The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 20 2019 19:13:41   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 7


Rozdział siódmy

O tym, z czego Marcel nie chciał się spowiadać ojcu opatowi




Nad opactwem zapadła noc i zawarto bramy.
Marcel kolejny raz przemył Karolowi twarz, opłukał włosy i widział jak zabiedzone ciało odżywa w gorącu kąpieli.
- Chcesz się obmyć? – spytał. Ale zaraz potem, nie czekając na odpowiedź, uzmysławiając sobie zresztą, że wcale nie chciał spytać, poprowadził dłoń po ramieniu młodzieńca. Karol też zastygł, widząc zmianę w mężczyźnie i brak oczekiwania na odpowiedź. Z mocniej bijącym sercem śledził delikatne dotknięcia ciepłej wody i dłoni Marcela najpierw na piersi i ramionach, potem na plecach, wreszcie na udach. – Ciii… Nie bój się – mężczyzna na koniec ostrożnie dotknął podbrzusza. Powolutku obmywał je, specjalnie czulej, niż było potrzeba. – Ciii… - kolejny raz uspokoił młodziutkiego chłopaka. – Jest ci przyjemnie. Nie chcę, żebyś się tego wstydził.
Przerażony sobą, wreszcie rozpalony Karol, zaglądnął wilgotniejącymi oczami w oczy mężczyzny. Złożył usta do cichego:
- Kocham cię.
- Ja też cię kocham – Marcel szepnął cierpliwie, nie przestając dotykać go.
Młody poznał, że jego zamierzenia nie idą w żadną zdrożną stronę, której Karol tak bardzo by się wstydził w takim miejscu. Były okazaniem szacunku wobec jego ciała, którego chłopak tak dawno nie dostawał.
- Masz to wszystko wyjątkowo piękne – szepnął w pewnym momencie Marcel, przyprawiając nagiego młodzieńca o całkiem zdrowy i mocny rumieniec.
- Dziękuję…
- Odwrócisz się plecami?
Karol usiadł na piętach, poddając się zupełnie woli mężczyzny. Czuł ciarki rozkoszy na dłonie myjące jego plecy i biodra. Kiedy najzwyczajniej w świecie podążyły niżej, pospiesznie zamknął oczy. Nabrał powietrza, chwilę przyzwyczajając się do zamierzenia, a potem zamarł, wpuszczając jego dłoń między pośladki. Nawet nie wiedział kiedy pozwolił sobie na nieznaczne odprężenie, pozwalając mężczyźnie coraz swobodniej pieścić się w tym miejscu.
- Nie marzniesz? – szept Marcela zakończyło ciepłe dotknięcie ust na ramieniu Karola.
Chłopak zaprzeczył gestem. I dobył wciąż zachrypniętego głosu:
- Jest mi dobrze.
Gorąca para aromatycznej wody otulała go, a wdychając zioła, zaczynał odczuwać prawdziwą ulgę. Marcel okrył mu plecy, chcąc, by posiedział jeszcze w naparze.
- Masz siłę powiedzieć mi, co się stało? – spytał, przytuliwszy się i położywszy młodemu głowę na ramieniu.
Karol skinął, chcąc przekazać wszystko jak najdzielniej, by nie zdenerwować Marcela i nie zepsuć pierwszej chwili wytchnienia, jaką mieli od dawna.
- To byli jeźdźcy – zaczął bezgłośnie, bo gardło nie puszczało tak szybko. – Chyba pięciu. Spotkałem ich na górce tamtego dnia. Właściwie było już późno… Zajechali mi drogę, otoczyli i kazali iść ku rzece. Mierzyli do mnie, więc… posłuchałem. Nad Skawinką… w krzakach… kazali zdjąć buty i ubranie… - Powstrzymał się przed szczegółami, szybko kończąc: - Zostawili w koszuli i kazali iść na lód. Strzelili parę razy w taflę, ale nie pękła. Zacząłem uciekać z biegiem rzeki… Źle im się ścigało, bo brzeg obrośnięty wierzbami. Lód pękł… Poszedłem pod wodę… I chyba wtedy odpuścili. Ale wyrzuciło mnie niedługo później przy jakimś brodzie. I dobiegłem lodem aż… Chyba gdzieś tutaj mnie znaleźli bracia, tak mówił ten jeden benedyktyn… Jan.
- Znajdę ich i zabiję.
Karol zadrżał.
- Nie… Nie szukaj ich – jęknął przez obolałe gardło. – Niech myślą, że się utopiłem, proszę. – Oczy zaszły mu łzami. – Chcę, żebym dla nich nie istniał.
- Dla kogo?
- Dla… - Karol umilkł.
- Wiesz, kim byli, tak? Proszę, nie bój się i mówmy szczerze. To ważne. Patrz – wyjął z kieszeni monetę – chłopak, który utopił się mniej więcej w tym samym czasie, Józiek z Woli… Miał to włożone pod głowę w trumnie.
Karol aż spojrzał przez ramię w twarz mężczyzny, zdumiony.
- Jutro pogrzeb Józka – mówił Marcel – choć podano, że to ciebie znaleziono w rzece. Zatem jutro staniesz się dla świata martwy. Przynajmniej oni tak chcą.
- Oni… Tak.
- Więc powiedz, co wiesz. A potem zdecydujemy, co zrobić. Dobrze?
Chłopak skinął.
- Wiedzieli, co stało się w Siole, w moim rodzinnym domu – podjął bez ceregieli, prawie odzyskując nawet głos. Leciutka chrypka zgrzytała gdzieś jeszcze w tle. – Poznałem po ich… drwinach.
- Śmiało.
- Kiedy kazali się rozbierać. Żartowali, że wiedzą, jakie mam upodobanie do obnażania się przed mężczyznami, ale że im wystarczy jedynie do koszuli… To wszystko.
Marcel prychnął, już nawet nie mając siły na wściekłość. Pokręcił głową, hamując przekleństwa. Nie chciał skupiać się na nich, tym czulej obejmując ramiona Karola.
- Pięciu na jednego… - mruknął. – Więc tak bawi się ta Gwiazda…
- Jaka Gwiazda?
Marcel ucałował szyję chłopaka.
- Pora wracać do łóżka – polecił cicho, wyrywając znienacka Karola z tematu.
Chłopak dał się powieść znów na posłanie, wytrzeć i osuszyć. Ufnie patrzył w spokojne oczy Marcela. Pozwolił się położyć na brzuchu, wciąż nagi, wreszcie nasmarować maścią. Był wdzięczny mężczyźnie za brak pośpiechu w łagodnym masażu, zwłaszcza kiedy dłonie gładziły jego pupę. Nie wstydził się już swojego stanu, gdy usiadł i czekał na obleczenie czystą koszulą, nawet jeśli nie przykryła niczego jak powinna. Zatrzymał wzrok na wybrzuszeniu w spodniach mężczyzny, wiedząc, że ten szykuje się, by wejść do jego łóżka. Położył się pierwszy, mniej skromnie, niż zamierzał, nie zakrywając nagości przykrótkawą koszulą. Nie umiał odmówić sobie tej chwili, w której Marcel łagodnym wzrokiem patrzył dokładnie na rozpalone miejsce.
Nie czuł się już choro, raczej jak zaczarowany.
Tymczasem Marcel przed położeniem się, rozchylił sobie jeszcze śmielej jego uda i odsłonił ostatni rąbek koszuli, po prostu patrząc. Musnął palcami stęsknione ciało, nie przestając wodzić po nim dłonią jeszcze długo po tym, jak ułożył się obok.
- Dziękuję… - szepnął wreszcie chłopak, nie oczekując więcej.
- Pomyślałem, że może tego potrzebujesz.
- Zapragnąłem cię. Ciągle pragnę, chyba nie zasnę. I to wreszcie takie nowe uczucie… Wreszcie wyparło tamtą rozpacz i upokorzenie.
Mężczyzna zbliżył usta do ust młodzieńca. Całował je chwilę ciepło.
Obaj przykryli się. Chłopak wtulił się w męską pierś, czując, że rozgrzewa się o wiele lepiej, niż w czasie samotnych nocy. Gardło bolało mniej, tak samo głowa. Pomyślał, że jest szczęśliwy.
- Tak mi dobrze… - szepnął.
Mężczyzna ucałował jego czoło:
- Ja też. Wreszcie się uspokoiłem. Tak się o ciebie bałem.
Oddech Karolka robił się swobodniejszy, lżejszy. Cichy głos doszedł uszu Marcela:
- Czy to prawda, że król… zdradził?
Pytanie zgrzytnęło w napełniającej się spokojem klasztornej celi.
- Wielu doradzało mu taką decyzję – odparł Marcel jak najspokojniej umiał. – Mówią, że chciał udobruchać carycę… by ratować ważniejsze sprawy.
- Konstytucję majową?
- Też.
Zapadła chwila ciszy, w której Karol mocniej przywarł do przyjaciela. A jego szept w końcu prawie przerodził się w płacz:
- Boję się. Boję się, że wszystko to stracone… Że będzie wiele wojen… i wszystko nam zabiorą…! Że król nie przetrzyma tego, że zabiją księcia Józefa, pana Kościuszkę, pana Dzieduszyckiego. Że zabiją ciebie. Wszystkich.
- Ciiii… - Marcel przygarnął go mocniej, całując w czoło. Uśmiechnął się nawet, nie chcąc pokazać własnych lęków. – Wszystkich na pewno nie zabiją! Tylu Polaków, kto by radę dał? A jeden przed drugiego waleczniejszy. Nie widzisz ty chyba, żeby temu zuchwalcowi z Wiednia włos z głowy miał spaść, albo panu Kościuszce?
- A król?
- Król… Jemu przecież co innego pisane. Nie słyszałeś tej historii?
- Jakiej?
Wesoły uśmiech znów rozpogodził twarz Marcela.
- Opowiedzieć ci? Trochę jak bajka będzie.
Karolek aż podniósł się, by upewnić spojrzeniem w twarz mężczyzny, że ten ma prawdziwy zamiar.
- Chcę – skinął.
- Ale przykryj się. – Marcel poprawił okrycie na ponownie wtulającym się w niego chłopaku. A potem zaczął: - Działo się to przed laty wśród litewskiej puszczy…
- Ooo – Karol pojaśniał dziecinnie. – Jak ładnie.
Marcel stłumił śmiech.
- W ponarskiej kniei wiele było dębów – mówił. – Lecz jeden niezwykły, wiekowy i pamiętający może i samego Mendoga.
Teraz to Karol zaśmiał się cicho, godząc na baśniowe wstawki.
- Coraz liczniejsze głosy – nie przerywał Marcel – docierały do księcia biskupa Pocieja siedzącego w Wilnie, że w onej puszczy lud potajemnie zbiera się i pogańskie modły odmawia pod poświęconym jakimś bogom dębem. Że obrzędy te sprzed chrześcijańskich czasów są, w których to lud przed drzewem klęka, pokłony jemu bije, a nierzadko i ofiary składa. Książę biskup Pociej ściąć dęba nakazał, lecz nikt nie odważył się wykonać polecenia. Wszak zabobon mówił, iż kto toporem po dębie tym uderzy, ten sam siebie zetnie. – Marcel odczekał chwilę, nie bez zadumy. Potem mówił dalej: - Prosty gmin wierzył, że to Bóg drzewa tak broni, że nikt nie waży się ręki na nie podnieść, co wreszcie rozgniewało księcia biskupa. Sam do łóżka chorobą przykuty, nakazał wieść wyprawę w ową knieję i dęba zwalić. Posłał w puszczę świtę najznamienitszych panów, świeckich i duchownych, wśród których był sam ksiądz Naruszewicz. A kiedy ci przybyli pod święte drzewo, prawie ulękli się grubości jego. Prości, co zbiegli się o zamiarach wyprawy słysząc, wyglądali najstraszniejszej kary bóstwa, która miałaby być zesłaną, gdyby który poważył się tknąć dęba. Stąd, gdy nakazano ścięcie i spalenie, żaden nie ruszył się z miejsca, truchlejąc. Widząc czartowskie wpływy pośród gminu, zlecono panom szlachcie chwalebny czyn. Lecz żaden się nie kwapił, wreszcie próbując nakłonić oświecone duchowne osoby, by przykład dały i bałwochwalstwo wykorzeniły. Kiedy jednak i duchowni lęk pokazali co do zabobonu, bojąc się, by czort nie omotał którego, jeden wreszcie człek wyszedł przed wszystkich z toporem i śmiało w pień rąbnął. Młodziutki był naówczas, z francuska odziany, wnet rzekł byś: więcej do anioła podobny, niż do człowieka. Kasztelanic krakowski Stanisław Poniatowski. Dopiero widząc jego odwagę, drugi i trzeci wzięli się do roboty, dzięki czemu wnet dąb runął. Bóg zaś za chwalebny czyn nagrodził go i powierzył swój lud, pomazańcem czyniąc.
- To był nasz król? Naprawdę się zdarzyło coś takiego?
- Słowo w słowo, cała prawda.
- No… a klątwa tamtych bogów? Że kto zetnie dęba, sam siebie zetnie?
Karol brzmiał zupełnie poważnie, przez co Marcel postanowił równie mądrze skończyć:
- Nasz Bóg przecież zawsze zwyciężał nad pogańskimi bóstwami. Jego nagroda większą ma moc, niż tamtych kara.
Karolek chwilę myślał nad tym, jakby strwożony. Wreszcie przyznał rację i odetchnął:
- Tak, nasz Bóg lepszym protektorem.
I zamknął sennie oczy.
- A synek księcia? Duży już? – zapytał jakoś tak po babsku, aż Marcel łypnął nań z boku, stwierdzając w duchu z pewnym poczuciem humoru, że Karolek nie przestaje zaskakiwać.
- No… rośnie… ze dwa lata ma już, tak?
- We wrześniu skończy.

***


- Teraz wiem, że wszystko będzie dobrze – słowa Marcela porwał wiatr.
Mężczyzna stał na skraju wyrwy w murach opactwa uczynionej przez rosyjskie działa przed laty, za towarzysza mając opata Janowskiego.
Obaj zapatrzyli się w dal.
- Pomyśleć, że to już dwadzieścia lat minęło od tamtego dziwnego kwietniowego wieczoru – opat westchnął. – Kto by przewidział, że tak się to skończy?
- Ojciec mówi o konfederatach.
- Tak. O barskich. Pamiętasz ty może?
- Pamiętam. Przybyli do wsi oddziałem, zajęli oberżę, a dla niepoznaki tylko dowodzący zjawił się w opactwie, prosząc o nocleg. Który to był rok konfederacji? Trzeci?
- Tak, był rok pański 1771. Początek naszego upadku.
- Potem zjawili się inni, wśród nich i Francuzi. Pamiętam, że mierzyli wzgórza, Szpitalkę i Winnicę. Goniliśmy i podglądali, jak fortyfikowali, umacniali się.
- Zrobili to wbrew woli braci i mojej. Zajęli klasztor, kuchnię, zażądali a to piwa, a to gorzałki, rozgościli tu się jak paniska. Wnet by całe srebro przejęli, gdybyśmy zawczasu nie wywieźli do Krakowa do Karmelitów.
- Wiem. Ale odesłaliście mnie do Warszawy, nim sprawa się rozwinęła.
- To nie było miejsce dla sieroty. Zresztą i ja opuściłem Tyniec. Konfederaci ściągnęli na klasztor nieszczęście. Najpierw epidemię, którą taki natłok ludzi spowodował, potem Rosjan, na koniec Austriaków. Co gorsza, nie wiadomo. Zdrajcę nasłali, co podpalił kościół, ostrzelali. Podobno, kiedy pod armatami ugięło się starostwo i runęło w Wisłę, klasztor o krok był od unicestwienia. Wystarczyłoby, żeby magazyny z prochem trafili. Już miast wzgórza miałbyś teraz… dolinę.
Znów westchnęli posępnie.
- Może – ubolewał opat – gdyby jakiś wieśniak nie wprowadził tu tajemnie Austriaków, konfederaci poddaliby nas Suworowowi, a Rosjanie przekazali by klasztor w ręce królewskich wojsk, nie obcych. Sam już nie wiem.
- To ojciec Rosjan by wolał?
Opat drgnął. Wiedział, że zaskoczył wychowanka.
- Tylko tobie mówię to, Marcyś – przyznał poważnie. – Niech nikt nie usłyszy o moich wątpliwościach. Bo… wówczas Suworow zdawał się diabłem wcielonym. Lecz Rosjanom daleko do nas. Przy królestwie ostalibyśmy może, przy królu. A teraz… do cesarza w Wiedniu należymy… Tak po prawdzie… wszystko nam zabrali. – Opat spuścił głowę. – Gdybym był tu wtedy… Może Bóg inaczej by mnie natchnął, może dałbym radę przemówić komuś do rozsądku?
- Taaak. Czasem trudno ocenić z wyprzedzeniem, kto zgubą się okaże, a kto ocaleniem. W królu wroga ojczyzny widzieli konfederaci.
- A sami rozłupali wszystko. I po co to było, na Boga?
Marcel zamilkł. Nie wiedział, że opat, który zdołał wrócić na ruinę i odbudować tak wiele, jest pełen zwątpienia.
- Tak – mnich jakby odgadł jego myśli – nie daję poznać wielu smutków, które mam w sobie. Płakać mieliśmy? Robota czekała. Budynki były bez dachów, kościół – gestem wskazał za dziedziniec – bez wież nawet.
- Teraz z daleka je widać – Marcel skinął dumnie. – Szkołę tu macie, widziałem, o bibliotece słyszałem.
O dziwo jednak gorycz w mnichu kolejny raz wlała się w rozmowę, kończąc ją nieoczekiwanie.
- Wszystko to… – zawahał się opat, nie kończąc.
- … niewola.
Zapadła krótka i bolesna cisza.
- Cesarz przeniósł mnie do Tranowa – kończył szeptem opat – a ja czuje, że Austriacy tylko czekają na moją śmierć, żeby… całkowicie skasować opactwo.
Marcel nic nie odrzekł, nie znajdując pocieszenia. Wiedział, że i rozmówca stracił siły do tematu, tym razem ostatecznie.
- A twoje sprawy? – podjął nagle opat, nie bez obawy wobec tego, co mogło paść z ust wychowanka.
Marcel wykonał jakiś nieokreślony gest ni to niechęci, ni zwątpienia w odsłonięcie się.
- Moje? Jak na spowiedzi? – uśmiechnął się nerwowo.
- Chciałbym.
Dryblas zbierał się w sobie dobrą chwilę, wiedząc, że cierpliwy mnich poczeka.
- Dotąd – podjął wreszcie – zawsze, kiedym stawał z tobą, ojcze, twarzą w twarz, cokolwiek wcześniej działo się we mnie, w danej chwili chciałem poprawić. Gotów byłem zawsze, pod twoim wpływem, zmienić się, zaprzestać grzeszyć. Mocne postanowienie poprawy, tak się to nazywa.
- Nie inaczej. A teraz? Nie masz już ochoty po temu, mój synu?
Marcel westchnął ciężko, wciąż wpatrzony w linię gór w oddali.
- Moje serce było kochliwe – przyznał.
- Mówiłem ci zawsze: z kochliwego uczyń je kochającym.
- Tak, uczyniłem.
Brak entuzjazmu zastanowił opata.
- Czy nie jesteś rad na to? – padło z jego ust, kiedy po długiej chwili wciąż nie doczekał się wyjaśnień.
- Ojcze… - Marcel wahał się, nie wiedząc, czy warto cokolwiek odsłaniać – nie chcę cię rozczarować.
- Czym mógłbyś? Od lat spowiadasz się u mnie. Z rozwiązłości, z sodomii…
Marcel drgnął. Zabolały go bezpośrednie słowa opiekuna, ale w obliczu opata nie dostrzegł pogardy, ani wyrzutu.
- Mojemu ciału zawsze obojętne było – zaczął, zebrawszy się w sobie - … kto je zaspokoi.
- Taak – opat uśmiechnął się, skrupulatnie przypominając sobie wcześniejsze wybryki i wyznania wychowanka.
- Moje serce było kochliwe, ale wybredne… - mówił Marcel. – Nigdy nie pozwoliło mi poczuć prawdziwego szczęścia, nie szło za ciałem.
- Kochliwe, to nie kochające, mówiłem ci.
- Teraz kocha.
Opat aż nabrał powietrza. Domyślał się dalszego ciągu, drżąc na samą myśl.
- To miłość, z której trzeba się spowiadać… - mówił Marcel. – Tylko, że ja nie mam w sobie postanowienia poprawy, bo musiałbym wtedy… wyrzec się tego, co czuję. Dlatego – chciał skończyć, widząc nieme przerażenie mnicha – nie chcę się z tego spowiadać. Wybacz, ojcze.
- Poczekaj – opat zatrzymał wątek, pomimo wyraźnej chęci ucieczki wychowanka. – Nie chcę cię rozliczać, nie jestem skrybą. Chcę ci pomóc.
- Jak? Przekonując mnie, że to złe? Niemiłe Bogu?
- Nie. Chcę ci pomóc rozmową. Każdy jej potrzebuje.
Marcel spuścił wzrok, tracąc siły.
- Kocham Karolka… - wyznał wreszcie, bardzo cicho. – Kocham go od pierwszych chwil, kiedy dostał w twarz przy wszystkich za rumieniec, którym okrył się na mój widok. Kiedy zwierzył mi się… Nie zrozumiesz, ojcze, ani tego nie oczekuję.
- Marcyś, spowiadam morderców, gwałcicieli, oszustów. Nie staram się ani zrozumieć wszystkiego, co spada na me serce. Ty… Ty tylko mówisz o kochaniu. Nie wolno mi tak, ale… uwierz, chciałbym jedynie takich grzechów słuchać.
Tu opat odczekał chwilę, potrzebując trochę czasu na przemyślenie i pogodzenie się z tym, co padło.
- Ta miłość – zaczął sam Marcel – wyszła poza platoniczną. Nie potrafię inaczej.
Opat nie krył ubolewania, ale rzucił cicho:
- Niech chociaż nie będzie wulgarna.
- Nie będzie.
- Ani niewierna.
- Nie będzie. To mogę przysiąc.
Opat skinął ukradkiem, potem westchnął ciężko.
- Nie czuję się niemiły Bogu – podjął tymczasem Marcel. – Bardziej tak myślałem, dopóki nie postawił mi na drodze życia jego. Byłem bękartem markietanki, mającym dom w burdelu i drugi w świątobliwym miejscu. W żadnym nie miałem o sobie dobrego mniemania. Pogodziłem się z tym, że Boga już nie zachwycę. A wtedy on uratował mi jego od śmierci. Nie zabrał mi go, choć wielu innych zabiera o wiele mniej się męcząc. Karol nie utopił się, nie zamarzł, nie zszedł z wycieńczenia. Jest mój… - oczy Marcela zapiekły od wiatru. – Mój najdroższy – zakończył cicho.











Komentarze
germatoid dnia listopad 22 2016 00:23:17
O! I jest powrót do akcji, którą zaczyna się opowiadanie. Ale teraz, po przeczytaniu, stwierdzam, że jednak część trzeciomajowa bardziej mi się podoba (wiem, ciężko mi dogodzić - umrę w samotności). Ja już Ci chyba właściwie wszystko napisałem, co miałem napisać, ale ale... może jeszcze coś dodam...

Wrócę do szyku zdania, który u Ciebie jest czasami zaburzony (np. "nie przestając dotykać go" - u ciebie. A szykiem, który wydaje się naturalny jest "nie przestając go dotykać"smiley. Opowiadanie nie jest pismem urzędowym i tego typu zabiegi absolutnie mogą się pojawiać. Tak sobie myślę, że to jest takie bardzo "twoje" i skoro tak Ci palce dyktują klawiaturze, to ok. Właściwie mi to nie przeszkadza (choć zwracam na to uwagę), a myślę, że może być nawet pewnym wyróżnikiem Twojego pisania.

Powtarzam się - radzę uważać na wielokropki, a konkretnie na małą/wielką literę, stojącą po wspomnianych. Jest kilka takich momentów, w przypadku których ewidentnie kontynuujesz to samo zdanie po zastosowaniu wielokropka, a litera jest wielka.

Potknięcie w dialogu, ale pewnie już je zauważyłaś:
"- Tak mi dobrze... - szepnął.
Mężczyzna ucałował jego czoło:
- Ja też."
Generalnie - jest to dialog, więc teoretycznie błąd przytrafia się nie Tobie, lecz Twojemu bohaterowi. Dialogi mają to do siebie, że wiele rzeczy można wytłumaczyć, zrzucając winę na bohatera smiley ale chyba nie było to zamierzone, coo?

I jeszcze jeden moment, który chyba najbardziej rzuca się w oczy:
"Młodziutki był naówczas, z francuska odziany, wnet rzekł byś: więcej do anioła podobny, niż do człowieka" - albo "byś rzekł", albo "rzekłbyś" smiley

Ja oczywiście się czepiam i wyciągam różne tak-takie, ale mam na uwadze to, że w sytuacji publikacji w internetach zwykle nie ma się do dyspozycji profesjonalnych korektorów, a przecież nie ma ludzi nieomylnych :} To wszystko, o czym wspomniałem, właściwie nie wpływa na odbiór samej historii, która jest poprowadzona sprawnie i ładnie (stylistycznie, fabularnie). In genere Twoje opowiadanie podoba mi się... ale o tym już wiesz smiley
ak dnia listopad 23 2016 22:56:42
Oj, dzięki, tak mi miło, że czytaszsmiley
Pomyłek już się nie da edytować - zostanie dla potomnych...

Całuski!
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum