozdzia艂贸w smiley Tak, nadal nie lubi臋 fantasy. Tak, Ty jeste艣 tym moim wyj膮tkiem smiley
Kciuki trzymam bardzo mocno - i za "Je艅c贸w", i za inne teksty. Powodzenia, An!
Demon Lionka dnia kwiecie 09 2012 14:25:26
Nadrobi艂aaaam smiley Przepraszam, 偶e dopiero teraz, ale ilo艣膰 roboty mnie przywali艂a i zgniot艂a _^_
Czyta艂o si臋 jednym tchem, wydarzenia mkn臋艂y jeden za drugim smiley Opisy bitew i walk jak zawsze bardzo plastyczne i oczami wyobra藕ni wszystko mo偶na by艂o zobaczy膰 smiley Ba, mo偶na si臋 by艂o poczu膰 jak wewn膮trz walk, gdzie w ka偶dej chwili grozi strza艂a mi臋dzy oczy, albo g艂ownia czyjego艣 miecza w plecach smiley
Ogromnie 偶al Larhy - ta posta膰 by艂a tak sympatyczna... Wiadomo, 偶e wojny nie obchodz膮 si臋 z nikim 艂agodnie i nie maj膮 na wzgl臋dzie, czy komu przyjaciela nie zabieraj膮, ale i tak strasznie 偶al, 偶e Larhy ju偶 nie b臋dzie, nie przy艂o偶y nikomu, nie powie, co my艣li, nie p贸jdzie nigdzie dalej.
艢mier膰 Kekharta... A ja do ko艅ca wierzy艂am, 偶e Takhir ba艂 si臋 niepotrzebnie, bo Kekhart do niego wr贸ci smiley Sam opis sceny przepi臋kny, i spos贸b, w jaki to pokaza艂a艣 - oczyma umieraj膮cego. To taka nadzieja na to, 偶e 艣mier膰 jest po prostu wyruszeniem w kolejn膮 podr贸偶, w dalsz膮 drog臋. Ale i tak cholernie 偶al Takhira, do kt贸rego Kekhart ju偶 nie wr贸ci ._. Pewnie si臋 spodziewa艂, ale spodziewa膰 si臋, a us艂ysze膰, 偶e najbli偶sza mu osoba nie 偶yje, to jednak troch臋 inaczej ._.
Na koniec chcia艂am zwyczajnie podzi臋kowa膰 za kawa艂 艣wietnej literatury, kt贸ra porywa艂a wyobra藕ni臋 na stepy i pokazywa艂a inne 艣wiaty, inne b贸stwa, inne duchy, inne wszystko smiley Opowiadanie jest po prostu genialne i podobnie jak Ome trzymam kciuki za "Je艅c贸w", kt贸rych chcia艂abym m贸c sobie kupi膰 w ksi臋garni, przeczyta膰 i mie膰 smiley
jett dnia maj 13 2012 11:41:19
"Dzieci boga granic" to kawa艂 naprawd臋 dobrego fantasy. Jedno z lepszych, jakie mialam ostatnio okazj臋 czyta膰. An, odwali艂a艣 naprawd臋 dobr膮 robot臋. Ciesz臋 si臋, 偶e trafi艂am na "Dzieci...", bo dobrze sp臋dzi艂am czas, czytaj膮c. I naprawd臋 dobrze si臋 bawi艂am.

Zn贸w mia艂am d艂u偶sz膮 przerw臋, zanim mog艂am usi膮艣膰 do ostatnich cz臋艣ci, ale to mi w 偶aden spos贸b nie przeszkadza艂o w odbiorze. Tw贸j tekst wci膮ga od razu, od pierwszych s艂贸w ka偶dego rozdzia艂u. Tak w艂a艣nie dzia艂a klimatyczno艣膰 Twojego 艣wiata: wszystko tu jest na miejscu, wszystko jest sp贸jne, poszczeg贸lne elementy wsp贸艂graj膮 i si臋 dope艂niaj膮.
Co mi si臋 bardzo spodoba艂o, to pojawienie si臋 Nurzhana. Jako posta膰 nie ma do odegrania w tej akurat opowie艣ci znacz膮cej roli, ale przecie偶 tutaj historia wcale si臋 nie ko艅czy. W 艣wiecie wci膮偶 dziej膮 si臋 inne rzeczy, niekoniecznie pokazane przez Ciebie na pierwszym planie, ale obecne, nadaj膮ce bieg wydarzeniom, kt贸rych bohaterowie s膮 uczestnikami, ale nie si艂膮 sprawcz膮. Wci膮偶 b臋d膮 si臋 dzia膰. Podoba mi si臋 przy tym, jak konsekwentnie trzymasz si臋 g艂贸wnej historii - bez uciekania na boki, chocia偶 gdzie艣 tam z boku s膮 te inne wa偶ne dziej膮ce si臋 rzeczy. Ja w ka偶dym razie przez ca艂y czas mam 艣wiadomo艣膰 tego, jak bardzo rozbudowany, pe艂ny i przemy艣lany jest ten 艣wiat, i jak daleko rozpo艣ciera si臋 poza t臋 g艂贸wn膮 histori臋.
Zgodnie z sugesti膮 przy poprzednim rozdziale, postanowi艂am w艂a艣nie tamten przyj膮膰 jako ko艅cowy. Pasuje mi - i chcia艂am, 偶eby Kekhart i jego plemi臋 otrzymali szcz臋艣liwe zako艅czenie. Cho膰by tylko na chwil臋. Jego pogodzenie z rodzin膮 by艂o wspania艂ym akcentem, a jego reakcja na to - jeszcze wspanialszym.

W dzwudziestym rozdziale - kt贸ry odbieram bardziej jako wst臋p do "Je艅c贸w" ni偶 dope艂nienie "Dzieci..." - najbardziej urzek艂o mnie... wszystko w zasadzie. Rozmowa Kekharta z Arthanem - tutaj dopiero w pe艂ni i jawnie wida膰, z czym Arthan zmaga si臋 wewn臋trznie, gdy chodzi o jego pochodzenie. Nie tylko inno艣膰, nieprzynale偶no艣膰 tu i teraz, ale te偶 daleko id膮ce tego konsekwencje. Jego szczere przyznanie si臋, 偶e nie wie, jakie mo偶e by膰 jego zachowanie, brak deklaracji bycia nieskazitelnie dobrym zawsze i wsz臋dzie - to co艣, co nadaje mu niepodwa偶alnej prawdziwo艣ci, a w moich oczach - sympatii, kt贸rej ju偶 si臋 nie pozb臋d臋, cho膰by nie wiem co si臋 dalej dzia艂o.
Zaakcentowanie 偶膮dzy krwi Arthana po jego zwyci臋stwie nad Varienem jeszcze dope艂ni艂a powy偶szy obrazek. Walka trwa...

Doskona艂y opis bitwy. Podoba艂o mi si臋 to, w jaki spos贸b to, co na polu bitwy, przeplata艂o si臋 z tym, co do zaoferowania mia艂a pogoda. Wspania艂a oprawa. Podoba艂o mi si臋 r贸wnie偶 to, 偶e walka by艂a pokazana "od 艣rodka", spojrzeniem walcz膮cych, Kekharta zw艂aszcza. O dopracowaniu szczeg贸艂贸w i doskona艂ej znajomo艣ci tematu nie b臋d臋 ju偶 nawet wspomina膰...
Wype艂nianie si臋 kolejnych wizji - nie tylko w tym rozdziale - odby艂o si臋 naturalnie, bez wielkich dzwon贸w i patosu, ale w taki spos贸b, 偶e nie da艂o si臋 przegapi膰 wa偶no艣ci chwili. 艢mier膰 Larhy mnie poruszy艂a. Zwyci臋stwo Arthana, pokazane z miejsca kl臋cz膮cego na ziemi nad cia艂em Larhy Kekharta, by艂o idealne.

I wreszcie 艣mier膰 Kekharta. Ja te偶 mia艂am 艂zy w oczach. Pi臋knie to opisa艂a艣. Prosto, ale pora偶aj膮co. Perfekcyjnie. Je艣li wojownik musi umrze膰, to w艂a艣nie tak. I oby by艂 witany po drugiej stronie przez tego, kt贸remu s艂u偶y艂.

Mam nadziej臋, 偶e kiedy znowu si臋gn臋 po Tw贸j 艣wiat, b臋dzie to w ksi臋garni, z p贸艂ki. Trzymam kciuki!
Dodaj komentarz
Zaloguj si, 縠by m骳 dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dost阷ne tylko dla zalogowanych U縴tkownik體.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, 縠by m骳 dodawa oceny.

ietne! ietne! 100% [3 G硂s體]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [痑dnych g硂s體]
Dobre Dobre 0% [痑dnych g硂s體]
Przeci阾ne Przeci阾ne 0% [痑dnych g硂s體]
S砤be S砤be 0% [痑dnych g硂s體]
Logowanie
Nazwa U縴tkownika

Has硂



Nie jeste jeszcze naszym U縴tkownikiem?
Kilknij TUTAJ 縠by si zarejestrowa.

Zapomniane has硂?
Wy渓emy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze sta艂e, cykliczne projekty



Tu jeste艣my
Bannery do miejsc, w kt贸rych mo偶na nas te偶 znale藕膰



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemno艣ci膮 艣ledz臋 Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpud艂a :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, je艣li kto艣 tu zagl膮da i chce wiedzie膰, co porabiam, to mo偶e zajrze膰 do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z r贸偶nych przyczyn staram si臋 by膰 optymist膮, wi臋c b臋d臋 trzyma艂 kciuki 偶eby uda艂o Ci si臋 odtworzy膰 to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro s艂ysze膰, Jash. Wprawdzie nie czyta艂em Twojego opowiadania, ale szkoda, 偶e nie doczeka si臋 ono zako艅膰zenia.

Archiwum