The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 19 2020 03:22:49   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Szach mat 2
Sanus wszedł do komnaty, w której zazwyczaj jadali posiłki. Był tak zamyślony, że nawet nie zareagował na powitania. Siadł milcząco przy stole i zabrał się za jedzenie. Jednak zdążył ugryźć jedzenie tylko raz gdy nagle poczuł jak coś wytrąca mu je z ręki. Otworzył usta, żeby wyrazić swoje oburzenie, jednak coś mu to uniemożliwiło. A dokładniej czyjeś miękkie usta i język brutalnie wdzierający się do jego ust. Zszokowany aż zastygł w bezruchu. Kiedy w końcu się odblokowa,ł usta i język zniknęły, za to pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha twarz Warneka.
- Obudziłeś się w końcu? - Zapytał niewinnie.
- Ty... - Sanus zastanawiał się jakie słowo byłoby najodpowiedniejsze na oddanie jego wściekłości. - Co ty wyprawiasz?!
- Musiałem cię jakoś obudzić. Mówię do ciebie już od jakiegoś czasu, a ty w ogóle nie reagujesz.
- Ale aż tak?!
- Najważniejsze, że dało błyskawiczny rezultat. A swoją drogą ciekawe, co tak zajęło twoje myśli? - Warnek spojrzał z zainteresowaniem na Sanusa.
- Nie twój interes - warknął zapytany. - A jak jeszcze raz zrobisz coś takiego, to doniosę o wszystkim twojej dziewczynie.
- To Warnek ma dziewczynę? - Zainteresował się Mares
- Nie mam! - Zaprzeczył gwałtownie doradca. Zbyt gwałtownie.
- Ma, ma - powiedział jednocześnie Sanus smarując chleb masłem, z dziwną satysfakcją w głosie. - Hrabina Jamulina Herostin.
- To nie jest moja dziewczyna! - Obgadywany robił się coraz bardziej czerwony na twarzy.
- Nie? - Sanus spojrzał na przyjaciela uważnie. - A kto jeszcze niedawno wzdychał: "Och, Jamulina"? Kto robił do niej maślane oczka na ostatnim balu? Może ja?
- Warnek się zakochał, Warnek się zakochał - zaczął nucić wesoło Ganar.
- Zamknij się! - Warknął maksymalnie już wściekły Warnek. - Bo nie dożyjesz jutra!
- Och, jak ja się boję - Garnek udając przerażenie schował się za plecami Maresa.
- A skąd ty wiesz, że on do niej wzdychał? - Zainteresował się Mares.
- Przyłapałem go którejś nocy jak siedział w pałacowym parku i skubiąc kwiatka wzdychał do księżyca - odparł Sanus. - Był tak zajęty tym co robił, że nawet mnie nie zauważył.
- Kto by pomyślał - mruknął Mares - że najbardziej zatwardziały kawaler w pałacu, w końcu się zakocha.
- Wcale się nie zakochałem - burknął wciąż zawstydzony Warnek. - Ja po prostu... Sam nie wiem co się ze mną dzieje. Ona jest taka śliczna.
- Skoro tak ci się podoba, to dlaczego się za nią nie zabierzesz? - Zainteresował się Sanus.
- Niby jak?! - Zapytał z rozpaczą w głosie Warnek. - Ona zawsze jest otoczona wianuszkiem adoratorów, pięknych i bogatych. A ja... Co z tego, że pochodzę ze szlachty, skoro nasz majątek nie jest tak imponujący jak innych, a ja nie jestem nawet w połowie tak przystojny jak ci wszyscy którzy się wokół niej kręcą. A kiedy słyszę te wszystkie komplementy jakie jej prawią... Ja tak nie potrafię. Sami wiecie, że nie jestem dobry w takich rzeczach. O czym ja miałbym niby z nią rozmawiać?! - Zapytał z rozpaczą w głosie.
- Po prostu bądź sobą - odparł Mares.
- Ale ci wszyscy mężczyźni wokół niej...
- Rany - westchnął Mares. - Człowieku, ile ty masz lat? Przy następnej okazji podejdź do niej i zagadaj. Jeżeli ci odrzuci, znaczy, że nie była ciebie warta. Wtedy będziesz mógł sobie znaleźć nowy obiekt westchnień.
- Łatwo ci mówić. Jak ja niby mam to zrobić, skoro nawet nie wiem, kiedy nadarzy się następna okazja.
- Za kilka dni - wtrącił się Sanus.
- A ty skąd o tym wiesz? - Wszyscy odwrócili się w jego stronę.
- U naszego północnego sąsiada właśnie zmienił się król i z tej okazji Jego Wysokość chce wyprawić huczną ucztę, z polowaniem, balem i co tam tylko można. Oczywiście honorowym gościem będzie nowy król, Komus szósty.
- To on w końcu objął tron? - Zainteresował się Ganar. - A myślałem, że jego ojciec jeszcze długo będzie rządził.
- Wychodzi na to, że nie był tak długowieczny jak myśleli niektórzy. Nagle zaczął podupadać na zdrowiu i któregoś dnia po prostu umarł we śnie. Oficjalną przyczyną były problemy żołądkowe, chociaż ja bym się nie zdziwił gdyby się okazało, że to syn otruł ojca.
- Dlaczego tak uważasz? - Zainteresował się Warnek.
- Pomyśl trochę. Trzydziestoletni następca tronu, bez perspektyw na szybkie objęcie należytego mu stanowiska... Pewnie zniecierpliwił się i wziął sprawy w swoje ręce. Uważam, że powinniśmy na niego uważać, może być niebezpieczny.
- Sanus ma rację - mruknął Mares.
- Że król został otruty przez własnego syna?? - Zdumiał się Ganar.
- Nie. Że musimy uważać na nowego władcę.
- A wracając do dziewczyny Warneka... - Sanus zmienił temat.
- Już ci mówiłem, że to nie jest moja dziewczyna!! - Warnek znowu był wściekły.
- Dobra, dobra - Sanus machnął lekceważąco ręką. - W każdym razie, wracając do tematu, za kilka dni będzie zabawa na której będziesz mógł jej spokojnie wyznać uczucia.
- Niby jak mądralo? - Mruknął już uspokojony doradca. - Ci jej cholerni adoratorzy nie opuszczają jej na krok.
- Zostaw to mnie. Już ja coś wymyślę. - Odparł Sanus.
- Zobaczymy co z tego wyjdzie - stwierdził Ganar.
- A przy okazji... Warnek, ten twój szpieg kiedy ma się odezwać? - Mares naprowadził rozmowę na inne tory.
- Powiedział, że pod wieczór, tuż po zachodzie słońca.
- Dobrze. W takim razie po śniadaniu omówimy najważniejsze sprawy, a po zachodzie słońca wysłuchamy twojego człowieka i jeżeli będzie miał jakieś interesujące informacje zdecydujemy co zrobić z hrabią De La Feyne.
Resztę śniadania skończyli w miarę spokojnie, już bez żadnych przepychanek. Po skończonym śniadaniu przeszli do sali obrad. Szybko uporali się z bieżącymi sprawami i rozeszli w sobie tylko znanych kierunkach.
Sanus udał się do pałacowej biblioteki. Odkąd została założona cały czas przybywało w niej najróżniejszych ksiąg opisujących fikcyjne przygody fikcyjnych herosów, ich walki z potworami, podboje miłosne i zamorskie podróże. Sanus najbardziej lubił opowieści o miłosnych podbojach. Chociaż dobrze zdawał sobie sprawę z tego, iż nie wszystko w tych księgach jest prawdą, to jednak lubił się w nich zatapiać. Lubił przeżywać razem z bohaterem jego rozterki miłosne, lubił gdy serce biło mu szybciej przy opisie przystojnego mężczyzny lub pięknej kobiety. Dawało mu to, chociaż przez chwilę, namiastkę tego uczucia, którego tak bardzo potrzebował. Tego dnia tak bardzo zagłębił się w książce, że nawet nie zwrócił uwagi na atakujący go głód. Kiedy w końcu to sobie uświadomił, okazało się, że już zmierzcha i jeżeli chce dalej czytać, to musi zapalić lampkę. Odruchowo sięgnął w stronę lampki, ale nagle przypomniał sobie, że przecież mieli się zebrać i ustalić co dalej z tym zdrajcą De La Feyne. Odłożył więc księgę na miejsce i ruszył w stronę sali obrad.
Zdrajca... pomyślał. Czy on aby na pewno jest zdrajcą? Przecież on tylko stanął po stronie uciskanych chłopów, po tym jak Kirim musiał drastycznie podnieść podatki, żeby tylko zaspokoić zachcianki króla. Może on po prostu tylko myślał o swoich ludziach? Chociaż z drugiej strony... Dlaczego nasłał płatnego zabójcę na Jego Wysokość? Gdyby nie pewien służący, który przez przypadek znalazł się w pobliżu królewskiej komnaty, to król już dawno by nie żył. A tak skrytobójcę złapano, wyciągnięto z niego nazwisko zleceniodawcy i widowiskowo stracono, a hrabiego De La Feyne oficjalnie uznano za zdrajcę. I wszystko wróciło do normy. No może nie wszystko. Po tym incydencie król postanowił nagrodzić tego służącego. Nikt dokładnie nie wiedział co on dostał od Jego Wysokości, jednak faktem było, że od tamtego czasu pojawiał się wszędzie tam, gdzie król i nie odstępował go na krok. Często można było widzieć, jak król z nim rozmawia. Po każdej takiej rozmowie służący znikał na parę dni, a kiedy już wracał, do zamku docierały różne dziwne informacje o tajemniczej śmierci jakiegoś szlachcica, który, dziwnym trafem, znikał zaraz po tym jak ośmielił się skrytykować jakąś decyzję króla. Ciekawe czy inni doradcy też to zauważyli? Chyba tak, przecież nie są głupi. Skoro on to zauważył, to Kirim pewnie już od dawna o tym wiedział. Wszakże jest o niebo mądrzejszy od nich wszystkich. Jednak szkoda, że temu skrytobójcy się wtedy nie udało. Sanus westchnął ciężko. Tylu szlachciców, którzy zniknęli nagle, tylko dlatego, że wypowiedzieli jedno niewłaściwe słowo w niewłaściwym momencie. Ale cóż można zrobić? Co ON może zrobić? Ojciec cały czas wpajał mu szacunek dla króla, bez względu na to jaki on jest. Wszak jest jego władcą, tym, który dźwiga na barkach ogromne brzemię opieki nad tym krajem. Dlatego też wszyscy powinni być mu posłuszni i wdzięczni. Więc Sanus był, chociaż coraz częściej poddawał w wątpliwość słuszność wyboru tego człowieka na władcę. Ale robił to tylko przed samym sobą, w milczeniu, bo gdyby próbował coś komuś powiedzieć to na pewno by zniknął jak ci szlachcice. Zatopiony w tych niezbyt wesołych myślach wszedł do sali obrad.
- O, już jesteś - odezwał się Mares.
- Wybaczcie, trochę się zapomniałem.
- Nic się nie stało - odparł Ganar. - I tak nic z tego.
- To znaczy?
- Mój szpieg nie znalazł jak na razie żadnych interesujących informacji, ale powiedział, że jeszcze nie sprawdził wszystkich informacji jakie do niego dotarły, więc jest szansa, że jeszcze coś znajdzie.
Sanus w duchu odetchnął z ulgą. A więc nie dowiedzieli się o hrabim Harumov. To dobrze. Przynajmniej dziecko będzie mogło urodzić się spokojnie.
- Czyli czekamy? - Musiał się upewnić.
- Czekamy - odparł Mares.
- Ok. W takim razie, jeżeli nie ma nic innego do omówienia, to ja sobie już pójdę - powiedział Sanus i nie czekając na reakcję pozostałych skierował się do drzwi. Już je prawie zamknął za sobą, gdy jeszcze usłyszał zdziwione pytanie Warneka:
- A jemu co się stało?
Nie usłyszał co mu odpowiedzieli. Nie chciał słyszeć. Nie interesowało go to zupełnie. Nie interesowało go co mówią o nim inni. Jego uczucia to jego sprawa.
Minęły trzy dni. W tym czasie w królestwie nie działo się nic ciekawego. Król zajmował się rujnowaniem królewskiego skarbca i zabawami z kochankami, od czasu do czasu robiąc to co powinien robić władca, królewscy doradcy starali się zmniejszać skutki błędnych decyzji władcy, a służba starła się wykonywać swoje obowiązki tak, żeby nie spowodować gniewu króla. Po trzech dniach zaczęły się przygotowania do zapowiadanej wcześniej zabawy z okazji koronacji Komusa szóstego na króla. Przez kolejne dwa dni zjeżdżali się wysoko urodzeni z obu państw. Niektórzy z nich liczyli tylko i wyłącznie na dobrą zabawę, a niektórzy mieli nadzieję, że w tym czasie król będzie w na tyle dobrym humorze, że uda im się wynegocjować dla siebie jakieś korzyści. Król Komus szósty został przywitany jak na króla przystało: orszak paradny czekał na niego już u granicy państwa, a wraz z nimi pałacowa orkiestra i wozy pełne jadła na wypadek gdyby gość zgłodniał, albo zechciał się rozerwać. No i oczywiście bogato zdobiona karoca w której siedział Lamer dziewiąty.
Kiedy już wszyscy przybyli, zaczęła się zabawa, która trwała cały dzień i całą noc. Strumienie wina, stoły uginające się od ciężaru jadła, pijana szlachta, chętne dziewki, to było to co lubił najbardziej Lamer dziewiąty i jego najcenniejszy gość, Komu szósty. Gdy wieczór zapadł wszyscy byłi już tak pijani, że w głowach im było tylko jedno: seks. Nie ważne z kim i gdzie, ważne żeby było przyjemnie.
Sanus patrzył z coraz większym niesmakiem na folgujących swojej chuci szlachciców. Na jego nieszczęście on i pozostali doradcy musieli przez cały czas być blisko króla, na wypadek jakiejś jego zachcianki. Na szczęście w pewnym momencie zarówno Lamer dziewiąty, jak i Komus szósty zainteresowali się wyjątkowo urodziwymi służącymi i szybko opuścili salę balową, nie zwracając uwagi na poddanych. Sanus postanowił wykorzystać okazję i wrócić do siebie. Przez cały czas natykał się na flirtujące pary. Szlachta ze szlachtą, szlachta ze służbą, służba ze służbą. Każdy z każdym i wszędzie. Mając już dość tych widoków postanowił pójść okrężną drogą. Wyszedł z zamku i poruszając się tuż przy murze ruszył do wejścia przeznaczonego dla służby. Tak był zajęty patrzeniem pod nogi, ze nawet nie zauważył jak na kogoś wpadł.
- Przepraszam najmocniej - mruknął nie podnosząc głowy. Chciał jak najszybciej znaleźć się w swojej komnacie, z dala od tego wszystkiego. Niestety niedane mu to było. Już prawie wyminął tamtego człowieka, gdy nagle poczuł jak tamten łapie go za ramię i cięgnie w swoją stronę.
- Co jest? - Krzyknął zdenerwowany. Dalsze słowa uwięzły mu w gardle, gdy zobaczył napastnika. To był nieznany mu, dostatnio ubrany mężczyzna. Rodzaj szat oraz biżuteria, jaką był obwieszony, świadczyły o tym, iż był szlacheckiego pochodzenia. Niestety Sanus nie znał go, więc musiał być z sąsiedniego państwa. - Wybaczcie mi panie moją nieuwagę - starał się być spokojny, chociaż wszystko się w nim gotowało. - Tak tu ciemno, że nawet nie widziałem gdzie idę.
- Musisz mi to wynagrodzić - sapnął intruz i przybliżył swą czerwoną nalaną twarz do twarzy Sanusa. Doradca poczuł odór wypitego wina pomieszany z potem mężczyzny. Odruchowo odwrócił twarz. - Jesteś całkiem ładniutki - kontynuował mężczyzna wciąż przybliżając twarz do Sanusa. - Już wiem jak mi wynagrodzisz tą zniewagę - i wpił się mięsistymi ustami w szyję doradcy.
- Nie!- Krzyknął Sanus i próbował odepchnąć napastnika, lecz mimo całej siły, jaką w to wkładał, nie udało mu się odsunąć agresora ani o milimetr. Nic dziwnego, jego grube cielsko przyciskało drobnego doradcę do ściany niczym ogromny głaz.
- Lubisz się opierać - stwierdził szlachcic z zadowoleniem w głosie rozdzierając ubranie doradcy. - Też lubię jak mój kochanek się opiera.
Ręce napastnika były coraz brutalniejsze, jego usta coraz bardziej natarczywe. Sanus opierał się jak tylko mógł, cały czas błagając napastnika o zaprzestanie, ale jego słowa trafiały w próżnię. W pewnym momencie z jego oczu zaczęły płynąć łzy. Zrozumiał, że za chwilę jego marzenie o oddaniu swego ciała tylko temu jednemu, jedynemu, legnie w gruzach, brutalnie zniszczone przez jakiegoś nieznanego mu schlanego wieprza. Zamknął oczy. Już miał się poddać, gdy nagle poczuł jak ból, który zadawało mu przyciskające go do muru cielsko, zniknął. Zniknęły ohydne usta i wdzierające się wszędzie łapska. Ostrożnie otworzył oczy i zobaczył agresora leżącego na ziemi i jakąś postać pochylającą się nad nim. Płonące w pewnej odległości łuczywa doskonale oświetlały obie postacie, dzięki czemu Sanus mógł zobaczyć wysoką lancę w ręce nowoprzybyłego i bogato zdobiony odświętny mundur członka królewskiej przybocznej straży. Odetchnął z ulgą. Uratowany!
Tymczasem strażnik pochylał się nad pijanym agresorem i mówił miłym i spokojnym, choć groźnie brzmiącym, głosem:
- Uniżenie proszę o wybaczenie, łaskawy panie, ale chyba pomyliłem was z jakimś bandytą. Dostałem informację o niebezpiecznym człowieku kręcącym się w pobliżu zamku i zaczepiającym służące. W tym słabym świetle nie zauważyłem, panie, że jesteście szlachetnie urodzeni, a nie jakiś zwykły bandyta.
- Jak śmiesz, ty... prostaku! Wiesz, kim ja jestem?! - Pieklił się pijak nie zwracając uwagi na pozycję, w jakiej się znajdował.
- Jeszcze raz proszę uniżenie o wybaczenie - odparł spokojnie strażnik.
- Powiem o wszystkim twojemu królowi! Każe skrócić cię o głowę! - Wciąż wrzeszczał szlachcic próbując się podnieść.
- Ależ oczywiście, wasza miłość - Sanus widział jak strażnik uśmiecha się, jednak w świetle płonących niedaleko pochodni widział w tym uśmiechu coś dziwnego i zarazem niebezpiecznego. - Tylko żeby powiedzieć o tym Jego Wysokości, trzeba najpierw do niego dotrzeć, a droga do króla może być długa i niebezpieczna - mówiąc to żołnierz przybliżył się jeszcze bardziej do szlachcica nakierowując na niego, niby przypadkiem, swoją lancę. - Nigdy nie wiadomo, co się może po drodze wydarzyć. - Tym razem Sanus wyczuł w jego głosie groźbę.
Szlachcic też musiał ją wyczuć, bo nagle cofnął się z przerażeniem na twarzy.
- Nie ośmielisz się... - wyszeptał zbielałymi wargami, a cała jego wcześniejsza buta znikła gdzieś zupełnie.
- Ależ dlaczego wasza miłość tak mówi? - Zdziwił się żołnierz. Jego głos znowu brzmiał miło, a na twarzy gościł uśmiech. - Chętnie zaprowadzę waszą miłość do Jego Wysokości.
- Nie ma takiej potrzeby - wystękał szlachcic patrząc z przerażeniem na broń żołnierza.
- W takim razie, może wasza miłość napije się jeszcze wina? Z pewnością jeszcze wiele dzbanów zostało do opróżnienia - podsunął usłużnie, wciąż uśmiechnięty, żołnierz.
- Tak zrobię, to dobry pomysł - odparł szybko szlachcic i odwróciwszy się plecami do strażnika uciekł.
Widząc to Sanus odetchnął z ulgą i osunął się powoli po murze, jakby miał nogi z waty. Strażnik jeszcze przez chwilę stał patrząc za oddalającym się napastnikiem, w końcu, kiedy tamten już całkiem zniknął z widoku, zwrócił się do Sanusa:
- Wszystko w porządku, panie? Jesteście cali?
Sanus popatrzył na niego nieprzytomnym wzrokiem, więc strażnik ponowił pytanie.
- Tak. Dziękuję za pomoc, sam nie dałbym mu rady.
- To drobiazg, wasza miłość. Możecie wstać, panie?
Sanus powoli próbował się podnieść do pozycji pionowej, lecz był jeszcze zbyt zdenerwowany i nogi nie chciały go zupełnie słuchać.
- Chyba jeszcze chwilę musze poczekać - mruknął zawstydzony. Nie chciał żeby ten strażnik widział jego słabość.
- W takim razie nie mam wyboru - mruknął strażnik.
Doradca popatrzył na niego zdziwiony i zobaczył jak żołnierz najpierw wbija w ziemię lancę, a potem zaczyna rozpinać guziki swojego munduru.
- Co ty robisz?! - Przeraził się Sanus, a serce znowu podeszło mu do gardła.
Tymczasem żołnierz rozpiął już wszystkie guziki i zdjął bluzę ukazując goły tors. Trzymając bluzę w ręku zrobił kilka kroków w stronę wciąż siedzącego na ziemi doradcy. Ten przymknął oczy i skulił się czekając na atak. Wiedział, że z tym żołnierzem o silnych mięśniach nie ma nawet co próbować walczyć. Jednak atak nie nadszedł, za to poczuł na ramionach jakiś materiał. Ostrożnie otworzył oczy i ujrzał wpatrzone w siebie błękitne oczy żołnierza.
- Nie możemy pozwolić, panie, żeby widziano was w takim stanie - powiedział żołnierz zapinając powoli guziki bluzy. Przez cały czas uśmiechał się, a w jego głosie i w wyrazie twarzy nie było nic prócz życzliwości i ciepła.
- A ty? - Zapytał cicho doradca.
- Ja jestem żołnierzem, panie. Dla mnie to nic nowego - odparł odrzucając podartą przez pijanego szlachcica bluzę Sanusa. - Jeżeli nie macie nic przeciwko, panie, to zaniosę was do waszej komnaty. Złapcie mnie, panie, za szyję.
Sanus, nie zastanawiając się nad tym co robi, zarzucił ręce na szyję żołnierza, a chwilę potem poczuł jak ten bierze go na ręce i ostrożnie podnosi.
- Wygodnie wam, panie? - Zapytał żołnierz.
- Tak.
- To dobrze - żołnierz uśmiechnął się i ruszył przed siebie.
- A twoja broń? - Zapytał z niepokojem Sanus.
- Nie martwcie się o nią, panie. Nie zginie.
Sanus zacieśnił uchwyt. Nawet przez ubranie czuł ciepło bijące od tego żołnierza i jego wspaniałe mięśnie. I jeszcze ten zapach... Wtulił twarz w jego szyję, chcąc poczuć go jak najwięcej. Nie wiadomo, czy to pod wpływem tego zapachu, czy z jakiegoś innego powodu serce Sanusa zaczęło szybciej bić, a jemu samemu zrobiło się dziwnie duszno. Zanim zrozumiał co się z nim dzieje, już byli pod drzwiami jego komnaty. Żołnierz ostrożnie postawił doradcę na ziemi. Ten, żeby nie upaść, podparł się jedną ręką o ścianę.
- Dobrze się czujecie, panie? Pewnie jeszcze nie doszliście do siebie po tym przykrym incydencie? - Zapytał żołnierz, a w jego oczach Sanus dostrzegł wyraźnie troskę.
- Masz rację, jeszcze nie doszedłem do siebie - odparł szybko Sanus. Przecież nie mógł się przyznać, że nogi trzęsą mu się teraz z zupełnie innego powodu.
- Może jednak jeszcze wam pomogę panie? - Troska w oczach żołnierza zdawała się rosnąc i rosnąć.
- Nie trzeba. Pomóż mi tylko z tym - Sanus zaczął jedną ręką rozpinać guziki bluzy, którą był okryty, a drugą wciąż podpierał się o ścianę.
Żołnierz szybko porozpinał guziki i odebrał od Sanusa bluzę. Otworzył drzwi do komnaty i podtrzymując doradcę za ramię pomógł mu wejść do środka.
- A tobie nic nie będzie? - Zapytał się Sanus odwracając do żołnierza.
- A co by miało być, panie? - Zdziwił się tamten.
- Ten szlachcic może donieść na ciebie królowi, a wtedy na pewno stracisz życie. I to przeze mnie.
Słysząc to żołnierz uśmiechnął się.
- Nie przejmujcie się, panie, tym tłustym wieprzkiem. Do rana jeszcze pewnie wleje w siebie tyle wina, że zupełnie o tym incydencie zapomni. A nawet jakby pamiętał, to i tak nic nie powie, bo będzie zbyt przerażony tym, co mogę mu zrobić. To miłe, że wasza miłość troszczy się o takiego zwykłego żołnierza jak ja, ale nie ma takiej potrzeby.
- Chyba nie masz zamiaru zrobić tego, czym mu groziłeś? - Zaniepokoił się Sanus.
Ten niepokój chyba wypełzł na twarz doradcy, bo nagle żołnierz roześmiał się i powiedział:
- Ależ skąd, wasza miłość. Nigdy nie zamierzałem, ale on o tym nie wie i właśnie o to chodzi. Proszę się więc nie przejmować, panie. Mam nadzieję, panie, że noc minie wam spokojnie.
- Też mam taką nadzieję - odparł Sanus. - Jeszcze raz dziękuję za pomoc.
Żołnierz tylko uśmiechnął się i wciąż trzymając kurtkę w ręce odszedł. Sanus wszedł do swojej komnaty i zamknął drzwi na klucz. Zrobił zaledwie parę kroków, gdy nogi się pod nim ugięły i upadł na dywan. Przycisnął rękę do piersi. Serce waliło mu jak oszalałe. Dlaczego? Czy to może przez ten zapach tego żołnierza? Czy może też przez ten jego cudownie brzmiący głos? A może to te mięśnie? Idealne i cudowne w dotyku? Sanus nie wiedział. Wiedział tylko, że nagle zapragnął tego żołnierza o nieznanym mu imieniu, zapragnął znowu poczuć to wszystko: jego zapach, silne mięśnie i usłyszeć ten cudownie melodyjny głos. Dlaczego jest taki głupi, że nawet nie zapytał go o imię? Dlaczego?? Jęknął z rozpaczy. Prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczy, już nigdy nie będzie miał okazji go usłyszeć czy też dotknąć tych wspaniałych mięśni. To boli. Bardzo boli. Na przemian przeklinając się i wzdychając do tego cudownego mężczyzny jakoś dowlókł się do łoża. Chwilę potem spał śniąc o swoim ukochanym, który tym razem przybrał postać jego obrońcy.
Tymczasem żołnierz wesoło pogwizdując wrócił do miejsca, w którym zostawił swoją lancę. Na szczęście tkwiła tam dalej. Wyciągnął ją z ziemi i ruszył w stronę baraków. Wszedł najpierw do zbrojowni i odstawił lancę na stojak obok innych, a potem przeszedł do pomieszczeń, w których spali wszyscy żołnierze. Podszedł do swojej pryczy i nie zwracając uwagi na to, co mówią do niego inni żołnierze, położył się i wtulił twarz w swoją kurtkę. Wciągnął głęboko powietrze i poczuł, oprócz swojego własnego zapachu, obcy. To on! Tak jak myślał, cudowny. Wciągnął ponownie zapach, uśmiechając się przy tym. Wciągał go powoli delektując się nim. Chciał go jak najwięcej, zanim wywietrzeje. Nagle poczuł szarpnięcie za ramię. Podniósł nieprzytomny wzrok na intruza, który coś do niego mówił. Chwilę mu zajęło zanim oprzytomniał całkowicie.
- Czego chcesz Danar? - Warknął do pochylającego się nad nim innego żołnierza.
- Co ty się tak dziwnie zachowujesz? - Spytał Danar. - Czyżbyś się zakochał?
- Nie twój interes - warknął leżący.
- Hej, chłopaki! - Danar wyprostował się i krzyknął w stronę innych, kręcących się po pomieszczeniu, żołnierzy. - Lantar się zakochał!
- Zamknij się! - Warknął leżący podnosząc się do pozycji siedzącej. Niestety nie udało mu się uciszyć krzykacza. W jednej chwili otoczyli ich wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu żołnierze.
- Poważnie? W kim? Ładna? Jak jej na imię? To kobieta czy mężczyzna? - Przekrzykiwali się jeden przez drugiego.
- Zamknijcie się wreszcie! - Wrzasnął wkurzony Lantar. Wszyscy momentalnie ucichli. - Wcale się nie zakochałem.
- Nie? A co to było przed chwilą? - Zainteresował się Danar. Lantar nie odpowiedział, tylko zmieszany odwrócił twarz. - A jednak! - w głosie Danara słychać było satysfakcję.
- A co z tym facetem, w którym podkochiwałeś się skrycie od trzech lat? - Zainteresował się jeden z żołnierzy. - Czyżby już ci przeszło?
- To on się w kimś podkochiwał? - Zapytał inny żołnierz.
- To nie wasza sprawa! - Krzyknął cały czerwony Lantar.
- A żebyś wiedział - pierwszy żołnierz zupełnie nie zwracał uwagi na krzyki Lantara.
- Maruni, jeszcze słowo, a pożałujesz - warknął wściekle Lantar czując, że sytuacja wymyka się spod kontroli.
- Uważaj, bo już się boję - mruknął zbesztany siadając na sąsiedniej pryczy. - Jakiś czas temu Lantar przyznał mi się, że jest taki jeden facet na zamku, który cholernie mu się podoba i to już od trzech lat.
- Poważnie? - Zainteresował się któryś z żołnierzy.
- No i co z tego? To nie wasza sprawa - mruknął zakłopotany Lantar.
- Patrzcie, taki silny i odważny, a rumieni się jak panienka.
- Danar, zabiję cię! - Warknął Lantar rzucając się na dowcipnisia. Niestety nie udało mu się go dosięgnąć, gdyż inni powstrzymali go i posadzili z powrotem na pryczy.
- Znaczy, że już nie kochasz tamtego faceta, a dzisiaj wpadła ci w oko jakaś fajna kobietka? - Chciał się upewnić jeden z żołnierzy.
- Przestań pieprzyć głupoty - warknął Lantar.
- Czyli dalej kochasz tego swojego tajemniczego faceta? - Dopytywał się Maruni. - A to dzisiaj to co?
- To był właśnie on - mruknął coraz bardziej zawstydzony Lantar. - Udało mi się z nim dzisiaj porozmawiać.
- W końcu się odważyłeś! - Maruni usiadł obok Lantara i poklepał go po plecach. - Cholernie szybki jesteś. Trzy lata ci zajęło, żeby się do niego w końcu odezwać.
- Nie bądź złośliwy.
- To musi być wyjątkowy służący, skoro nie przeszło ci przez trzy lata - stwierdził jeden z żołnierzy.
- To nie służący - mruknął cicho Lantar.
- Że co? - Zdumiał się Danar. - Nie chcesz chyba powiedzieć, że to jakiś szlachcic?
Lantar milczał unikając wzroku towarzyszy.
- Czy ty wiesz, w co się pakujesz? - Zapytał ktoś.
- Dobrze wiem! - Krzyknął Lantar. - Ale nic na to nie poradzę, że się zakochałem akurat w nim! Wam się nie zdarzyło nigdy coś podobnego?!
- Dobrze rozumiemy co czujesz, ale uważamy, że powinieneś sobie dać spokój - powiedział cicho Danar. - On stoi zbyt wysoko w hierarchii społecznej, a ty zbyt nisko, żeby coś z tego wyszło. Dobrze ci radzę, odpuść, dopóki nie złamie ci to serca.
- Łatwo ci mówić - szepnął Lantar. - Czy byłeś kiedykolwiek szaleńczo zakochany? Tak bardzo, że mógłbyś zrobić wszystko nie licząc się z konsekwencjami?
- Nie.
- Więc nie zrozumiesz mnie - odparł Lantar. - Żaden z was nie zrozumie co czuję patrząc na niego codziennie i nie mogąc nawet podejść do niego.
- Codziennie? Chcesz powiedzieć, że... - zaczął jeden z żołnierzy.
- Nie kończ - przerwał mu Maruni. - Lepiej nie wiedzieć niektórych rzeczy.
- Więc lepiej dajcie mi spokój - mruknął Lantar i położył się odwracając plecami do wszystkich.
Koledzy powoli rozeszli się, a Lantar ponownie wtulił twarz w swoją bluzę, ale ten wspaniały zapach już się ulotnił. Zostały mu więc wspomnienia tej krótkiej chwili, to przyjemne uczucie gdy ręce doradcy dotykały jego karku, a jego włosy muskał policzek Lantara, ta cudowna w dotyku skóra, cudownie brązowe oczy i ten melodyjny głos. Był taki szczęśliwy. W końcu udało mu się porozmawiać z obiektem jego marzeń. To było jak sen. Zauważył go trzy lata temu, kiedy król postanowił zwizytować koszary. Szło wtedy za nim czterech podobnie ubranych ludzi oraz cała masa służących. Od służących dowiedział się, że tych czterech to królewscy doradcy. Widział ich po raz pierwszy. Strasznie go ciekawili, więc przyglądał im się ukradkiem. Jego uwagę zwrócił zwłaszcza jeden, najmłodszy z nich wszystkich. Długie brązowe włosy, duże oczy tego samego koloru, pociągła twarz, kształtne usta i drobna sylwetka. Słowem ideał. Wtedy po raz pierwszy serce zabiło mu mocniej na widok innej osoby. Od tamtego czasu widok urodziwego doradcy nie mógł mu wyjść z głowy. Zawsze, kiedy zasypiał, miał go przed oczami, a kiedy się budził wyobrażał sobie jak tamten budzi go pocałunkiem. Chcąc być bliżej niego zrobił wszystko, żeby tylko stać się jednym z królewskiej straży przybocznej. Dzięki temu mógł patrzeć na niego i słuchać jego cudownego głosu ile tylko chciał. Bardzo szybko dowiedział się, że obiekt jego westchnień ma na imię Sanus i jest o rok młodszy od niego. Był pod wrażeniem, jak tak młody człowiek mógł zajść tak daleko. I był nim kompletnie zauroczony. Wszystko co robił, sposób w jaki się uśmiechał i w jaki mówił, wszystko, było idealne. A teraz jeszcze mógł z nim zamienić te kilka słów. Miał nadzieję, że doradca nie wyczuł jak mu serce bije jak oszalałe. Oczywiście ze szczęścia. Teraz także, gdy zasypiał, miał przed oczami obiekt swoich westchnień.
Obudził się następnego dnia rano, gdy wszyscy jeszcze spali. Uniósł się na łokciach i rozejrzał w koło. Część pryczy była wolna. A więc szlachta jeszcze się bawi. Ciekawe czy wśród nich jest król. Jeżeli jest, to znaczy, że dzisiejsze polowanie się nie odbędzie. Lantar nie mógł zrozumieć szlachty. Jedyne o czym myśleli to zabawa i inne przyjemności. No cóż, to przecież szlachta. Na początku myślał, że Sanus też taki jest, wszak pochodził ze szlacheckiej rodziny. Jednak odkąd został członkiem osobistej straży Jego Wysokości przekonał się, że jego ukochany jest inny. Bardzo często widział jak Sanus krzywił się, gdy inni śmiali się z nieszczęścia służących i uciekał jak tylko mógł z każdej zabawy. Zawsze cichy i spokojny. Lantar ucieszył się gdy przekonał się iż doradca jest inny niż reszta. Przez to pokochał go jeszcze bardziej. Aż do bólu.
Przez chwilę jeszcze leżał z zamkniętymi oczami. Miał wrażenie jakby wczorajszy dzień był snem. W końcu udało mu się porozmawiać z Sanusem. Na wspomnienie tej rozmowy serce zaczęło mu bić jak oszalałe. Jeszcze przez chwilę napawał się tym szczęściem. W końcu westchnął i wstał. Wyszedł przed barak. Okazało się, iż nie był jedynym który wstał tak wcześnie. Na dziedzińcu kręci się już żołnierze z innych baraków. Jednak, kiedy bliżej im się przyjrzał, to zobaczył, że tylko część z nich wygląda jakby dopiero co wstali. Pozostali snuli się niczym duchy. Podszedł do jednego z nich.
- Hej, coś ty taki wymizerowany? - Spytał. Tamten spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem, w końcu odpowiedział:
- Też byś taki był jakbyś musiał się uganiać za tymi cholernymi szlachcicami.
- Uganiać? - Uniósł brwi w zdumieniu.
- W pewnym momencie któryś z nich wpadł na pomysł, żeby znaleźć sobie nowe dziewki do zabawy, bo służące już im się znudziły. Udali się więc do pobliskiej wioski. Musieliśmy pilnować, żeby chłopi się nie zbuntowali. Na szczęście okazało się, że nie narobili zbyt wielu szkód, bo byli zbyt pijani. Więc w sumie kończyło się na tym, że kobiety uciekały, a oni zmęczeni zasypiali albo upijali się jeszcze bardziej. No i na koniec musieliśmy niektórych z nich tachać z powrotem do zamku. Mówię ci człowieku, nawet najgorsza bitwa nie była tak męcząca jak wczorajszy wieczór. Aż boję się pomyśleć, co będzie dzisiaj na polowaniu.
- Więc polowanie jednak się odbędzie?
- Nasz król nie byłby sobą, gdyby odpuścił sobie polowanie. Ale to już nie mój problem - żołnierz ziewnął szeroko. - Zaraz kładę się spać i nie zamierzam wstawać aż do jutrzejszego ranka. Wiec wybacz...
- Ależ oczywiście - Lantar poklepał żołnierza po plecach. - Idź i wyśpij się.
Żołnierz odszedł, a Lantar podszedł do znajdującej się niedaleko studni. Poczekał aż znajdujący się tam żołnierze skończą toaletę. Wtedy podszedł, wyciągnął wiadro wody i napełnił stojącą parę metrów dalej balię. Dolał jeszcze dwa wiadra. Zdjął spodnie od uniformu i przewiesił przez zbudowaną z drewnianych pali konstrukcję do przywiązywania koni. Wszedł do bali. Woda była lodowato zimna. Siedział przez chwilę nieruchomo chcąc przyzwyczaić ciało do temperatury, co nastąpiło dosyć szybko. Lantar pochodził z chłopskiej rodziny i mycie się w wodzie o tak niskiej temperaturze było dla niego codziennością. Niektórzy żołnierze, pochodzący ze zubożałej szlachty, nie mogli tego zrozumieć. Oni od urodzenia, mimo braku majątków, byli rozpieszczani ciepłą wodą podgrzewaną przez służących. Lantar jeszcze nie umiał chodzić, a już hartował się razem ze starszymi braćmi. A kiedy zostali wciągnięci do służby w wojsku, paniczyki przeżywały szok, a Lantar po prostu żył dalej, jakby nic się w jego życiu nie zmieniło. A zmieniło się bardzo. Kiedy został żołnierzem zaczął dostawać regularnie żołd, który w całości oddawał rodzinie. On niczego nie potrzebował, a jego rodzina miła zapewniony byt. Chociaż dalej należeli do najniższej klasy społecznej, to jednak nie musieli się już martwić brakiem pożywienia i, co najważniejsze, nie musieli kłusować. Nie robili tego często, tylko wtedy, gdy zabrakło im pożywienia, bo akurat poborcy podatkowi zabrali ostatni worek zboża, albo ostatnią kurę. Na szczęście Lantar miał jeszcze trzech starszych braci, którzy także uprawiali rolę. Dzięki temu rodzina jakoś wiązała koniec z końcem. Aż nadszedł ten moment, gdy Lantar został wzięty na żołnierza. Nie był z tego zadowolony, bo chciał przejąć pole po ojcu, ale zmienił zdanie gdy dostał pierwszy żołd. Oddał go w całości matce, która była taks szczęśliwa, ze aż upiekła jego ulubiony placek. Wtedy po raz pierwszy widział szczęście na twarzy rodziców i braci. I chociaż żołnierze nie zawsze cieszyli się dobrą opinią, to postanowił, że będzie coraz lepszym żołnierzem. Ci lepsi żołnierze mogli liczyć na uznanie przełożonych przekładające się na dodatkowe pieniądze. Ćwiczył więc żołnierskie rzemiosło i sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Aż w końcu udało mu się dostać do nielicznej elity najlepszych, którzy stanowili osobistą straż Jego Wysokości, chociaż zrobił to z innych powodów niż pieniądze.
Kiedy już się umył wylał wodę z bali i, nie zawracając sobie głowy zakładaniem spodni, wrócił do izby sypialnej. Zanim tam doszedł był już całkowicie suchy. Wyciągnął spod posłania kufer i wyjął z niego zwykłe spodnie i koszule. Chociaż nie musiał się wstydzić własnego ciała, to jednak nie lubił paradować z gołym tyłkiem. Uważnie obejrzał bluzę od paradnego munduru. Westchnął gdy okazało się iż jest wygnieciona. Czekało go coś, czego nie cierpiał. Przeszedł przez niewielkie drzwi znajdujące się na końcu izby. Prowadziły one do innej izby, w której znajdowało się palenisko i szeroka ława. Rozpalił ogień. Chwilę siedział wpatrując się w ogień. W końcu wstał i wziął z półki żelazko. Nałożył do niego rozgrzanych węgli z paleniska. Zaczął machać żelazkiem we wszystkie strony. Kiedy już było wystarczająco gorące rozłożył bluzę na ławie i zaczął ją odświeżać. Kiedy skończył obejrzał uważnie spodnie. Znowu westchnął, gdy okazało się, ze je też musi odświeżyć. Wysypał z żelazka zimne już węgle i nasypał nowe. Szybko odświeżył spodnie. Wysypał węgle, odstawił żelazko na miejsce i zostawiając rozpalone palenisko wrócił na swoje posłanie. Ostrożnie rozłożył mundur na łóżku wygładzając wszystkie fałdki i zagięcia. Kiedy skończył wyszedł z izby, przeszedł przez cały dziedziniec i wszedł do izby, w której spożywali posiłki. Tu też kręcili się, mniej lub bardziej wypoczęci, żołnierze. Nałożył sobie jedzenia i siadł na pierwszym lepszym miejscu. Jadł powoli zatopiony w myślach, a na jego twarzy błąkał się uśmiech. Kiedy w końcu skończył, wyszedł z jadalni i przeszedł do zbrojowni. Zazwyczaj było tak, że żołnierze brali pierwszą z brzegu broń, ale ci należący do królewskiej straży przybocznej mieli swoją własną broń. Ponieważ zawsze musieli być czujni i przygotowani na każdą możliwość, więc i broń musiała być idealnie przygotowana. Więc każdy z żołnierzy miał jedną lancę, dwa miecze i dwa sztylety, o które musiał dbać jak o własną kobietę. Wszedł do zbrojowni i wziął do ręki swoją lancę. Sprawdził ostrze. Chociaż nie można mu było nic zarzucić, to jednak postanowił ją podszlifować. Zbrojownia posiadała drugie drzwi, które prowadziły na mniejszy dziedziniec, gdzie można było naostrzyć broń oraz sprawdzić jej ostrze na różnego rodzaju manekinach i innych urządzeniach treningowych. Wprawił w ruch koło szlifierskie. Przez chwilę szlifował ostrze. Kiedy skończył najpierw sprawdził ręką, a potem podszedł o wbitej w ziemię grubej deski. Wykonał parę pchnięć i cięć. Zadowolony z efektu uśmiechnął się i wrócił do zbrojowni. Odstawił lance na miejsce i wrócił do izby, w której miał pryczę. Sprawdził czy na paradnym mundurze nie ma żadnych zagnieceń. Uśmiechnął się zadowolony widząc idealnie gładki materiał. Ponieważ miał jeszcze trochę czasu zanim będzie musiał się stawić przed królem, postanowił spróbować szczęścia i zobaczyć swojego ukochanego. Ruszył w stronę zamku. Na pałacowym dziedzińcu złapał służącego, od którego dowiedział się, że królewscy doradcy już są na nogach. Serce zabiło mu mocniej. A więc jest szansa, że uda mu się go zobaczyć. Problem stanowiło znalezienie Sanusa. Zaczął wypytywać kręcących się po pałacu służących. W końcu udało mu się ustalić, że Sanus siedzi w pałacowym parku. Miał nadzieję, że będzie w tym samym miejscu co zawsze. Już jakiś czas temu Lantar zauważył, że doradca lubi siadać w pałacowym parku, zawsze w tym samym miejscu, i studiować księgi. Dzięki temu Lantar mógł patrzeć na niego z ukrycia i napawać się jego widokiem. Miał nadzieję, że dzisiaj też go tam zastanie. Szedł szybko, ignorując zupełnie kręcących się po parku sprzątających służących. W końcu przystanął. Alejka kończyła się wpadając na niewielką polankę na której stało kilka ławek oraz stolików. Ostrożnie wyjrzał zza rogu. Na szczęście alejka którą przyszedł porośnięta była wysokimi i gęstymi krzakami, które umożliwiały obserwację bez ujawniania się. Serce zabiło mu mocniej. Jest! Jak zawsze piękny, zatopiony w tych swoich księgach, a lekki wiaterek delikatnie rozwiewa jego piękne włosy. A swoją drogą ciekawe o czym są te księgi. Lantar poczuł zazdrość. Zazdrościł tej księdze, że jest przez NIEGO dotykana, że JEGO oczy patrzą na nią, że to właśnie ona wywołuje ten cudowny uśmiech na JEGO twarzy. Och, jakby chciał w tym momencie być tą księgą. Stał tak i patrzył nie mogąc nasycić oczu tym pięknym widokiem. Nagle zauważył jak do Sanusa podchodzi inny doradca. Był zbyt daleko, żeby usłyszeć o czym rozmawiają. Mógł tylko patrzeć i zgrzytać zębami, gdy widział jak tamten facet wywołuje uśmiech na twarzy jego ukochanego, opowiadając mu coś. W pewnym momencie obaj doradcy podnieśli się z ławki i odeszli. Lantar jęknął i udał się z powrotem do baraków. Ponieważ nadeszła już pora obiadu, więc udał się do jadalni. Wziął posiłek i usiadłszy wdał się w rozmowę z innymi żołnierzami. Poprzedniego dnia położył się spać w momencie, kiedy szlachta bawiła się w najlepsze, więc teraz był ciekaw jak wszystko przebiegało. Słuchając opowieści żołnierzy, którzy pełnili służbę w nocy, na moment zapomniał o sercowych rozterkach. Kiedy skończył jeść wrócił do sypialni i szybko przebrał się w paradny mundur. Wziął lancę ze zbrojowni i przeszedł do stajni. Każdy z królewskiej straży przybocznej miał także własnego konia. Wszystkie one były czarnej maści. Oporządził konia i trzymając go za kantar ruszył w stronę zamku. Idąc widział, że służący uporali się z pozostałościami po wczorajszej zabawie i teraz kręcili się przygotowując wszystko do królewskiego polowania. Kiedy doszedł na zamkowy dziedziniec zobaczył kilku żołnierzy ze straży przybocznej siedzących na koniach oraz kilka koni stojących luzem.
- Kogo mam zmienić? - Spytał kiedy podszedł do nich.
- Myślałem, że już nie przyjdziesz - mruknął jeden z żołnierzy. - Już tylko ja zostałem.
- Wybacz. Już jestem, możesz iść.
Żołnierz bez słowa odjechał.
- Coś ciekawego się dzieje? - Zapytał pozostałych żołnierzy.
- Zaraz chyba się zacznie - mruknął jeden z nich. - Psy już gotowe, wozy z jadłem czekają. Brakuje jeszcze tylko Jego Wysokości.
- Słyszałem, że w nocy nieźle sobie pofolgował.
- Też tak słyszałem - mruknął jeden z żołnierzy.
- Jestem pod wrażeniem, skąd król bierze tyle siły - westchnął inny żołnierz.
- Też byś miał tyle siły, gdyby zabawy z dziewkami były jedyną rzeczą jaką musiałbyś robić. - Wszyscy ja na komendę roześmiali się.
W tym momencie wrota wejściowe pałacu otworzyły się i ukazali się w nich żołnierze ze straży przybocznej, za nimi obaj królowie, potem znowu żołnierze ze straży przybocznej, a za nimi reszta, czyli szlachta i cały tabun służących. Lantar z bijącym sercem wypatrywał w tłumie tej jednej jedynej twarzy. Był! Ale czy będzie brał udział w polowaniu, czy tylko jest tu na wypadek gdyby król coś jeszcze od niego potrzebował? Z bijącym z niepewności sercem obserwował uważnie swojego ukochanego. I widział jego niezadowoloną minę. Tylko dlaczego? Czy coś się stało co go zasmuciło? Czy może ktoś sprawił mu przykrość? Lantar dość szybko otrzymał odpowiedź na swoje pytania. Do króla podeszli koniuszy prowadzący konie. Kiedy król już siedział na swoim siwku, inni też zaczęli wsiadać. Wśród nich był Sanus. Kiedy wsiadał zagryzł usta i zmarszczył brwi. A więc nie lubi jeździć konno, pomyślał Lantar. Jeden z doradców też chyba to zauważył, bo podjechał do Sanusa i coś do niego mówił. Pod wpływem jego słów Sanus uśmiechnął się niepewnie. Niestety Lantar nie mógł już dłużej go obserwować, gdyż król ruszył przed siebie, więc musiał zająć swoje miejsce w szeregu, a to oznaczało, że jego ukochany będzie za jego plecami. Orszak ruszył. Najpierw psiarczykowie, a chwilę potem obaj królowie z czterema doradcami , w otoczeniu straży przybocznej i za nimi szlachta. Szybko dojechali do lasu. Psy szybko złapały trop zwierzyny i zostały spuszczone z uwięzi. Przez sekundę przyszła Lantarowi do głowy myśl, że pewnie doradcy odpowiednio zadbali żeby w lesie była zwierzyna. Jednak nie miał czasu dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż musiał się skupić na ochronie króla.





CDN















Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum