The Cold Desire
   Strona G艂贸wna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsy艂ania prac WYDAWNICTWO
Pa糳ziernik 15 2019 09:33:28   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Sk贸rki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
艢CIANA S艁AWY
Tutaj b臋d膮 umieszczane odnosniki do stron, na kt贸rych znalaz艂y si臋 recenzje wydanych przez nas ksi膮偶ek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez nasz膮 stron臋. W celu zobaczenia szczeg贸艂贸w nale偶y klikn膮膰 w dany banner





Witamy
Strona ta po艣wi臋cona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazuj膮cemu relacje homoseksualne pomi臋dzy m臋偶czyznami. Je艣li jeste艣 zagorza艂ym przeciwnikiem lub w jaki艣 spos贸b nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opu艣膰 t臋 witryn臋 - reszt臋 naszych Go艣ci serdecznie zapraszamy
Dzieci boga granic 5
5.

Tego dnia w samym 艣rodku nocy polarnej, spad艂a gwiazda. Zab艂ys艂a po艣rodku nieba i ze 艣wistem uderzy艂a w ziemi臋 po艣rodku doliny, budz膮c 艢nie偶ne Koty i oboje ich orczych go艣ci.
Kekhart wybieg艂 z jaskini, w kt贸rej mieszka艂, dostrzeg艂, jak elfowie z g贸r zd膮偶aj膮 ku miejscu, gdzie gwiazda spad艂a. Na czele pod膮偶a艂a maghiya, wiotka kobieta, kt贸rej twarzy nie porysowa艂y jeszcze zmarszczki, cho膰 osi膮gn臋艂a ju偶 pono膰 wiek stu lat. Stan臋艂a mi臋dzy swoim plemieniem a gwiazd膮 i odezwa艂a si臋:
– Oto znak dla nas, oto znak od Iel.
Iel by艂a dla elf贸w bogini膮 losu i w jakim艣 sensie, o ile Kekhart si臋 orientowa艂, bogini膮 niebios. Dziwnym mu si臋 wydawa艂o, 偶e elfowie nie wierz膮 w 偶adnego m臋skiego boga, 偶e nie zdaj膮 sobie sprawy z wielu rzeczy, kt贸re orkom na stepach zdawa艂y si臋 oczywiste. Lecz zdawali sobie spraw臋, i偶 w艂a艣nie wyl膮dowa艂 po艣rodku ich ziem kawa艂ek nieba.
Gwiazda spoczywa艂a w zag艂臋bieniu. Nie pali艂a si臋 ju偶, lecz jeszcze nie ostyg艂a. 艢nieg wok贸艂 niej stopnia艂, ziemia zmieni艂a si臋 w b艂otnist膮 ka艂u偶臋. W powietrzu nosi艂 si臋 zapach spalenizny i rozgrzanego 偶elaza.
– Gwiezdny metal – szepn臋艂a Larha. Oczy jej zab艂ys艂y. Z gwiezdnego metalu mo偶na by艂o wykona膰 bro艅 o legendarnych wr臋cz w艂a艣ciwo艣ciach, idealne ostrze do walki ze z艂ymi mocami.
Maghiya poma艂u zesz艂a do zag艂臋bienia, wy偶艂obionego przez spadaj膮c膮 gwiazd臋, ostro偶nie uj臋艂a j膮 w d艂onie. Nagrzany kawa艂ek metalu nie pali艂 jej d艂oni.
– Oto gw贸藕d藕 ze sklepienia niebios! – zawo艂a艂a. – Oto znak od bog贸w, ich wola!
– Czego pragn膮 bogowie? – spyta艂 kt贸ry艣 ze 艢nie偶nych Kot贸w.
Czarodziejka potrz膮sn臋艂a g艂ow膮.
– Tr贸jca objawi艂a swoj膮 wol臋, lecz 艣miertelnym wiele czasu zajmuje zrozumienie ich zamiar贸w. To jak odczytanie pisma, kt贸rego nie znamy, jak odcyfrowanie 艣lad贸w nieznanego zwierz臋cia na 艣niegu. Potrzebuj臋 czasu, by si臋 dowiedzie膰. Potrzebuj臋 spyta膰 duch贸w.
Kolejne dnie i noce sp臋dzi艂a w swej jaskini, a ci, kt贸rzy przechodzili ko艂o wej艣cia, twierdzili, 偶e z wn臋trza wida膰 zimny, b艂臋kitny blask – znak, 偶e wewn膮trz u偶ywa si臋 mocy. Gdy w ko艅cu maghya sko艅czy艂a rozmawia膰 z bogami, d艂ugo jeszcze le偶a艂a, odzyskuj膮c si艂y. Kekhart pami臋ta艂, 偶e podobnie Takhir: im bardziej wyczerpuj膮ce wykonywa艂 zadanie, tym d艂u偶ej musia艂 si臋 potem regenerowa膰.
W ko艅cu nadszed艂 dzie艅, w kt贸rym czarodziejka zebra艂a sw贸j lud i przem贸wi艂a do niego. Przez ostatnie dni postarza艂a si臋 mocno, pod jej oczyma i wok贸艂 ust zarysowa艂y si臋 g艂臋bokie zmarszczki.
– Widzia艂am wol臋 bog贸w – og艂osi艂a. – I dr偶a艂am ze strachu, widz膮c, co czaka ten 艣wiat. Oto na wschodzie pojawi si臋 w艂adca, kt贸ry zmieni p贸艂 艣wiata w morze krwi. Widzia艂am te偶 bohatera, kt贸ry nadejdzie. Obaj id膮 kraw臋dzi膮, nie przynale偶膮. Obu wybior膮 i naznacz膮 bogowie, b贸g granic, kt贸ry nie nale偶y nigdzie.
– Co bogom do nas? – spyta艂 przyw贸dca spo艂eczno艣ci. – Czego Tr贸jca chce od nas, skoro odeszli艣my od 艣wiata?
– Tr贸jca mia艂a pow贸d – rzek艂a maghiya ostro. – My mali, 艣wiat ma艂y, boginie wielkie... ale gw贸藕d藕 niebia艅skiego sklepienia spad艂 na tutaj i to st膮d ma by膰 odniesiony, gdy偶 wykuta z niego zostanie bro艅... Dla w艂adcy czy dla bohatera – tego boginie zdradzi膰 nie chc膮?
– Wi臋c kto艣 z nas ma opu艣ci膰 dolin臋? I艣膰 tam, sk膮d nas wygnano?! Boginie oszala艂y! – wykrzykn膮艂 jaki艣 oburzony g艂os.
Czarodziejka podnios艂a w g贸r臋 ramiona, dr偶膮ce i wychudzone po ostatnich wyniszczaj膮cych dniach.
– Nikt z nas nie p贸jdzie. P贸jd膮 ci, kt贸rzy nie nale偶膮 – ani tutaj, ani tam. Taka jest wola Tr贸jcy.
Larha skrzywi艂a si臋 na te s艂owa.
– No i tyle tego by艂o, pr贸buj膮 si臋 nas pozby膰 – mrukn臋艂a do Kekharta.
– S艂uchaj lepiej co ona m贸wi – odci膮艂 si臋.
– Wiem, co m贸wi. 呕e mamy st膮d i艣膰. Taka ich wdzi臋czno艣膰, takie ich przywi膮zanie. Bogowie chc膮, bogowie...
Zamar艂a, kiedy palec czarodziejki uderzy艂 j膮 w pier艣. Elfka min臋艂a zebranych i sta艂a teraz naprzeciw orczycy, sprawiaj膮c wra偶enie jednocze艣nie ma艂ej i kruchej, jak i dominuj膮cej nad masywn膮 w ko艅cu stepow膮 kobiet膮.
– Larha – powiedzia艂a – wiesz, 偶e kiedy ci臋 przyj臋li艣my, chcia艂a艣 艣mierci. Tak samo i Kekhart. Czemu wi臋c nie poszli艣cie w lody, tak, jak tego pragn臋li艣cie? Czemu偶 wci膮偶 偶yjecie? Bogowie maj膮 dla was rol臋, zadanie. Bogowie chc膮 od was czego艣 wi臋cej, ni偶 wegetacji tu. M贸wi艂a艣, 偶e utracili艣cie honor – bogowie daj膮 wam szans臋 odzyska膰 go w inny spos贸b, ni偶 gin膮c. A ty chcesz 偶y膰, Larha, gdyby艣 nie chcia艂a, nie by艂oby ci臋 tu z nami, przyznaj.
– Chc臋 偶y膰 – powiedzia艂a niech臋tnie.
Kekhart domy艣la艂 si臋, 偶e t臋skni za stepem. Dolina by艂a pi臋kna, lecz ograniczona. Brakowa艂o w niej przestrzeni, nawet niebo zdawa艂o si臋 zamkni臋te turniami. Jak mo偶na ograniczy膰 bezkres Niebios?
– Widz臋 wojn臋 – m贸wi艂a maghiya. – Widz臋 krew. Wojna to wasz 偶ywio艂 – my uciekli艣my przed ni膮. Wy jej pragniecie. 呕ycie w艣r贸d nas nie da wam spokoju ducha. P贸jdziecie za wezwaniem bog贸w?
Kekhart przypatrywa艂 si臋 bacznie elfce. Sta艂a przed nim, pe艂na si艂y, mimo tego, jak wycie艅czone by艂o jej kruche cia艂o. Zielone oczy zdawa艂y si臋 l艣ni膰 nieziemskim blaskiem – czy偶by to jej boginie patrzy艂y przez czarodziejk臋?
Bogowie istnieli niew膮tpliwie, cho膰 Kekhart nigdy bezpo艣rednio nie do艣wiadczy艂 ich interwencji. Bogowie: Niebiosa i matka Ziemia. Duchy. Przodkowie. Mo偶e i trzy elfie boginie istnia艂y i mia艂y jaki艣 pow贸d, 偶eby przekaza膰 orkowi bez honoru wa偶n膮 misj臋?
Prze艂kn膮艂 艣lin臋.
– P贸jd臋. Nie wiem, czy to wola bog贸w, czy nie, wol臋 wierzy膰, 偶e i owszem. P贸jd臋.
Brakowa艂o mu: ko艂ysania ko艅skiego grzbietu, szelestu traw, wiatru p艂yn膮cego swobodnie przez bezkresn膮 r贸wnin臋. Poczucia niczym nieograniczonej wolno艣ci. Ile偶 da艂by za nie! Je艣li bogowie chcieli zwr贸ci膰 mu to, czego nieopatrznie sam si臋 wyrzek艂, got贸w by艂 zaryzykowa膰.
– A niech ci臋... – mrukn臋艂a Larha – p贸jd臋 z tob膮. Niech b臋dzie, co ma by膰.
Musieli zaczeka膰, a偶 minie zima i 艣nieg na prze艂臋czach stopnieje: dopiero wtedy mogli wyruszy膰 z powrotem na niziny. Ludzie z wioski u st贸p g贸ry wygl膮dali na zaskoczeni faktem, ze dwoje ork贸w szukaj膮cych niegdy艣 艣mierci w krainie 艢nie偶nych Kot贸w powr贸ci艂o. 呕adne z nich nie powiedzia艂o, co widzieli w g贸rach ani, co sk艂oni艂o ich do powrotu i ludzkie plemi臋 pr臋dko zacz臋艂o na ich widok wykonywa膰 gesty odczyniaj膮ce uroki. To, 偶e Kekhart ci膮gle nosi艂 szama艅ski amulet nie przeszkadza艂o mieszka艅com wioski uwa偶a膰 go za przemienionego przez demony.
Nie dostali koni: nie mieliby nawet za co je kupi膰. W drog臋 ku stepom ruszyli na piechot臋, lecz nawet taka podr贸偶 by艂a jak objawienie. Zn贸w ujrze膰 bezkres Niebios i rozleg艂o艣膰 Ziemi, us艂ysze膰 艣piew wiatru, poczu膰 zapach budz膮cych si臋 do 偶ycia kwiat贸w. Oto objawienie dla kogo艣, kto ostatnie miesi膮ce sp臋dzi艂 zamkni臋ty 艣cianami g贸r, kto mieszka艂 w jaskini, w norze, jak lis. Step wita艂 swoje dzieci wracaj膮ce z wygnania. Kekhart s艂ysza艂 niemal g艂os bog贸w: cieszyli si臋 偶e powraca do nich, czekali na niego, dawali mu szans臋 na odkupienie.
***

Larha 艣mia艂a si臋, pop臋dzaj膮c konia. Wygl膮da艂a, jakby znalaz艂a si臋 we w艂a艣ciwym 偶ywiole. Z wiatrem we w艂osach, sta艂a si臋 nagle pi臋kniejsza, jakby kradzie偶 koni z pastwiska napotkanego plemienia i potyczka z kilkoma pasterzami pilnuj膮cym stad uj臋艂a jej lat. Przez rami臋 przewiesi艂a ko艂czan ze strza艂ami, do pasa przypi臋艂a zdobyczny kind偶a艂. Przypomina艂a teraz Kekhartowi Hurik: pi臋kna i niezwyci臋偶ona, wolna wojowniczka, kt贸rej nikt ju偶 nigdy nie zdo艂a ujarzmi膰, ciesz膮ca si臋 swobod膮 i krwi膮. 艢wi臋ta Kobieta nie z nazwy mo偶e, lecz z ducha.
Galopowa艂a przez trawy, przeskakiwa艂a ponad krzewami, w ko艅cu 艣ci膮gn臋艂a wodze, zatrzymuj膮c konia i czekaj膮c na swojego towarzysza.
– Dok膮d teraz?! – krzykn臋艂a, nie czekaj膮c, a偶 Kekhart podjedzie bli偶ej. – Mamy przed sob膮 ca艂y step! Ca艂y wielki step nale偶y do nas! Dok膮d pojedziemy?!
– Do Urhan! – odkrzykn膮艂 jej. – By艂a艣 tam kiedy艣?!
– Nie! Nie widzia艂am nawet!
– Zawsze chcia艂em zobaczy膰 Urhan – powiedzia艂, gdy ju偶 podjecha艂 bli偶ej. – Szaman, kt贸rego... szaman, kt贸rego zna艂em bywa艂 tam czasem. Opowiada艂 mi o tym miejscu.
– Co ci opowiada艂? – spyta艂a kobieta. Od wiatru i p臋du rumieniec przyciemni艂 jej policzki. Zielone tatua偶e rysowa艂y si臋 teraz na nich wyra藕niej.
– Tam wszystko wygl膮da inaczej. To dobre miejsce, by zacz膮膰... szuka膰.
– Szuka膰 czego? Nie m贸w mi, 偶e wierzysz w te opowie艣ci o bohaterze?
– Je艣li by艂yby prawdziwe, gdzie, je艣li nie w Urhan go znajdziemy? A miasto zobaczy膰 trzeba.
– Mo偶e i masz racj臋...
Wyruszyli wi臋c na po艂udniowy zach贸d. Inna to by艂a podr贸偶, ni偶 te, kt贸re Kekhart odbywa艂 kiedy艣 ze swym plemieniem i inna ni偶 w臋dr贸wka z Takhirem. Tym razem Kekhart nie widzia艂 swej samotno艣ci jako obci膮偶enia, a je艣li budzi艂 si臋 nocami, rozwa偶aj膮c, co b臋dzie dalej, nie widzia艂 swej przysz艂o艣ci tylko jako pasma nieszcz臋艣膰. Czemu, zastanawia艂 si臋, przy Takhirze nie potrafi艂 widzie膰 dla siebie nadziei?
Bo to nie by艂o 偶ycie – odpowiedzia艂 sam sobie – a egzystencja. Dok艂adnie tak, jak w dolinie w艣r贸d 艢nie偶nych Kot贸w. Pi臋knie jest mie膰 kochanka, ale kiedy nie ma si臋 nic ponad to – 偶ycie staje si臋 puste. Teraz przynajmniej widzia艂 przed sob膮 cel i nawet, gdyby cel mia艂 okaza膰 si臋 u艂ud膮, wierzy艂, 偶e warto do艅 zmierza膰. Teraz dopiero m贸g艂 uwierzy膰, 偶e Niebiosa, Ziemia i pozostali bogowie przygotowali dla niego jakie艣 miejsce na 艣wiecie.
Jad膮c na po艂udnie i wsch贸d natrafili w ko艅cu na sta艂e osady, rzecz niecodzienn膮 na stepie. Ten teren jednak, teren pogranicza, mniej by艂 suchy, ni偶 wi臋kszo艣膰 r贸wnin. P艂yn臋艂y t臋dy rzeki, wok贸艂 kt贸rych gleba pozwala艂a na upraw臋. Wioski, w kt贸rych kszta艂t domu nawi膮zywa艂 do kszta艂t贸w jurt, zamieszkiwane by艂y przez rolnik贸w, utrzymuj膮cych miasto. Ludzie i orkowie mieszkali tu razem: potomkowie plemion, kt贸re dla osiad艂ego trybu 偶ycia porzuci艂y tradycyjny spos贸b 偶ycia, nie nosili ju偶 na twarzach i cia艂ach wielu klanowych oznacze艅, tak偶e ich ubi贸r, cho膰 zachowa艂 elementy stroju wojownik贸w, nie mia艂by wielkiego zastosowania w walce. Nie nosili broni, cho膰 umieliby si臋 broni膰: mimo zmiany trybu 偶ycia, wci膮偶 byli z tej samej krwi.
Kekhart, kt贸ry ca艂e 偶ycie sp臋dzi艂 na stepie, nie pojmowa艂, jak mo偶na porzuci膰 swobod臋 koczownika na rzecz przyziemnego rolnictwa. Rolnicy byli czym艣 gorszym, jak wielkie musia艂o by膰 to upodlenie dla potomk贸w dawnych w臋drownych klan贸w, upa艣膰 a偶 tak nisko? Je艣膰 ziarno jak ptaki, traw臋 jak zaj膮ce, utrzymywa膰 wojownik贸w przybywaj膮cych po haracz? Nigdy.
Owszem, rolnicy byli niezb臋dni, wida膰 nie ka偶dy mo偶e p臋dzi膰 koczowniczy tryb 偶ycia.
Mi臋dzy wioskami bieg艂y drogi, wyje偶d偶one ko艂ami woz贸w. Nimi trzeba by艂o jecha膰, by nie tratowa膰 p贸l i pastwisk. Na skrzy偶owaniu kilku z trakt贸w sta艂a kapliczka wzniesiona z wyg艂adzonego 偶贸艂tawego kamienia, poprzecinanego ciemnymi 偶y艂kami. W jej wn臋trzu sta艂 drewniany pos膮偶ek postaci, z grubsza tylko ociosany, tak, 偶e trudno by艂o rozpozna膰 jakiekolwiek rysy i atrybuty. Kilka usch艂ych kwiat贸w po艂o偶ono u st贸p bo偶ka, w zag艂臋bieniach coko艂u sta艂y stopione resztki 艣wiec i niewielkie naczynka z resztkami potraw. U st贸p kapliczki biela艂y ko艣ci zaj膮ca, zabitego w ofierze, rdzawe plamy krwi znaczy艂y kamie艅.
Kekhart pierwszy raz widzia艂 co艣 takiego. Zatrzyma艂 konia, przypatruj膮c si臋 nieznanemu bogu.
– Akrias – powiedzia艂a Larha. – Tak go nazywaj膮. B贸g granic, przej艣膰, dr贸g. Pilnuje tych, kt贸rzy s膮 pomi臋dzy. Nale偶y do niego to, co nie nale偶y nigdzie.
– Jak my.
– Ano – kobieta kiwn臋艂a g艂ow膮. – Ty pami臋tasz, co maghiya m贸wi艂a? 呕e b贸g granic wybierze bohatera i wielkiego w艂adc臋.
– No to my jeste艣my na dobrej drodze.
I rzeczywi艣cie, na dobrej drodze byli: wjechali w teren skalistych wzg贸rz i wkr贸tce ujrzeli z nich rozleg艂膮 kotlin臋, w kt贸rej le偶a艂o miasto.
Kekhart nie spodziewa艂 si臋, 偶e b臋dzie tak wielkie. Raz w 偶yciu, gdy by艂 jeszcze dzieckiem, widzia艂 obozowisko wi臋cej, ni偶 jednego tylko plemienia: rozleg艂e miasto jurt, rozbitych, by uhonorowa膰 艣mier膰 chana []. Obj膮艂 on panowaniem trzy plemiona, pi臋膰 kolejnych by艂o z nim zjednoczonych i s膮dzono, 偶e obejmie w艂adz臋 nad ca艂ym stepem, przyjmuj膮c tytu艂 kagana. Zgin膮艂 jednak z r膮k jednej z w艂asnych 偶on, mszcz膮cej si臋 na nim za 艣mier膰 brata i zal膮偶ek imperium rozsypa艂 si臋 b艂yskawicznie. Kekhart pami臋ta艂 jak przez mg艂臋 t艂umy ludzi i ork贸w w gigantycznym obozowisku i stos pogrzebowy chana, na kt贸ry wprowadzono ulubionego konia i zdradzieck膮 偶on臋, zmuszaj膮c j膮 do po艣wi臋cenia, kt贸re wedle tradycji mia艂o by膰 dobrowolne.
Ob贸z nie dor贸wnywa艂 wielko艣ci膮 Urhan, kt贸re m艂odzie艅cowi ze step贸w zda艂o si臋 ci膮gn膮c i ci膮gn膮膰 po horyzont, cho膰 przecie偶 ogranicza艂y je naturalne 艣ciany kotliny.
Urhan, miasto niezwyk艂e, odmienne od wszystkiego. Opowie艣ci Takhira nie przygotowa艂y Kekharta na to, co ujrza艂. Na domy z 偶贸艂tawego, 偶y艂kowanego kamienia: urha艅skiego marmuru, wydobywanego kiedy艣 przez niewolnik贸w i wywo偶onego do odleg艂ych krain, by s艂u偶y膰 jako budulec pa艂ac贸w. Na rozleg艂e ulice, gwarne place targowe, na budynki po艣wi臋cone wy艂膮cznie sk艂adaniu ofiar bogom i olbrzymi膮, kamienn膮 cytadel臋. Mieszka艅cy miasta pr贸bowali skopiowa膰 kszta艂t niebios, kt贸rych kopu艂a wzniesiona by艂a z kamienia i przybrana 偶elaznymi gwo藕dziami: mieszka艅cy miasta widzieli siebie r贸wnymi bogom i zaiste, upodabniali si臋 do nich, silni, mimo osiad艂ego trybu 偶ycia.
Kekhart i Larha znale藕li si臋 w 艣wiecie, o kt贸rym s艂yszeli, lecz kt贸rego nie znali. Teraz musieli tylko odkry膰 dzia艂aj膮ce w nim regu艂y.
***

W alejce trwa艂a bijatyka. Nic nowego w Urhan: tutaj ludzie i orkowie zabijali si臋 ka偶dego dnia, gdy偶 w tak wielkim zbiorowisku, jak miasto wiele akt贸w przemocy i zab贸jstw nigdy nie pozostaje odkrytych. 艁atwo pope艂nia膰 zbrodnie, za kt贸re plemi臋 ukara艂oby niezw艂ocznie, to, co na stepie stanowi艂o ha艅b臋, w mie艣cie mog艂o umkn膮膰 oczom sprawiedliwo艣ci.
Kekhart zd膮偶y艂 si臋 tego nauczy膰 a w ci膮gu dw贸ch lat, jakie sp臋dzi艂 w Urhan nie raz korzysta艂 z miejskiej anonimowo艣ci. Zabija艂, by prze偶y膰: najpierw by zdoby膰 pieni膮dze zamordowa艂 w bocznej alejce kupca, potem przez dobry rok pracowa艂 dla miejscowego gangu opryszk贸w, kt贸rych zwyczaje przypomina艂y tradycje stepowych plemion. Ta przynale偶no艣膰 do przest臋pczej gildii do艣膰 zreszt膮 burzliwy mia艂a przebieg, pocz膮wszy od momentu, gdy przyprowadzi艂 do nich Larh臋. Stwierdzili, 偶e kobieta mo偶e 艣wiadczy膰 im us艂ugi jednego tylko rodzaju: Larha mia艂a odmienne zdanie. 艢mieli si臋, pytaj膮c, czy z艂o偶y艂a 艣luby czysto艣ci jako 艢wi臋ta Kobieta, upierali si臋, 偶e powinna si臋 cieszy膰, i偶 kto艣 jeszcze j膮 chce, korzysta膰, p贸ki jest m艂oda. Nie wytrzyma艂a. Bardzo spokojnie podesz艂a do jednego z nich i wbi艂a mu n贸偶 prosto w krocze.
Dla brutalnego i pozbawionego honoru gangu to wystarczy艂o: bezwzgl臋dna kobieta to ca艂kiem niez艂y nabytek. Przyj臋to j膮 i nikt ju偶 nigdy nie pr贸bowa艂 jej tkn膮膰 w obawie o swoj膮 m臋sko艣膰, cho膰 Kekhart m贸g艂 przysi膮c, 偶e wielu chcia艂oby ukara膰 bezczelno艣膰 wojowniczki. Ci m臋偶czy藕ni z najg艂臋bszych do艂贸w urha艅skiego spo艂ecze艅stwa kobiet臋 widzieli jako zabawk臋 lub wroga.
Nic dziwnego, 偶e Larha czeka艂a tylko na okazj臋, by odej艣膰 z gangu, a Kekhart pod膮偶y艂 za ni膮, sam nie czuj膮c si臋 komfortowo, zw艂aszcza, gdy pr贸bowano nak艂oni膰 go do stosunk贸w z jak膮艣 kobiet膮: p贸艂 biedy dziwk膮, gorzej – ofiar膮. W艂asne sk艂onno艣ci i prze偶ycia Larhy utrwali艂y w jego umy艣le obraz zbli偶enia z kobiet膮 jako nie do艣膰, 偶e odra偶aj膮cego, to jeszcze okrutnego. Wiedzia艂, 偶e s膮 kobiety, kt贸re lubi膮 to i oddaj膮 si臋 m臋偶czyzn膮 z w艂asnej woli, lecz nie potrafi艂 tego zrozumie膰. Zbli偶enie z kobiet膮 by艂oby dla艅 gwa艂tem i na partnerce i na w艂asnej naturze.
Ta ostatnia za艣 znalaz艂a uj艣cie dla siebie. Miejskie domy publiczne mia艂y pokoje i pracownik贸w, kt贸rych istnienie ukrywano przed niepowo艂anymi oczyma. Urha艅skie prawo stosunki mi臋dzy m臋偶czyznami uwa偶a艂o za zbrodni臋 karan膮 napi臋tnowaniem, co nie odstrasza艂o szczeg贸lnie, za艣 w艂a艣ciciele burdeli zarabiali nie藕le na us艂ugach m臋偶czyzn-kurtyzan. Kekhart skorzysta艂 z tych us艂ug par臋 razy, w tajemnicy przed gangiem. Potem przesta艂 ukrywa膰 si臋 a偶 tak, gdy podczas wizyty w burdelu przekona艂 si臋, 偶e jeden z cz艂onk贸w przest臋pczej gildii dzieli jego sk艂onno艣ci. Nigdy jednak o tym nie rozmawiali, nigdy nie pr贸bowali zbli偶y膰 si臋 do siebie. Prawdopodobnie kompan z gangu m臋skie dziwki traktowa艂 podobnie, jak kobiety: przedmiotowo.
W tym mie艣cie przedmiotowe traktowanie by艂o na porz膮dku dziennym, p艂yn臋艂o w arteriach Urhan, a偶 od samych jego niewolniczych korzeni. Orkowi niewolnicy mogli zrzuci膰 jarzmo, lecz ich potomkowie nie mieli szczeg贸lnych opor贸w przed narzucaniem go innym. Rozumna istota mog艂a tu – rzadko bo rzadko, ale jednak – nale偶e膰 do innych. Ten za艣, kto wypad艂 poza nawias, nale偶a艂 do wszystkich.
P贸艂 roku temu Kekhart i Larha zmienili strony i z ulg膮 opu艣cili gang na rzecz stra偶y miejskiej. Znaj膮c od podszewki przest臋pcze procedery, mogli zacz膮膰 je zwalcza膰 i robili to z wielk膮 satysfakcj膮. Larha pr臋dko zyska艂a sobie opini臋 bezwzgl臋dnej wobec gwa艂cicieli, kt贸rzy woleli wiele dni o g艂odzie w Studniach, miejscowym wi臋zieniu, ni偶 jedn膮 godzin臋 z „t膮 wied藕m膮”.
Tego jesiennego popo艂udnia Kekhart szed艂 sam, nie patrolowa艂 dzi艣 ulicy, lecz odg艂os walki przyku艂 jego uwag臋. Podszed艂szy bli偶ej spostrzeg艂, jak bardzo okrutna i nier贸wna by艂a to walka. Czterech ork贸w, m艂odych, nie starszych, ni偶 on sam, przeciw jednemu ch艂opcu, wyrostkowi mo偶e czternastoletniemu.
Otoczyli go pier艣cieniem, jeden za艣 pochyla艂 si臋 nad dzieciakiem, kt贸ry musia艂 ju偶 otrzyma膰 sporo cios贸w, patrzy艂 jednak hardym wzrokiem kogo艣, kto nawyk艂 do bicia, lecz nie sta艂 si臋 ofiar膮.
– Niech si臋 tak nie patrzy, kundel parszywy! – krzykn膮艂 kt贸ry艣.
– Pierdoli艂em twoj膮 ma膰, w najgorszym burdelu! – doda艂, ten, kt贸ry sta艂 nad ch艂opcem. – 呕a艂osny pomiocie parchatej kurwy!
Dzieciak warkn膮艂, 艣cisn膮艂 mocno n贸偶.
– Albo ty przestaniesz, albo ja tobie flaki wypruj臋!
– A pr贸buj, pr贸buj! – za艣mia艂 si臋 tamten. – Nie masz si艂y ani odwagi, ludzki pomiocie!
Ch艂opak poderwa艂 si臋 i krzycz膮c skoczy艂 w stron臋 m臋偶czyzny. Ten nie spodziewa艂 si臋 podobnej reakcji, i ani si臋 obejrza艂, gdy n贸偶 wyrostka tkwi艂 mu w brzuchu. Charcz膮c, zwali艂 si臋 na ziemi臋.
Trzej pozostali niemniej byli zdziwieni obrotem spraw.
– O ty ma艂y 艣mieciu! – zawo艂a艂 w ko艅cu kt贸ry艣, si臋gaj膮c po w艂asny n贸偶.
W tym momencie Kekhart chwyci艂 go za nadgarstek.
– Ani si臋 wa偶 – warkn膮艂 mu do ucha.
M艂ody bandzior obr贸ci艂 hardo g艂ow臋.
– Bo co?
– Bo jest tu niedaleko oddzia艂 stra偶y, chcesz trafi膰 do Studni?
Blefowa艂, ale wzrok i twarz mia艂 pewne siebie, a patrz膮c insygnia stra偶nicze i miecz u pasa trzech ork贸w uzna艂o, 偶e lepiej nie ryzykowa膰. Odbiegli, porzucaj膮c dogorywaj膮cego kompana i miotaj膮c przekle艅stwa.
Kekhart podszed艂 do ch艂opca. Ten sta艂, dysz膮c ci臋偶ko i wpatruj膮c si臋 jak oniemia艂y w sw贸j czyn.
M艂odszy ode mnie – pomy艣la艂 stra偶nik – M艂odszy, ni偶 ja gdy pierwszy raz zabi艂em…
To jednak nie by艂a pierwsza r贸偶nica: kolejne m臋偶czyzna u艣wiadomi艂 sobie pr臋dko. Dziecko nie by艂o orkiem, nie by艂o te偶 cz艂owiekiem, lecz rzecz膮 rzadko spotykan膮: miesza艅cem.
Na stepach ludzie i orkowie prowadz膮 jednaki tryb 偶ycia i nieraz ludzka kobieta trafi si臋 orkowi, czy orczyca cz艂owiekowi. Potomstwo z takich zwi膮zk贸w rzadko jednak do偶ywa doros艂o艣ci, niezgodno艣膰 krwi, jak m贸wi膮 to szamani, kl膮twa bog贸w, owocuje najcz臋艣ciej poronieniem. Dzieci, kt贸re nie rodz膮 si臋 martwe, rodz膮 si臋 kalekami, porzuca si臋 je wi臋c w stepie, na pastw臋 dzikich zwierz膮t. Rzadko, niezmiernie rzadko rodzi si臋 mieszaniec bez wad i takie narodziny cz臋sto uwa偶ane s膮 za dobry omen, znak b艂ogos艂awie艅stwa… i r贸wnie cz臋sto za ha艅b臋.
Mieszaniec nale偶y do obu swoich ras i nie nale偶y nigdzie.
Tym by艂 ch艂opiec 艣ciskaj膮cy zakrwawiony n贸偶. B艂ogos艂awie艅stwem i ha艅b膮. cz艂owiekiem i orkiem.
Wysoki jak na sw贸j wzrost, jego ludzki rodzic musia艂 pochodzi膰 z zachodu. Czarnow艂osy, czarnooki, o rysach twarzy zdradzaj膮cych, 偶e w przysz艂o艣ci b臋dzie mia艂 twarde rysy, szkoda, 偶e bez krztyny wdzi臋ku, za orczy dla ludzi, za ludzki dla ork贸w.
Kekhart stan膮艂 naprzeciw p贸艂-cz艂owieka.
– Pierwszy tw贸j zabity? – spyta艂.
Mieszaniec kiwn膮艂 g艂ow膮.
– Jeste艣 m臋偶czyzn膮 od dzi艣. Chcesz wiedzie膰, co robi si臋 teraz na stepie?
– Ano – kiwn膮艂 g艂ow膮 ch艂opak.
– Musisz si臋 napi膰 krwi. Przetnij gard艂o, albo nadgarstek. Tak, w艂a艣nie tak.
Dzieciak przywar艂 ustami do rany, pi艂 krew z zach艂anno艣ci膮 demona. Kekhart musia艂 chwyci膰 go za ko艂nierz i odci膮gn膮膰.
– Do艣膰, do艣膰! Ty jeste艣 偶ywy, nie upi贸r! Chod藕.
– Ty mnie do Studni zabierzesz? – spyta艂 ch艂opiec, zl臋kniony. – Ja 偶em cz艂owieka zabi艂…
– 呕eby 偶y膰. Mieszkasz gdzie艣?
– Ano. Kap艂an w 艣wi膮tyni Sury mnie wychowuje.
– No to chod藕. Na co czekasz. Przecie ci臋 nie zabij臋. Odwagi, ty teraz ju偶 m臋偶czyzn膮 jeste艣.
Ch艂opak wygl膮da艂 na bezgranicznie dumnego. M臋偶czyzna po inicjacji. Zapewne nigdy dot膮d nie wyobra偶a艂 sobie nawet niczego takiego.
I tak dobrze dla艅, 偶e b臋d膮c sierot膮 i p贸艂-cz艂owiekiem znalaz艂 bezpieczne schronienie.
艢wi膮tynia Sury by艂a w budowie, dom kap艂an贸w wzniesiono cz臋艣ciowo z drewna. Wida膰, 偶e kiedy艣 sta艂a tu niewielka kapliczka po艣wi臋cona bogini 偶ycia, kt贸ra z czasem obros艂a w dodatkowe zabudowania. O zachodzie s艂o艅ca robotnicy opu艣cili to miejsce i panowa艂a tu niezwyk艂a jak na Urhan cisza.
Kap艂an zwa艂 si臋 Oyguan i by艂 orkiem, niem艂odym ju偶, o w艂osach posiwia艂ych, pomarszczonej sk贸rze, cho膰 ch贸d wci膮偶 mia艂 pewny i na stepie nie musia艂by jeszcze opuszcza膰 plemienia. Widz膮c swego podopiecznego umazanego krwi膮 i w towarzystwie stra偶nika miejskiego przerazi艂 si臋 nie na 偶arty.
– A ty艣 gdzie by艂? – spyta艂 ostrym tonem. Mimo troski o ch艂opca nie zapomina艂 o konieczno艣ci wychowania.
– Mnie w alejce napadli. Pobili. Ja 偶em jednego zabi艂. Ja teraz podobno m臋偶czyzna – odpowiedzia艂 mieszaniec nie bez dumy.
– Id藕 si臋 my膰 – kaza艂 mu kap艂an. – A tobie, panie, dzi臋kuj臋 – odrzek艂, sk艂aniaj膮c si臋 przed Kekhartem. – wychowywanie tego dziecka to wielkie brzemi臋. On w sobie ma wi臋cej gniewu, ni偶 czystej krwi ork.
– C贸偶 si臋 dziwi膰, skoro musi walczy膰 by prze偶y膰.
– 呕y艂by ze mn膮, uczy艂 si臋, problem贸w by nie mia艂. Pisa膰 go ucz臋, opornie mu idzie. Woli si臋 w艂贸czy膰 i walczy膰 i co i rusz poturbowany wraca… Prosz臋 wej艣膰, je艣li masz czas?
– Mam – Kekhart kiwn膮艂 g艂ow膮.
Kap艂an pop臋dzi艂 艣wi膮tynn膮 s艂u偶b臋 i stra偶nik pr臋dko dosta艂 kubek ciep艂ego, zaprawionego korzeniami wina.
– Niebiosa ciebie zes艂a艂y – odezwa艂 si臋 Oyguan. – Bo ju偶 nie wiem sam, co mam z tym dzieckiem pocz膮膰… S膮dzi艂em, 偶e w 艣wi膮tyni zostanie i b臋dzie s艂u偶y艂 bogom, ale bogowie nie chc膮 chyba takiego s艂ugi, inaczej by mu drog臋 pokazali…
Mieszaniec wszed艂 do pokoju, nagi, ociekaj膮cy wod膮. Stan膮艂 po艣rodku pomieszczenia, wpatruj膮c si臋 bezczelnie w go艣cia. Kekhart u艣miechn膮艂 si臋 do niego.
– Jak ci na imi臋? Ja Kekhart jestem.
– Arthan.
– Arthanie – odezwa艂 si臋 kap艂an. – ile razy mam ci powtarza膰, 偶e si臋 nie godzi nago chodzi膰 przy go艣ciach? Id藕 si臋 odzia膰 i wr贸膰 do nas.
Ch艂opak odszed艂, oci膮gaj膮c si臋. Gdy si臋 odwr贸ci艂, Kekhart dostrzeg艂 sie膰 blizn na jego plecach – nader regularnych blizn, kt贸re jako stra偶nik widzia艂 ju偶 nie raz. Arthan nosi艂 艣lady po biczu.
Starzec dostrzeg艂 zainteresowanie w oczach go艣cia.
– Musia艂 by膰 niewolnikiem, ale gdzie i czyim, tego nie wiem. Dwa lata temu go znalaz艂em, pobili go, tak jak i dzisiaj. Sk膮d przyszed艂, nie mam poj臋cia, gdzie艣 z Karanesse, bo o ile wiem, m贸wi jednym z dialekt贸w z pogranicza. Ale ten n贸偶, z kt贸rym si臋 nie rozstaje – to elfia robota. Ot, ch艂opak-zagadka. Akrias mi przys艂a艂 takie dziecko, swoj膮 w艂asno艣膰, pos艂ucha艂em boga, bo nara偶a膰 si臋 mu – to problemy same. A dziecka 偶al. Nie jego wina, 偶e si臋 taki urodzi艂. Ale kap艂an z niego nie b臋dzie. Potrzeba mu wojownika, co go poprowadzi, walczy膰 nauczy.
– Oyguan spojrza艂 na niego badawczo.
– Powody mia艂 jakie艣?
– Tak, czcigodny. Plemi臋 mnie odrzuci艂o, bo si臋 narazi艂em, z szamana winy… i winy w艂asnej… Umrze膰 chcia艂em, ale co艣 mnie przy 偶yciu trzyma艂o. Szamanka jedna da艂a mi misj臋, od bog贸w, jak m贸wi艂a. Pierwszy raz ona powiedzia艂a, 偶e to z woli boga granic. Pierwszy raz us艂ysza艂em o nim… A jak tu przyby艂em, widz臋, 偶e do niego nale偶e膰 musz臋, jak i wszystko w tym mie艣cie.
– I Arthan te偶 w jego r臋kach. O, chod藕 tu ch艂opcze – odezwa艂 si臋 do miesza艅ca, kt贸ry wr贸ci艂, odziany ju偶. – Prosi艂em Kekharta, by zechcia艂 ci臋 uczy膰 walczy膰. Chcia艂by艣?
Ch艂opcu zal艣ni艂y oczy.
– A pewno! A do stra偶y ja b臋d臋 m贸g艂…?
– Kiedy艣 na pewno – odrzek艂 Kekhart. – Na razie musisz si臋 uczy膰. P贸ki ty naprawd臋 dobrze walczy膰 nie b臋dziesz, nie przyjm膮 ci臋. Ale b臋d臋 ci臋 uczy艂, je艣li chcesz.

C.D.N.


Uwaga do czytelnik贸w: Dzi臋kuje za wsparcie, ciesz臋 si臋, 偶e nie zanudzi艂am, mam nadziej臋, 偶e nie zanudz臋 w przysz艂o艣ci :)











Komentarze
Szehina dnia grudzie 17 2011 23:48:08
Coraz ciekawsze, ja ju偶 to pisa艂am, prawda? xD Dobrze stopniujesz napi臋cie. Co do fabu艂y, czytaj膮c o tym ch艂opcu, przypomnia艂am sobie, jak rok temu napisa艂am opowiadanie, w kt贸rym wyst臋powa艂 te偶 mieszaniec, z identycznymi problemami... 呕adna ze stron nie chcia艂a go traktowa膰, jako swojego. Ten temat bardzo mnie wci膮gn膮艂, ale ograniczy艂am si臋 do opowiadania i pozostawi艂am otwarte zako艅czenie :/ Ciesz臋 si臋, 偶e wprowadzi艂a艣 do fabu艂y tego ch艂opca. B臋dzie ciekawie ^^ I to miasto... za bardzo nam je jeszcze nie przybli偶y艂a艣, ale s膮dz臋, 偶e to niez艂e skupisko interesuj膮cych postaci. Za tydzie艅 chc臋 kolejny rozdzia艂. smiley
Lajla dnia grudzie 18 2011 16:33:37
Kr贸tko i na temat rozdzia艂 powalaj膮cy i fantastyczny mieszaniec jest wybra艅cem. Stra偶nikami jego b臋d膮 Larha i Kekhart tak s膮dz臋 wyczekuje kolejnej cze艣ci.
jett dnia grudzie 18 2011 18:33:10
Dobry rozdzia艂. Zn贸w wiele si臋 dzieje, ale rozumiem ju偶, 偶e taka jest konwencja tego opowiadania. Inaczej wyros艂aby z niego pe艂nowymiarowa powie艣膰 - b膮d藕 te偶 jeszcze wyro艣nie :) Ja z ca艂膮 pewno艣ci膮 nie mia艂abym nic przeciwko.
Bohaterowie - jak 艢nie偶ne Koty w tym akurat przypadku - odgrywaj膮 swoj膮 rol臋 i schodz膮 na dalszy plan, akcja prze do przodu. Ciesz臋 si臋, 偶e Larha wci膮偶 jest obecna i razem z Kekhartem s膮 tak silnie wzajemnie zwi膮zani. Wida膰 ta potrzeba lojalno艣ci, jakie wpaja w swoje dzieci plemi臋, wci膮偶 jest w nich 偶ywa, nawet w tak nowym, bardziej otwartym na przybysz贸w znik膮d ni偶 step miejscu. A mo偶e nie: nawet, a przede wszystkim i dlatego w艂a艣nie . W ka偶dym razie to, 偶e Larha do艂膮czy艂a do gangu za Kekhartem, a on opu艣ci艂 gang za ni膮 艣wiadczy w艂a艣nie o takiej lojalno艣ci. Cieszy mnie r贸wnie偶 to, 偶e Larha znalaz艂a dla siebie nisz臋 dzia艂ania, zgodn膮 z jej natur膮 i jednocze艣nie umo偶liwiaj膮c膮 odwet za wyrz膮dzone jej krzywdy i to w 艣wietle prawa.
Bardzo podoba mi si臋 posta膰 Arthana. Za wcze艣nie dla mnie, 偶eby przes膮dza膰 o jego roli w dalszym ci膮gu tej opowie艣ci, ale mog臋 ju偶 teraz powiedzie膰, 偶e jest niezwykle wyrazist膮 postaci膮. Wida膰 w nim te lata odrzucenia i ci膮g艂ej walki o wszystko, i gniew, i 偶ywio艂. Kilka zda艅, a ju偶 pada cie艅 historii 偶ycia. Co jeszcze mi si臋 podoba, to spos贸b my艣lenia o nim Kekharta, to jedno s艂owo "p贸艂-cz艂owiek". Zwykle w literaturze s膮 p贸艂elfy, p贸艂orki, p贸艂demony. Kekhart, ork, widzi w nim p贸艂-cz艂owieka, bo to, co obce, zawsze bardziej rzuca si臋 w oczy i determinuje postrzeganie. 艁adny akcencik. A ja zawsze mia艂am s艂abo艣膰 do dobrze ukazanych miesza艅c贸w.
Zn贸w prezentujesz nam ciekawe skrawki bogatej kultury Twojego 艣wiata: przydro偶na kapliczka (to przybli偶enie boga, b膮d藕 co b膮d藕, tytu艂owego, wypad艂o bardzo klimatycznie) i to wspomnienie Kekharta ogromnego obozu i tego, co tam si臋 wydarzy艂o. Ten 艣wiat nie ko艅czy si臋 na "tu i teraz", i jest to naprawd臋 wspania艂e.
Ko艅cz膮c w kilku s艂owach: rozdzia艂 jako艣 tak za szybko, nagle mi si臋 urwa艂. Chcia艂oby si臋 od razu si臋gn膮膰 po nast臋pny.
An-Nah dnia grudzie 18 2011 22:48:27
Arthan widz臋 od pocz膮tku zdoby艂 uznanie smiley Mi艂o, bo ci臋偶ko mi si臋 go pisze jako dzieciaka, zawsze mam problemy z cofaniem si臋 do m艂odo艣ci postaci, kt贸ra w chwili przyj艣cia do mnie by艂a osob膮 doros艂膮 smiley
An-Nah dnia grudzie 18 2011 23:01:19
Poza tym, Jette, tak, nie chc臋 tego rozrasta膰 bardzo, bo by powsta艂 potw贸r tej samej d艂ugo艣ci co tekst macierzysty, a teksty macierzystego nienawidz臋 ju偶 szczerze smiley Wi臋c wiele rzeczy po prostu obcinam, wiele postaci (艢nie偶ne Koty na przyk艂ad) pojawi si臋 epizodycznie. Ale i tekst macierzysty na to cierpi, niestety. 艢wiat i postaci rozros艂y si臋 i wiele mog艂abym jeszcze fabu艂 wyci膮gn膮膰...

Lajla: Nic nie powiem, trzymam usta zamkni臋te na k艂贸dk臋 smiley
Ome dnia grudzie 19 2011 01:25:57
Mnie na dzie艅 dobry uj膮艂 akcent matriarchalny u elf贸w smiley Poza tym inno艣膰 elf贸w te偶 zosta艂a interesuj膮co pokazana, a maghiya wyda艂a mi si臋 bardzo wyrazist膮 i siln膮 postaci膮.
T臋sknota Kekharta za stepem jest bardzo realistyczna - da艂o si臋 poczu膰 to wra偶enie zduszania, braku przestrzeni, braku wolno艣ci. A zdanie "Pi臋knie jest mie膰 kochanka, ale kiedy nie ma si臋 nic ponad to - 偶ycie staje si臋 puste" to pere艂ka. Szkoda, 偶e tak cz臋sto zapominana w tekstach pere艂ka smiley

Urhan robi przedziwne wra偶enie. Podoba mi si臋 to pokazanie, jak dwie odr臋bne rasy 偶yj膮 razem, jak zacieraj膮 si臋 dawne cechy, szczeg贸lnie u ork贸w, i jak nadal pewne elementy, pewne cechy pozostaj膮, przejawiaj膮 si臋 w tle. Swoj膮 drog膮, spojrzenie Kekharta na spo艂eczno艣膰 miejsk膮 podkre艣la jeszcze jego stepowe wychowanie i t臋sknot臋 za dawnym 偶yciem.
Elementy historii Urhan zn贸w mi troch臋 przypomnia艂y staro偶ytne teksty historiograficzne - tu chyba przede wszystkim Herodota. A w samej budowie Urhan na wz贸r niebios jest co艣 tak szalenie... powszechnego, prawa? Chyba ka偶da cywilizacja podejmowa艂a w jaki艣 spos贸b pr贸b臋 upodobnienia przestrzeni ziemskiej do nieba, do gwiazd.
Natomiast samo 偶ycie Urhan wygl膮da do艣膰 odpychaj膮co - atmosfera wydaje si臋 duszna, ma艂o zach臋caj膮ca do pozostania w mie艣cie, mocno nieprzyjazna. Zastanawiam si臋, na ile to kwestia tego, 偶e mieszka艅cami s膮 ludzie i orkowie, a na ile to wynik spojrzenia Kekharta, kt贸ry nie mia艂 mo偶liwo艣ci na dzie艅 dobry trafi膰 do wy偶szych/lepszych sfer miejskich. Teraz zreszt膮, pracuj膮c w stra偶y miejskiej, te偶 znajduje si臋 tak pomi臋dzy 艣wiatami.
Na marginesie: stosunek Kekharta do seksu heteroseksualnego, b臋d膮cy po艂膮czeniem w艂asnych sk艂onno艣ci oraz przej臋cia si臋 histori膮 Larhy, bardzo do mnie trafia. A jeszcze na marginesie, bo mo偶e to ja za jednotorowo si臋 wypowiedzia艂am przy poprzednim rozdziale: jasne, zdaj臋 sobie spraw臋 z tego, 偶e Larh臋 wygnano z plemienia nie za to, 偶e zosta艂a zgwa艂cona ("lekiem" na to by艂o przecie偶, tradycyjnie, po艣lubienie gwa艂ciciela... niesamowite, ile wsp贸lnych element贸w opresyjnych maj膮 r贸偶norodne kultury), tylko za to, 偶e swoim zabiciem m臋偶a naruszy艂a panuj膮cy porz膮dek. I przy okazji: ciesz臋 si臋, 偶e orczyca dosta艂a od losu mo偶liwo艣膰 swoistego pomszczenia siebie - i tych innych, dla kt贸rych kultura nie przewiduje prawa g艂osu do m贸wienia o w艂asnej tragedii. Bo wcze艣niejsza w艣ciek艂o艣膰 Larhy na Kekharta to te偶 w艣ciek艂o艣膰 tej, kt贸ra nie mo偶e m贸wi膰, a nawet gdy m贸wi, nie jest s艂uchana. Dopiero Kekhart, r贸wnie "poza", potrafi wys艂ucha膰. Podejrzewam, 偶e gdyby us艂ysza艂 o historii Larhy - nawet od niej samej - jako pe艂noprawny cz艂onek plemienia, uzna艂by, 偶e orczyca ponios艂a s艂uszn膮 kar臋 za 艂amanie praw plemiennych. Mo偶e si臋 myl臋, mo偶e nie doceniam Kekharta - ale przypominaj膮 mi si臋 wtedy jego "pe艂noprawnoplemienne" my艣li na temat Vardana. I mam wra偶enie, 偶e nie, b臋d膮c w plemieniu, Kekhart nie potrafi艂by us艂ysze膰 Larhy.
Wracaj膮c jeszcze do seksu: to, 偶e Kekhart ma takie czysto fizyczne potrzeby i jako艣 je zaspokaja, na tyle, na ile to mo偶liwe - to sprawia, 偶e jako posta膰 jest jeszcze bardziej realny. Jego my艣li o Takhirze, drobne i te偶 troch臋 w tle, s膮 ujmuj膮ce - ale przecie偶 to m艂ody ork, kt贸ry ma swoje potrzeby, wi臋c robienie z niego romantycznego, trwaj膮cego w cielesnej czysto艣ci-wierno艣ci kochanka by艂oby mordem na postaci.
Jeszcze odno艣nie seksu: te ostre prawa (antyprawa) wobec homoseksualizmu paskudnie og贸lnoeuropejsko i paskudnie wsp贸艂cze艣nie mi si臋 kojarz膮. Swoj膮 drog膮, czy偶by Urhan by艂o kolejnym miejscem, kt贸re nie przyjmuje do wiadomo艣ci istnienia homoseksualizmu kobiecego? Jakie to... powtarzalne.

Mieszaniec wygl膮da na ciekaw膮 posta膰; podobnie jak Jett, mnie te偶 si臋 podoba spos贸b, w jaki patrzy na niego Kekraht, a jeszcze bardziej podoba mi si臋 to, co Kekhart robi po zabiciu przez Arthana napastnika: to, jak przeprowadza ch艂opca przez orcz膮 inicjacj臋, wydaje mi si臋 nawet troch臋 melancholijnym gestem. Takie "kiedy艣, w dawnych czasach, kt贸re utracono - tak to robiono". A poza tym to chyba taka ch臋膰 widzenia w Arthanie bardziej orka ni偶 cz艂owieka.
Poza tym, podobnie jak Jett, ciesz臋 si臋 z tego "razem" Kekharta i Larhy. My艣l臋, 偶e nawet je艣li si臋 w kt贸rym艣 momencie rozstan膮, b臋d膮 dla siebie wa偶nym punktem 偶ycia.
Zaciekawi艂a mnie te偶 uwaga o opuszczaniu plemienia - postarzali orkowie odchodz膮? W gruncie rzeczy u plemion wojowniczych i ceni膮cych fizyczn膮 si艂臋 oraz sprawno艣膰 to nie dziwi... ale niesie ze sob膮 jaki艣 taki zwierz臋cy rys ork贸w.

A na koniec: o, b贸g granic! Im dalej w 艣wiat, tym wi臋cej, jak si臋 okazuje, jest tych, kt贸rzy nie przynale偶膮 nigdzie, czyli przynale偶膮 do tego boga. W zestawieniu z przepowiedni膮 maghiyi wygl膮da to bardzo intryguj膮co i niepokoj膮co.
(Mam nadziej臋, 偶e ten m贸j nocny komentarz nie jest bardzo chaotyczny).
Demon Lionka dnia grudzie 19 2011 23:06:51
Przeczyta艂aaam smiley To tak - Larha wci膮偶 dla mnie jest, istnieje, ale zachowuj臋 w stosunku do niej neutralno艣膰. Nie jestem w stanie si臋 przekona膰 do tej postaci, nie budzi we mnie ciekawo艣ci, nie intryguje smiley
Kekhart jest du偶o ciekawszy. Widz臋, 偶e rozr贸偶nia 偶ycie od egzystowania, i nie waha si臋 wyruszy膰 w step, maj膮c za przewodnika tylko przepowiedni臋 elfiej szamanki. Kt贸ra - swoj膮 drog膮 - okaza艂a si臋 bardzo siln膮, m膮dr膮 kobiet膮 smiley I podoba mi si臋 w niej to, 偶e tak jak Takhir jest szamanem, ale jej magia r贸偶ni si臋 od jego magii smiley U Takhira rytua艂y by艂y... hm, czarniejsze, pe艂ne z艂ych duch贸w, a magia elfki by艂a jasna i zwi膮zana ze 艣wiat艂em bogi艅 smiley A przynajmniej ja to tak odbieram smiley
Podoba mi si臋 wprowadzenie boga granic - to, jak napotkali kapliczk臋. Mam nadziej臋, 偶e przejawy istnienia Akriasa jeszcze si臋 w tek艣cie trafi膮, bo jego obecno艣膰 dobrze spaja my艣lenie bohater贸w - swoist膮 przynale偶no艣膰 do kogo艣, kto sam nie przynale偶y nigdzie, bo jest poza wszystkim, co znane smiley
I Arthan - zdziwi艂a mnie jego niesamowita wr臋cz ufno艣膰 do Kekharta smiley Nie wiem, czy rzuci艂abym si臋 pi膰 krew przed chwil膮 zamordowanego faceta tylko dlatego, 偶e przyby艂 ork i tak mi powiedzia艂 smiley Ale posta膰 dopiero si臋 pojawi艂a, dlatego poobserwuj臋 dalej smiley
Floo dnia stycze 01 2012 00:24:35
No prosz臋 prosz臋, Kekhart stra偶nikiem... Nale偶y mu si臋. Bardziej tam pasuje ni偶 w gangu. Ciekawi mnie te偶 m艂ody mieszaniec... i jego ufno艣膰 w orka, mimo ze kilka chwil wcze艣niej orkowie go bili. Chcia艂abym ju偶 spekulowa膰 kim on b臋dzie ale to jeszcze stanowczo za wcze艣nie ^^. Czytam dalej
Dodaj komentarz
Zaloguj si, 縠by m骳 dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dost阷ne tylko dla zalogowanych U縴tkownik體.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, 縠by m骳 dodawa oceny.

ietne! ietne! 100% [5 G硂s體]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [痑dnych g硂s體]
Dobre Dobre 0% [痑dnych g硂s體]
Przeci阾ne Przeci阾ne 0% [痑dnych g硂s體]
S砤be S砤be 0% [痑dnych g硂s體]
Logowanie
Nazwa U縴tkownika

Has硂



Nie jeste jeszcze naszym U縴tkownikiem?
Kilknij TUTAJ 縠by si zarejestrowa.

Zapomniane has硂?
Wy渓emy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze sta艂e, cykliczne projekty



Tu jeste艣my
Bannery do miejsc, w kt贸rych mo偶na nas te偶 znale藕膰



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemno艣ci膮 艣ledz臋 Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpud艂a :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, je艣li kto艣 tu zagl膮da i chce wiedzie膰, co porabiam, to mo偶e zajrze膰 do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z r贸偶nych przyczyn staram si臋 by膰 optymist膮, wi臋c b臋d臋 trzyma艂 kciuki 偶eby uda艂o Ci si臋 odtworzy膰 to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro s艂ysze膰, Jash. Wprawdzie nie czyta艂em Twojego opowiadania, ale szkoda, 偶e nie doczeka si臋 ono zako艅膰zenia.

Archiwum