The Cold Desire
   Strona G艂贸wna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsy艂ania prac WYDAWNICTWO
Pa糳ziernik 15 2019 07:57:16   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Sk贸rki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
艢CIANA S艁AWY
Tutaj b臋d膮 umieszczane odnosniki do stron, na kt贸rych znalaz艂y si臋 recenzje wydanych przez nas ksi膮偶ek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez nasz膮 stron臋. W celu zobaczenia szczeg贸艂贸w nale偶y klikn膮膰 w dany banner





Witamy
Strona ta po艣wi臋cona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazuj膮cemu relacje homoseksualne pomi臋dzy m臋偶czyznami. Je艣li jeste艣 zagorza艂ym przeciwnikiem lub w jaki艣 spos贸b nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opu艣膰 t臋 witryn臋 - reszt臋 naszych Go艣ci serdecznie zapraszamy
Opowie艣膰 trzeciomajowa 6


Rozdzia艂 sz贸sty

O Ustawie Rz膮dowej z dnia 3-ciego maja i o karolkowych przepowiedniach




2 maja limitowany na czas 艣wi膮tecznej przerwy sejm wznowi艂 obrady. Marcel ma艂o co bywa艂 tamtego czasu w kryj贸wce, kt贸r膮 cieszyli si臋 z Karolem. Przepada艂 wieczorami, wraca艂 ranem, my艣li jego kr膮偶y艂y tylko wobec tego, ilu b臋dzie na obradach, ilu nie zd膮偶y powr贸ci膰, kto kr膮偶y pod rosyjsk膮 ambasad膮, kto pod prusk膮, kto w komitywie z hetmanem Branickim i tak dalej.
Karol wiedzia艂 o przyczynach i sparali偶owany strachem milcza艂. Widzia艂 coraz mocniej podkr膮偶one oczy przyjaciela, coraz bardziej zapadaj膮ce si臋 policzki, wieczne niespanie i niedojadanie.
W noc z 2 na 3 maja Marcel nie zmru偶y艂 oka, jak zreszt膮 spora cz臋艣膰 Warszawy. W stolicy kr膮偶y艂y pog艂oski o spisku, kt贸ry wykryto mi臋dzy mocarstwami, o gro偶膮cym Polsce kolejnym rozbiorze. Marcel nie wr贸ci艂 do p贸藕nych porannych godzin, a kiedy ju偶 zjawi艂 si臋 w tajnym mieszkaniu na strychu zamtuza, ani nie po艂o偶y艂 si臋. Usiad艂 przy biurku i czyta艂 co艣 spiesznie, mamrocz膮c do siebie po cichu.
O 艣wicie uca艂owa艂 ciep艂e czo艂o Karolka.
- Zosta艅 tutaj – poprosi艂 tylko w najwy偶szej powadze, jakby wiedz膮c, 偶e mo偶e to by膰 po偶egnanie. – Nie wychod藕 st膮d p贸ki nie wr贸c臋 i powiem, 偶e mo偶na.
- Przyjdzie do szabel? – j臋kn膮艂 Karol, ale nie uzyska艂 odpowiedzi. A kiedy Marcel chcia艂 wsta膰, zatrzyma艂 go w l臋ku. – Mateczka m贸wi艂a, 偶e nabite dzia艂a stoj膮 pod kr贸lewskim zamkiem, prawda to? 呕e noc膮 potajemnie sprowadzono.
Dr偶a艂. Zw艂aszcza widz膮c co艣 na kszta艂t takiej samej obawy w twarzy przyjaciela.
- Do miasta 艣ci膮gni臋to regimenty wojska… dla bezpiecze艅stwa – Marcel szepn膮艂 i pog艂aska艂 zmierzwione snem w艂osy ch艂opaka. – Ksi膮偶臋 J贸zef dowodzi nimi, nie obawiaj si臋.
- Lecz czyj to spisek? Czy wojska ju偶 jakie艣 id膮 na Warszaw臋?
- Nie. Nie id膮. Po prostu…
- … robicie zamach stanu.
Marcel drgn膮艂 na s艂owa rzucone tak nagle i tak trafnie.
- To prawda – przyzna艂 odwa偶nie. – Chcemy, by Polska odzyska艂a wolno艣膰.
- Wolno艣膰?
- Stanowienia o sobie. Naprawienia siebie, bez ogl膮dania si臋 na zgod臋 mocarstw.
Karol z wolna osun膮艂 si臋 na poduszk臋. Oczy mu zastyg艂y w bezruchu, strach st艂amsi艂 wszelkie si艂y.
- I prosz臋 – szepn膮艂 Marcel – chyba nie chc臋 wiedzie膰, czy widzisz co艣… Wierz臋 w to i chc臋 mie膰 nadziej臋.
Karol da艂 si臋 uca艂owa膰. A potem Marcel odszed艂.

***


- Trzeci maja… - Marcel wci膮gn膮艂 ciep艂e wiosenne powietrze s艂onecznego poranka. U艣miechn膮艂 si臋, pomy艣lawszy, 偶e to b臋dzie pi臋kny dzie艅. Wr臋cz wyczuwa艂 艣wi膮teczny nastr贸j w ka偶dym zakamarku cia艂a. Czeka艂 na te wydarzenia.
Czeka艂a te偶 stolica. Cho膰 ludzie nie wiedzieli, czy idzie na z艂e, czy na dobre, 艣lepiec nie zauwa偶y艂by, 偶e b臋dzie to co艣 wielkiego. Wojna z obcymi, wojna swoich, mo偶e jeszcze inne. Po mie艣cie kr膮偶y艂y pog艂oski o ostrze偶eniach pos艂贸w z zagranicy co do nadci膮gaj膮cego drugiego rozbioru. W nocy po pierwszym dniu obrad wielu nie spa艂o, po ulicach goni艂y laufry, jedni do p贸藕na konferowali w Radziwi艂艂owskim Pa艂acu, drudzy szukali schronienia i opoki pod obcymi ambasadami.
Z okien kamienic Marcel widzia艂 wygl膮daj膮ce w stron臋 zamku g艂owy, s艂ysza艂 zapytania o ruchy wojsk, o jakiekolwiek wie艣ci. Jedno by艂o pewne – dojdzie do czego艣.
Ksi臋cia Marcel dostrzeg艂 pod zamkiem. Wraz z nim wojsko.
- Galerie pe艂ne – oznajmi艂 ksi膮偶臋 z konia, widz膮c druha. – Zebranych, m贸wi膮, stu dziesi臋ciu.
- Trzydziestu nie naszych. Tegom pewny.
- B臋dzie 藕le? Hetmana si臋 obawiasz?
- Z tob膮 hetman Branicki nie straszny mi wcale.
Ksi膮偶臋 za艣mia艂 si臋 hardo. Oddany ca艂ej sprawie i tak samo w ni膮 wierz膮cy.
- Nie ul臋kn臋 si臋, w istocie – skin膮艂 godnie. – Ani jego, ani Rosjan. Ludzie przyszli, bo chc膮 widzie膰, jak wobec spisku mocarstw kr贸l post膮pi, czy z Narodem stanie. Za spraw膮 s膮, jak i my. Na jedno skinienie czekaj膮. Byle tylko przeniewierc膮 kr贸la nie okrzykn臋li sejmowi pajace. Tej dziedziczno艣ci i wskazania nast臋pcy uchwyci膰 si臋 zechc膮. 呕e nie tak przysi臋ga艂 przy elekcji.
- Ju偶 to tak ma by膰 pokierowane, by nie od kr贸la wysz艂o, a by jedynie uleg艂 proszony.
Ksi膮偶臋 odruchowo powi贸d艂 wzrokiem ku zamkowi, z siod艂a lepiej widz膮c tak偶e t艂umy pod Zygmuntem si臋 zaczynaj膮ce, a wychodz膮ce daleko mi臋dzy ulice.
- Nar贸d z nami… - niedowierza艂, czuj膮c przepe艂niaj膮c膮 dum臋 i typow膮 sobie ch臋膰 dzia艂ania.
- Oby dzi艣 si臋 zi艣ci艂o. Oby nie roz艂o偶yli czytania i deliberacji na trzy przepisowe dni, bo oszalej臋.
- A Karol? Widzia艂 co? Przepowiedzia艂?
Marcel zaprzeczy艂 gestem, zmartwiony jednako偶.
- Bywaj – po偶egna艂 si臋, brn膮c mi臋dzy mieszczanami ku zamkowym pomieszczeniom.
Tymczasem w sali senatorskiej, gdzie miano sejmowa膰, wrza艂o ju偶 jak w ulu tu偶 przed wyrojeniem. Wiadomo by艂o wi臋kszo艣ci, 偶e planowane jest odej艣cie od zwyczajowego dla pocz膮tku miesi膮ca obradowania nad sprawami skarbowymi. S艂owo „spisek” tak sprytnie wpuszczono w majowe powietrze, 偶e nie da艂o si臋 go nie us艂ysze膰.
Marcel wtopi艂 si臋 w t艂um na galeriach, za jedyny warunek maj膮c mo偶liwo艣膰 widzenia otoczenia kr贸la. Mierzy艂 wzrokiem w kolejne osoby, z niekt贸rymi wymieniaj膮c nieznaczne skinienia g艂owy.
Oko艂o godziny jedenastej marsza艂ek Ma艂achowski otworzy艂 posiedzenie. I na wst臋pie wyj膮tkowo o艣wiadczy艂, 偶e Deputacja do Interes贸w Zagranicznych ma wa偶ne sprawy do doniesienia.
Rozgorza艂o z lekka, a s艂owo „spisek” zn贸w odbi艂o si臋 po sali. A 偶e wielu s艂ysza艂o ju偶 o projekcie naprawiaj膮cej ustawy, kt贸ra by postawi艂a kraj na nogi gotowym na wszelakie ataki, jeden najgadatliwszy i najbardziej zapalony pose艂 ziemi kaliskiej wypcha艂 si臋 przed innych, rw膮c darowany order z piersi, po czym rzucaj膮c si臋 przed kr贸lewskim tronem na kolana.
Z ust Marcela doby艂o si臋 suche mrukni臋cie:
- Jan Suchorzewski.
Szlachcic za艣 za偶膮da艂 udzielenia sobie g艂osu, po czym rozlabiedzi艂 si臋 swoim zwyczajem:
- Zgadzam si臋 na to, aby u偶y膰 wszelakich sposob贸w do zapobie偶enia spikni臋ciu si臋 chciwych s膮siad贸w na zab贸r naszych prowincji, ale nie pod艂贸g projektu, kt贸ry na konfederacji niekt贸rych jest u艂o偶ony!
- Znasz 贸w projekt, wa膰pan?! 呕e tak 艂atwo s膮dzisz?! – Marcel rzuci艂 na tyle dono艣nie, by cz臋艣膰 us艂ysza艂a, na tyle cicho, by zosta膰 w cieniu zdarzenia.
- Sk膮d zna膰 mo偶e, kiedy na czytaniu wczoraj nie by艂? – dopowiedzia艂 kto艣 zaraz.
Pose艂 Suchorzewski zmitygowa艂 si臋, lecz nie porzuci艂 animuszu.
- Nie czyta艂em go wprawdzie – przyzna艂 – ale, jak mi o nim m贸wiono, wywraca wolno艣膰 polsk膮, utrzymywan膮 przez tyle wiek贸w, kuje p臋ta pod pozorem obrony!
- A kto wa膰panu dyktuje, co s膮dzi膰 sam ma?! – wtr膮ci艂 znowu Marcel. – Rozum sw贸j mie膰 trzeba, oczy i uszy tako偶!
Wielu za艣mia艂o si臋, wszak pose艂 Suchorzewski z dawien po sejmach wiele krzycza艂, a ma艂o kiedy swoje przemy艣lenia.
Tym razem, jak zazwyczaj, nie da艂 sobie g艂osu 艂atwo zabra膰.
- Brzydz臋 si臋 takimi sposobami – tr膮bi艂 – kt贸re do niewoli prowadz膮! Chc臋 ojczyzny broni膰 dlatego, 偶em wolny, a je偶eli b臋dzie despotyzm, gardz臋 ni膮 i o艣wiadczam si臋 nieprzyjacielem Polski, ratowa膰 jej przez w艂o偶enie kajdan na wolnych nie my艣l臋!
Cz臋艣膰 si臋 o艣mia艂a, cz臋艣膰 zaszumia艂a w oburzeniu.
- Dajcie do g艂osu doj艣膰! – stronnicy „patriot贸w” 艂atwo pokierowali w t膮 stron臋. – Niech Deputaci m贸wi膮 o co chodzi!
Marcel wymieni艂 z kim艣 skinienie. Dobrze sz艂o – maj膮cy wyjawi膰 rewelacje na temat tajnych zamierze艅 pa艅stw o艣ciennych pose艂 Matuszewicz, w imieniu Deputacji zabra艂 g艂os.
S艂uchaj膮c jednym uchem o zdradzanych gro藕bach nowego rozbioru, drugim zaniepokojonych komentarzy pos艂贸w, Marcel by艂 dobrej my艣li. Nic tak nie jednoczy艂o Polak贸w, jak wr贸g u bram…Przynajmniej dawniej.
- Najja艣niejszy Panie! – po wszystkim przem贸wi艂 Ignacy Potocki, zwracaj膮c si臋 do kr贸la zgodnie zreszt膮 z planem. – Odkryj nam swoje widoki ku ratowaniu ojczyzny! Ty do tej us艂ugi masz pierwsze prawo, ch臋膰 i zdolno艣膰 niew膮tpliw膮!
Stanis艂aw August, po rozm贸wieniu si臋 z ministrami, zabra艂 g艂os:
- S艂yszane dzi艣 raporta z zagranicy sprawiaj膮 coraz wi臋ksze przekonanie, 偶e przeci膮ganie ustawy rz膮du naszego jest pewn膮 dla nas szkod膮…
Sala ucich艂a, a Marcel nabra艂 powietrza, czuj膮c, 偶e zaczyna si臋 dzia膰 upragnione.
- Zastanawia艂em si臋 od kilku miesi臋cy – g艂os kr贸la dostojnie wype艂nia艂 sal臋 sejmow膮 – nad sposobami, jakich by nam j膮膰 si臋 trzeba. – I w prosty spos贸b podda艂 przeczytanie powstaj膮cej d艂ugo wcze艣niej ustawy naprawiaj膮cej.
- Prosimy o projekt! – Marcel z ch贸rem stronnik贸w konstytucji przeforsowali jej przeczytanie.

***


Karolek niecierpliwie przemierza艂 sypialni臋, szukaj膮c uspokojenia, zaj臋cia, czegokolwiek, co pomog艂oby mu przesta膰 my艣le膰 o strachu wobec tego, co dzia艂o si臋 w Warszawie. Jednak nie udawa艂o si臋, a chodzenie bez celu wprowadza艂o w jego umys艂 jeszcze wi臋kszy chaos.
Wreszcie zatrzyma艂 si臋 przy biurku, wbijaj膮c wzrok w porzucone tam p艂achty zapisanego papieru.
- „Wszelaka w艂adza spo艂eczno艣ci ludzkiej – zacz膮艂 czyta膰 p贸艂g艂osem – pocz膮tek sw贸j bierze z woli narodu. Aby wi臋c ca艂o艣膰 pa艅stw, wolno艣膰 obywatelska i pocz膮tek spo艂eczno艣ci w r贸wnej wadze na zawsze zostawa艂y, trzy w艂adze rz膮du narodu polskiego sk艂ada膰 powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze sk艂ada膰 b臋d膮, to jest w艂adza prawodawcza w stanach zgromadzonych, w艂adza najwy偶sza wykonawcza w kr贸lu i stra偶y i w艂adza s膮downicza w jurysdykcjach…”
Zerkn膮艂 na zaznaczony obok fragment z innej karty.
- „Jak pisa艂 Monteskiusz” – przeczyta艂 komentarz. I szepta艂 do siebie, czytaj膮c: - „W ka偶dym pa艅stwie istniej膮 trzy rodzaje w艂adzy; w艂adza prawodawcza, w艂adza wykonawcza rzeczy nale偶膮cych do prawa narod贸w i w艂adza wykonawcza rzeczy nale偶膮cych do prawa cywilnego… - przejecha艂 wzrokiem dalej. – Kiedy w jednej i tej samej osobie, lub w jednym i tym samym ciele, w艂adza prawodawcza zespolona jest z wykonawcz膮, nie ma wolno艣ci; poniewa偶 mo偶na si臋 l臋ka膰, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowi艂 tyra艅skich praw, kt贸re b臋dzie tyra艅sko wykonywa艂.”
Potem przerzuci艂 kilka kart, wracaj膮c do tych naj艣wie偶szych, najbardziej pokre艣lonych.
- „Wszystko i wsz臋dzie wi臋kszo艣ci膮 g艂os贸w zdecydowane by膰 powinno, przeto liberum veto, konfederacje wszelakiego gatunku i sejmy konfederackie, jako duchowi niniejszej konstytucji przeciwne, rz膮d obalaj膮ce, spo艂eczno艣膰 niszcz膮ce na zawsze znosimy.” – Wy艂owi艂 jeszcze jedno zdanie: - „Tron polski elekcyjnym przez familie mie膰 na zawsze chcemy i stanowimy.”
Przetar艂 oczy, wertuj膮c dalej w kartach pisanych b膮d藕 drukowanych po angielsku, francusku, polsku. Przek艂ada艂 konstytucj臋 ameryka艅sk膮, z t艂umaczeniami dopisanymi z boku. Powoli czu艂, 偶e lektura zaczyna go wci膮ga膰. Odetchn膮艂 i u艣miechn膮艂 si臋.
- „Uwa偶amy za niezbite i oczywiste prawdy: 偶e ludzie zostali stworzeni r贸wnymi sobie…” Deklaracja Niepodleg艂o艣ci… Amerykanie… – I wyczyta艂 dopisek przy t艂umaczeniu poczyniony r臋k膮 Marcela: - „A Czarni?” – Zas臋pi艂 si臋. – Hmm?
Mimo wszystko by艂 dumny z tego, co wyczyta艂, na koniec wracaj膮c do pierwszej strony polskiego tekstu.
- „Ustawa Rz膮dowa” – przeczyta艂 dostojnie, g艂adz膮c szorstk膮 kart臋.

***


- Nie b臋dzie aklamacji… - Marcel wymieni艂 zaniepokojone spostrze偶enie z panem Potockim, gdy po kilku godzinach doko艅czono czytanie.
- Nie da rady – pose艂 skin膮艂, r贸wnie zawiedziony. I obaj teraz, w艣r贸d brzmi膮cych licznych sprzeciw贸w po czytaniu, wygl膮dali rozgrywki marsza艂ka.
- B臋d膮 chcieli normalnego trybu – dla Marcela i wielu by艂o to jasne. Cho膰 liczyli skrycie na wi臋kszy zachwyt. – Trzech dni debatowania co najmniej.
- Dwa w tym wieku mamy najdawniejsze rz膮dy republika艅skie: angielski i ameryka艅ski – marsza艂ek Ma艂achowski pr贸bowa艂 ratowa膰 my艣l o przyspieszonym trybie zatwierdzenia, u艣wiadamiaj膮c pos艂om wag臋 proponowanej ustawy. – Ale ten, kt贸ry dzi艣 ustanowi膰 mamy, b臋dzie nad nie doskonalszym!
Tymczasem w艣r贸d szlachty rozesz艂o si臋 o ten najbardziej si臋 rzucaj膮cy w ucho dziedziczny tron.
- Zgoda! – patrioci pr贸bowali podda膰 taki nurt og贸艂owi, lecz nie sz艂o tym razem.
- Nie ma zgody! – pose艂 Suchorzewski przedar艂 si臋 znowu na 艣rodek zgromadzenia, tym razem ci膮gn膮c sze艣cioletniego syna. – Zabij臋 w艂asne dzieci臋, aby nie do偶y艂o niewoli, kt贸r膮 projekt krajowi gotuje! – zakrzykn膮艂, got贸w targn膮膰 si臋 w ca艂ym teatrzyku na zap艂akanego i wystraszonego ma艂ego.
- Ogoli膰 g艂ow臋 wariatowi i odes艂a膰 go do czubk贸w! – zakrzykn膮艂 w irytacji, ale i z艂o艣liwie biskup Krasi艅ski.
Wszak cierpliwo艣膰 wi臋kszo艣ci do wyst膮pie艅 Suchorzewskiego, kt贸ry pionkiem jedynie by艂 dla opozycji, sko艅czy艂a si臋 ostatecznie.
Mimo, 偶e wyprowadzono krzykacza oraz zap艂akane dziecko, nawet przychylnie nastawieni do zmian pos艂owie nie byli tym razem zachwyceni tak nag艂ym nie tylko porzuceniem wolnych elekcji, ale przede wszystkim nachalnymi metodami, kt贸rymi chciano tego dokona膰.
- Mamy trzy dni! – domagano si臋. – Trzy dni na debat臋! Tak m贸wi regulamin!
- A skarb?! – dodawali inni, przypominaj膮c, 偶e przecie偶 obrady w pocz膮tku miesi膮ca w艂a艣nie taki winny mie膰 temat. – Czy skarb i wojsko nie wa偶ne przy ratowaniu kraju?!
Marcel pokr臋ci艂 g艂ow膮, omal nie w膮tpi膮c w powodzenie.
Jednak marsza艂ek Ma艂achowski walczy艂 niestrudzenie, w istocie sprawiaj膮c wra偶enie, 偶e l臋ka si臋 przed艂u偶ania debat przy zagro偶eniu z zewn膮trz.
- Nie czas na deliberacje! – oznajmi艂. – W dniu takim jak ten, rewolucji dniu, dla zbawienia ojczyzny usta膰 winny wszelkie formalno艣ci! Zarz膮dzam skr贸con膮 procedur臋 uchwalania tego projektu! Niech zgadzaj膮cy si臋 zachowaj膮 milczenie, a przeciwni niech si臋 odezw膮!
Marcel wstrzyma艂 oddech, 艂ypi膮c po sali.
- Nie ma zgody! – pad艂o pierwsze, potem jeszcze kilka nast臋pnych, naliczy艂 jedena艣cie.
Po paru przem贸wieniach przeciwnik贸w, sko艂owani pos艂owie za偶膮dali ponownego czytania.
W duchocie, g艂odzie i nerwach Marcel wywr贸ci艂 oczami, kr臋c膮c g艂ow膮 w rezygnacji. By艂o ju偶 po osiemnastej, po siedmiogodzinnej sesji. Nie wygl膮da艂o na to, 偶e uda si臋 cokolwiek przeforsowa膰.
Rozgorza艂a batalia odno艣nie ponownego czytania. Jedni byli gotowi deliberowa膰 mimo p贸藕nej pory, inni si艂 nie czuli po temu, jeszcze komu艣 na r臋k臋 by艂o przeci膮ganie sprawy.
Stanis艂aw August zw膮tpi艂, zblad艂. Wyczekiwa艂 jakiego艣 punktu zaczepienia.
I wtedy pose艂 z Inflant Micha艂 Zabie艂艂o, forsuj膮c spraw臋 pomimo ci膮gn膮cej si臋 debaty, nieoczekiwanie wezwa艂 do przyj臋cia ustawy.
- Panowie, wr贸g u bram, czasu ma艂o! Jeszcze raz: kto jest za?! – pad艂o.
Kr贸l, chc膮c co艣 doda膰, podni贸s艂 r臋k臋, by mu dano g艂os.
- Kr贸l r臋k臋 do przysi臋gi podni贸s艂! – Oczy Marcela o偶ywi艂y si臋 znienacka, widz膮c w zaj艣ciu dogodn膮 sposobno艣膰. – Vivat kr贸l! Vivat konstytucja!
Przez sejmuj膮cych przesz艂y ciarki pobudzenia. Kr贸l by艂 „za”! Przysi臋ga膰 zaczyna!
- Vivat kr贸l! – podchwycono szybko w kr臋gach zwolennik贸w reform.
Wracaj膮cy jak natr臋tna mucha Suchorzewski, ockn膮艂 si臋 i zrobi艂 wok贸艂 zamierzenia przysi臋gi tym wi臋ksze rozbudzenie, czyni膮c je ju偶 teraz zauwa偶alnym dla ka偶dego. Nie wiedz膮c, 偶e swoj膮 偶a艂osn膮 parodi膮 Rejtana, tylko przyczyni艂 si臋 znienawidzonej ustawie. Rzuci艂 si臋 bowiem przed kr贸la, rozdzieraj膮c szaty.
- Nie przysi臋gaj, Wasza Kr贸lewska Mo艣膰! – wo艂a艂. – Bo艣 ju偶 bogu i ojczy藕nie przysi臋ga艂! – przypomnia艂 sprzeczne obiecanie co do nie wyznaczania nast臋pcy. – Dotrzymaj przeto raz Bogu i ojczy藕nie uczynionych 艣lub贸w!
Kr贸l, cho膰 z pocz膮tku sko艂owany nieporozumieniem, szybko postanowi艂 wykorzysta膰 je. Nie do ko艅ca wierz膮c w to, co nast臋powa艂o, zach艂ysn膮艂 si臋 szcz臋艣ciem. Nie ugi膮艂 si臋, maj膮c ju偶 r臋k臋 wyci膮gni臋t膮 ku g贸rze.
Wkr贸tce rota przysi臋gi na now膮 konstytucj膮 zabrzmia艂a z jego ust.

***


- „W imi臋 Boga, w Tr贸jcy 艢wi臋tej Jedynego, Stanis艂aw August z Bo偶ej 艂aski i woli Narodu Kr贸l Polski, Wielki Ksi膮偶臋 Litewski… - Karol powoli wyci膮ga艂 d艂o艅 ku zapisanej karcie. Chcia艂 tego, co mia艂o nast膮pi膰 po dotkni臋ciu. Czu艂, 偶e nadchodzi艂o. Ba艂 si臋, ale musia艂 to zrobi膰. 艢wiadomie i w skupieniu po艂o偶y艂 d艂o艅 na pierwszej stronie konstytucji. – „…dla ugruntowania wolno艣ci, dla ocalenia ojczyzny naszej i jej granic – wymawia艂 jej s艂owa, przenikany coraz straszniejszym dreszczem – z najwi臋ksz膮 sta艂o艣ci膮 ducha, niniejsz膮 konstytucj臋 uchwalamy…”
J臋kn膮艂 nagle, czuj膮c czarny chropowaty tekst, wciskaj膮cy si臋 w polski obco艣ci膮 i wrogo艣ci膮. To ju偶 nie by艂a konstytucja…
- „Za dow贸d, jaki w Polsce panuje nastr贸j umys艂贸w, s艂u偶y wyznanie znaczniejszych cz艂onk贸w przys艂anej tu delegacji konfederackiej: skoro wojska rosyjskie ust膮pi膮 z Rzeczypospolitej, wszystko, zaprowadzone pod ich os艂on膮, w mgnieniu oka zostanie wywr贸cone. Bardziej nas jeszcze obchodzi艂o szerzenie si臋 w Polsce zgubnych doktryn francuskich… Wzi膮wszy pod uwag臋 niesta艂o艣膰… narodu polskiego… osobliwie za艣 ujawnion膮 sk艂onno艣膰 do wyuzdania i szale艅stw francuskich, przechodzimy do prze艣wiadczenia, 偶e nie mo偶emy w nim mie膰 s膮siada spokojnego i bezpiecznego dop贸ty, dop贸ki nie b臋dzie doprowadzony do zupe艂nej bezsilno艣ci i niemocy.”
Otworzy艂 oczy… Uderzy艂a go straszna my艣l: czyta艂 po rosyjsku!
- Caryca…
Tym razem ju偶 w zbuntowanej ciekawo艣ci mocniej nacisn膮艂 na papier, 艣wiadomie zamkn膮艂 oczy, czekaj膮c na bolesny dreszcz. Chcia艂 go, tym razem naprawd臋: chcia艂 wiedzie膰.
Przysz艂o. A偶 targn臋艂o Karolem.
- „Nie chc膮c sejmu ordynaryjnego w roku 1788 zacz臋tego – czyta艂 pojawiaj膮ce si臋 w jego g艂owie s艂owa – p贸藕niej w rewolucyjny na dniu 3 maja 1791 zamienionego, dla potomnych czas贸w zostawia膰 pami膮tki, ten偶e sejm za powszechn膮 zgod膮 zgromadzonych Rzeczypospolitej stan贸w… za nieby艂y… - zwolni艂 w zgrozie – i wyroki od niego wypad艂e za nic nie znacz膮ce deklarujemy…”
Palce nie艣wiadomie zacisn臋艂y si臋 na kartce, mn膮c j膮 prawie konwulsyjnie.
Karol 艂apczywie zaczerpn膮艂 powietrza, szukaj膮c w my艣lach.
- Co to by艂o?! – nie m贸g艂 doj艣膰 do r贸wnowagi, sieczony pe艂nym grozy tekstem. – Co to, na Boga, by艂o…?
W poszukiwaniu ostoi z艂apa艂 pierwsz膮 kart臋 konstytucji i przytuli艂 do piersi. Nie wiedzia艂 co mia艂y znaczy膰 majaki, kt贸rych do艣wiadczy艂, ale nie chcia艂 d艂u偶ej siedzie膰 sam. Schowa艂 kart臋, niczym relikwi臋, pod koszul臋 i jak sta艂, tak wypad艂 z mieszkania, rzucaj膮c si臋 w miasto.

***


Kiedy kr贸l ruszy艂 do przej艣cia wiod膮cego z zamku do kolegiaty, gdzie wszyscy mieli zaprzysi膮c ustaw臋 przed Bogiem, na zewn膮trz grzmia艂y ju偶 liczne armatnie salwy.
- Uda艂o si臋 – blady monarcha 艣cisn膮艂 w roztargnieniu Marcela, stoj膮cego jak zwykle na uboczu. – Uda艂o si臋… Nie wierz臋.
Uroczyste wystrza艂y oznajmi艂y stolicy i przyleg艂ym wioskom, 偶e po d艂ugich godzinach dosz艂o do wielkiego zjednoczenia Polak贸w co do ratowania kraju. W艂a艣nie w tym ge艣cie, nie dzielenia narodu, marsza艂ek litewski Sapieha, kt贸ry powa偶ne w膮tpliwo艣ci mia艂 co do ustawy, odrzuci艂 je, niesiony, jak i Ma艂achowski przez rozradowany t艂um ulic膮.
- Litwa i Korona razem – m贸wiono.
Tego samego wieczora w ko艣ciele 艣wi臋tego Jana rozbrzmia艂a zbiorowa przysi臋ga i g艂o艣ne Te Deum.

***


Karol bieg艂, a w jego g艂owie wystrza艂y triumfu spod zamkowych mur贸w miesza艂y si臋 z innymi strasznymi salwami armat i dzia艂, wychodz膮cymi raz z rzeczywisto艣ci, innym razem z jego na wp贸艂 oszala艂ej g艂owy. Widzia艂 niebo barwione 艣wiat艂em sztucznych ogni, zaraz potem 艂un膮 po偶ogi i nieznanych sobie pocisk贸w spadaj膮cych zewsz膮d na miasto.
Zamar艂, wypad艂szy przed zamek. Zach艂ysn膮艂 si臋 powietrzem. W opadaj膮cej mgle py艂u i gasn膮cej 艂unie po偶aru trawi膮cego miasto ujrza艂 ruin臋…
- Cisza… Wida膰 modl膮 si臋. – G艂os jakiej艣 mieszczki z boku wr贸ci艂 Karola do przytomno艣ci. – Ko艣ci贸艂 Jana tak jest przepe艂niony, 偶e szpilki nie wci艣nie!
Karol jeszcze raz spojrza艂 na zamek i odetchn膮艂. Budynek sta艂, jak wczoraj, pod nim t艂um. Wszyscy radzi i wiwatuj膮cy.
- Tyle wojen… przed tym biednym miastem… - Karol j臋kn膮艂, a oczy zapiek艂y go, wysuszone strasznymi obrazami.
Nieszcz臋艣liwy, wiedzia艂 tylko, 偶e t臋skni za Marcelem. Marzy艂 o tym, 偶eby ukry膰 si臋 w jego ramionach i zapomnie膰.
Pow艂贸czy艂 si臋 ku Wi艣le. By艂 chyba jedyn膮 osob膮 tamtego dnia w mie艣cie, kt贸ra sz艂a ulicami w zupe艂nym odarciu z jakichkolwiek emocji. Apatyczny, wycie艅czony, nie wiedzia艂 gdzie si臋 podzia膰. Jedyne miejsce, kt贸re przysz艂o mu do g艂owy to to nad rzek膮, obok tatarak贸w, gdzie zakocha艂 si臋 w Marcelu. Tam usiad艂 na zwalonym drzewie, tym samym, na kt贸rym siedzieli wtedy.
I tam o zmierzchu znalaz艂 go zaniepokojony przyjaciel.
Nic nie powiedzia艂, tylko w uldze spocz膮艂 obok i otoczy艂 pe艂nego zw膮tpienia ch艂opaka ramieniem. Wywo艂a艂 ciep艂y dreszcz w ciele m艂odego. Zaraz potem okry艂 go jeszcze p艂aszczem, jak wtedy.
- Widzia艂e艣 co艣 – domy艣li艂 si臋.
M艂odzieniec skin膮艂, opieraj膮c g艂ow臋 na jego ramieniu.
- Nie chcesz wiedzie膰, tak? – domy艣li艂 si臋 smutno.
O dziwo, po kr贸tkim wahaniu, Marcel zaprzeczy艂:
- Chc臋, 偶eby艣 m贸g艂 to z siebie wyrzuci膰.
- Liczne wojny… Straszne, nie chc臋 tego pami臋ta膰.
- Przez to? Przez dzisiejsz膮 rewolucj臋?
Karol zaprzeczy艂 gestem, potem zmarszczy艂 brwi, poddaj膮c si臋 w艂a艣ciwie.
- Nie wiem… - stwierdzi艂 na koniec. – Ale – tu oprzytomnia艂, przypominaj膮c sobie jedno – kto艣 b臋dzie chcia艂 uniewa偶ni膰 wszystkie reformy tego sejmu! I dzisiejsz膮 ustaw臋! To stanie si臋… w Rosji. Tak my艣l臋.
M臋偶czyzna przygarn膮艂 go, uspokajaj膮c. Sam zapatrzy艂 si臋 w Wis艂臋.
- Wiemy, 偶e b臋dzie wojna – szepn膮艂 bardziej do siebie, ni偶 do Karolka, kt贸rego przecie偶 gdzie艣 w g艂臋bi duszy tak bardzo nie chcia艂 martwi膰.
- Kto wie?
- Wielu z nas… - Marcel pospiesznie zwr贸ci艂 rozmow臋 w inn膮 stron臋. – Rosja wnet wojn臋 z Turcj膮 sko艅czy, zobaczysz, 偶eby m贸c tu „t艂umi膰 rewolucj臋”. Mo偶e nie mamy wojska licznego jak ci, kt贸rzy tu przyjd膮, ale mamy oficer贸w kszta艂conych w Korpusie, kt贸rych zazdroszcz膮 nam w 艣wiecie.
- Jak ksi膮偶臋 J贸zef? – Karolek u艣miechn膮艂 si臋 dziecinnie.
- Junak, owszem.
- I ten pan Ko艣ciuszko? M贸wi膮, 偶e pom贸g艂 Amerykanom uwolni膰 si臋 od Anglii!
- Tak. Uczyli si臋 od niego fortyfikowa膰, by艂 im naczelnym in偶ynierem. W Polsce szkoli艂 si臋 z tego, nie gdzie indziej. A przy tym ma prawdziwy talent. Pozna艂em go kiedy艣, nasz junak wozi艂 go t膮 swoj膮 kariolk膮 razu jednego. – Tu powesela艂 na wspomnienie. – A najwa偶niejsze, 偶e wr贸ci艂 do nas. Jest wielu, kt贸rzy b臋d膮 strzec naszego kraju, Karol. Musimy mie膰 wiar臋.
- Tak – ch艂opak skin膮艂.
Marcel pog艂aska艂 go po w艂osach, patrz膮c czule.
- Wiesz – zacz膮艂 spokojnie – pomy艣la艂em o nie tak dawnej propozycji jednego z mych przyjaci贸艂, Waleriana Dzieduszyckiego. Dosta艂 on, czy kupi艂, przy ca艂ym zamieszaniu jakie jeszcze si臋 ci膮g艂o po zaborze naszych ziemi, maj膮tek za Krakowem. Spory klucz wsi, a wszystkie znam z dzieci艅stwa, bo nale偶a艂y przed konfederacj膮 barsk膮 do mojego tynieckiego opactwa. Kiedym powiedzia艂, 偶e wychowankiem jestem tynieckich benedyktyn贸w i 偶e Krak贸w to moje tereny z dzieci艅stwa, od razu zaprosi艂 mnie do siebie. W Radziszowie na przyk艂ad folwark ma. Pami臋tam go, cho膰 pewnie podupad艂 do teraz. Pan Walerian ubolewa艂 nad brakiem czasu i g艂owy do tych maj膮tk贸w – tu zerka艂 na reakcj臋 Karola – wi臋c rzek艂 mi nawet, 偶e pomieszka膰 m贸g艂bym tam prze pewien czas… gdybym ochot臋 mia艂 uciec przed wielkim 艣wiatem. Co ty na to? Pojecha艂by艣 tam ze mn膮? Do moich dziecinnych stron, do Radziszowa? Teraz latem, p贸ki…
- P贸ki co?
Marcel zmiesza艂 si臋. A Karol sam zako艅czy艂:
- P贸ki nie zacznie si臋 wojna…












Komentarze
germatoid dnia listopad 07 2016 22:26:50
Witaj maj, trzeci maj!

Pierwsze, co si臋 rzuca w oczy to ten tw贸r w tytule rozdzia艂u. To "3-ciego" dosy膰 strasznie wygl膮da... ale potem liczebniki porz膮dkowe s膮 ok. Uwa偶a膰 na t膮/t臋 (chyba przy okazji Ballady o tym pisa艂em, cho膰 zdaje si臋, 偶e tak czy siak by艂o to ju偶 po napisaniu tego rozdzia艂u, ale ponawiam).

Wydaje mi si臋, 偶e ten rozdzia艂 toczy si臋 wolniej od poprzednich, ale to dobrze, w艂a艣nie o tym tak cz臋sto marudzi艂em. Tutaj mam wra偶enie, 偶e jest wi臋cej oddechu, czasu na wyprowadzenie detali, opis贸w. To dosy膰 dobrze buduje atmosfer臋 wok贸艂 wznios艂o艣ci/istotno艣ci opisywanego wydarzenia. Nie wiem na ile to Twoja intuicja i przeczucie, a na ile po prostu decyzja (bo zdaje si臋, 偶e wielkimi krokami weszli艣my w kluczow膮 akcj臋). Ponownie natkniemy si臋 na wiele s艂贸w, kt贸rych raczej na co dzie艅 nie us艂yszymy - to te偶 na plus. W tym rozdziale oddalamy si臋 od w膮tku romantycznego (tak to nazw臋) pomi臋dzy Marcelem i Karolem, ale dobrze, 偶e nie kr臋cimy si臋 tylko wok贸艂 romansu/zwi膮zku/mi艂o艣ci tych dwojga. Oczywi艣cie, to wszystko jest bardzo wa偶ne (najwa偶niejsze?), ale - jako czytelnik - mam poczucie, 偶e chodzi o "co艣 jeszcze". No i ponownie t艂o historyczne, tak 艂adnie oparte na 藕r贸d艂ach smiley
ak dnia listopad 08 2016 23:39:20
No w艂a艣nie obawia艂am si臋 tego odej艣cia od mi艂o艣ci na rzecz historii, dla wielu b臋dzie nudne pewnie, ale dzi臋ki, 偶e Ty doceni艂e艣smiley
Co do "t臋" jestem niereformowalna, wiem, tak jak do "oczami" i te pe...

smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, 縠by m骳 dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dost阷ne tylko dla zalogowanych U縴tkownik體.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, 縠by m骳 dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa U縴tkownika

Has硂



Nie jeste jeszcze naszym U縴tkownikiem?
Kilknij TUTAJ 縠by si zarejestrowa.

Zapomniane has硂?
Wy渓emy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze sta艂e, cykliczne projekty



Tu jeste艣my
Bannery do miejsc, w kt贸rych mo偶na nas te偶 znale藕膰



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemno艣ci膮 艣ledz臋 Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpud艂a :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, je艣li kto艣 tu zagl膮da i chce wiedzie膰, co porabiam, to mo偶e zajrze膰 do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z r贸偶nych przyczyn staram si臋 by膰 optymist膮, wi臋c b臋d臋 trzyma艂 kciuki 偶eby uda艂o Ci si臋 odtworzy膰 to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro s艂ysze膰, Jash. Wprawdzie nie czyta艂em Twojego opowiadania, ale szkoda, 偶e nie doczeka si臋 ono zako艅膰zenia.

Archiwum