The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 19 2019 08:33:55   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 6


Rozdział szósty

O Ustawie Rządowej z dnia 3-ciego maja i o karolkowych przepowiedniach




2 maja limitowany na czas świątecznej przerwy sejm wznowił obrady. Marcel mało co bywał tamtego czasu w kryjówce, którą cieszyli się z Karolem. Przepadał wieczorami, wracał ranem, myśli jego krążyły tylko wobec tego, ilu będzie na obradach, ilu nie zdąży powrócić, kto krąży pod rosyjską ambasadą, kto pod pruską, kto w komitywie z hetmanem Branickim i tak dalej.
Karol wiedział o przyczynach i sparaliżowany strachem milczał. Widział coraz mocniej podkrążone oczy przyjaciela, coraz bardziej zapadające się policzki, wieczne niespanie i niedojadanie.
W noc z 2 na 3 maja Marcel nie zmrużył oka, jak zresztą spora część Warszawy. W stolicy krążyły pogłoski o spisku, który wykryto między mocarstwami, o grożącym Polsce kolejnym rozbiorze. Marcel nie wrócił do późnych porannych godzin, a kiedy już zjawił się w tajnym mieszkaniu na strychu zamtuza, ani nie położył się. Usiadł przy biurku i czytał coś spiesznie, mamrocząc do siebie po cichu.
O świcie ucałował ciepłe czoło Karolka.
- Zostań tutaj – poprosił tylko w najwyższej powadze, jakby wiedząc, że może to być pożegnanie. – Nie wychodź stąd póki nie wrócę i powiem, że można.
- Przyjdzie do szabel? – jęknął Karol, ale nie uzyskał odpowiedzi. A kiedy Marcel chciał wstać, zatrzymał go w lęku. – Mateczka mówiła, że nabite działa stoją pod królewskim zamkiem, prawda to? Że nocą potajemnie sprowadzono.
Drżał. Zwłaszcza widząc coś na kształt takiej samej obawy w twarzy przyjaciela.
- Do miasta ściągnięto regimenty wojska… dla bezpieczeństwa – Marcel szepnął i pogłaskał zmierzwione snem włosy chłopaka. – Książę Józef dowodzi nimi, nie obawiaj się.
- Lecz czyj to spisek? Czy wojska już jakieś idą na Warszawę?
- Nie. Nie idą. Po prostu…
- … robicie zamach stanu.
Marcel drgnął na słowa rzucone tak nagle i tak trafnie.
- To prawda – przyznał odważnie. – Chcemy, by Polska odzyskała wolność.
- Wolność?
- Stanowienia o sobie. Naprawienia siebie, bez oglądania się na zgodę mocarstw.
Karol z wolna osunął się na poduszkę. Oczy mu zastygły w bezruchu, strach stłamsił wszelkie siły.
- I proszę – szepnął Marcel – chyba nie chcę wiedzieć, czy widzisz coś… Wierzę w to i chcę mieć nadzieję.
Karol dał się ucałować. A potem Marcel odszedł.

***


- Trzeci maja… - Marcel wciągnął ciepłe wiosenne powietrze słonecznego poranka. Uśmiechnął się, pomyślawszy, że to będzie piękny dzień. Wręcz wyczuwał świąteczny nastrój w każdym zakamarku ciała. Czekał na te wydarzenia.
Czekała też stolica. Choć ludzie nie wiedzieli, czy idzie na złe, czy na dobre, ślepiec nie zauważyłby, że będzie to coś wielkiego. Wojna z obcymi, wojna swoich, może jeszcze inne. Po mieście krążyły pogłoski o ostrzeżeniach posłów z zagranicy co do nadciągającego drugiego rozbioru. W nocy po pierwszym dniu obrad wielu nie spało, po ulicach goniły laufry, jedni do późna konferowali w Radziwiłłowskim Pałacu, drudzy szukali schronienia i opoki pod obcymi ambasadami.
Z okien kamienic Marcel widział wyglądające w stronę zamku głowy, słyszał zapytania o ruchy wojsk, o jakiekolwiek wieści. Jedno było pewne – dojdzie do czegoś.
Księcia Marcel dostrzegł pod zamkiem. Wraz z nim wojsko.
- Galerie pełne – oznajmił książę z konia, widząc druha. – Zebranych, mówią, stu dziesięciu.
- Trzydziestu nie naszych. Tegom pewny.
- Będzie źle? Hetmana się obawiasz?
- Z tobą hetman Branicki nie straszny mi wcale.
Książę zaśmiał się hardo. Oddany całej sprawie i tak samo w nią wierzący.
- Nie ulęknę się, w istocie – skinął godnie. – Ani jego, ani Rosjan. Ludzie przyszli, bo chcą widzieć, jak wobec spisku mocarstw król postąpi, czy z Narodem stanie. Za sprawą są, jak i my. Na jedno skinienie czekają. Byle tylko przeniewiercą króla nie okrzyknęli sejmowi pajace. Tej dziedziczności i wskazania następcy uchwycić się zechcą. Że nie tak przysięgał przy elekcji.
- Już to tak ma być pokierowane, by nie od króla wyszło, a by jedynie uległ proszony.
Książę odruchowo powiódł wzrokiem ku zamkowi, z siodła lepiej widząc także tłumy pod Zygmuntem się zaczynające, a wychodzące daleko między ulice.
- Naród z nami… - niedowierzał, czując przepełniającą dumę i typową sobie chęć działania.
- Oby dziś się ziściło. Oby nie rozłożyli czytania i deliberacji na trzy przepisowe dni, bo oszaleję.
- A Karol? Widział co? Przepowiedział?
Marcel zaprzeczył gestem, zmartwiony jednakoż.
- Bywaj – pożegnał się, brnąc między mieszczanami ku zamkowym pomieszczeniom.
Tymczasem w sali senatorskiej, gdzie miano sejmować, wrzało już jak w ulu tuż przed wyrojeniem. Wiadomo było większości, że planowane jest odejście od zwyczajowego dla początku miesiąca obradowania nad sprawami skarbowymi. Słowo „spisek” tak sprytnie wpuszczono w majowe powietrze, że nie dało się go nie usłyszeć.
Marcel wtopił się w tłum na galeriach, za jedyny warunek mając możliwość widzenia otoczenia króla. Mierzył wzrokiem w kolejne osoby, z niektórymi wymieniając nieznaczne skinienia głowy.
Około godziny jedenastej marszałek Małachowski otworzył posiedzenie. I na wstępie wyjątkowo oświadczył, że Deputacja do Interesów Zagranicznych ma ważne sprawy do doniesienia.
Rozgorzało z lekka, a słowo „spisek” znów odbiło się po sali. A że wielu słyszało już o projekcie naprawiającej ustawy, która by postawiła kraj na nogi gotowym na wszelakie ataki, jeden najgadatliwszy i najbardziej zapalony poseł ziemi kaliskiej wypchał się przed innych, rwąc darowany order z piersi, po czym rzucając się przed królewskim tronem na kolana.
Z ust Marcela dobyło się suche mruknięcie:
- Jan Suchorzewski.
Szlachcic zaś zażądał udzielenia sobie głosu, po czym rozlabiedził się swoim zwyczajem:
- Zgadzam się na to, aby użyć wszelakich sposobów do zapobieżenia spiknięciu się chciwych sąsiadów na zabór naszych prowincji, ale nie podłóg projektu, który na konfederacji niektórych jest ułożony!
- Znasz ów projekt, waćpan?! Że tak łatwo sądzisz?! – Marcel rzucił na tyle donośnie, by część usłyszała, na tyle cicho, by zostać w cieniu zdarzenia.
- Skąd znać może, kiedy na czytaniu wczoraj nie był? – dopowiedział ktoś zaraz.
Poseł Suchorzewski zmitygował się, lecz nie porzucił animuszu.
- Nie czytałem go wprawdzie – przyznał – ale, jak mi o nim mówiono, wywraca wolność polską, utrzymywaną przez tyle wieków, kuje pęta pod pozorem obrony!
- A kto waćpanu dyktuje, co sądzić sam ma?! – wtrącił znowu Marcel. – Rozum swój mieć trzeba, oczy i uszy takoż!
Wielu zaśmiało się, wszak poseł Suchorzewski z dawien po sejmach wiele krzyczał, a mało kiedy swoje przemyślenia.
Tym razem, jak zazwyczaj, nie dał sobie głosu łatwo zabrać.
- Brzydzę się takimi sposobami – trąbił – które do niewoli prowadzą! Chcę ojczyzny bronić dlatego, żem wolny, a jeżeli będzie despotyzm, gardzę nią i oświadczam się nieprzyjacielem Polski, ratować jej przez włożenie kajdan na wolnych nie myślę!
Część się ośmiała, część zaszumiała w oburzeniu.
- Dajcie do głosu dojść! – stronnicy „patriotów” łatwo pokierowali w tą stronę. – Niech Deputaci mówią o co chodzi!
Marcel wymienił z kimś skinienie. Dobrze szło – mający wyjawić rewelacje na temat tajnych zamierzeń państw ościennych poseł Matuszewicz, w imieniu Deputacji zabrał głos.
Słuchając jednym uchem o zdradzanych groźbach nowego rozbioru, drugim zaniepokojonych komentarzy posłów, Marcel był dobrej myśli. Nic tak nie jednoczyło Polaków, jak wróg u bram…Przynajmniej dawniej.
- Najjaśniejszy Panie! – po wszystkim przemówił Ignacy Potocki, zwracając się do króla zgodnie zresztą z planem. – Odkryj nam swoje widoki ku ratowaniu ojczyzny! Ty do tej usługi masz pierwsze prawo, chęć i zdolność niewątpliwą!
Stanisław August, po rozmówieniu się z ministrami, zabrał głos:
- Słyszane dziś raporta z zagranicy sprawiają coraz większe przekonanie, że przeciąganie ustawy rządu naszego jest pewną dla nas szkodą…
Sala ucichła, a Marcel nabrał powietrza, czując, że zaczyna się dziać upragnione.
- Zastanawiałem się od kilku miesięcy – głos króla dostojnie wypełniał salę sejmową – nad sposobami, jakich by nam jąć się trzeba. – I w prosty sposób poddał przeczytanie powstającej długo wcześniej ustawy naprawiającej.
- Prosimy o projekt! – Marcel z chórem stronników konstytucji przeforsowali jej przeczytanie.

***


Karolek niecierpliwie przemierzał sypialnię, szukając uspokojenia, zajęcia, czegokolwiek, co pomogłoby mu przestać myśleć o strachu wobec tego, co działo się w Warszawie. Jednak nie udawało się, a chodzenie bez celu wprowadzało w jego umysł jeszcze większy chaos.
Wreszcie zatrzymał się przy biurku, wbijając wzrok w porzucone tam płachty zapisanego papieru.
- „Wszelaka władza społeczności ludzkiej – zaczął czytać półgłosem – początek swój bierze z woli narodu. Aby więc całość państw, wolność obywatelska i początek społeczności w równej wadze na zawsze zostawały, trzy władze rządu narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest władza prawodawcza w stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i straży i władza sądownicza w jurysdykcjach…”
Zerknął na zaznaczony obok fragment z innej karty.
- „Jak pisał Monteskiusz” – przeczytał komentarz. I szeptał do siebie, czytając: - „W każdym państwie istnieją trzy rodzaje władzy; władza prawodawcza, władza wykonawcza rzeczy należących do prawa narodów i władza wykonawcza rzeczy należących do prawa cywilnego… - przejechał wzrokiem dalej. – Kiedy w jednej i tej samej osobie, lub w jednym i tym samym ciele, władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności; ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał.”
Potem przerzucił kilka kart, wracając do tych najświeższych, najbardziej pokreślonych.
- „Wszystko i wszędzie większością głosów zdecydowane być powinno, przeto liberum veto, konfederacje wszelakiego gatunku i sejmy konfederackie, jako duchowi niniejszej konstytucji przeciwne, rząd obalające, społeczność niszczące na zawsze znosimy.” – Wyłowił jeszcze jedno zdanie: - „Tron polski elekcyjnym przez familie mieć na zawsze chcemy i stanowimy.”
Przetarł oczy, wertując dalej w kartach pisanych bądź drukowanych po angielsku, francusku, polsku. Przekładał konstytucję amerykańską, z tłumaczeniami dopisanymi z boku. Powoli czuł, że lektura zaczyna go wciągać. Odetchnął i uśmiechnął się.
- „Uważamy za niezbite i oczywiste prawdy: że ludzie zostali stworzeni równymi sobie…” Deklaracja Niepodległości… Amerykanie… – I wyczytał dopisek przy tłumaczeniu poczyniony ręką Marcela: - „A Czarni?” – Zasępił się. – Hmm?
Mimo wszystko był dumny z tego, co wyczytał, na koniec wracając do pierwszej strony polskiego tekstu.
- „Ustawa Rządowa” – przeczytał dostojnie, gładząc szorstką kartę.

***


- Nie będzie aklamacji… - Marcel wymienił zaniepokojone spostrzeżenie z panem Potockim, gdy po kilku godzinach dokończono czytanie.
- Nie da rady – poseł skinął, równie zawiedziony. I obaj teraz, wśród brzmiących licznych sprzeciwów po czytaniu, wyglądali rozgrywki marszałka.
- Będą chcieli normalnego trybu – dla Marcela i wielu było to jasne. Choć liczyli skrycie na większy zachwyt. – Trzech dni debatowania co najmniej.
- Dwa w tym wieku mamy najdawniejsze rządy republikańskie: angielski i amerykański – marszałek Małachowski próbował ratować myśl o przyspieszonym trybie zatwierdzenia, uświadamiając posłom wagę proponowanej ustawy. – Ale ten, który dziś ustanowić mamy, będzie nad nie doskonalszym!
Tymczasem wśród szlachty rozeszło się o ten najbardziej się rzucający w ucho dziedziczny tron.
- Zgoda! – patrioci próbowali poddać taki nurt ogółowi, lecz nie szło tym razem.
- Nie ma zgody! – poseł Suchorzewski przedarł się znowu na środek zgromadzenia, tym razem ciągnąc sześcioletniego syna. – Zabiję własne dziecię, aby nie dożyło niewoli, którą projekt krajowi gotuje! – zakrzyknął, gotów targnąć się w całym teatrzyku na zapłakanego i wystraszonego małego.
- Ogolić głowę wariatowi i odesłać go do czubków! – zakrzyknął w irytacji, ale i złośliwie biskup Krasiński.
Wszak cierpliwość większości do wystąpień Suchorzewskiego, który pionkiem jedynie był dla opozycji, skończyła się ostatecznie.
Mimo, że wyprowadzono krzykacza oraz zapłakane dziecko, nawet przychylnie nastawieni do zmian posłowie nie byli tym razem zachwyceni tak nagłym nie tylko porzuceniem wolnych elekcji, ale przede wszystkim nachalnymi metodami, którymi chciano tego dokonać.
- Mamy trzy dni! – domagano się. – Trzy dni na debatę! Tak mówi regulamin!
- A skarb?! – dodawali inni, przypominając, że przecież obrady w początku miesiąca właśnie taki winny mieć temat. – Czy skarb i wojsko nie ważne przy ratowaniu kraju?!
Marcel pokręcił głową, omal nie wątpiąc w powodzenie.
Jednak marszałek Małachowski walczył niestrudzenie, w istocie sprawiając wrażenie, że lęka się przedłużania debat przy zagrożeniu z zewnątrz.
- Nie czas na deliberacje! – oznajmił. – W dniu takim jak ten, rewolucji dniu, dla zbawienia ojczyzny ustać winny wszelkie formalności! Zarządzam skróconą procedurę uchwalania tego projektu! Niech zgadzający się zachowają milczenie, a przeciwni niech się odezwą!
Marcel wstrzymał oddech, łypiąc po sali.
- Nie ma zgody! – padło pierwsze, potem jeszcze kilka następnych, naliczył jedenaście.
Po paru przemówieniach przeciwników, skołowani posłowie zażądali ponownego czytania.
W duchocie, głodzie i nerwach Marcel wywrócił oczami, kręcąc głową w rezygnacji. Było już po osiemnastej, po siedmiogodzinnej sesji. Nie wyglądało na to, że uda się cokolwiek przeforsować.
Rozgorzała batalia odnośnie ponownego czytania. Jedni byli gotowi deliberować mimo późnej pory, inni sił nie czuli po temu, jeszcze komuś na rękę było przeciąganie sprawy.
Stanisław August zwątpił, zbladł. Wyczekiwał jakiegoś punktu zaczepienia.
I wtedy poseł z Inflant Michał Zabiełło, forsując sprawę pomimo ciągnącej się debaty, nieoczekiwanie wezwał do przyjęcia ustawy.
- Panowie, wróg u bram, czasu mało! Jeszcze raz: kto jest za?! – padło.
Król, chcąc coś dodać, podniósł rękę, by mu dano głos.
- Król rękę do przysięgi podniósł! – Oczy Marcela ożywiły się znienacka, widząc w zajściu dogodną sposobność. – Vivat król! Vivat konstytucja!
Przez sejmujących przeszły ciarki pobudzenia. Król był „za”! Przysięgać zaczyna!
- Vivat król! – podchwycono szybko w kręgach zwolenników reform.
Wracający jak natrętna mucha Suchorzewski, ocknął się i zrobił wokół zamierzenia przysięgi tym większe rozbudzenie, czyniąc je już teraz zauważalnym dla każdego. Nie wiedząc, że swoją żałosną parodią Rejtana, tylko przyczynił się znienawidzonej ustawie. Rzucił się bowiem przed króla, rozdzierając szaty.
- Nie przysięgaj, Wasza Królewska Mość! – wołał. – Boś już bogu i ojczyźnie przysięgał! – przypomniał sprzeczne obiecanie co do nie wyznaczania następcy. – Dotrzymaj przeto raz Bogu i ojczyźnie uczynionych ślubów!
Król, choć z początku skołowany nieporozumieniem, szybko postanowił wykorzystać je. Nie do końca wierząc w to, co następowało, zachłysnął się szczęściem. Nie ugiął się, mając już rękę wyciągniętą ku górze.
Wkrótce rota przysięgi na nową konstytucją zabrzmiała z jego ust.

***


- „W imię Boga, w Trójcy Świętej Jedynego, Stanisław August z Bożej łaski i woli Narodu Król Polski, Wielki Książę Litewski… - Karol powoli wyciągał dłoń ku zapisanej karcie. Chciał tego, co miało nastąpić po dotknięciu. Czuł, że nadchodziło. Bał się, ale musiał to zrobić. Świadomie i w skupieniu położył dłoń na pierwszej stronie konstytucji. – „…dla ugruntowania wolności, dla ocalenia ojczyzny naszej i jej granic – wymawiał jej słowa, przenikany coraz straszniejszym dreszczem – z największą stałością ducha, niniejszą konstytucję uchwalamy…”
Jęknął nagle, czując czarny chropowaty tekst, wciskający się w polski obcością i wrogością. To już nie była konstytucja…
- „Za dowód, jaki w Polsce panuje nastrój umysłów, służy wyznanie znaczniejszych członków przysłanej tu delegacji konfederackiej: skoro wojska rosyjskie ustąpią z Rzeczypospolitej, wszystko, zaprowadzone pod ich osłoną, w mgnieniu oka zostanie wywrócone. Bardziej nas jeszcze obchodziło szerzenie się w Polsce zgubnych doktryn francuskich… Wziąwszy pod uwagę niestałość… narodu polskiego… osobliwie zaś ujawnioną skłonność do wyuzdania i szaleństw francuskich, przechodzimy do przeświadczenia, że nie możemy w nim mieć sąsiada spokojnego i bezpiecznego dopóty, dopóki nie będzie doprowadzony do zupełnej bezsilności i niemocy.”
Otworzył oczy… Uderzyła go straszna myśl: czytał po rosyjsku!
- Caryca…
Tym razem już w zbuntowanej ciekawości mocniej nacisnął na papier, świadomie zamknął oczy, czekając na bolesny dreszcz. Chciał go, tym razem naprawdę: chciał wiedzieć.
Przyszło. Aż targnęło Karolem.
- „Nie chcąc sejmu ordynaryjnego w roku 1788 zaczętego – czytał pojawiające się w jego głowie słowa – później w rewolucyjny na dniu 3 maja 1791 zamienionego, dla potomnych czasów zostawiać pamiątki, tenże sejm za powszechną zgodą zgromadzonych Rzeczypospolitej stanów… za niebyły… - zwolnił w zgrozie – i wyroki od niego wypadłe za nic nie znaczące deklarujemy…”
Palce nieświadomie zacisnęły się na kartce, mnąc ją prawie konwulsyjnie.
Karol łapczywie zaczerpnął powietrza, szukając w myślach.
- Co to było?! – nie mógł dojść do równowagi, sieczony pełnym grozy tekstem. – Co to, na Boga, było…?
W poszukiwaniu ostoi złapał pierwszą kartę konstytucji i przytulił do piersi. Nie wiedział co miały znaczyć majaki, których doświadczył, ale nie chciał dłużej siedzieć sam. Schował kartę, niczym relikwię, pod koszulę i jak stał, tak wypadł z mieszkania, rzucając się w miasto.

***


Kiedy król ruszył do przejścia wiodącego z zamku do kolegiaty, gdzie wszyscy mieli zaprzysiąc ustawę przed Bogiem, na zewnątrz grzmiały już liczne armatnie salwy.
- Udało się – blady monarcha ścisnął w roztargnieniu Marcela, stojącego jak zwykle na uboczu. – Udało się… Nie wierzę.
Uroczyste wystrzały oznajmiły stolicy i przyległym wioskom, że po długich godzinach doszło do wielkiego zjednoczenia Polaków co do ratowania kraju. Właśnie w tym geście, nie dzielenia narodu, marszałek litewski Sapieha, który poważne wątpliwości miał co do ustawy, odrzucił je, niesiony, jak i Małachowski przez rozradowany tłum ulicą.
- Litwa i Korona razem – mówiono.
Tego samego wieczora w kościele świętego Jana rozbrzmiała zbiorowa przysięga i głośne Te Deum.

***


Karol biegł, a w jego głowie wystrzały triumfu spod zamkowych murów mieszały się z innymi strasznymi salwami armat i dział, wychodzącymi raz z rzeczywistości, innym razem z jego na wpół oszalałej głowy. Widział niebo barwione światłem sztucznych ogni, zaraz potem łuną pożogi i nieznanych sobie pocisków spadających zewsząd na miasto.
Zamarł, wypadłszy przed zamek. Zachłysnął się powietrzem. W opadającej mgle pyłu i gasnącej łunie pożaru trawiącego miasto ujrzał ruinę…
- Cisza… Widać modlą się. – Głos jakiejś mieszczki z boku wrócił Karola do przytomności. – Kościół Jana tak jest przepełniony, że szpilki nie wciśnie!
Karol jeszcze raz spojrzał na zamek i odetchnął. Budynek stał, jak wczoraj, pod nim tłum. Wszyscy radzi i wiwatujący.
- Tyle wojen… przed tym biednym miastem… - Karol jęknął, a oczy zapiekły go, wysuszone strasznymi obrazami.
Nieszczęśliwy, wiedział tylko, że tęskni za Marcelem. Marzył o tym, żeby ukryć się w jego ramionach i zapomnieć.
Powłóczył się ku Wiśle. Był chyba jedyną osobą tamtego dnia w mieście, która szła ulicami w zupełnym odarciu z jakichkolwiek emocji. Apatyczny, wycieńczony, nie wiedział gdzie się podziać. Jedyne miejsce, które przyszło mu do głowy to to nad rzeką, obok tataraków, gdzie zakochał się w Marcelu. Tam usiadł na zwalonym drzewie, tym samym, na którym siedzieli wtedy.
I tam o zmierzchu znalazł go zaniepokojony przyjaciel.
Nic nie powiedział, tylko w uldze spoczął obok i otoczył pełnego zwątpienia chłopaka ramieniem. Wywołał ciepły dreszcz w ciele młodego. Zaraz potem okrył go jeszcze płaszczem, jak wtedy.
- Widziałeś coś – domyślił się.
Młodzieniec skinął, opierając głowę na jego ramieniu.
- Nie chcesz wiedzieć, tak? – domyślił się smutno.
O dziwo, po krótkim wahaniu, Marcel zaprzeczył:
- Chcę, żebyś mógł to z siebie wyrzucić.
- Liczne wojny… Straszne, nie chcę tego pamiętać.
- Przez to? Przez dzisiejszą rewolucję?
Karol zaprzeczył gestem, potem zmarszczył brwi, poddając się właściwie.
- Nie wiem… - stwierdził na koniec. – Ale – tu oprzytomniał, przypominając sobie jedno – ktoś będzie chciał unieważnić wszystkie reformy tego sejmu! I dzisiejszą ustawę! To stanie się… w Rosji. Tak myślę.
Mężczyzna przygarnął go, uspokajając. Sam zapatrzył się w Wisłę.
- Wiemy, że będzie wojna – szepnął bardziej do siebie, niż do Karolka, którego przecież gdzieś w głębi duszy tak bardzo nie chciał martwić.
- Kto wie?
- Wielu z nas… - Marcel pospiesznie zwrócił rozmowę w inną stronę. – Rosja wnet wojnę z Turcją skończy, zobaczysz, żeby móc tu „tłumić rewolucję”. Może nie mamy wojska licznego jak ci, którzy tu przyjdą, ale mamy oficerów kształconych w Korpusie, których zazdroszczą nam w świecie.
- Jak książę Józef? – Karolek uśmiechnął się dziecinnie.
- Junak, owszem.
- I ten pan Kościuszko? Mówią, że pomógł Amerykanom uwolnić się od Anglii!
- Tak. Uczyli się od niego fortyfikować, był im naczelnym inżynierem. W Polsce szkolił się z tego, nie gdzie indziej. A przy tym ma prawdziwy talent. Poznałem go kiedyś, nasz junak woził go tą swoją kariolką razu jednego. – Tu poweselał na wspomnienie. – A najważniejsze, że wrócił do nas. Jest wielu, którzy będą strzec naszego kraju, Karol. Musimy mieć wiarę.
- Tak – chłopak skinął.
Marcel pogłaskał go po włosach, patrząc czule.
- Wiesz – zaczął spokojnie – pomyślałem o nie tak dawnej propozycji jednego z mych przyjaciół, Waleriana Dzieduszyckiego. Dostał on, czy kupił, przy całym zamieszaniu jakie jeszcze się ciągło po zaborze naszych ziemi, majątek za Krakowem. Spory klucz wsi, a wszystkie znam z dzieciństwa, bo należały przed konfederacją barską do mojego tynieckiego opactwa. Kiedym powiedział, że wychowankiem jestem tynieckich benedyktynów i że Kraków to moje tereny z dzieciństwa, od razu zaprosił mnie do siebie. W Radziszowie na przykład folwark ma. Pamiętam go, choć pewnie podupadł do teraz. Pan Walerian ubolewał nad brakiem czasu i głowy do tych majątków – tu zerkał na reakcję Karola – więc rzekł mi nawet, że pomieszkać mógłbym tam prze pewien czas… gdybym ochotę miał uciec przed wielkim światem. Co ty na to? Pojechałbyś tam ze mną? Do moich dziecinnych stron, do Radziszowa? Teraz latem, póki…
- Póki co?
Marcel zmieszał się. A Karol sam zakończył:
- Póki nie zacznie się wojna…












Komentarze
germatoid dnia listopad 07 2016 22:26:50
Witaj maj, trzeci maj!

Pierwsze, co się rzuca w oczy to ten twór w tytule rozdziału. To "3-ciego" dosyć strasznie wygląda... ale potem liczebniki porządkowe są ok. Uważać na tą/tę (chyba przy okazji Ballady o tym pisałem, choć zdaje się, że tak czy siak było to już po napisaniu tego rozdziału, ale ponawiam).

Wydaje mi się, że ten rozdział toczy się wolniej od poprzednich, ale to dobrze, właśnie o tym tak często marudziłem. Tutaj mam wrażenie, że jest więcej oddechu, czasu na wyprowadzenie detali, opisów. To dosyć dobrze buduje atmosferę wokół wzniosłości/istotności opisywanego wydarzenia. Nie wiem na ile to Twoja intuicja i przeczucie, a na ile po prostu decyzja (bo zdaje się, że wielkimi krokami weszliśmy w kluczową akcję). Ponownie natkniemy się na wiele słów, których raczej na co dzień nie usłyszymy - to też na plus. W tym rozdziale oddalamy się od wątku romantycznego (tak to nazwę) pomiędzy Marcelem i Karolem, ale dobrze, że nie kręcimy się tylko wokół romansu/związku/miłości tych dwojga. Oczywiście, to wszystko jest bardzo ważne (najważniejsze?), ale - jako czytelnik - mam poczucie, że chodzi o "coś jeszcze". No i ponownie tło historyczne, tak ładnie oparte na źródłach smiley
ak dnia listopad 08 2016 23:39:20
No właśnie obawiałam się tego odejścia od miłości na rzecz historii, dla wielu będzie nudne pewnie, ale dzięki, że Ty doceniłeśsmiley
Co do "tę" jestem niereformowalna, wiem, tak jak do "oczami" i te pe...

smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum