The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Lipiec 18 2019 10:55:27   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 8


Rozdział ósmy i ostatni

O tym, kto przybiegł bez portek do karczmy za skawińską bramą i o malwach pod okiennicami radziszowskiego folwarku


Jeszcze tego samego wieczora do mieszkań w czterech różnych krakowskich kamienicach zakołatał pachołek, w ten sam sposób prosząc gospodarza o datek na niemą Anielę, żonę głuchego Anzelma.
Przed zamknięciem bram opactwa posłaniec wrócił z czterema otrzymanymi pod każdym z adresów złotówkami, które po wieczerzy trafiły w ręce Marcela.
Mężczyzna podziękował, zamyślając się.

***


W lesie bronaczowa unosiła się wilgotna mgła. Po ciepłej nocy bez mrozu, powietrze zdawało się ociekać wodą od lecącej spomiędzy gałęzi mżawki i unoszących się oparów topniejącego śniegu.
Czterej jeźdźcy cierpliwie czekali pomiędzy pniami drzew, jedynie konie parskały raz po raz, trzepiąc zroszonymi grzywami. Na odgłos kroków od strony wsi zastrzygły uszami, uważnie wypatrując piątego jeźdźca.
- Są – padło z ust przybyłego. – Pięciu. Nocowali w karczmie pod Skawiną. Podobno nietutejsi.
Czterej mężczyźni odpowiedzieli skinieniem. Ruszyli w stronę Bukowia, a potem w dół nieosłoniętego lasem, a jedynie krzewami, stoku schodzącego łagodnie ku traktowi łączącego Skawinę z Radziszowem. Tam wyłonili się, zastępując obcym drogę.
- Waćpanowie dokąd? – Marcel wysunął się na czoło.
Podążający od Skawiny konni nerwowo zmarszczyli brwi.
- Kto pyta? I po co? – oburzyli się.
- Znajomy bezbronnego chłopaka, któregoście zagnali w pięciu na zmarzniętą rzekę i ostrzelali jak bandyci.
Obcy zmieszali się, w zaskoczeniu szukając jakiejś równie hardej odpowiedzi.
- Ktoś ty? – zażądał któryś, ponawiając pytanie.
- Jestem ten, który cię puści bez portek do Skawiny – Marcel zaśmiał się.
Oburzony drab chciał dobyć broni, lecz spostrzegł, że jest już na celu czterech z obcej kompanii.
- Nie zakłócicie pogrzebu Jóźka we wsi, ani spokojnego życia Karola Sioło – dodał Marcel. – Wrócicie skąd przybyliście i prześlecie pozdrowienia staremu Gałczyńskiemu. Jeśli naśle was jeszcze raz, zginie. Jesteśmy wszędzie i jest nas więcej, niż was kiedykolwiek będzie.
Obcy spinali się, burzyli w środku, jednak wciąż mierzono do nich wrogo, przez co zupełnie nie wiedzieli jak sprawa może się zakończyć.
- Z koni – nakazał Marcel, ponaglając gestem broni. – Oddać wszystko – wymawiał kolejne polecenia, podczas, gdy druhowie przejmowali broń i konie. Kiedy rozbrojeni i spieszeni bandyci stanęli z zaciętymi minami, padło ostatnie polecenie: – Portki z rzyci.

***


Od tamtego czasu nikt nie widział już tajemniczych jegomościów ani w Radziszowie, ani nawet w Skawinie. Natomiast podopieczny benedyktynów wydobrzał na tyle, by móc bez obaw o zdrowie opuścić Tyniec.
Jaka był radość w Radziszowie i w folwarku, kiedy cieplejszą już wiosną Karol o własnych siłach wysiadł z posłanego po niego powozu. Jeszcze blady i chuderlawy, ale żywy, długo był ściskany, radośnie opłakiwany i karmiony licznymi smakołykami. Do samego wieczora cieszono się ocaleniem niepozornego, ale poczciwego i dobrego chłopaczyny. A do spania, choć noce nie były już bardzo zimne, napalono w kaflowym piecu w sypialni Karolka, aby nic nie stanęło mu na drodze powrotu do zdrowia.
Marcel zawsze dzielił izbę z młodzieńcem, tak i teraz zamierzał. Tyle, że może i uważniej spojrzano nań, gdy zamknął drzwi z „doglądnę go” i „dobrej nocy”. Lecz nie czyniono przeszkód.
Mężczyzna z rozkoszą zdejmował odzienie z ciepłego ciała chłopaka. Tym razem czuli się jak po powrocie do domu z długiej i uciążliwej podróży. Nie było rozpaczy i rozłąki, nie było świątobliwości miejsca, którego nie poważyli by się znieważyć słabością ciał. Było ciepło, czysto i u siebie. Czekali na to tak długo.
Karolek zamknął oczy, napawając się powolnym rytuałem, w którym Marcel rozbierał go i całował, przy niemal każdym skrawku odsłaniającego ciała, szepcząc pełne zachwytu „cudowny” lub „mój śliczny”. Starał się nie zdradzać głosem, gdyby ktoś miał słyszeć, ale nie powstrzymał cichutkiego jęknięcia, kiedy Marcel zaspokoił go.
- Mój – mężczyzna uśmiechnął się, biorąc zamroczonego rozkoszą młodzieńca w ramiona. – Wreszcie znowu mój.
Chłopak zarzucił mu ręce na szyję, prawie tracąc zmysły ze szczęścia.
- Marzę o tobie – szepnął, całując szorstką męską twarz. – Chcę być twój… tak bardzo.
Miał rozebrać Marcela, ale był tak rozmarzony, że w końcu pozwolił się położyć na pierzynie i zamglonym wzrokiem śledził zdejmującego ubranie przyjaciela. Ciało nabrzmiało w oczekiwaniu, więc chwilę pieścił je sam. Powoli, tak jak lubił, tym chętniej, że widząc rosnące pożądanie patrzącego. Zresztą mężczyzna zaraz wyręczył go, wracając do niego dłońmi i ustami, nie mogąc przestać szeptać czułych słów zachwytu. Całował wszędzie, przygotowując ciało młodzieńca do zbliżenia. Wreszcie ostrożnie położył się na nim, opasany drżącymi udami, będąc coraz głębiej w Karolku. Wielka pierzyna, w której tonęli, stłumiła odgłos powolnych, delikatnych ruchów i cichych westchnień. Zwłaszcza, kiedy prawie równocześnie oba ciała opłynęło rozkoszne ciepło ukojenia.
Karolek uśmiechnął się przez łzy.
- Zostań tak jeszcze – poprosił szeptem, w uldze przyjmując luźniejsze już ciało mężczyzny leżące bezładnie między jego udami.
Uśmiechnął się, obejmując go i widząc, że o dziwo Marcel też płacze.
- To był taki potworny strach… - usłyszał cichy głos. – I ból… że już cię nie ma. Błagam, nigdy więcej mnie tak nie strasz.

***


Wiosna, która rozkwitała owego smutnego roku w każdym calu przypominała zakochanym tamtą sprzed dwóch lat – rewolucyjną i pełną nadziei. Jak wówczas sady i liściaste lasy nie przestawały kwitnąć. Nim białe płatki opadły z jednych drzew, już zastępowały je należące do kolejnych gatunków, nie ustając przez wiele tygodni. Jeszcze przymrozek chwytał przy gruncie, kiedy bieliły się śliwy i tarniny, ale nie wrócił, kiedy pachniały jabłonki, grusze i wiśnie. Kaskady kwiatów czarnego bzu na dobre grzały się już w słońcu, a gdy powietrze wypełnił słodki zapach czeremchy i jaśminu, dni były już tak gorące, że można było kąpać się w Skawince.
Marcel często wyjeżdżał, nie tracąc nadziei na odzyskanie utraconych ziemi i sejmowych uchwał. Karolek wiedział z kim się spotykał, będąc teraz jego powiernikiem. Osobiście nawet poznał pana Waleriana Dzieduszyckiego, kiedy ten odwiedził swoje nowe włości tuż po Wielkanocy. Znał wiele tajnych spraw, między innymi plany insurekcji, które wspólnie snuto w krakowskim Podgórzu. Znał listy do pana Kościuszki, słane zza granicy, dokąd ten uchodzić musiał po Targowicy kończącej wojnę z Rosją i drugim zaborze polskich ziemi.
Wspólnie z Marcelem usilnie nazywali Radziszów Polską, a Karol zaprzestał spacerów na Lipie czy Bukowie i „spoglądania na Polskę”, wierząc, że Polska jest pod jego stopami, wśród Polaków.
Tymczasem Karol też się starał, szykując ze starym Madejem niespodziankę dla przyjaciela. Sprawa wydała się, kiedy po kolejnym powrocie z Krakowa Marcel obmywał się przy poidle na środku podwórza. Zdjąwszy koszulę, zostawszy w samych spodniach, poczuł na sobie spojrzenie. Znał je, uśmiechając się i dostrzegając stęsknioną postać opartą o wrota stodoły.
Widział typowo rozmarzony wyraz twarzy i pożądanie graniczące z szaleństwem. Więc kiedy chłopak cofnął się w mrok zabudowań, rozejrzał się i, upewniwszy, że nikt nie patrzył, podążył za kochankiem.
- Jesteś… Tak tęskniłem… - usłyszał gorące wyznanie i Karol pociągnął go w głąb stajni.
W pierwszym odruchu Marcel złapał go, łapczywie nakrywając usta swoimi, po czym pchnął ku ścianie i niecierpliwie objął pośladki. Dopiero wtedy spostrzegł, że sytuacja rozgrywa się tuż obok konia, który łypnął nań ciekawie odwracając głowę od paśnika z sianem.
W imieniu Karola najpierw wystraszył się, pewny, że ten właśnie tak zaraz zareaguje. Jakie jednak było jego zdziwienie, kiedy Karol tylko westchnął, domagając się dalszych pocałunków.
- To koń…! – Zaskoczony Marcel wskazał gestem. – Nie uciekasz?
Rozpalony Karolek zaprzeczył, niezadowolony z przerwy.
- Ćwiczyłem od dawna… - wyszeptał, oblizując nabrzmiałe z podniecenia usta. – Madej mi podpowiedział parę rzeczy… Umiem nawet galopować. I nie boję się.
Marcelowi odjęło mowę.
- Chcę być przy tobie, kiedy będzie trzeba – dodał Karol wiernie. – Gdziekolwiek zechcesz pojechać i cokolwiek zrobić, nie chcę być ci kulą u nogi, nie chcę cię gdzieś uwiązać, spowolnić. Kocham cię. Wszystko dla ciebie zrobię, a co dopiero to.
Mężczyzna chwilę dochodził do sensu słów chłopaka, wreszcie pojaśniał. Odstawił jeszcze na bok całe pożądanie, łagodnie popatrzył Karolkowi w oczy.
- Naprawdę? – uśmiechnął się czule. – Pokonałeś taki lęk dla mnie?
Nieco cierpliwiej Karolek skinął. Potem też odsunął w czasie natrętną myśl o zaspokojeniu. Pozwolił całować się powoli, mniej namiętnie. Zgodził się też pójść do izby, gdzie zgrzeczniał całkiem, dając się od nowa i o wiele spokojniej bawić sobą Marcelowi.
Tak, zmieniał się.
Nocą, kiedy świerszcze cykały za okiennicami drewnianego folwarku, Karol usłyszał cichy i kochany głos:
- Chodźmy nad rzekę.
Sam nie mógł zasnąć, w pierwszej chwili chcąc się zgodzić. Lecz wspomnienie fałszywej randki z rodzinnych stron popsuło mu humor.
- Tylko upalna noc, ciepła rzeka i ty nagi – prosił Marcel. – Uroki lata.
- Nikt nie zobaczy?
- Będziemy uważali.
I rzeczywiście, mimo dusznej nocy Radziszów spał smacznie, a jedynym towarzystwem mężczyzn były świerszcze i żaby przy groblach. Srebrzysta tafla wody igrała refleksami odbijanego księżycowego światła, a zapatrzony w nie Karol, odpływał wśród kojących pocałunków przyjaciela.
- Kochany – ocknął się, zwracając wreszcie ku Marcelowi czulsze oblicze. – Uświadomiłem sobie, że to ciebie musiałem wtedy widzieć…
- Co?
- No wiesz… wtedy. Nie tamtego parobka. Tak się pomyliłem, widzisz jakie te wizje niedoskonałe.
Marcel pojął. Kiwnął głową.
- Chcesz, żeby było jak w wizji? – uśmiechnął się. – To rozbierz się – polecił, celowo używając słów, którymi kiedyś przemówił do Karola tamten parobek z Sioła.
Zadumany, ale pogodny Karolek uśmiechnął się. Zdjął koszulę, kładąc się na rozłożonej z tyłu kapocie. Zakochany mężczyzna przesłonił gwiazdy, pochylając się nad nim.
- O czym myślisz? – spytał ostrożnie, nie chcąc pokazać, że boi się jaka będzie odpowiedź.
- Nie o tamtym – Karol domyślił się, wdzięczny, że Marcel nie zamierza wpierać mu nastroju, którego nie miał. – Nie musisz obawiać się tego już nigdy. Tamten człowiek dla mnie nie istnieje.
- To dobrze.
- Myślałem o Siole, owszem. Ale o rodzicach. – Karol odczekał chwilę, zbierając się w ociąganiu do tematu. – Boję się, że wuj powiedział mamie, że utonąłem w przeręblu.
- Mógł to zrobić.
- Myślisz, że mamie i tacie byłoby tak lżej?
- Niż z wiedzą, że jesteś ze mną?
- Tak.
- Nie wiem. Ty ich znasz lepiej.
Karol westchnął:
- Kiedyś chciałem napisać im dwa listy i trzeci przewodni, by wybrali ten, w którym byłaby wygodna dla nich wersja. W jednym zawiadamiałbyś, ty na przykład, że zmarłem. A w drugim wyznałbym im, że cię kocham i jestem z tobą. Trzeci polecałby wybór któregoś z dwóch, rozumiesz?
Marcel pogłaskał go po skroni.
- Jeśli chcesz – szepnął – poślemy coś takiego.
- Naprawdę? Myślisz, że to dobry pomysł?
- No. Może rzeka ci to podszepnęła? – Marcel mrugnął okiem. – Wiesz, że ona się tobą opiekuje. Uratowała cię przed sługami złej Gwiazdy, chowając w swoim nurcie, potem oddała mnichom pod opiekę. – Śmiał się, wiedział jak Karol bardzo lubił baśniowe nastroje. – A teraz – zakończył poważniej – może wreszcie chce, byś zmierzył się z tą sprawą.

***


Rzeczywiście Karol napisał listy do domu. Odpowiedź przyszła późnym wrześniem.
Był to jeden z tych wielkich dni dla Marcela, kiedy w Podgórzu spotykał się z oddanymi Polsce patriotami, którzy nie poddawali się w walce. Karol dobrze wiedział, że tym razem Marcel pojechał zobaczyć się z panem Kościuszką, który potajemnie wrócił z zagranicy. Czuł wielką sprawę, wiszącą w powietrzu, równie doniosłą co niebezpieczną. Modlił się o powodzenie i powrót ukochanego, jednocześnie drżąc na myśl, że może będzie tam też pan Walerian z listem z Sioła – które miał po drodze do Krakowa.
Upalny, choć prawie jesienny dzień tymczasem skończył się, a Marcel wciąż nie wracał. Po obrządku wieś i folwark pogrążyły się we śnie, a z pól dochodziły jedynie odgłosy ostatnich tego roku świerszczy.
Karol nie spał. Nie zamykał okiennic, wyglądając smętnie na mały ogródek pod oknami, z którego jeszcze bujały tuż przy ścianie wysokie, różnokolorowe malwy. Miały już skulone na noc kwiaty, ale wciąż zdobiły okna wychodzące z izby, niczym bogato wzorkowane zazdrostki.
Młodzieniec zamyślił się sennie, oparłszy o okiennicę i zamykając na chwilę oczy. Z obrzeży wsi od strony Skawiny jego uszu dobiegły pojedyncze szczekania psów.
- Oby to na ciebie, Marcyś – miał nadzieję.
Na samą myśl o mężczyźnie zaczynał tęsknić fizycznie, co stanowiło prawdziwą udrękę. Miał ochotę jęczeć jak te psy. Zamiast tego powiódł dłonią po ciele, wsuwając ją pod koszulę – jedyne co miał na sobie. Zaczął powoli dotykać się. W nocnej pustce było coś na tyle przyciągającego, że odważył podnieść koszulę i zostać tak w oknie. Oparł skroń o framugę okna, zamykając oczy wobec zaglądających na niego malw.
Potem zawstydził się, w rozpaczy wracając w głąb izby. Rzucił się na łóżko, spadając na brzuch. Czuł, że koszula uniosła się za wysoko, odkrywając pośladki, ale miał to za nic, wręcz chciał by było je widać.
Miał dość, lecz rezygnacja ustąpiła w jednej chwili, na całkiem bliskie odgłosy dochodzące gdzieś od ogródka. Gdy któryś pies z obejścia zaszczekał, a potem przeszedł w specyficzne, ciche ujadanie, Karol już był na nogach, z bijącym szybciej sercem wypatrując w noc.
Wśród chwiejących się malw stał nie kto inny, jak…
- Marcel…
Karol odetchnął, przechodząc w cichy śmiech. Wkrótce skradający się mężczyzna przekroczył okienny otwór, spomiędzy rozkołysanych malw wskakując do izby.
- Nie chciałem obudzić całego obejścia – szepnął, odkrywając w tej samej chwili nagość pod niezbyt długą koszulą młodzieńca i wystające spod niej biedne, stęsknione ciało. – Oj, chodź tu do mnie – rozczulony, przyciągnął chłopaka ku sobie, szukając dłońmi kształtnych pośladków. – Mam słabość do tej twojej pupy.
Pojaśniał, widząc, że rozmarzony Karol odpływa już w jego śmiałych objęciach. Osunął się przed nim, zachęcając, by potrzymał koszulę wyżej, na co chłopak z ulgą przystał. Oczy Karolka w pół przymknięciu spojrzały jeszcze na odgradzające ich od świata malwy, po czym mężczyzna znowu ukoił jego młodziutkie ciało.
Karolek nie myślał za dobrze, kiedy było już po wszystkim. Wdzięczny, dał się zanieść do łóżka. Uśmiechał się błogo na pocałunki gdzieś na jego pupie. Tak bardzo je lubił. Odprężył się, wpuszczając usta i dłonie Marcela gdzie ten tylko chciał. A potem leciutko uniósł pośladki, by mężczyźnie było wygodnie zaspokoić się. Sam jeszcze raz pod wpływem ciepłych dłoni tego, wyprężył się w rozkoszy, tłumiąc głośniejszą chęć wyrażenia cudownej ulgi.
Tak wśród przyspieszonych oddechów powoli wtulili się w siebie, kładąc wygodniej i na siłę powstrzymując chęć natychmiastowego zaśnięcia.
- Te malwy jak strażnicy – Karolek uśmiechnął się, całując pierś mężczyzny.
Marcel uśmiechnął się, przygarniając go i opierając usta na jego czole.
Przez chwilę patrzyli w okno.
- Jak w Krakowie? – Karolek zmusił się do nie spania. – Był pan Kościuszko? – wymawiając nazwisko pamiętał, by ściszyć głos.
- Tak. I dobrze go zapamiętałem: będzie potrafił porwać za sobą niejednego.
- I naprawdę chłopów też?
- Powtórzył, że za samą szlachtę bił się nie będzie.
Karol nie mógł się nadziwić, długo kręcąc głową w podziwie.
- Jest jak nasz junak – dodał Marcel – ludzie od razu idą za nim.
„I ja pójdę” omal nie oznajmił Karolek, ale wyczuwszy to, Marcel w porę zamknął mu usta. Tymczasem powiedział coś innego:
- Mam wiadomość od twojej mamy. Właściwie chyba od obojga rodziców.
Karol zamarł.
- Walerian był w Siole i oddał jej listy od ciebie – mówił Marcel. – Przeczytała przewodni i oba pozostałe. Potem podała twojemu ojcu, by i on przeczytał. Podobno on nic nie odrzekł, ale nie wyrzucił żadnego z listów. Zmienili temat. I dopiero na koniec gościny on podszedł do Dzieduszyckiego, podziękował za posłannictwo, po czym głos zabrała twoja matka i powiedziała, po wymienieniu spojrzeń z mężem: „Karolek jest naszym synem. Błogosławimy go. Bądź, waćpan, łaskaw przekazać mu to, kiedy go zobaczysz.”
Karol niedowierzał. Aż usiadł na łóżku, dobrą chwilę nie mogąc dojść do siebie. Kiedy obrócił twarz ku Marcelowi, płakał ze szczęścia. Cicho i niepewnie, ale w wielkiej uldze.








 


Komentarze
germatoid dnia grudzie 05 2016 00:05:36
Wygląda na to, że dobrnąłem do końca! smiley

Wystarczy rzucić okiem na tekst tego rozdziału i od razu widać, że znacznie mniej tutaj światła. W tym przypadku oko ma rację - rzeczywiście tekst jest zbudowany inaczej, tj. więcej opisów, mniej dialogów. Mnie się wydaje, że tak jest lepiej :} Co ważne, te opisy dobrze Ci wychodzą. Gdzieś tam jakieś powtórzenia się znalazły, ale to drobnostki raczej.

Zakończenie szczęśliwe, urocze. Może niektórzy stwierdzą, że aż nadto, ale z drugiej strony - historii kończonych gorzko (zwykle śmiertelnie) całkiem pokaźne zatrzęsienie w internetach. Mnie to nie przeszkadza akurat w twoim tekście.

Opowiadanie jest na tyle długie, że udało się w nim bardziej zarysować sylwetki postaci. Myślę, że czytelnik zdążył nabrać do nich jakiegoś stosunku (polubić, znienawidzić). Ja chyba też już się do nich ciut przyzwyczaiłem (tego efektu nie było w Balladzie - inny kaliber objętościowy). Taki efekt - po dobrnięciu do końca historii - jest pożądany smiley

Tylko zwrócę jeszcze uwagę na jedną sprawę techniczną (nie byłbym sobą! ) - jeżeli używasz wyrażenia "podczas gdy", to przecinek przed całym tym zlepkiem, a nie przed samym "gdy" (trzeba na to uważać).

To życzę lekkości w pisaniu kolejnych tekstów! smiley
ak dnia grudzie 06 2016 22:19:43
Oj, druhu, chyba zasłużyłeś na list gratulacyjny na okoliczność dobrnięcia do końca!smiley
Bardzo Ci dziękuję - nie dość, że przeczytałeś, to jeszcze zawsze napisałeś coś, sensownego, konstruktywnego, a nawet momentami pochwaliłeś - taki czytelnik to skarbsmiley Dzięki wielkie!
Polecam się na przyszłość - myślę, że w miarę możliwości wzajemnie będziemy sobie pomagali w dalszym tworzeniu - dzięki za życzenia i również wszystkiego najlepszego dla Ciebie!
Masz pozdrowienia od Marcela i Karola!
Pasmiley
germatoid dnia grudzie 24 2016 14:59:27
smiley
Pewka, o ile coś napiszę i opublikuje, hihi :}:}
Och, dziękuję za pozdrowienia i również ślę! smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum