The Cold Desire
   Strona G艂贸wna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsy艂ania prac WYDAWNICTWO
Pa糳ziernik 15 2019 09:34:36   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Sk贸rki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
艢CIANA S艁AWY
Tutaj b臋d膮 umieszczane odnosniki do stron, na kt贸rych znalaz艂y si臋 recenzje wydanych przez nas ksi膮偶ek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez nasz膮 stron臋. W celu zobaczenia szczeg贸艂贸w nale偶y klikn膮膰 w dany banner





Witamy
Strona ta po艣wi臋cona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazuj膮cemu relacje homoseksualne pomi臋dzy m臋偶czyznami. Je艣li jeste艣 zagorza艂ym przeciwnikiem lub w jaki艣 spos贸b nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opu艣膰 t臋 witryn臋 - reszt臋 naszych Go艣ci serdecznie zapraszamy
Opowie艣膰 trzeciomajowa 5


Rozdzia艂 pi膮ty

O tym, kim naprawd臋 jest Marcel Tyniec i o herbatce u samego kr贸la



- Kim ty w艂a艣ciwie jeste艣? – nie wytrzyma艂 Karolek, wiedziony przez Marcela w coraz dziwniejsze zakamarki Zamku Kr贸lewskiego.
- Nikim wa偶nym. Doros艂ym, kt贸ry za dziecka znalaz艂 si臋 w odpowiednim miejscu. I przypadkiem wp艂yn膮艂 na los swego w艂adcy. – Tu m臋偶czyzna u艣miechn膮艂 si臋. – Troch臋 podobnie, jak ty, co?
Karol domy艣la艂 si臋, 偶e nie by艂 to czas na zwierzenia, mimo wszystko brak wiedzy na temat swojego tajemniczego nowopoznanego przyjaciela zaczyna艂 mu doskwiera膰. Zw艂aszcza, kiedy po mini臋ciu opustosza艂ego dziedzi艅ca zamczyska, otwarto przed nimi kute drzwi, a cz艂owiek widz膮cy Marcela zachowywa艂 si臋, jak wobec bywalca. Nie spyta艂 nawet o przyprowadzonego Karola, uznaj膮c najwyra藕niej, 偶e Marcel ma prawo decydowa膰 o odwiedzaj膮cych zamek go艣ciach.
By艂o ju偶 po zmroku, a wn臋trze, ku zdziwieniu Karolka, wcale nie l艣ni艂o licznymi 偶yrandolami. Marcel otrzyma艂 lamp臋, po czym powi贸d艂 Karola w znanym sobie kierunku.
Kiedy znale藕li si臋 w kolejnej mrocznej i tchn膮cej ple艣ni膮 komnacie, m臋偶czyzna z艂agodnia艂 na twarzy, bior膮c Karolka za r臋k臋. Zatrzymali si臋 na moment.
- Tak tu pusto… - szepn膮艂 ch艂opak, szcz臋艣liwy z u艣cisku du偶ej, ciep艂ej d艂oni.
- Inaczej sobie wyobra偶a艂e艣 kr贸lewski dom?
- Tak.
- Kr贸l mieszka w ma艂ej cz臋艣ci, nie jak pan, raczej niczym lokator.
- A tu? – Karol rozejrza艂 si臋 po s艂abo o艣wietlonych gratach zostawionych jakby przez dawnych w艂adc贸w.
Marcel nie zwraca艂 uwagi na nikomu od lat nie potrzebne tarcze, zbroje, czy proporce. Dopiero teraz krytyczniej przyjrza艂 si臋 jakiemu艣 amorkowi, upiornie spogl膮daj膮cemu w艂a艣nie na nich.
- Przyda艂aby si臋 kr贸lowi 偶ona z dworem i czeladka dzieci – musia艂 przyzna膰. – O偶ywi艂yby mo偶e to stare zamczysko. Teraz natchnieniem to raczej dla duch贸w, w istocie. – Marcel przytuli艂 d艂o艅 ch艂opaka do ust. Tak bardzo cieszy艂 si臋 z jego towarzystwa tutaj. – Nie b贸j si臋 – szepn膮艂 – to przyjazne duchy, a ja znam drog臋 do 偶ywych.
- Vivat rex! – Karol przeczyta艂 jeden ze 艣ciennych napis贸w. Poja艣nia艂. – Te wszystkie proporce, portrety… - Nagle jego oczy otwar艂y si臋 szerzej. Ruszy艂 w nowym kierunku, w roztargnieniu zostawiaj膮c Marcela.
Niewiele si臋 namy艣laj膮c, wyci膮gn膮艂 d艂o艅 ku tafli starego zwierciad艂a. A potem, urzeczony wabi膮c膮 magi膮 przedmiotu, dotkn膮艂 lustra.
Zamkn膮艂 oczy, nieznacznie marszcz膮c brwi. Ciche i wystraszone „nie” wyrwa艂o mu si臋 z ust. Jednak dopiero ostry b艂ysk marcelowej lampy odbity w zwierciadle zdo艂a艂 wyrwa膰 go z dziwnej nieprzytomno艣ci.
- Nie… - wargi ch艂opaka powt贸rzy艂y kilka razy to jedno s艂owo. – Widzia艂em czarnego dwug艂owego or艂a… Obce wojsko… Rosjan. Widzia艂em jak tu wchodz膮…
- Ciii… - m臋偶czyzna otoczy艂 go ramieniem, kryj膮c z艂e wra偶enie. – Nie mo偶esz tak… Ja nie chc臋 – doda艂 ciszej. – B艂agam.
- Boj臋 si臋.
- Wiem. Nie my艣l ju偶 o tym, ani chwili. Bo i mnie wystraszysz.
- Chcia艂bym nie widzie膰 tych wszystkich… straszno艣ci…
- Ciii… - Marcel pospiesznie przycisn膮艂 go mocniej do piersi, dostrzegaj膮c w progu komnaty znajom膮 posta膰. – Kr贸l…
Karolek w mig zapomnia艂 o swoim widzeniu. Zadr偶a艂 i puszczony, zwr贸ci艂 stremowan膮 twarz w stron臋 wej艣cia. Chcia艂 pok艂oni膰 si臋 nisko, powiedzie膰 cho膰by zwyk艂e„Wasza Wysoko艣膰, jestem zaszczycony” lecz sta艂 oniemia艂y. Nie m贸g艂 uwierzy膰, 偶e zaraz stanie oko w oko z kr贸lem Polski.
- Nic o lustrze – wyszepta艂 spiesznie Marcel, a Karol skin膮艂 pokornie.
Potem za Marcelem schyli艂 g艂ow臋, a kiedy obaj us艂yszeli westchnienie ulgi, spojrzeli na przyby艂ego.
- Witajcie. – Kr贸l wy艂ania艂 si臋 z p贸艂mroku, o艣wietlany blaskiem marcelowej lampy. Z jego oblicza jakby dopiero co ust膮pi艂o zmartwienie, a zm臋czon膮 twarz wyg艂adzi艂o cho膰by chwilowe wytchnienie.
Klepn膮艂 Marcela w rami臋, skupiaj膮c si臋 tym razem na jego towarzyszu. Daruj膮c sobie wszelkie konwenanse po ojcowsku u艣ciska艂 oszo艂omionego Karola. Potem przytrzyma艂 go na wyci膮gni臋tych ramionach, jakby chc膮c jeszcze nacieszy膰 si臋 w wi臋kszej uwadze widokiem wydoro艣la艂ej twarzy dziecka, kt贸re zapami臋ta艂.
- Mia艂e艣 mo偶e ze sze艣膰 wiosen – podj膮艂 z zadum膮 dojrza艂ego cz艂owieka, kt贸ry nie pierwszy raz u艣wiadomi艂 sobie, 偶e za jego 偶ywota doros艂o kolejne dziecko.
Karolek kiwn膮艂 g艂ow膮, pe艂en tremy.
- Pami臋tam jak przez mg艂臋… - przyzna艂 skromnie.
- Ja za to do艣膰 dobrze – kr贸l mrugn膮艂 – nawet zapisa艂em sobie, na wszelki wypadek. Chod藕cie – zrobi艂 gest w stron臋 komnat, sk膮d przyby艂. – Porozmawiamy u mnie.
- A Piatolli? – dyskretnie wtr膮ci艂 Marcel, wiedz膮c, 偶e pora jest jednego z tajnych spotka艅.
Kr贸l jednak westchn膮艂 znowu ci臋偶ko:
- W艂a艣niem si臋 dzi艣 dowiedzia艂, 偶em jest uzurpatorem, bo zbytnio w艂adz臋 kr贸la chc臋 umocni膰.
- Tak rzekli? Kt贸ry? Ksi膮dz Ko艂艂膮taj?
- E, mo偶e i nie rzekli w oczy, ale to na my艣li mieli, wierz mi. – Stanis艂aw August ruszy艂 bardziej stanowczo, zagarniaj膮c Karolka. A i Marcel nie zwleka艂 z opuszczeniem starych komnat.
Udawali si臋 w stron臋 kr贸lewskiego skrzyd艂a, gdzie zamieszkiwa艂 monarcha, a zamek by艂 mniej upiorny i ja艣niejszy.
- Jak d艂ugo znasz Marcela, ch艂opcze? – spyta艂 kr贸l w drodze.
- W艂a艣ciwie… dwa dni, najja艣niejszy panie – odpar艂 Karol, rumieni膮c si臋 niestety lekko.
Na szcz臋艣cie monarcha nie mia艂 艣wiadomo艣ci przyczyn, a nawet w og贸lnym zdenerwowaniu ch艂opaka nie spostrzeg艂 tego szczeg贸艂u.
- Wi臋c mo偶esz nie wiedzie膰 jeszcze – m贸wi艂 kr贸l – 偶e Marcel Tyniec we wczesnej m艂odo艣ci uratowa艂 mi 偶ycie.
Karolek wykona艂 jaki艣 nieokre艣lony gest 艣wiadcz膮cy o braku poj臋cia na ten temat. Ale te偶 o wielkim zdziwieniu.
- By艂 trzeci listopada, niemal r贸wno dwadzie艣cia lat temu – kr贸l rozpocz膮艂, najwyra藕niej nie zamierzaj膮c ani bardzo streszcza膰, ani szcz臋dzi膰 贸wczesnemu ch艂opcu pochwa艂. – By艂 rok 1771, trzeci trwania wielkiej przeciwnej mi konfederacji, kt贸ra zacz臋艂a si臋 w Barze, a rozprzestrzeni艂a na kraj. Konfederaci, kt贸rych o艣wiecone umys艂y zawsze b臋d臋 szanowa艂, zajmowali Tyniec, Krak贸w, Lanckoron臋… - tu odetchn膮艂 ci臋偶ko. – Odrzucili m膮 w艂adz臋, og艂aszaj膮c moj膮 detronizacj臋. Uwa偶ali mnie za pos艂usznego Rosji… C贸偶. P臋ta carycy ci膮偶膮 mi do dzisiaj i obawiam si臋, 偶e s膮 mi za艂o偶one na wieki. – Z gorzk膮 min膮 otworzy艂 drzwi 艣wietlistej komnaty, wpuszczaj膮c go艣ci do 艣rodka. Jak si臋 jednak okaza艂o nie by艂 to jeszcze cel podr贸偶y, dlatego ruszyli dalej, kr贸l za艣 kontynuowa艂 opowie艣膰. – Tamtego listopadowego dnia buntownicy mieli si臋 pozby膰, jak to mnie zwykli nazywa膰 za panem Pu艂askim „og贸lnego nieszcz臋艣cia w osobie kr贸lewskiej” – u艣miechn膮艂 si臋 sm臋tnie. – Dzie艅 wcze艣niej dwudziestu paru z nich, zaprzysi臋偶onych do porwania mnie, w przebraniu ch艂op贸w prowadz膮cych wozy bez trudu min臋艂o rogatki i wesz艂o do Warszawy. Wie藕li nie siano, rzecz jasna, lecz bro艅. Mieli te偶 konie. Dominikanie udost臋pnili im stajnie na Nowym Mie艣cie, niczego nie podejrzewaj膮c pono膰. Niejaki pan Strawi艅ski, r贸wnie偶 zaprzysi臋偶ony konfederacji, znaj膮cy moje otoczenie, wyjawi艂 swoim, 偶e wybieram si臋 w odwiedziny do chorego kanclerza Micha艂a Czartoryskiego, b臋d膮cego wtedy w rezydencji na Miodowej. Nie bra艂em asysty wojska. Oni za艣, nawo艂uj膮c si臋 po rosyjsku udawali patrole kozackie i tak niepostrze偶enie dotarli w 艣rodek miasta. Kiedy m贸j orszak opuszcza艂 pa艂ac, ostrzelano nas. Orszak rozpierzch艂 si臋, cz臋艣膰 raniono. Brama Czartoryskiego sta艂a zawarta. Tam mnie pojmano, a jeden ci膮艂 szabl膮, a偶 mi w g艂ow臋 trafi艂, zamroczywszy mocno. Na ko艅 wsadzono i uprowadzono w stron臋 wa艂贸w, potem w Las Biela艅ski.
Kr贸l przerwa艂, tym razem otwieraj膮c ostatnie ju偶 drzwi i zapraszaj膮c m臋偶czyzn do 艣rodka komnaty.
- Rozgo艣膰cie si臋 – poprosi艂, oferuj膮c stolik. Potem poleci艂 s艂u偶膮cemu przynie艣膰 pocz臋stunek.
Karolek rozejrza艂 si臋 z zapartym tchem. Nie wierzy艂, 偶e oto wyl膮dowa艂 na herbatce u samego kr贸la.
- Nie wiem, co sta艂oby si臋 dalej – kr贸l rozsiad艂 si臋, zmierzaj膮c ku ko艅cowi – gdyby znanymi sobie jedynie sposobami ten dziesi臋cioletni w贸wczas zuch nie znalaz艂 si臋 wtedy dla mego ratowania.
Marcel za艣mia艂 si臋 cicho.
- Nie moje to sposoby, a Mateczki – uzupe艂ni艂, co nie by艂o przecie偶 kr贸lowi nowe, ale mo偶e i ma艂o zr臋czne do przekazywania. – Mateczka wiele wie, jak i jej wychowanice.
- W istocie, jest to 藕r贸d艂o r贸偶norodnej wiedzy. – Oczy kr贸la 艣mia艂y si臋 poczciwie. – Marcel do dzi艣 piecz臋 trzyma nad tym i owym…
Karolek domy艣li艂 si臋, dopiero teraz u艣wiadamiaj膮c sobie kim naprawd臋 by艂 jego towarzysz.
- Przypadkiem kt贸ra艣 z dziewczyn wywiedzia艂a si臋 o planach porywaczy – m贸wi艂 Marcel, nie skory zreszt膮 do powi臋kszania znaczenia tego wydarzenia, ani nast臋pnych. – Prawie spa艂em, ale us艂ysza艂em jak zleca s艂u偶bie 艣ci膮gni臋cie pomocy. Nie czeka艂em, sam portki tylko przywdziewaj膮c na ty艂ek i kapot臋 zarzucaj膮c. Skrad艂em jednemu z bywalc贸w pistolet – pokr臋ci艂 g艂ow膮, przypominaj膮c sobie, 偶e poj臋cia o broni nie mia艂 wtedy 偶adnego. – Szcz臋艣cie, 偶em ci臋, panie, sam przypadkiem nie ustrzeli艂 owej nocy.
- W istocie – kr贸l przytakn膮艂 z westchnieniem rozbawienia.
- Tak uzbrojony – ko艅czy艂 Marcel – dobieg艂em do Miodowej. Lecz by艂o ju偶 po wszystkim. Jeden z koni b艂膮ka艂 si臋, w siodle jeszcze ciep艂ym. Da艂 si臋 z艂apa膰 i dosi膮艣膰. Tak wi臋c pu艣ci艂em si臋 na nim za porywaczami. Ale nied艂ugo za wa艂em, kiedy w noc wjecha艂em, trop si臋 sko艅czy艂. Z dali s艂ysza艂em jakie艣 g艂osy.
- Bo ludzie ci rozproszyli si臋, o dziwo. Nie wiem – kr贸l wzruszy艂 ramionami – czy wystraszyli si臋, bo dotar艂o do nich dopiero, 偶e powa偶yli si臋 na kr贸la, czy jeszcze z innych przyczyn. R贸偶nie to potem zeznawali. Koniec ko艅com pob艂膮dzili艣my w贸wczas na mokrad艂ach, a ja z jednym ju偶 tylko mym porywaczem zosta艂em, z Janem Ku藕m膮. Kt贸rego do dzi艣 dobrze wspominam i broni艂 b臋d臋. Prosty by艂, lecz honorowy. Jedynie zba艂amucony mo偶e. No w ka偶dym razie ba艂em si臋, 偶e b臋dzie twardo sta艂 przy swoim celu, a mo偶e i ubije ze strachu, nie wiedz膮c co dalej. Wtem, s艂yszymy t臋tent kopyt po murawie i z listopadowej nocy wy艂ania si臋 je藕dziec. „Kr贸lu, to ty?!” s艂yszymy dzieci臋cy g艂os wyrostka. „Kr贸lu, jad臋 ci na ratunek!”
- Lepiej nie wspomina膰 – 艣mia艂 si臋 Marcel.
- Ku藕ma zg艂upia艂 – stwierdzi艂 kr贸l. – Kiedy poj膮艂 do tego, 偶e oswobodzicielem jest dziesi臋cioletnie dziecko, ostatecznie porzuci艂 ochot臋 na dalsze uprowadzanie mnie. Marcelek dojecha艂 do nas, zeskoczy艂 dziarsko z konia i targaj膮c cugle, 偶eby czasem wierzchowca nie pu艣ci膰, dopad艂 mi do n贸g, mierz膮c wrogo Ku藕m臋. „Kr贸lu, uciekajmy” wysapa艂 w oddaniu, przypominaj膮c sobie o pistolecie. Na szcz臋艣cie nie doby艂 go, daj膮c sobie odebra膰 bez mierzenia w Ku藕m臋. Ja za艣 zwyczajnie spyta艂em, czy zna drog臋, by wydosta膰 si臋 z tych mokrade艂. Tej samej nocy znale藕li艣my m艂yn pod Marymontem i wszystko dobrze si臋 sko艅czy艂o. Rano w asy艣cie wr贸ci艂em do Warszawy, Marcelek za艣 do Mateczki. Tak, jak nie zapomnia艂em jednak o wdzi臋czno艣ci wobec Ku藕my, kiedy by艂 s膮dzony z pozosta艂ymi, tak i do dzi艣 przyja藕ni膮 darz臋 tego chwackiego obywatela.
- Wasza Wysoko艣膰, miej lito艣膰! – Marcel b艂aga艂 o zaprzestanie pochwa艂 i wspominanie dziecinnego wybryku.
Wreszcie doczeka艂 si臋, a kr贸l pokiwa艂 tylko g艂ow膮.
- Zawsze pami臋tam o oddaniu – podsumowa艂 powa偶niej, przerzucaj膮c wzrok na s艂u偶膮cego nios膮cego imbryczek i angielskie fili偶anki.
Chwil臋 zaj臋艂o roz艂o偶enie pocz臋stunku, w kt贸rej nie by艂o sposobno艣ci poruszania jakiegokolwiek tematu pr贸cz ciastek. Wreszcie zn贸w zostali sami, a rozlu藕nieni histori膮 kr贸lewskiego porwania, 艂atwiej przeszli do sprawy Karolka.
- Kiedy m贸j bratanek powiedzia艂 mi o twej obecno艣ci w Warszawie – kr贸l zwr贸ci艂 si臋 do m艂odszego z go艣ci – nie mog艂em doczeka膰 si臋 spotkania. Tyle lat min臋艂o od tamtego zimowego dnia, kiedy pozna艂em ciebie jako dziecko, a wci膮偶 robi to na mnie ogromne wra偶enie.
- Kiedy ja… najja艣niejszy panie… - Karolek zmiesza艂 si臋 – niewiele pami臋tam.
- To zrozumia艂e, by艂e艣 ledwo od ziemi odro艣ni臋ty! Sze艣膰 lat, dobrze rozezna艂em, tyle艣 mia艂.
- Tak… Chyba tak, panie.
Kr贸l upi艂 herbaty, odpr臋偶aj膮c si臋 bardziej.
- Pami臋tam twoj膮 matk臋 Wand臋 – m贸wi艂. – Z domu Ga艂czy艅skich, teraz…
- Sio艂o, najja艣niejszy panie.
- W艂a艣nie. Za panny bywa艂a w Warszawie, a urod膮 przykuwa艂a uwag臋. Sam, przyznaj臋, zapami臋ta艂em to lico – monarcha skwitowa艂 siebie pob艂a偶liwym kiwni臋ciem g艂owy. – Jak czuje si臋 mama? – zapyta艂 uprzejmie.
- Dobrze, najja艣niejszy panie – Karolek posmutnia艂, nie chc膮c przecie偶 wyjawia膰 teraz przyczyn, od kt贸rych cierpi pani Sio艂o, a kt贸rych by艂 uciele艣nieniem.
- Uk艂o艅 si臋 mamie ode mnie i pozdr贸w, prosz臋 – dopowiedzia艂 kr贸l wykwintniej, ni偶 dot膮d.
- Dzi臋kuj臋, Wasza Wysoko艣膰 – Karolek odpowiedzia艂 grzeczno艣ci膮 na grzeczno艣膰. – Mama by艂aby zaszczycona.
Tu ka偶dy pocz臋stowa艂 si臋 ciastkiem, odczekuj膮c stosown膮 chwil臋. Wreszcie kr贸l kontynuowa艂:
- Tamtej zimy by艂em pod Grochowem. Dzie艅 lutowy, tylko skrzy艂o si臋 od zmarzni臋tego 艣niegu. Rzecz dziwna, szlachcianka nam drog臋 zabieg艂a, jak si臋 okaza艂o w艂a艣nie twoja matka, pi臋kna pani Wanda. Pozna艂em twarz z m艂odo艣ci, zatrzymali艣my sanie. A ona zap艂akana prosi膰 j臋艂a o pomoc. Synek bowiem ul膮k艂 si臋 nie wiadomo czego, m贸wi艂a, z gospody, gdzie si臋 zatrzymali wybieg艂. I nim ktokolwiek zd膮偶y艂 pobiec za nim, znikn膮艂. 艢lady si臋 urwa艂y, jakby bies go uprowadzi艂.
Marcel zna艂 opowie艣膰, odruchowo jednak popatrzy艂 na Karolka.
- Jak si臋 okaza艂o – m贸wi艂 kr贸l – ch艂opca 艣lady znalaz艂y si臋 w艣r贸d innych, lecz dopiero za domami daleko w polach. Znale藕li艣my zmarzni臋tego prawie o zmierzchaniu. A by艂 to najdziwniejszy widok, jaki kiedykolwiek ujrza艂em. Pami臋tasz ty mo偶e?
Karolek skin膮艂:
- Nie czu艂em zimna. Pami臋tam, 偶e ba艂em si臋 ruszy膰.
- Pami臋tasz dlaczego?
Ch艂opak zn贸w potwierdzi艂, ale tym razem odpowiedzia艂 kr贸l:
- Kiedy艣my podeszli do dziecka i zabra膰 chcieli, ono w ryk. 呕eby艣my nie zdeptali konia! „Martwy konik!” wo艂a艂. „Martwy konik le偶y!”
- Konik… Dalej inne… Oraz nasi. Tak mi si臋 zdawa艂o.
- Jak si臋 okaza艂o – kr贸l ciekawie podni贸s艂 brew – co poznali艣my, jakby ra偶eni piorunem, dziecku temu zdawa艂o si臋, 偶e wok贸艂 na owym grochowskim polu le偶y mn贸stwo poleg艂ych w jakiej艣 bitwie, koni oraz 偶o艂nierzy. W tym polskich. Ch艂opiec ten p艂aka艂, 偶e s艂yszy j臋ki rannych, kt贸rzy jeszcze s膮 w艣r贸d nich. I zdawa艂o mu si臋, 偶e 贸w konik patrzy na niego.
- Boj臋 si臋 koni – cicho wtr膮ci艂 ch艂opak, w艂a艣ciwie nie wiedz膮c po co. Potem spu艣ci艂 g艂ow臋. – Pami臋tam.
Ka偶dy z tr贸jki zaduma艂 si臋. Nie by艂o przecie偶 bitwy, o kt贸rej mo偶na by powiedzie膰, 偶e odby艂a si臋 kiedykolwiek na oczach sze艣cioletniego Karola i to na polach pod Grochowem.
- Zostali艣my owej nocy w gospodzie z ch艂opcem i jego matk膮. Dziecko wyzi臋bione nie nadawa艂o si臋 na podr贸偶 do Warszawy. Stolica spa艂a, wszak d艂ugo ju偶 by艂o po zachodzie s艂o艅ca. Mnie za艣 spokoju nie dawa艂a dziwna wizja dziecka. W 艂贸偶ku ju偶, a jeszcze spa膰 nie m贸g艂. Zaoferowa艂em si臋 z bajk膮. Legend膮 w艂a艣ciwie.
- O Lechu, Czechu i Rusie – Karol poja艣nia艂.
- Tak. I ja pami臋tam. Zw艂aszcza, 偶e kiedym sko艅czy艂, ty ma艂y, z艂apa艂e艣 mnie za r臋k臋 i rzek艂e艣: „Boj臋 si臋, 偶e Rus przyjedzie i zabierze nasze domy.”
Marcel nie m贸g艂 nie u艣miechn膮膰 si臋, na wyobra偶enie ma艂ego Karola.
- A potem – kr贸l te偶 by艂 wes贸艂 na wspomnienia – w senno艣ci troch臋 mi jeszcze naopowiada艂. S艂ucha艂em najpierw w pob艂a偶aniu, jak dziecinnego gadania przed snem. Ale 偶e dobiera艂 coraz to bardziej doros艂ych s艂贸w, zaniem贸wi艂em, w s艂uch si臋 zamieniaj膮c. Ja dopiero po latach zrozumia艂em, o czym to by艂o. Zrozumia艂em, o czym m贸wi艂, kiedy si臋 wydarzy艂o! A m贸wi艂 dok艂adnie tak: „Dlaczego tak si臋 sp贸藕nia艂a? Mo偶e rzeka kr膮 skuta? Albo zbyt wezbra艂a po roztopach? Tylko dziewi臋膰 salw kaza艂a odda膰 z Dniepru, a ty a偶 sto jeden. Tak zmieniona… Postarza艂a si臋. Przyty艂a. Ach, pani, kiedy艣 da艂a艣 mi znacznie pi臋kniejsze nakrycie g艂owy…”
Zapad艂a chwila ciszy. Marcel zn贸w przerzuci艂 wzrok na Karola. Ten siedzia艂 osowia艂y.
- S艂abo pami臋tam, o czym mog艂em m贸wi膰, Wasza Wysoko艣膰 – stwierdzi艂 wreszcie przepraszaj膮co.
Na to Stanis艂aw August za艣mia艂 si臋, prawie w g艂os. A potem spojrza艂 na niego dobrodusznie, z typowym sobie spokojem.
- Za to ja doskonale wiem – stwierdzi艂. – Sze艣膰 lat p贸藕niej, zupe艂nie zapomniawszy o tamtej sprawie, wyprawi艂em si臋 na spotkanie z cesarzow膮 Katarzyn膮. W Kaniowie by艂o to wiosn膮. A w istocie czeka艂em na ni膮 dobry miesi膮c, nie m贸wi膮c o czasie podr贸偶y w tamto miejsce. Dniepr jednak rozlany by艂 po roztopach, jak w s艂owach Karolka. Kiedy flota carycy zbli偶a艂a si臋 do portu, kaza艂em odda膰 nie inaczej, jak sto jeden salw na jej cze艣膰. Ju偶 wtedy przeczuwa艂em, 偶e s艂owa dziecka z tamtej grochowskiej nocy maj膮 co艣 z tym wsp贸lnego. Chcia艂em dla 偶artu odda膰 dok艂adnie tyle wystrza艂贸w. I co si臋 sta艂o? Caryca z w贸d Dniepru kaza艂a dla mnie odda膰 nie inaczej jak… - na moment wstrzyma艂 opowie艣膰, napawaj膮c si臋 zaciekawieniem s艂uchaj膮cych. I sko艅czy艂: - Dziewi臋膰. Ni mniej, ni wi臋cej.
- Dok艂adnie, jak w bredzeniu tego tu – Marcel mrugn膮艂 weso艂o ku Karolkowi.
U艣miechy zago艣ci艂y na wszystkich trzech twarzach.
- Kiedy ujrza艂em kobiet臋, kt贸r膮 pami臋ta艂em sprzed ponad dwudziestu laty – w s艂owach kr贸la brzmia艂a osobista nuta, teraz mocniej, ni偶 dotychczas – zawiod艂em si臋. Wiem, 偶e i ja si臋 postarza艂em, przyty艂em… Lecz to, co mog艂em powiedzie膰 o niej, by艂yby to dok艂adnie s艂owa, kt贸re pad艂y wtedy z ust prawie 艣pi膮cego dziecka. A to o nakryciu g艂owy? Rzecz niesamowita. Ostatnie s艂owa przepowiedni wydawa艂y mi si臋 ju偶 wtedy najmniej m膮dre. Dop贸ki przy stole nie zapodzia艂 mi si臋 kapelusz! Ona pomog艂a w znalezieniu, podaj膮c mi! A mnie do g艂owy przysz艂o tylko jedno: zacytowa膰 Karola. I zacytowa艂em: „Ach, pani, kiedy艣 da艂a艣 mi znacznie pi臋kniejsze nakrycie g艂owy…” Bo w istocie… zawdzi臋czam koron臋 jej poparciu swego czasu. – Tu sko艅czy艂: - Kt贸re to do dzi艣… mym przekle艅stwem.

Karol wyszed艂 ze spotkania z kr贸lem o dziwo bardzo szcz臋艣liwy. W drodze rozprawia艂 o wizjach, kt贸re czasem ma, o s艂owach, kt贸re s艂yszy. M贸wi艂 o dylematach w przekazywaniu ich.
- Bo je艣li 藕le odczytam sens takich – ko艅czy艂, kiedy zatrzymali si臋 przed zamtuzem Mateczki – mog臋 wi臋cej z艂ego spowodowa膰, ni偶 dobrego. Ostrzec nies艂usznie, odwie艣膰 kogo艣, nastraszy膰. Oj… lepiej mi milcze膰 – westchn膮艂.
Tymczasem zorientowa艂 si臋, 偶e stoi z Marcelem przed bram膮 kamienicy, a ten spogl膮da na niego znacz膮co.
- Tw贸j dom – spostrzeg艂 w zak艂opotaniu, przypominaj膮c sobie o wuju.
- Zostaniesz ze mn膮? – pytanie Marcela zabrzmia艂o prawie uroczy艣cie.
Skin膮艂, nie wahaj膮c si臋 co do tego, a raczej martwi膮c o inn膮 spraw臋.
- Co z wujem? – skrzywi艂 si臋, nie bez l臋ku. – Przyjedzie po mnie z awantur膮?
- Po艣lemy list, je艣li chcesz, umy艣lnym. By ci臋 nie szuka艂.
Oczy Karolka zn贸w otwar艂y si臋 szerzej w przera偶eniu, zw艂aszcza na wyobra偶enie reakcji wuja, potem rodzic贸w.
- Nie chc臋 do niego wraca膰 – to wiedzia艂 na pewno. – Chc臋 by膰 tylko z tob膮.
- I on chyba tak chcia艂, wszak sam ci臋 tu przywi贸z艂 i zap艂aci艂. Winien by膰 ukontentowanym, nieprawda偶? A sam najlepiej wyt艂umaczy to twoim rodzicom, skoro za swoimi planami nad膮偶a.
- Tak… za planami. Naskar偶y膰 chce na mnie, 偶eby wydziedziczyli mnie. W贸wczas wiano mamy wpadnie w jego r臋ce. Ja – Karol podni贸s艂 oczy na Marcela, pierwszy raz wyznaj膮c co艣 wi臋cej o swojej rodzinie – jestem jedynym z czterech braci, kt贸rego nie zabra艂a zaraza. Najm艂odszym i zupe艂nie nieudanym. W naszym sadzie s膮 trzy groby, wszystkich moich braci. Mama na cmentarz nie da艂a zabra膰. Przesiaduje tam ca艂ymi dniami, nawet altan臋 ma tam do dumania. Czy lato, czy jesie艅, czy zima, jest tam i rozmawia z nimi. A tata… On ju偶 ca艂kiem usech艂. Oni byli… tacy jak ksi膮偶臋: do koni, do szabel… Nie jak ja… Dlaczego mnie zaraza nie wzi臋艂a?
Zmarszczy艂 brwi, a w oczach mu zab艂yszcza艂o od 艂ez.
Marcel ostro偶nie poci膮gn膮艂 go w stron臋 bramy, nie m贸wi膮c ju偶 nic o wuju.
W holu poprosi艂 o papier i sam napisa艂 prosto: „Uprzejmie zawiadamiam wa膰pana, 偶e bior臋 w opiek臋 Karola Sio艂o, dop贸ki 贸w zechce przy mnie zosta膰. Z powa偶aniem, Marcel Tyniec”. Po czym zleci艂 pos艂uguj膮cemu w kuchni ch艂opcu zaniesienie listu do kamienicy Ga艂czy艅skich.
Nim do kryj贸wki na strychu przyniesiono kolacj臋, Karolek ju偶 spa艂. Marcel westchn膮艂 nad nim, po czym siad艂 przy biurku z pi臋knymi t艂oczonymi nogami. Lista kr贸lewskich os贸b „do sprawdzenia” by艂a d艂uga, pe艂na przypisk贸w i skre艣le艅. Naprawd臋 wyj膮tkowo nie chcia艂o si臋 nad ni膮 zastanawia膰 Marcelowi.
M臋偶czyzna opar艂 czo艂o na d艂oniach, zamykaj膮c zm臋czone oczy.
Mu艣ni臋cie na plecach wyrwa艂o go z p贸艂snu. Rozja艣ni艂 oblicze na widok zawini臋tego w ciep艂膮 kap臋 Karola, staj膮cego z boku biurka.
- My艣la艂em, 偶e spisz – m臋偶czyzna u艣miechn膮艂 si臋, przecieraj膮c twarz. – P贸藕no ju偶.
- Jeste艣 zaj臋ty – Karol nie wiedzia艂, czy pyta, czy stwierdza. Tak, czy inaczej panicznie ba艂 si臋 przeszkodzi膰.
Nie by艂 to zwyk艂y l臋k przed odtr膮ceniem jego towarzystwa. Raczej przed odrzuceniem czego艣 bardzo nie艣mia艂ego i osobistego, na my艣l o czym a偶 wysycha艂o mu w gardle.
Chcia艂 czego艣. Poznaj膮c to Marcel bez s艂owa odsun膮艂 kartki, oczyszczaj膮c biurko i poprowadzi艂 ch艂opaka bli偶ej. Posadzi艂 oniemia艂ego na blacie i rozchyli艂 okrycie na jego ramionach. Po chwili kapa spad艂a na biurko, ods艂aniaj膮c nagie cia艂o Karola.
Marcel o nic ju偶 nie pyta艂, wtulaj膮c twarz w gor膮ce obj臋cia dr偶膮cego ch艂opaka.
- Cokolwiek my艣lisz o sobie – szepn膮艂, ca艂uj膮c ciep艂膮 sk贸r臋 – pami臋taj, 偶e masz wyb贸r: mo偶esz widzie膰 w swojej osobie tylko wady i by膰 nieszcz臋艣liwym, rozpami臋tuj膮c zmar艂ych jak twoi rodzice… albo dostrzega膰 dobre rzeczy i cieszy膰 si臋 nimi.
- Ciesz臋 si臋 tob膮. Ty… chyba jeste艣 jedn膮 z nielicznych os贸b, kt贸rej nie boj臋 si臋 patrze膰 w oczy.
- Tak? Czemu?
Karolek chwil臋 my艣la艂 jak to nazwa膰.
- Bo w twoich oczach nie widz臋 pogardy dla mnie – odpar艂 potem ca艂kiem spokojnie. – Nie patrzysz jak na krowie 艂ajno.
- Karol… - Marcelem wstrz膮sn臋艂o to mimo wszystko.
Ale wyraz twarzy ch艂opaka nie 艣wiadczy艂 o jakimkolwiek poruszeniu co do samych s艂贸w. Zupe艂nie jakby zostawa艂y z boku jako pozbawione 偶alu stwierdzenie.
Ciep艂e ramiona Karolka obj臋艂y g艂ow臋 m臋偶czyzny, a ca艂e cia艂o wypr臋偶y艂o si臋, poddaj膮c 艣mielszym pieszczotom. Us艂ysza艂 czu艂e „kocham ci臋” i wdzi臋cznie uca艂owa艂 m臋sk膮 skro艅.
- Ja te偶 ci臋 kocham – wyszepta艂 tak samo prosto.

Nast臋pnego dnia pos艂any z listem ch艂opak wr贸ci艂 z wiadomo艣ci膮, 偶e pan Ga艂czy艅ski odebra艂 przesy艂k臋 i zamierza pokaza膰 j膮 w Siole, dok膮d jedzie na Wielkanoc. Marcel przyj膮艂 informacj臋, Karolkowi przekazuj膮c jedynie, 偶e wuj wyjecha艂 z Warszawy na 艣wi臋ta i temat wr贸ci pewnie dopiero po jego powrocie.











Komentarze
germatoid dnia pa糳ziernik 31 2016 23:38:49
Czytam dalej :}

C贸偶 ja Ci tutaj mog臋 powiedzie膰... nie chcia艂bym si臋 powtarza膰...

O! Zaczn臋 od najwa偶niejszej rzeczy! Przy okazji komentarza do poprzedniego rozdzia艂u wspomnia艂em, 偶e sprawia wra偶enie pisanego w po艣piechu (czego nie czu艂em w poprzednich rozdzia艂ach). Ca艂e szcz臋艣cie, w "pi膮tce" ponownie tego nie czuj臋, a to bardzo wa偶ne, bo wp艂ywa na odbi贸r w taki bardzo og贸lny spos贸b. Historia jest ciekawa i ca艂kiem rozbudowana - w tej kwestii nie zmieniam zdania. Jako czytelnik jestem ju偶 ciut ciut zniecierpliwiony - w pami臋ci mam wci膮偶 zdarzenia sprzed retrospekcji i czekam na "powr贸t do tera藕niejszo艣ci". To w艂a艣ciwie jest na plus, bo popycha mnie do przodu, w dalszym czytaniu Twojego opowiadania.

Bardzo zr臋cznie budujesz relacj臋 pomi臋dzy Marcelem a Karolem. To jest wprawdzie zdecydowanie subiektywne odczucie - niekt贸rzy by膰 mo偶e wol膮 inne emocje. U Ciebie jest sporo takiej naiwno艣ci (kt贸ra szczeg贸lnie p艂ynie od Karola) i ciep艂a. Mnie to bardzo le偶y i uwa偶am, 偶e to niezwykle urocze. To, 偶e sk膮pisz (jak na razie) bardziej odwa偶nych scen, wychodzi Twojemu opowiadaniu na dobre - nie czuj臋, 偶eby cokolwiek by艂o tutaj na si艂臋. Bieg wydarze艅 wydaje si臋 by膰 naturalny i najzwyczajniej w 艣wiecie w to wszystko "wierz臋". To du偶o.

O tym, 偶e polskie realia historyczne s膮 ciekawym wyborem (w kontek艣cie yaoi) chyba ju偶 wspomina艂em, prawda? A powiedz mi jeszcze, na ile jest to osadzone historycznie? Mam na my艣li przede wszystkim wszystkie w膮tki/postacie, kt贸re s膮 gdzie艣 z boku (bo domy艣lam si臋, 偶e historia Marcela i Karola jest Twoim wymys艂em). Widz臋 tutaj obecno艣膰 postaci historycznych. Fakty zmieniasz na w艂asne potrzeby (np. porwanie kr贸la). Robi艂a艣 research na potrzeby tego opowiadania, czy po prostu ogarniasz tak dobrze histori臋 i postanowi艂a艣 t臋 wiedze wykorzysta膰, hmmm?
ak dnia listopad 04 2016 22:31:40
Hej, strasznie si臋 ciesz臋, 偶e czytasz dalej:)
Nied艂ugo b臋dzie powr贸t do tera藕niejszo艣ci, ale bardziej na zasadzie dobrni臋cia do zako艅czenia - bo mamy tu klamr臋, kt贸r膮 jest tera藕niejszo艣膰, a g艂贸wna tytu艂owa opowie艣膰 zwi膮zana z 3 maja 1791 jest sednem opowiadania - tak bym to uj臋艂a:)
Fajnie, 偶e lepiej si臋 czyta艂o. Opr贸cz tego, 偶e czasem po prostu lepiej nam si臋 co艣 czyta, bo mamy taki nastr贸j (wi臋ksze skupienie, spokojniejszy umys艂 i t. d), to rzeczywi艣cie kolejny raz u艣wiadamiam sobie, 偶e fragmenty najbardziej ci臋te, kopiowane, wklejane, mutowane - wychodz膮 jak jeden wielki ba艂agan. C贸偶. Unika膰.
A co do historii, poniewa偶 kiedy艣 by艂am nauczycielk膮 tego przedmiotu (daaaawno temu i zarazem nied艂ugo), domy艣lam si臋, 偶e mimo star艅, 偶eby tak nie by艂o - z pewno艣ci膮 w tekst wkrad艂y si臋 historyczne niedoci膮gni臋cia. Ale: tak = chcia艂am si臋 oprze膰 na faktach, ugo艣ci膰 kr贸la, ksi臋cia J贸zefa, konstytucj臋, par臋 miejsc i te pe. To wszystko nagi臋艂am do postaci fikcyjnych np. mia艂a miejsce pr贸ba porwania kr贸la przez cz艂onk贸w konfederacji barskiej, ale wszystko co dotyczy Marcela w tej sytuacji jest zmy艣lone. Ksi膮偶臋 J贸zef wypowiada si臋 na swoje prywatne sprawy s艂owami w艂asnego listu, kt贸ry zamieszczono w biografii wydanej przez Ossolineum (J. Skowronka). Tak to robi艂am. Stara艂am si臋, 偶eby by艂o poprawnie - cho膰 znawcy epoki zapewne co艣 by wy艂apali. Je艣li s膮 na sali, ch臋tnie si臋 podszkol臋:)
Przypis贸w nie robi艂am, ale w sumie mog艂yby by膰, 偶eby w nich doda膰 co艣 w stylu: tak by艂o wg tego i tego; albo: to zmy艣lone. Hmm. Gdyby艣 by艂 ciekawy, napisz臋 co i jak.
Trzymaj si臋 i dzi臋ki!
germatoid dnia listopad 07 2016 21:35:23
A to wiesz, ja kiedy艣 s艂ysza艂em tak膮 opini臋, 偶e jak poprawia si臋 opowiadanie po raz n-ty, to lepiej usun膮膰 ca艂e i napisa膰 od nowa, na 艣wie偶o. Ale jako艣 nigdy nie stosuj臋 si臋 do tego zalecenia^ ^ Mo偶e czas spr贸bowa膰...

A co to faktu, 偶e o艣 opowiadania kr臋ci si臋 g艂贸wnie wok贸艂 rzeczonej retrospekcji, to rzeczywi艣cie tytu艂 na to wskazuje, ale my艣lenie czasami boli i jako艣 na to nie wpad艂em^ ^'. No po prostu si臋 zastanawiam co tam dalej z tym chorowitkiem, taki empatyczny jestem! smiley

O, to researchersko (wybaczcie to s艂owo) sporo pracy w艂o偶y艂a艣 w 3-majow膮, nie tylko warsztatowo/literacko. To ciekawie! Ja jednak zwykle pisz臋 wszystko "z g艂owy" (znaczy wszystko wymy艣lam) i chyba wi臋kszo艣膰 opowiada艅 tutaj zosta艂a stworzona na takiej zasadzie, wi臋c mi艂a odmiana. Wiesz to nie podr臋cznik historyczny, wi臋c wszelkie niedoci膮gni臋cia hist. mo偶na potraktowa膰 jako element Twojej kreacji (cho膰 kto艣 si臋 mo偶e czepn膮膰, 偶e np. takiego-a-takiego s艂owa to wtedy nie u偶ywano, bo wesz艂o do polszczyzny p贸藕niej). Dla mnie to akurat nie problem, bo si臋 nie znam smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, 縠by m骳 dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dost阷ne tylko dla zalogowanych U縴tkownik體.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, 縠by m骳 dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa U縴tkownika

Has硂



Nie jeste jeszcze naszym U縴tkownikiem?
Kilknij TUTAJ 縠by si zarejestrowa.

Zapomniane has硂?
Wy渓emy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze sta艂e, cykliczne projekty



Tu jeste艣my
Bannery do miejsc, w kt贸rych mo偶na nas te偶 znale藕膰



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemno艣ci膮 艣ledz臋 Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpud艂a :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, je艣li kto艣 tu zagl膮da i chce wiedzie膰, co porabiam, to mo偶e zajrze膰 do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z r贸偶nych przyczyn staram si臋 by膰 optymist膮, wi臋c b臋d臋 trzyma艂 kciuki 偶eby uda艂o Ci si臋 odtworzy膰 to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro s艂ysze膰, Jash. Wprawdzie nie czyta艂em Twojego opowiadania, ale szkoda, 偶e nie doczeka si臋 ono zako艅膰zenia.

Archiwum