The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Sierpie 10 2020 17:21:52   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Rose peacock
Cześć. To będzie kolejna nudna opowieść o czyimś życiu, tym razem o moim. Nie za dobrze się z tym czuję i nie wiem jak zacząć.. Myślę, że trudno mi umiejscowić siebie gdziekolwiek, mianowicie bez ujawnienia tobie tej tajemnicy, jak powstała Ziemia. Otóż wyobraź sobie wspaniałą, zajebistą krainę, jakiś taki przestwór albo laboratorium, i tam, pośród różnych probówek i pipet siedzi facet. Jest trochę zdesperowany, albo znudzony, albo odeszła od niego żona, być może liczy na awans. Faktem jest, że kombinuje jak może, leje wodę do kwasu a kwas do wody, fryzjer mu się już raczej nie zda, i próbuje wynaleźć.. Coś takiego, że oczy zbieleją przełożonym. W jednej z probówek powstaje mu brzydki zlep kilku pierwiastków, nic ciekawego ani jadalnego, leje to więc do wiadra z odpadami, wieczorem sprzątnie sprzątaczka. Godziny mijają, a tu niepostrzeżenie na tym szarym pyłku powstaje mikroskopijne życie, w tym i ludzie. Oglądamy swój pyłek z każdej strony, coraz to bardziej przekonani o konieczności ucieczki. Tymczasem lada chwila może nadejść sprzątaczka, w kropiastej chuście i z petem w ustach, i zdezynfekować nasze biedne wiadro, zabijając nas jak głupie wiruski. Ot, mój mały katastrofizm. Jesteśmy nieudanym eksperymentem, o którym zapomniano, potworkiem w formalinie, miałkim gównem..
Mieliśmy z Krzyśkiem i Frankiem po 17lat kiedy postanowiliśmy założyć własny punkowy zespół. Ja wokal i gitara, Franek bas a Krzysio na flecie grał.. Hehe, na garach oczywiście. Miało być ciężko i głośno, niekoniecznie z tekstem, stawialiśmy raczej na fizyczną ekspesję niż śpiewy.. Czyli, jakby to ująć, głównie ryczałem. Teksty ograniczały się nam do jednego chwytliwego zdania, np. "chcę pić krew prosto z twojej cipy", które modulowałem na ile fantazja mi pozwalała. Z frankowego garażu dostaliśmy się wnet do małego, undergroundowego klubiku, gdzie graliśmy swoje kawałki dla równie zabawnej jak my, zbuntowanej młodzieży. O kurwa, jaki ten bunt jest fajny, jakie to jest zajebiste, bo wtedy jesteś taki outsider, taki tajemniczy piekielnik, tak nikt cię nie rozgryzie i walczysz sam przeciw całemu światu.. Po to tylko by wkupić się w towarzystwo, poderwać laskę czy poczuć się kul. Bo w buncie nie chodzi o przedmiot buntu, ale o sam fakt bycia zbuntowanym, o to samopoczucie. Ja nikomu kurwa nie zabronię, ale jak patrzę teraz na tych ludzi to mnie na rzyg twardy zbiera, i słusznie. Bo to kulowe- zajefajne życie mnie oszukało, sam byłem w tym śmieszny, bo sam tak chciałem. Ale nie to wkurwia najbardziej, tylko że wtedy byłem najdalej od prawdy, o sobie, o życiu, o świecie. A bunt ma przecież na celu odkrycie prawd i niezgodę na krzywdę.. Czemu więc ci zbuntowani tacy śmieszni? Początkowo twierdziliśmy, że nie ma to jak się najebać, rozwalić coś i spać cały następny dzień, to był zasadniczy szczyt marzeń, zresztą nie tylko nas, małomiasteczkowych punków, ale i braci disco, i rapowej. Potem jakoś zrobiło się modno na tragizm, każdy chciał być tragiczny i biedny jak się da, wszyscy patrzeliśmy na naszych bogów, Phoenixa czy Deana z nieskrywanym zachwytem; każdy chciał być wielki jak Rysiek Riedel.. Właściwie, czy tu chodzi o własną wielkość czy o samą egzystencję? Bo jeśli o to pierwsze, to wielkość chcieliśmy osiągnąć upodabniając swoje losy do przeżyć rockowych gwiazd, droga na skróty, posiąść czyjąś egzystencję bez wkładania wysiłku w posiadanie sławy. To jak zabawa w znanego aktora, w którą bawią się te mniej grzeczne dzieci. Różni byli wśród nas ludzie. Jednym blisko było do neofaszyzmu, innym do idei powszechnej anarchii, mi marzyły się Stany Zjednoczone lat 70tych.. Chciałem być hippisem, nosiłem pacyfki gdzie przypiąć się dało, nie goliłem się za często i nie chodziłem do fryzjera. Ubiór nie prezentował sobą żadnego stylu, było to raczej paradujące niechlujstwo niż styl. Nikogo nie krzywdzić, żyć w zgodzie z sobą, miłość jest wolna i nie zna granic, to były moje przykazania. Nie każdy to rozumiał, chodziło zaś o to, by nie ograniczać się, móc rozwijać. Miłość wydawała mi się gniotącą, geofizyczną siłą, czymś co taranuje, niszczy, buduje na nowo, co nie zna ograniczeń wieku, płci, uprzedzeń, życia i śmierci. Byłem takim zasranym idealistą. Występy w klubie były coraz gorętsze, przyszedł do nas nawet facet, łowca młodych talentów z prośbą o wysłanie do ich radia wideo, na którym zagramy i pokażemy jak wyglądamy. Krzysiek napalił się żeby zrobić prawdziwy klip i dobry tydzień żarliśmy się o pomysły. Piosenkę wybraliśmy ambitną, dziw że jakąkolwiek ambitna nam się trafiła, mianowicie naszą wersję "Modlitwy konia z transportu", świetnego wiersza nie pamiętam czyjego autorstwa. Kręciliśmy u Franka w garażu, wyglądało to nawet trochę jak te konie w boksach, gdyby nie ten debilny pomysł z obrotowym krzesłem.. Perkusja, podświetlona od dołu nieźle dawała po oczach, bas robił pseudo erotyczne piruety w zielonym szlafroku, a ja siedziałem na kretyńskim obrotowym krześle. Początkowo było ok, gram i drę mordę, potem już podciągam nogi na krzesło, gitara między uda i zaczynam się obracać coraz ciężej się drąc. Na taśmie widać nawet jak z rozwalonego trampka wygląda mi goły paluch.. Kręcę się jak wariat, ryczę jak drugi debil, jeszcze kilka sekund i koniec piosenki.. gdy raptem deski zasłaniające kanał, na które wjechałem załamują się a ja z krzesłem wlatuję do środka. Złamana noga, siniaki, szew na ręce. Wysłali to, dupki, oczywiście tak jak się nagrało, z moim wdzięcznym wzlotem i upadkiem. Tylko najbardziej kuźwa mi roztrzaskanej gitary było szkoda.
Są w życiu takie momenty, które można nazwać zwrotnymi, i zwykle przychodzą wtedy, kiedy człowiek jest blisko dna już. Każdy z naszej paczki chciał mieć dziewczynę, to oczywiste. Musiała być punkiem, malować się na czarno i być równie popierdolona co my. Moja miała na imię Ada, była piwnooką brunetką ubierającą się w lumpeksach, z kłódką na szyi, popisanym plecakiem i w glanach, których podeszwy nadziała poziomo gwoździami. Nie to mi jednak zaimponowało naprawdę; Ada lubiła przygrzać sobie herę, a to stanowiło w moim ówczesnym pojęciu, szczyt alienacji i egzaltacji. Ja zawsze się trochę bałem, i podziwiałem Krzyśka gdy opowiadał nam swoje tripy albo legendarny już łikend z amfą. Teraz, kiedy to ja opowiadałem o swoich przeżyciach, widziałem w ich oczach podziw, który z czasem zmienił się w przerażenie.. Bo jak to jest, że największy cykor, gdy przezwycięży już strach, zdolny jest do zachowań niewyobrażalnie wręcz brawurowych? Pytaj się mnie, a ja ci odpowiem. Chciałem przelecieć Adę, bo sama mówiła przecież, że robiła to już, że lubi seks i niczego się nie wstydzi. I kiedy przyszło co do czego, okazało się, że ona nie może, bo ona zrobi to tylko z tym, z kim łączy ją uczucie. Tak bardzo chciałem to mieć już za sobą, że powiedziałem, że ją kocham. I takie kłamstwa, wiążące, dusiły mnie 2 lata. Mimo tylu miesięcy, nigdy nie pieprzyliśmy się, brała mi jedynie do ręki, bo do buzi brzydziła się wziąć, zresztą ja też pieściłem ją tylko palcami, i nie wiem czy było jej dobrze kiedykolwiek. Nie umiała nigdy powiedzieć, że ma okres, i musiałem domyślać się sam, czy się obraziła, czy źle się czuje, czy faktycznie krwawi. Moje ćpańsko, choć brzemienne w skutkach pod względem nauki, nie trwało zbyt długo, a to za sprawą moich rodziców. Teraz wiem, że już nigdy mi nie zaufają, wiem czemu matka patrzy czasem jak na obcego, wiem że zawiodłem i zraniłem śmiertelnie, i nie da się zrobić już tak, żeby było znów dobrze. Musisz wiedzieć, że to co piszę, nie sprawia mi przyjemności, i boli, mimo że od tamtych wydarzeń minęło 5 lat. W zasadzie chce mi się teraz płakać, czuję się bardzo źle, ale tak chyba musi być, bo sytuacja, w której znajduję się obecnie nie jest wcale łatwa.
Wspominałem wcześniej o krytycznych momentach.. Były 2 takie, wtedy.. Jest taka piosenka, takiego bardzo znanego zespołu, pt. "By the way", i dla mnie zawsze była to piosenka ludzi wygranych, piosenka gościa, który stoi na szczycie świata, i wie, że jest w stanie zdobyć wszystko. Było to w październiku, graliśmy koncert dla tysiąca osób, nie lada gratka, nasza kapela to było już nie byle co, daliśmy się usłyszeć. Druga połowa koncertu miała zaczynać się utworem "Kamarazyn", utworem, którego pierwsze 30 sekund to gitarowa solówka.. Zamiast tego, zgadnij, co zacząłem grać? "By the way"; z tłumu idą gwizdy, czy nie mamy własnych kawałków, a ja rzucam mięsem i drę się, że to nasz utwór jest właśnie. Chłopaki mieli trochę wstydu i przerwali koncert, pieniądze zwrócono, a dla mnie ta piosenka stała się piosenką przegranych.
Byłem tamtej jesieni i zimy na odwyku od dragów, czułem się okropnie, trochę za dużo piłem, za dużo paliłem, za mało jadłem i spałem. Imprezy z przyjaciółmi były jak zawsze świetne, ubaw nieziemski, tak przyjemnie, sympatycznie no i wiesz jak.. Z dziewczyną układało mi się coraz gorzej, nie dogadywaliśmy się, spotkania były nudne. Dalej nie chciało mi się uczyć, rodzice patrzyli z trwogą. Nadszedł luty, a ja wracałem z urodzin od kumpla. Podwiózł mnie na pekap i musiałem zaczekać na pociąg. Po chwili okazało się, że będzie miał opóźnienie, więc poczekać muszę jakąś godzinę. Wyobraź sobie, pusta stacja w małym miasteczku, jedna świecąca latarnia, poczekalnia zamknięta jak ta dupa, tylko ja, dwa bezdomne psy, co polowały na moje nogawki i kilka papierosów w paczce. Noc była ciepła, bo była to jedna z tych zim- nie zim, ale kiedy po 11stej zza śmietnika wynurzył się jakiś facet i zaczął wołać mnie, do pomocy, zatrzęsłem się nieźle. W końcu uciekłem na skąpany w mroku peron, totalne pustki i wiatr hula. I ja poczułem się taki samotny, słaby i opuszczony, beznadziejny.. Przypomniała mi się inna piosenka, piosenka szczęśliwego ćpuna, jak ją nazwałem, a że nie brałem już, była więc tylko o samotności. "Czasami czuję się, jakbym nie miał dziewczyny, czasami, jak mój jedyny przyjaciel; miasto, w którym mieszkam to miasto Aniołów, samotne jak ja, płaczemy oboje.." Wspomnienie miasta, w którym się urodziłem i wychowałem, dzieciństwa, wszystko zdechło we mnie. Bezdomny przysiadł obok i wyciągnął czarny niedopałek, paliliśmy więc razem, na ciemnym peronie, bez strachu, gwiazd, w przeczuciu wielkiego czasu.. To wtedy, kiedy jest tak wspaniale, że nic nie możesz zrobić, tylko czuć rozkosz. To jak smak potrawy, którego nie da się sztucznie zatrzymać, trzeba delektować się i na nic nie czekać.
Byłem w klasie maturalnej, postanowiłem wziąć byka za rogi, zacząłem się kurewsko dużo uczyć, pracować oprócz tego, no i spotykać się na imprezach bez alkoholu. Było całkiem fajnie, tylko kiedy zaczęło robić się nudno, ja zaczynałem się obawiać, że wrócę, z braku wrażeń, do poprzedniego życia. I wymyśliłem wtedy, że potrzeba mi romansu.. Kolejne próby kończyły się niepowodzeniami, aż w końcu kumpel podsunął mi pewną laskę, tak żeby się zabawić, na chwilę. Nigdy wcześniej dziewczyny nie widziałem, i choć mówiono o niej różnie, postanowiłem spróbować- i mile się zaskoczyłem. Była po prostu świetna, dziewczyna jak z filmu, sprawy toczyły się więc szybko, pocałunek, przytulanie, wspólnie spędzony czas. Byliśmy dla siebie, ale ja nie chciałem już popełniać tego błędu co z Adą, dusić się w kłamstwach, mówiłem jej więc, żeby nie przyzwyczajała się do mnie, bo tacy ludzie jak ja i ona nigdzie i z nikim miejsca na dłużej nie zagrzeją. Nie byliśmy dla siebie czuli, raczej wiecznie złośliwi i uszczypliwi, robiliśmy sobie wzajemnie różne przykrości, jedno patrzyło kiedy zmięknie drugie.. W końcu powiedziała, że nie może tak dłużej, że musimy wyjaśnić sobie co czujemy.. a ja zamknąłem jej usta pocałunkiem. Czas mijał, i mimo niedomówień byliśmy sobie coraz bliżsi, zakochałem się, i teraz ja potrzebowałem potwierdzenia uczuć, ona zaś milczała. Przyszedł czas na seks, i było lepiej niż mogłem sobie wyobrazić, ciągle jednak myślałem- robi to, bo mnie kocha, czy tylko wykorzystuje? Matura była za nami, studia w kieszeni, krótkie wakacje i przełomowy koncert w sierpniu, nowe wiosło kupiłem nawet.. Pakowałem tego dnia plecak, bo nazajutrz miałem jechać nad jezioro, na wspomniany urlop. Zadzwoniła komórka, a tu dzwonił Franek, że Krzysio, nasz pałker, nie żyje, że przesadził z prochami.. Odrętwiałem, i to odrętwienie trzymało mnie mocno, kiedy żegnałem się z moją Igą i z rodzicami, kiedy pociągiem jechałem nad te zasrane jeziora.. I dopiero, kiedy zostałem sam, siedziałem w nocy z wędką, przypomniała mi się nasza rozmowa na gadu sprzed paru tygodni, kiedy spytał, co bym mu powiedział, gdyby to była nasza ostatnia gadka w życiu, a ja odpowiedziałem, że jeśli to ostatnia, to czy w przyszłym wcieleniu spotkamy się znów, żeby pogadać? Mówiłem mu tak, bo myślałem, że umrę pierwszy, a on zniknął tak raptownie.. Dziewczyna i starzy byli daleko, wszyscy kumple daleko, tylko ciemne jeziora i ta myśl, że jego śmierć kotłuje się w powietrzu, że jest tak blisko, a życie osacza mnie coraz wścieklej. Że jestem w ciasnej klatce i jeśli chcę żyć, muszę się skurczyć. Płakałem jak dzieciak tamtej nocy i tłumaczyłem rękawowi swojego swetra, że chcę do mamy. To było takie żenujące.. Ale nie każdy może być silnym psychicznie, a ja byłem bardzo załamany. Iga okazała się wspaniałą kandydatką na żonę, i im więcej cierpiałem, im mocniej byłem zakochany, tym silniej utwierdzałem się w tym przekonaniu. Ja, dla którego tylko seks, alkohol i pieniądze. Ja, który miałem nigdy się nie ożenić, przy tej dziewczynie chciałem ślubu właśnie, więcej, chciałem zrobić jej dziecko i zamieszkać z nią. Byłem gotowy na wszystko, by tylko mnie nie opuszczała, mój mózg był cieknącą papą i tylko ona trzymała mnie w dobrej kondycji, byłem więc słodki jak miód, myśląc przy okazji jak związać ją ze sobą na dobre. Samolubne to? Nawet bardzo, i Iga zdawała się mnie w końcu przejrzeć.. Wiedziałem, że mnie kochała, widziałem to w niej, ale kto wytrzymałby tak zaborczą miłość, jaką ją raczyłem? Kto zanurzy się ze mną w to miękkie gówno, komu zasmakuje chory człowiek? Tylko komuś jeszcze bardziej choremu, kogo właśnie wtedy spotkałem na swojej drodze.
Ogólnie nie było za ciekawie, właściwie to nawet nudno, Iga pojechała na 2 miesiące na wakacje, więc co miałem robić ze sobą? Spanie, sranie, żarcie i komputer. Zajadałem problemy i kiedy stanąłem na wadze szczęka opadła mi ze zdziwienia. Przytyłem 12 kilo, i jeśli lustro mnie nie bajerowało, to wyglądałem jak wieprz. Z pomocą znowu, nieproszona jak zwykle, przyszła matka, powiadamiając mnie, że zostałem zapisany na warsztaty w opiece społecznej dla ludzi nie radzących sobie w życiu, w charakterze opiekuna.. Chciałem bronić się, zapierałem pazurami, nawet symulowałem prawdziwe zaparcie, ale matka była nieugięta. Zawiozła mnie, mało, wepchnęła do środka. Spędziłem 3 godziny gadając z nimi, łażąc i grając w domino, i ku menu zdziwieniu, były to wyjątkowo miłe godziny. Ludzie chętnie otwierali się przede mną, być może dlatego, że ja mówiłem wiele o sobie. Tam właśnie, na jednym ze spotkań poznałem Romka. Dziwny jegomość, zdawał się bardziej samotny od innych, a aura tajemniczości, która go otaczała nie była naturalną, lecz przezeń wytworzoną. Sprawiał wrażenie, jak gdyby ciągle pozował do zdjęcia, wolno poruszająca się, niepiękna jaszczurka o nieruchomych oczach. Był bardzo wyniosły i patrzył z góry na wszystkich, jakby dano mu upoważnienie do osądzania, karnet na wszechwiedzę. Rysował zwykle, sam ze sobą, na burym papierze, jakieś miecze i smoki, czarnoksiężników i elfy. Patrząc na niego omal zapomniałem, że wszyscy ci ludzie to tylko biedota z całej gminy, która wraz z zasiłkiem i słoikiem zupy dostała też prawo do pogadanki. Jego królewska mość chciał być tym lepszym i równiejszym z równych, i temu fabrykował swoją rzekomą tajemnicę. Śmiać mi się chciało, nazywałem go w myślach wsiowym grajkiem i z wielką niechęcią podszedłem do niego po raz pierwszy. Pachniało od niego gazem i stołówką, patrzył, bez zamykania powiek, jak siadam przy jego stoliku i wyciągam rękę, którą zignorował, oczywiście. Gadaliśmy chwilę o niczym, pytania zlewał dokumentnie, i ja postanowiłem zlać jego. Pożegnałem się i odszedłem. Kiedy przybyłem na następne spotkanie, siedział już, o dziwo, i odkąd złapał moje spojrzenie nie spuszczał ze mnie wzroku. Co za ćwok, żeliwny palant, kurwa, by mu tak przypierdolić.. Ale nie, ty być spokojny, to biedny człowiek być, ty przyhamować. Idę więc do niego, i pytam, a śmiech gra mi w zaciśniętym gardle jak kurwa mać i 2 piszczałki.. i pytam, czego duszyczka żąda? A on na to, że papieru. Wybuchnąłem śmiechem jak gejzer gorącą parą bucha na mistycznych lądach odległej krainy druidów i gnomów, Islandii.. Ok, khe khe już nie przynudzam; zaśmiałem się ciężko, a on nie mógł wiedzieć czemu, i skrzywił się tylko, i w całym swym majestacie zaczął udawać, że mnie nie widzi. Pomyślałem, że go podpuszczę, i powiedziałem, że budzi we mnie lęk.. Niespodziewanie szybko połknął haczyk, i już chwilę potem oglądałem jego ramiona pokryte siatką wypukłych blizn. Było mi.. niesmaczno, ale udawałem wystraszonego, a on nakręcał się coraz bardziej. Ja udawałem zainteresowanie, choć byłem bardziej zniesmaczony i znudzony, on robił się dla mnie na jakiegoś demona i księcia ciemności (i dokładał starań, bym nie widział, jak bierze z okienka pomidorówkę czy wybiera z kosza buty). Coraz bardziej robiło mi się wstyd i żal, ale nie mogłem dotrzeć do niego, żeby zaprzestał tego cyrku i stawił czoła problemom.
Nasze rozmowy wchodziły na coraz intymniejsze tematy, choć historie wydawały mi się co najmniej podkolorowane. O sobie nie mówiłem praktycznie nic. Któregoś dnia chciałem wyciągnąć go na miasto, ale odmówił. I gdzieś, między jednym a drugim łykiem koli powiedział mi, że jest gejem. Nie brzmiało to rzecz jasna tak bezpośrednio, dorobił sobie do tego prostego faktu niezłą wyprawkę, łyknąłem jednak bez mrugnięcia okiem, bo mimo wszystko, ja nie byłem. Być może cieszył się, że tym razem nie wykazałem zainteresowania tylko spokój, być może w tym komunikacie była już propozycja.. Faktem jest, że tego, co przeżyłem potem, bałbym się kiedykolwiek powtarzać. To było takie.. odstręczające i dziwne.. Może bałbym się, że mu ulegnę? Że mu kurwa legnę i pozwolę, żeby mi wsadził faję w dupę, a ja będę mu jęczeć i skwierczeć? O żenada i zdrada, mógłbym się skusić, ale nie szanowałbym już siebie potem.. To trudne do wyjaśnienia, ale pewne przyjemności.. lub doświadczenia po prostu, które kuszą, bo wydają się całkiem egzotyczne, nie warte są próbowania, bo człowiek może się zmienić u podstawy.. Zaprzeczy swojej naturze i już siebie nie odnajdzie, dlatego respektowałem jego prawa, jak i respektować musiałem swoje, do bycia tylko tym, kim naprawdę jestem i byłem.
Na następnym spotkaniu poczułem od niego jakiś mdły, kwiatowy zapach. Spytałem go o to, a on obraził się na mnie. To był damski dezodorant, jakiś szmycel za 3 złote zajebany siostrze, i jasnym stało się, że on wypsikał się dla mnie. Porwałem jego rysunki, którymi jak zawsze był obłożony. Chciał mi je wyrwać, ale szybko strzeliłem, jakie to one przerażające.. I rzecz niesłychana, zaprosił mnie, do swojego domu, żebym obejrzał jego prace. Nie chciałem tam iść, ani też oglądać, bo między Bogiem a prawdą dla mnie te jego rysuneczki dobre by były do podtarcia dupy.. Ale poszedłem. Mieszkanie w kamienicy, od progu niemal zabiłbym się o jakieś buciory, na podłodze syf i mogiła, patrz w jakich warunkach przychodzi mi tworzyć, mówi do mnie, a ja gryzę się w język, żeby nie powiedzieć mu czego dosadnie. Wszędzie sterty ciuchów, brudów, łachów i śmieci, syfiaty zlew zawalony naczyniami, na drzwiach plakat Ziyo sprzed 20tu lat. Pokoik, w którym rezydował równie zapuszczony, tylko zasłony sobie zaciągnął, zielone, pluszowe i stęchłe. Było mi mdło, obrazki oglądałem jak nimfomanka obrady sejmu, czyli wszystko kojarzyło mi się.. z rzygiem. Kiedy zobaczyłem na stole dwa zaschnięte prusaki, musiałem prosić o wodę. Za chwilkę, mój miły, tak do mnie zagadał, patrzę cóż on robi, a on stoi przede mną w rozpiętej koszulinie i tnie żyletką biało- siną jak u trupa skórę na swojej chudziuteńkiej klatce piersiowej. Krew toczy się leniwie, a on łapie do szklanki kilka jej kropel, dopełnia wodą i podaje mi, proszę. Przysięgam, diabeł kusił mnie tamtego dnia, że ja poszedłem tam, do tej meliny pijackiej, że piłem tą wodę w brudnej szklance (szklanka powinna być kryształowa, nieprawdaż Romku? A ty powinieneś na imię mieć Nathan albo Gabriel, lub chociaż Donald, to było by romantycznie, a tak to nawet śmiesznie nie jest). Kazał mi podejść bliżej, ten niedomyty poeta tragiczny, i dotknął moim palcem swojej rany, a potem wziął go do ust, najpierw ugryzł, następnie otoczył miękkim językiem.. jakby wiadomo co mi otaczał. Słabo mi się zrobiło i zapragnąłem jak najszybciej wyjść, tylko nie wiem dlaczego on za mną poszedł. Tak trafiliśmy do mojego ukochanego baru, a zapadał już wieczór. Siadłem przy ladzie, a on obok mnie, pani Jola spytała jak zwykle, ile dziś pierdolniesz paniczu? Nie rozmawialiśmy wcale, a ja wypiłem cztery setki i poczułem się absolutnie miękko. Widział to chyba, bo pogładził znienacka mój bok i położył mi rękę na brzuchu, odepchnąłem ją. Zrobił to raz jeszcze, i raz jeszcze, a ja nie miałem siły oponować. Wstając ze stołka przewróciłem się na niego, jego ręką spoczęła tuż nad moim tyłkiem i znów nie miałem siły. Wyszedłem szczęśliwie przed bar i wsiadłem do taksówki, która stała najbliżej. Pamiętam, że podając adres kierowcy cały czas gapiłem się na rozwiązane sznurowadło dyndające luźno z romkowego buta, kiedy to zdziwiony nagłym obrotem sprawy stał przed drzwiami baru i tak jak ja gapił się. Na mnie. W domu położyłem się zaraz i raptem zebrała mnie ochota by sobie zwalić, starałem się myśleć o Idze, lecz kiedy obudziłem się rano z fiutem w ręce i przed oczami miałem jeszcze swój sen nocny, a to on mi się śnił, zwątpiłem szczerze o kim tak naprawdę myślałem wieczorem, i było to więcej niż niepokojące.
Myślę, że to, czego bać tak naprawdę się powinniśmy, to nasza śmieszność, nasz mały żalik, pretensjonalne pretensje do świata. I kto tu był w porządku? Czy ja byłem, w moim nieutulonym pijaństwie, w tych czipsach i frytkach, w tych dżinsach, z których wypływał mi już tyłek? Kapela nie żyła, moje wiosło kurzyło się pod łóżkiem jak śmieć, głos, dar wokalisty, nie zdał by się i na kolędy teraz. Tęskniłem do Igi, do mamiego cycka, do starych kumpli, którzy się rozpierzchli po szkole, a żeby znaleźć nowych byłem zbyt leniwy. Chciałem wrócić do szkoły, usiąść znowu w ławce i móc przelać, jak kiedyś, całą fascynację na jakieś trudne zadanie w zeszycie, na jakiś problem liczbowo- miarowy, kosmiczny i mało realny, ale trudny, i przy tablicy znów stanąć jak król świata. Zarywać noce nad zbiorami zadań, udzielać korepetycji i okupować fakultety, pracować i czuć tą radość z pracy.. Ale byłem tak zniechęcony, ogłupiały i najwyraźniej na coś zły. Więc, czy ja byłem w tym pretensjonalny? Czy ja byłem śmieszny, ten mój oh, ból istnienia, ku rozrywce nieprawej jeno stworzony, a z góry wypaczony, i zgoła nieprzylegający do mego jestestwa, owąż człowieczeństwa, na wskroś prostego i naturalnego, jak jogurt pro- biotyk i podpaski Naturella? Cicho- sza, o podpaskach i tamponach mówić nie wolno w wielkiej literaturze, a ja tu właśnie papierowi się wywnętrzam, czyli literaturę tworzę. Na usprawiedliwienie mam tylko to, że mój umysł należy do ścisłych, i znać ja się na pisaniu nie muszę. Śmieszne zatem były moje koleżanki, rozważne i romantyczne, ślicznotki kompletujące garderobę na targu, dla których pierwszy raz urasta do rangi uderzenia meteoru. Śmieszni byli koledzy i ich sportowe ploteczki, w których mylili nazwiska piłkarzy i wplatali doń swoje pseudo- amerykanizmy. Śmieszny ja, już nie ma sensu wymieniać za co, bo za wszystko, naiwny głupek, ciota rustykalna. Tylko Iga zdawała się pełna powagi i wręcz luksusowa, ale zauważyłem, ku własnej zgrozie, że moja śmieszność przechodzi na nią, zakaża nią i psuje. Zacząłem poważnie obawiać się o losy tego śmiesznego wszechświata.
Nie wiem już, czy doszło tamtego dnia do zakrzywienia czasu czy przestrzeni, lub może spaczenia wymiaru albo połączenia go z wymiarem astralnym.. Faktem jest, że zacząłem postrzegać siebie z boku. Nie chodzi tu bynajmniej o jakiś dystans do siebie, tylko o rzeczywiste wyjście i stanięcie obok. Widziałem zatem siedzącego na wielkiej dupie chłopaka, który gapi się w telewizor. Niebawem do pokoju weszła jego matka, kobieta wysoka a sucha, i w kilku głośniejszych frazach wyperswadowała synowi dalsze siedzenie. Wstał z głośnym stękiem i dokonał kilku ablucji, po których opuścił mieszkanie. Z zadowoleniem stwierdziłem, że chłopak jest wcale ładny, ale niechlujne ubranie i nadwaga nie dodawały mu bynajmniej uroku. Na spotkaniu w opiece, na które poszedł, usiadł bez namysłu naprzeciw Romka, ku mojej zgrozie i hańbie. A po zajęciach udali się razem do domu rzeczonego już kolegi. Krystian, czyli ja, od dłuższego czasu znajdował się w stanie celibatu, co mu niespecjalnie służyło. W obskurnym pokoju, w którym się znaleźli, dawał folgę swoim fantazjom oparty o romkowe biureczko. Nie widział, zaaprobowany, zdjęcia, które stało przed nim, a przedstawiało Romana, w negliżu i jeno w pluszowych kajdankach na sobie. Roman zatem, wszedłszy do pokoju, silną a zauważalną erekcję Krystiana wziął za dobrą kartę. Przylgnął ściśle do jego pleców, chuchając mu w ucho wyznanie, że jego serce jest dzikie, i czy on, Krystian, nie boi się w tej dzikości zanurzyć?; zanurz się we mnie, uwodził. Krystian odepchnął go mocno, tak, że rozpustny Romek znalazł się na podłodze. Popierdoliło cię?, wyraził swoją konsternację, tudzież niezadowolenie, lecz widząc jakim nierozumnym wzrokiem operuje Krystian, postanowił nie dawać za wygraną. Rozłożył szeroko swoje dwie nogi, uginając je w kolanach lekko i zachęcająco wachlując udami, sprawiając przy tym wrażenie, że i trzecią nogą zawachlować mógłby.
Chcesz mnie pieprzyć?, pytał uwodziciel; pieprz mnie, szepnął, a szept i uśmiech niemalże dotknęły twarzy Krystiana. Pieprz mnie, pieprz mnie, pieprz mnie, pieprz mnie, szeptał i zachęcał. Pieprz mnie, pieprz mnie, pieprz mnie, kiedy Krystian zbliżał się do niego. Pieprz mnie, pieprz, kiedy klękał między rozchylonymi udami, i pieprz, pieprz, kiedy nachylał się do pocałunku.
Ręka Krystiana spoczęła już na jego karku, by brutalnym naciskiem zmusić go do uległości; wilgotne usta rozchyliły się pożądliwie.. Posiąść, wsadzić, wsadzić po sam żołądek, dominować.. W tym momencie komórka Krystiana zadzwoniła a nagły przypływ pożądania opuścił go. Rozmowa z Igą zupełnie go ostudziła, i sytuacja, w jakiej się znajdował, zdała mu się co najmniej niesmaczna. Romek próbował udawać wyrozumiałego kochanka, ale nie wychodziło mu to. Napięcie, żałość i wzajemna niechęć, obietnica obolałych jąder, zmęczenie. Iga, na umówionym w centrum handlowym spotkaniu, wydawała mu się nieco dziwna. Tak prosto z podróży, spotykać się z nim, niewykąpana i nieprzebrana? Mówiąc, nie patrzyła na niego, mnąc jedynie zawzięcie rękaw obszernego swetra. Jestem w ciąży, powiedziała, pierwszy raz spoglądając mu w oczy; lecz nie z tobą, dodała po chwili. On patrzył. To dziecko Matyldy, mojej współlokatorki.. Wiesz, sama nie wiem jak to się stało, bawiłyśmy się troszkę i jakoś niechcący połknęłam jej jajeczko, tak o, po języku mi poszło, i widzisz, kochany najdroższy, to trzeci miesiąc już, poród niedługo, i prośbę mam taką malutką, czy może mógłbyś, albo nie, lepiej nie, ale może jednak mógłbyś dwieście złotych mi pożyczyć, na pieluszki dla maleństwa? A on dalej patrzył i patrzył. Głośny huk i wrzaski, ludzie uciekają w panice, słychać płacz i oto rozlega się kolejny, metaliczny huk. Dach hali centrum handlowego wali się na głowy klientów, jeden po drugim pękają stalowe stelaże, cegły i dachówki sfruwają miękko niczym gwiazdy na sierpniowym niebie. Iga, w wielkim stresie, zaczyna rodzić. Po chwili przez nogawkę jej dresu wypływa czerwony embrion; leży chwilę na podłodze pełnej pyłu i piasku, a jego czarne i maleńkie oczka skanują otoczenie. Iga opiera się o ścianę, kolana drżą jej, a spodnie całe naciągnięte są krwią. Embrion zaczyna pełznąć po podłodze, i po chwili jest już koło nogi Krystiana, szukając ujścia jego nogawki. Krystian cofa się, lecz embrion pełźnie dalej; chce go kopnąć lub zdepnąć, lecz się brzydzi. Iga krwawi coraz bardziej, wsparta o ścianę histerycznie woła pomocy. Krystian nie może jej uratować,bowiem jest już daleko,goniony przez niemiłosiernego embriona. Dociera, zasapany, do swego mieszkania, z którego nie wychodzi przez cztery miesiące, za najbliższą sobie rozrywkę mając jedzenie. W grudniu opuszcza dom, by trafić na stół operacyjny. Lekarze pozbawiają go trzydziestu procent żołądka, co ma ograniczyć ilość spożywanych przez niego pokarmów i pozwolić mu schudnąć. Niestety, podczas zabiegu pacjent umiera. To nic niezwykłego, to patrzeć na siebie z pewnej odległości, i widzieć, jak w lustrze. Byłem bardzo szczęśliwy, widząc siebie na tym stole, i wiedząc, że jednak to nie ja. I wtedy zobaczyłem, jak po suficie idzie do mnie Krzysio, z kokainową bledzizną, taki chudy i w drgawkach, i mówi, przepraszam, że ułamałem wtedy te deski. Tam na dole to wcale nie jesteś ty, ale możesz zejść w niego i pozwolić, by stał się tobą. Powinieneś to zrobić, by nie dzielić mojego losu. Chcę rozmawiać z nim jeszcze, lecz on każe mi zejść. Schodzę zatem, chociaż czuję ogromny ból. Na twarzach lekarzy maluje się ulga, odkąd memu ciału wróciła akcja serca. Teraz mogę spokojnie zapaść w długi, mocny sen, który uleczy mi rany. Mija bardzo dużo czasu, nim się budzę, ale w końcu mi się to udaje. Mój pierwszy ranek jest chłodny i mleczny, bez ptaków. Oglądam się raz jeszcze, i widzę, że wszystkie szwy i blizny zniknęły, a twarz nieco się zmieniła. Nie czuję strachu, presji, nie obchodzą mnie wymagania stawiane przez świat. Wreszcie jestem sobą. Moje ciało odzyskało swój pierwotny kształt, i brzuch nie przesłania mi już kolan, ani penisa. Przykładam też wagę do stroju, bo wiem, że szata zdobi człowieka, jak i to, że świadczy o szacunku do samego siebie. Związałem się też z dziewczyną, o której mówią, że jest kurwą, lecz ja wiem, że to zazdrość tych, którym jest niedostępna, i wiem też, że dzieli swoje ciało tylko ze mną. Miłości nie ma, nie tylko między nami, lecz ona nie istnieje w ogóle, i ten fakt, moja niezbita pewność, dodaje mi otuchy. Jest jednak coś, coś ulotnego, co dostrzegam w jej czarnych, abisyńskich oczach, gdy spogląda na mnie, pachnąca jeszcze seksem, poważna i niezwykle elegancka, pomimo nagości. Ten cichy błysk, to zrozumienie, nasza mała tajemnica, bo wiemy o sobie coś, o czym nikt inny nie wie. Nasze dusze szyte są z tego samego materiału, zanieczyszczonego pyłem z odległej planety. Jestem bardzo szczęśliwy. Dołożę starań, by stanąć na szczycie świata i móc wyśpiewać mu moją piosenkę zwycięzców.
Na zakończenie chcę opowiedzieć ci jeszcze jedną anegdotkę.. Otóż pewnego wieczoru, w pewnym mieście szedł sobie chłopina. Wieczór był dosyć chłodny i ciemny, a jemu niepospolicie zachciało się srać. Traf chciał, że przechodził koło cmentarnych murów, i tam też postanowił wstąpić za potrzebą. Ukrył się za jednym z nagrobków i począł się wypróżniać, a że szło mu to opornie, stękał przy tym szalenie. Niezwykłego pecha miał tedy młody wikary, że wracał na plebanię przez cmentarz. Słysząc piekielne jęki i lamenty przeraził się nie na żarty, że oto jakaś nieukojona dusza nawiedza miejsce swego pochówku. Udał się przeto w stronę, skąd dochodziły stęki, i pyta trwożliwie, czego duszyczka pragnie? A posrany facet, ukryty za nagrobkiem odpowiada mu na to: papieru..



Komentarze
mordeczka dnia padziernik 17 2011 22:55:44
Komentarze archiwalne przeniesione przez admina

KotekxCHAOSx (dears@op.pl) 12:30 28-02-2009
to prawdziwa historia ?? Jesli tak to wspolczuje.
Ginger (Brak e-maila) 22:34 02-03-2009
Oczywiście,że zmyślonasmiley
Shat (shateiel_fallen@yahoo.pl) 23:45 28-03-2009
Ok... po pierwszym zdaniu myślałam, że to kolejne 'opko' rodem z blogów z fikami o tokio hotel...
Ale czytałam dalej i byłam zaskoczona. Naprawdę mi się spodobało.
Ma charakter... atmosferę. Masz swój własny, unikalny styl i to mi się bardzo podobało.
Motyw homoseksualny nie był nachalny, ładnie wtopił się w resztę fabuły. Postacie były realne, barwne, moim zdaniem dobrze opisane.
Końcówka jak z sennego koszmaru, gdy zaciera się granica między snem a jaw±...
Naprawdę mi się podobało ^^
Jeżeli chodzi o inne uwagi - kilku przecinków brakowało, ale tylko kilku smiley przynajmniej wg mnie xD
Poza tym dużo lepiej by się czytało, gdyby tekst był sformatowany; akapity i te sprawy - sprawa czysto wizualna.
Ginger (Brak e-maila) 14:35 14-04-2009
Droga Shat.. Fajnie,że ktoś to w końcu skomentowałsmiley Dziękuję Ci bardzo za opinię, pozdrawiam smiley

Pati (Brak e-maila) 19:23 16-09-2009
Fajne, takie trochę dziwne... ale mimo to fajnie się czytało ^^
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum