The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 20 2019 00:31:28   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 5


Rozdział piąty

O tym, kim naprawdę jest Marcel Tyniec i o herbatce u samego króla



- Kim ty właściwie jesteś? – nie wytrzymał Karolek, wiedziony przez Marcela w coraz dziwniejsze zakamarki Zamku Królewskiego.
- Nikim ważnym. Dorosłym, który za dziecka znalazł się w odpowiednim miejscu. I przypadkiem wpłynął na los swego władcy. – Tu mężczyzna uśmiechnął się. – Trochę podobnie, jak ty, co?
Karol domyślał się, że nie był to czas na zwierzenia, mimo wszystko brak wiedzy na temat swojego tajemniczego nowopoznanego przyjaciela zaczynał mu doskwierać. Zwłaszcza, kiedy po minięciu opustoszałego dziedzińca zamczyska, otwarto przed nimi kute drzwi, a człowiek widzący Marcela zachowywał się, jak wobec bywalca. Nie spytał nawet o przyprowadzonego Karola, uznając najwyraźniej, że Marcel ma prawo decydować o odwiedzających zamek gościach.
Było już po zmroku, a wnętrze, ku zdziwieniu Karolka, wcale nie lśniło licznymi żyrandolami. Marcel otrzymał lampę, po czym powiódł Karola w znanym sobie kierunku.
Kiedy znaleźli się w kolejnej mrocznej i tchnącej pleśnią komnacie, mężczyzna złagodniał na twarzy, biorąc Karolka za rękę. Zatrzymali się na moment.
- Tak tu pusto… - szepnął chłopak, szczęśliwy z uścisku dużej, ciepłej dłoni.
- Inaczej sobie wyobrażałeś królewski dom?
- Tak.
- Król mieszka w małej części, nie jak pan, raczej niczym lokator.
- A tu? – Karol rozejrzał się po słabo oświetlonych gratach zostawionych jakby przez dawnych władców.
Marcel nie zwracał uwagi na nikomu od lat nie potrzebne tarcze, zbroje, czy proporce. Dopiero teraz krytyczniej przyjrzał się jakiemuś amorkowi, upiornie spoglądającemu właśnie na nich.
- Przydałaby się królowi żona z dworem i czeladka dzieci – musiał przyznać. – Ożywiłyby może to stare zamczysko. Teraz natchnieniem to raczej dla duchów, w istocie. – Marcel przytulił dłoń chłopaka do ust. Tak bardzo cieszył się z jego towarzystwa tutaj. – Nie bój się – szepnął – to przyjazne duchy, a ja znam drogę do żywych.
- Vivat rex! – Karol przeczytał jeden ze ściennych napisów. Pojaśniał. – Te wszystkie proporce, portrety… - Nagle jego oczy otwarły się szerzej. Ruszył w nowym kierunku, w roztargnieniu zostawiając Marcela.
Niewiele się namyślając, wyciągnął dłoń ku tafli starego zwierciadła. A potem, urzeczony wabiącą magią przedmiotu, dotknął lustra.
Zamknął oczy, nieznacznie marszcząc brwi. Ciche i wystraszone „nie” wyrwało mu się z ust. Jednak dopiero ostry błysk marcelowej lampy odbity w zwierciadle zdołał wyrwać go z dziwnej nieprzytomności.
- Nie… - wargi chłopaka powtórzyły kilka razy to jedno słowo. – Widziałem czarnego dwugłowego orła… Obce wojsko… Rosjan. Widziałem jak tu wchodzą…
- Ciii… - mężczyzna otoczył go ramieniem, kryjąc złe wrażenie. – Nie możesz tak… Ja nie chcę – dodał ciszej. – Błagam.
- Boję się.
- Wiem. Nie myśl już o tym, ani chwili. Bo i mnie wystraszysz.
- Chciałbym nie widzieć tych wszystkich… straszności…
- Ciii… - Marcel pospiesznie przycisnął go mocniej do piersi, dostrzegając w progu komnaty znajomą postać. – Król…
Karolek w mig zapomniał o swoim widzeniu. Zadrżał i puszczony, zwrócił stremowaną twarz w stronę wejścia. Chciał pokłonić się nisko, powiedzieć choćby zwykłe„Wasza Wysokość, jestem zaszczycony” lecz stał oniemiały. Nie mógł uwierzyć, że zaraz stanie oko w oko z królem Polski.
- Nic o lustrze – wyszeptał spiesznie Marcel, a Karol skinął pokornie.
Potem za Marcelem schylił głowę, a kiedy obaj usłyszeli westchnienie ulgi, spojrzeli na przybyłego.
- Witajcie. – Król wyłaniał się z półmroku, oświetlany blaskiem marcelowej lampy. Z jego oblicza jakby dopiero co ustąpiło zmartwienie, a zmęczoną twarz wygładziło choćby chwilowe wytchnienie.
Klepnął Marcela w ramię, skupiając się tym razem na jego towarzyszu. Darując sobie wszelkie konwenanse po ojcowsku uściskał oszołomionego Karola. Potem przytrzymał go na wyciągniętych ramionach, jakby chcąc jeszcze nacieszyć się w większej uwadze widokiem wydoroślałej twarzy dziecka, które zapamiętał.
- Miałeś może ze sześć wiosen – podjął z zadumą dojrzałego człowieka, który nie pierwszy raz uświadomił sobie, że za jego żywota dorosło kolejne dziecko.
Karolek kiwnął głową, pełen tremy.
- Pamiętam jak przez mgłę… - przyznał skromnie.
- Ja za to dość dobrze – król mrugnął – nawet zapisałem sobie, na wszelki wypadek. Chodźcie – zrobił gest w stronę komnat, skąd przybył. – Porozmawiamy u mnie.
- A Piatolli? – dyskretnie wtrącił Marcel, wiedząc, że pora jest jednego z tajnych spotkań.
Król jednak westchnął znowu ciężko:
- Właśniem się dziś dowiedział, żem jest uzurpatorem, bo zbytnio władzę króla chcę umocnić.
- Tak rzekli? Który? Ksiądz Kołłątaj?
- E, może i nie rzekli w oczy, ale to na myśli mieli, wierz mi. – Stanisław August ruszył bardziej stanowczo, zagarniając Karolka. A i Marcel nie zwlekał z opuszczeniem starych komnat.
Udawali się w stronę królewskiego skrzydła, gdzie zamieszkiwał monarcha, a zamek był mniej upiorny i jaśniejszy.
- Jak długo znasz Marcela, chłopcze? – spytał król w drodze.
- Właściwie… dwa dni, najjaśniejszy panie – odparł Karol, rumieniąc się niestety lekko.
Na szczęście monarcha nie miał świadomości przyczyn, a nawet w ogólnym zdenerwowaniu chłopaka nie spostrzegł tego szczegółu.
- Więc możesz nie wiedzieć jeszcze – mówił król – że Marcel Tyniec we wczesnej młodości uratował mi życie.
Karolek wykonał jakiś nieokreślony gest świadczący o braku pojęcia na ten temat. Ale też o wielkim zdziwieniu.
- Był trzeci listopada, niemal równo dwadzieścia lat temu – król rozpoczął, najwyraźniej nie zamierzając ani bardzo streszczać, ani szczędzić ówczesnemu chłopcu pochwał. – Był rok 1771, trzeci trwania wielkiej przeciwnej mi konfederacji, która zaczęła się w Barze, a rozprzestrzeniła na kraj. Konfederaci, których oświecone umysły zawsze będę szanował, zajmowali Tyniec, Kraków, Lanckoronę… - tu odetchnął ciężko. – Odrzucili mą władzę, ogłaszając moją detronizację. Uważali mnie za posłusznego Rosji… Cóż. Pęta carycy ciążą mi do dzisiaj i obawiam się, że są mi założone na wieki. – Z gorzką miną otworzył drzwi świetlistej komnaty, wpuszczając gości do środka. Jak się jednak okazało nie był to jeszcze cel podróży, dlatego ruszyli dalej, król zaś kontynuował opowieść. – Tamtego listopadowego dnia buntownicy mieli się pozbyć, jak to mnie zwykli nazywać za panem Pułaskim „ogólnego nieszczęścia w osobie królewskiej” – uśmiechnął się smętnie. – Dzień wcześniej dwudziestu paru z nich, zaprzysiężonych do porwania mnie, w przebraniu chłopów prowadzących wozy bez trudu minęło rogatki i weszło do Warszawy. Wieźli nie siano, rzecz jasna, lecz broń. Mieli też konie. Dominikanie udostępnili im stajnie na Nowym Mieście, niczego nie podejrzewając ponoć. Niejaki pan Strawiński, również zaprzysiężony konfederacji, znający moje otoczenie, wyjawił swoim, że wybieram się w odwiedziny do chorego kanclerza Michała Czartoryskiego, będącego wtedy w rezydencji na Miodowej. Nie brałem asysty wojska. Oni zaś, nawołując się po rosyjsku udawali patrole kozackie i tak niepostrzeżenie dotarli w środek miasta. Kiedy mój orszak opuszczał pałac, ostrzelano nas. Orszak rozpierzchł się, część raniono. Brama Czartoryskiego stała zawarta. Tam mnie pojmano, a jeden ciął szablą, aż mi w głowę trafił, zamroczywszy mocno. Na koń wsadzono i uprowadzono w stronę wałów, potem w Las Bielański.
Król przerwał, tym razem otwierając ostatnie już drzwi i zapraszając mężczyzn do środka komnaty.
- Rozgośćcie się – poprosił, oferując stolik. Potem polecił służącemu przynieść poczęstunek.
Karolek rozejrzał się z zapartym tchem. Nie wierzył, że oto wylądował na herbatce u samego króla.
- Nie wiem, co stałoby się dalej – król rozsiadł się, zmierzając ku końcowi – gdyby znanymi sobie jedynie sposobami ten dziesięcioletni wówczas zuch nie znalazł się wtedy dla mego ratowania.
Marcel zaśmiał się cicho.
- Nie moje to sposoby, a Mateczki – uzupełnił, co nie było przecież królowi nowe, ale może i mało zręczne do przekazywania. – Mateczka wiele wie, jak i jej wychowanice.
- W istocie, jest to źródło różnorodnej wiedzy. – Oczy króla śmiały się poczciwie. – Marcel do dziś pieczę trzyma nad tym i owym…
Karolek domyślił się, dopiero teraz uświadamiając sobie kim naprawdę był jego towarzysz.
- Przypadkiem któraś z dziewczyn wywiedziała się o planach porywaczy – mówił Marcel, nie skory zresztą do powiększania znaczenia tego wydarzenia, ani następnych. – Prawie spałem, ale usłyszałem jak zleca służbie ściągnięcie pomocy. Nie czekałem, sam portki tylko przywdziewając na tyłek i kapotę zarzucając. Skradłem jednemu z bywalców pistolet – pokręcił głową, przypominając sobie, że pojęcia o broni nie miał wtedy żadnego. – Szczęście, żem cię, panie, sam przypadkiem nie ustrzelił owej nocy.
- W istocie – król przytaknął z westchnieniem rozbawienia.
- Tak uzbrojony – kończył Marcel – dobiegłem do Miodowej. Lecz było już po wszystkim. Jeden z koni błąkał się, w siodle jeszcze ciepłym. Dał się złapać i dosiąść. Tak więc puściłem się na nim za porywaczami. Ale niedługo za wałem, kiedy w noc wjechałem, trop się skończył. Z dali słyszałem jakieś głosy.
- Bo ludzie ci rozproszyli się, o dziwo. Nie wiem – król wzruszył ramionami – czy wystraszyli się, bo dotarło do nich dopiero, że poważyli się na króla, czy jeszcze z innych przyczyn. Różnie to potem zeznawali. Koniec końcom pobłądziliśmy wówczas na mokradłach, a ja z jednym już tylko mym porywaczem zostałem, z Janem Kuźmą. Którego do dziś dobrze wspominam i bronił będę. Prosty był, lecz honorowy. Jedynie zbałamucony może. No w każdym razie bałem się, że będzie twardo stał przy swoim celu, a może i ubije ze strachu, nie wiedząc co dalej. Wtem, słyszymy tętent kopyt po murawie i z listopadowej nocy wyłania się jeździec. „Królu, to ty?!” słyszymy dziecięcy głos wyrostka. „Królu, jadę ci na ratunek!”
- Lepiej nie wspominać – śmiał się Marcel.
- Kuźma zgłupiał – stwierdził król. – Kiedy pojął do tego, że oswobodzicielem jest dziesięcioletnie dziecko, ostatecznie porzucił ochotę na dalsze uprowadzanie mnie. Marcelek dojechał do nas, zeskoczył dziarsko z konia i targając cugle, żeby czasem wierzchowca nie puścić, dopadł mi do nóg, mierząc wrogo Kuźmę. „Królu, uciekajmy” wysapał w oddaniu, przypominając sobie o pistolecie. Na szczęście nie dobył go, dając sobie odebrać bez mierzenia w Kuźmę. Ja zaś zwyczajnie spytałem, czy zna drogę, by wydostać się z tych mokradeł. Tej samej nocy znaleźliśmy młyn pod Marymontem i wszystko dobrze się skończyło. Rano w asyście wróciłem do Warszawy, Marcelek zaś do Mateczki. Tak, jak nie zapomniałem jednak o wdzięczności wobec Kuźmy, kiedy był sądzony z pozostałymi, tak i do dziś przyjaźnią darzę tego chwackiego obywatela.
- Wasza Wysokość, miej litość! – Marcel błagał o zaprzestanie pochwał i wspominanie dziecinnego wybryku.
Wreszcie doczekał się, a król pokiwał tylko głową.
- Zawsze pamiętam o oddaniu – podsumował poważniej, przerzucając wzrok na służącego niosącego imbryczek i angielskie filiżanki.
Chwilę zajęło rozłożenie poczęstunku, w której nie było sposobności poruszania jakiegokolwiek tematu prócz ciastek. Wreszcie znów zostali sami, a rozluźnieni historią królewskiego porwania, łatwiej przeszli do sprawy Karolka.
- Kiedy mój bratanek powiedział mi o twej obecności w Warszawie – król zwrócił się do młodszego z gości – nie mogłem doczekać się spotkania. Tyle lat minęło od tamtego zimowego dnia, kiedy poznałem ciebie jako dziecko, a wciąż robi to na mnie ogromne wrażenie.
- Kiedy ja… najjaśniejszy panie… - Karolek zmieszał się – niewiele pamiętam.
- To zrozumiałe, byłeś ledwo od ziemi odrośnięty! Sześć lat, dobrze rozeznałem, tyleś miał.
- Tak… Chyba tak, panie.
Król upił herbaty, odprężając się bardziej.
- Pamiętam twoją matkę Wandę – mówił. – Z domu Gałczyńskich, teraz…
- Sioło, najjaśniejszy panie.
- Właśnie. Za panny bywała w Warszawie, a urodą przykuwała uwagę. Sam, przyznaję, zapamiętałem to lico – monarcha skwitował siebie pobłażliwym kiwnięciem głowy. – Jak czuje się mama? – zapytał uprzejmie.
- Dobrze, najjaśniejszy panie – Karolek posmutniał, nie chcąc przecież wyjawiać teraz przyczyn, od których cierpi pani Sioło, a których był ucieleśnieniem.
- Ukłoń się mamie ode mnie i pozdrów, proszę – dopowiedział król wykwintniej, niż dotąd.
- Dziękuję, Wasza Wysokość – Karolek odpowiedział grzecznością na grzeczność. – Mama byłaby zaszczycona.
Tu każdy poczęstował się ciastkiem, odczekując stosowną chwilę. Wreszcie król kontynuował:
- Tamtej zimy byłem pod Grochowem. Dzień lutowy, tylko skrzyło się od zmarzniętego śniegu. Rzecz dziwna, szlachcianka nam drogę zabiegła, jak się okazało właśnie twoja matka, piękna pani Wanda. Poznałem twarz z młodości, zatrzymaliśmy sanie. A ona zapłakana prosić jęła o pomoc. Synek bowiem uląkł się nie wiadomo czego, mówiła, z gospody, gdzie się zatrzymali wybiegł. I nim ktokolwiek zdążył pobiec za nim, zniknął. Ślady się urwały, jakby bies go uprowadził.
Marcel znał opowieść, odruchowo jednak popatrzył na Karolka.
- Jak się okazało – mówił król – chłopca ślady znalazły się wśród innych, lecz dopiero za domami daleko w polach. Znaleźliśmy zmarzniętego prawie o zmierzchaniu. A był to najdziwniejszy widok, jaki kiedykolwiek ujrzałem. Pamiętasz ty może?
Karolek skinął:
- Nie czułem zimna. Pamiętam, że bałem się ruszyć.
- Pamiętasz dlaczego?
Chłopak znów potwierdził, ale tym razem odpowiedział król:
- Kiedyśmy podeszli do dziecka i zabrać chcieli, ono w ryk. Żebyśmy nie zdeptali konia! „Martwy konik!” wołał. „Martwy konik leży!”
- Konik… Dalej inne… Oraz nasi. Tak mi się zdawało.
- Jak się okazało – król ciekawie podniósł brew – co poznaliśmy, jakby rażeni piorunem, dziecku temu zdawało się, że wokół na owym grochowskim polu leży mnóstwo poległych w jakiejś bitwie, koni oraz żołnierzy. W tym polskich. Chłopiec ten płakał, że słyszy jęki rannych, którzy jeszcze są wśród nich. I zdawało mu się, że ów konik patrzy na niego.
- Boję się koni – cicho wtrącił chłopak, właściwie nie wiedząc po co. Potem spuścił głowę. – Pamiętam.
Każdy z trójki zadumał się. Nie było przecież bitwy, o której można by powiedzieć, że odbyła się kiedykolwiek na oczach sześcioletniego Karola i to na polach pod Grochowem.
- Zostaliśmy owej nocy w gospodzie z chłopcem i jego matką. Dziecko wyziębione nie nadawało się na podróż do Warszawy. Stolica spała, wszak długo już było po zachodzie słońca. Mnie zaś spokoju nie dawała dziwna wizja dziecka. W łóżku już, a jeszcze spać nie mógł. Zaoferowałem się z bajką. Legendą właściwie.
- O Lechu, Czechu i Rusie – Karol pojaśniał.
- Tak. I ja pamiętam. Zwłaszcza, że kiedym skończył, ty mały, złapałeś mnie za rękę i rzekłeś: „Boję się, że Rus przyjedzie i zabierze nasze domy.”
Marcel nie mógł nie uśmiechnąć się, na wyobrażenie małego Karola.
- A potem – król też był wesół na wspomnienia – w senności trochę mi jeszcze naopowiadał. Słuchałem najpierw w pobłażaniu, jak dziecinnego gadania przed snem. Ale że dobierał coraz to bardziej dorosłych słów, zaniemówiłem, w słuch się zamieniając. Ja dopiero po latach zrozumiałem, o czym to było. Zrozumiałem, o czym mówił, kiedy się wydarzyło! A mówił dokładnie tak: „Dlaczego tak się spóźniała? Może rzeka krą skuta? Albo zbyt wezbrała po roztopach? Tylko dziewięć salw kazała oddać z Dniepru, a ty aż sto jeden. Tak zmieniona… Postarzała się. Przytyła. Ach, pani, kiedyś dałaś mi znacznie piękniejsze nakrycie głowy…”
Zapadła chwila ciszy. Marcel znów przerzucił wzrok na Karola. Ten siedział osowiały.
- Słabo pamiętam, o czym mogłem mówić, Wasza Wysokość – stwierdził wreszcie przepraszająco.
Na to Stanisław August zaśmiał się, prawie w głos. A potem spojrzał na niego dobrodusznie, z typowym sobie spokojem.
- Za to ja doskonale wiem – stwierdził. – Sześć lat później, zupełnie zapomniawszy o tamtej sprawie, wyprawiłem się na spotkanie z cesarzową Katarzyną. W Kaniowie było to wiosną. A w istocie czekałem na nią dobry miesiąc, nie mówiąc o czasie podróży w tamto miejsce. Dniepr jednak rozlany był po roztopach, jak w słowach Karolka. Kiedy flota carycy zbliżała się do portu, kazałem oddać nie inaczej, jak sto jeden salw na jej cześć. Już wtedy przeczuwałem, że słowa dziecka z tamtej grochowskiej nocy mają coś z tym wspólnego. Chciałem dla żartu oddać dokładnie tyle wystrzałów. I co się stało? Caryca z wód Dniepru kazała dla mnie oddać nie inaczej jak… - na moment wstrzymał opowieść, napawając się zaciekawieniem słuchających. I skończył: - Dziewięć. Ni mniej, ni więcej.
- Dokładnie, jak w bredzeniu tego tu – Marcel mrugnął wesoło ku Karolkowi.
Uśmiechy zagościły na wszystkich trzech twarzach.
- Kiedy ujrzałem kobietę, którą pamiętałem sprzed ponad dwudziestu laty – w słowach króla brzmiała osobista nuta, teraz mocniej, niż dotychczas – zawiodłem się. Wiem, że i ja się postarzałem, przytyłem… Lecz to, co mogłem powiedzieć o niej, byłyby to dokładnie słowa, które padły wtedy z ust prawie śpiącego dziecka. A to o nakryciu głowy? Rzecz niesamowita. Ostatnie słowa przepowiedni wydawały mi się już wtedy najmniej mądre. Dopóki przy stole nie zapodział mi się kapelusz! Ona pomogła w znalezieniu, podając mi! A mnie do głowy przyszło tylko jedno: zacytować Karola. I zacytowałem: „Ach, pani, kiedyś dałaś mi znacznie piękniejsze nakrycie głowy…” Bo w istocie… zawdzięczam koronę jej poparciu swego czasu. – Tu skończył: - Które to do dziś… mym przekleństwem.

Karol wyszedł ze spotkania z królem o dziwo bardzo szczęśliwy. W drodze rozprawiał o wizjach, które czasem ma, o słowach, które słyszy. Mówił o dylematach w przekazywaniu ich.
- Bo jeśli źle odczytam sens takich – kończył, kiedy zatrzymali się przed zamtuzem Mateczki – mogę więcej złego spowodować, niż dobrego. Ostrzec niesłusznie, odwieść kogoś, nastraszyć. Oj… lepiej mi milczeć – westchnął.
Tymczasem zorientował się, że stoi z Marcelem przed bramą kamienicy, a ten spogląda na niego znacząco.
- Twój dom – spostrzegł w zakłopotaniu, przypominając sobie o wuju.
- Zostaniesz ze mną? – pytanie Marcela zabrzmiało prawie uroczyście.
Skinął, nie wahając się co do tego, a raczej martwiąc o inną sprawę.
- Co z wujem? – skrzywił się, nie bez lęku. – Przyjedzie po mnie z awanturą?
- Poślemy list, jeśli chcesz, umyślnym. By cię nie szukał.
Oczy Karolka znów otwarły się szerzej w przerażeniu, zwłaszcza na wyobrażenie reakcji wuja, potem rodziców.
- Nie chcę do niego wracać – to wiedział na pewno. – Chcę być tylko z tobą.
- I on chyba tak chciał, wszak sam cię tu przywiózł i zapłacił. Winien być ukontentowanym, nieprawdaż? A sam najlepiej wytłumaczy to twoim rodzicom, skoro za swoimi planami nadąża.
- Tak… za planami. Naskarżyć chce na mnie, żeby wydziedziczyli mnie. Wówczas wiano mamy wpadnie w jego ręce. Ja – Karol podniósł oczy na Marcela, pierwszy raz wyznając coś więcej o swojej rodzinie – jestem jedynym z czterech braci, którego nie zabrała zaraza. Najmłodszym i zupełnie nieudanym. W naszym sadzie są trzy groby, wszystkich moich braci. Mama na cmentarz nie dała zabrać. Przesiaduje tam całymi dniami, nawet altanę ma tam do dumania. Czy lato, czy jesień, czy zima, jest tam i rozmawia z nimi. A tata… On już całkiem usechł. Oni byli… tacy jak książę: do koni, do szabel… Nie jak ja… Dlaczego mnie zaraza nie wzięła?
Zmarszczył brwi, a w oczach mu zabłyszczało od łez.
Marcel ostrożnie pociągnął go w stronę bramy, nie mówiąc już nic o wuju.
W holu poprosił o papier i sam napisał prosto: „Uprzejmie zawiadamiam waćpana, że biorę w opiekę Karola Sioło, dopóki ów zechce przy mnie zostać. Z poważaniem, Marcel Tyniec”. Po czym zlecił posługującemu w kuchni chłopcu zaniesienie listu do kamienicy Gałczyńskich.
Nim do kryjówki na strychu przyniesiono kolację, Karolek już spał. Marcel westchnął nad nim, po czym siadł przy biurku z pięknymi tłoczonymi nogami. Lista królewskich osób „do sprawdzenia” była długa, pełna przypisków i skreśleń. Naprawdę wyjątkowo nie chciało się nad nią zastanawiać Marcelowi.
Mężczyzna oparł czoło na dłoniach, zamykając zmęczone oczy.
Muśnięcie na plecach wyrwało go z półsnu. Rozjaśnił oblicze na widok zawiniętego w ciepłą kapę Karola, stającego z boku biurka.
- Myślałem, że spisz – mężczyzna uśmiechnął się, przecierając twarz. – Późno już.
- Jesteś zajęty – Karol nie wiedział, czy pyta, czy stwierdza. Tak, czy inaczej panicznie bał się przeszkodzić.
Nie był to zwykły lęk przed odtrąceniem jego towarzystwa. Raczej przed odrzuceniem czegoś bardzo nieśmiałego i osobistego, na myśl o czym aż wysychało mu w gardle.
Chciał czegoś. Poznając to Marcel bez słowa odsunął kartki, oczyszczając biurko i poprowadził chłopaka bliżej. Posadził oniemiałego na blacie i rozchylił okrycie na jego ramionach. Po chwili kapa spadła na biurko, odsłaniając nagie ciało Karola.
Marcel o nic już nie pytał, wtulając twarz w gorące objęcia drżącego chłopaka.
- Cokolwiek myślisz o sobie – szepnął, całując ciepłą skórę – pamiętaj, że masz wybór: możesz widzieć w swojej osobie tylko wady i być nieszczęśliwym, rozpamiętując zmarłych jak twoi rodzice… albo dostrzegać dobre rzeczy i cieszyć się nimi.
- Cieszę się tobą. Ty… chyba jesteś jedną z nielicznych osób, której nie boję się patrzeć w oczy.
- Tak? Czemu?
Karolek chwilę myślał jak to nazwać.
- Bo w twoich oczach nie widzę pogardy dla mnie – odparł potem całkiem spokojnie. – Nie patrzysz jak na krowie łajno.
- Karol… - Marcelem wstrząsnęło to mimo wszystko.
Ale wyraz twarzy chłopaka nie świadczył o jakimkolwiek poruszeniu co do samych słów. Zupełnie jakby zostawały z boku jako pozbawione żalu stwierdzenie.
Ciepłe ramiona Karolka objęły głowę mężczyzny, a całe ciało wyprężyło się, poddając śmielszym pieszczotom. Usłyszał czułe „kocham cię” i wdzięcznie ucałował męską skroń.
- Ja też cię kocham – wyszeptał tak samo prosto.

Następnego dnia posłany z listem chłopak wrócił z wiadomością, że pan Gałczyński odebrał przesyłkę i zamierza pokazać ją w Siole, dokąd jedzie na Wielkanoc. Marcel przyjął informację, Karolkowi przekazując jedynie, że wuj wyjechał z Warszawy na święta i temat wróci pewnie dopiero po jego powrocie.











Komentarze
germatoid dnia padziernik 31 2016 23:38:49
Czytam dalej :}

Cóż ja Ci tutaj mogę powiedzieć... nie chciałbym się powtarzać...

O! Zacznę od najważniejszej rzeczy! Przy okazji komentarza do poprzedniego rozdziału wspomniałem, że sprawia wrażenie pisanego w pośpiechu (czego nie czułem w poprzednich rozdziałach). Całe szczęście, w "piątce" ponownie tego nie czuję, a to bardzo ważne, bo wpływa na odbiór w taki bardzo ogólny sposób. Historia jest ciekawa i całkiem rozbudowana - w tej kwestii nie zmieniam zdania. Jako czytelnik jestem już ciut ciut zniecierpliwiony - w pamięci mam wciąż zdarzenia sprzed retrospekcji i czekam na "powrót do teraźniejszości". To właściwie jest na plus, bo popycha mnie do przodu, w dalszym czytaniu Twojego opowiadania.

Bardzo zręcznie budujesz relację pomiędzy Marcelem a Karolem. To jest wprawdzie zdecydowanie subiektywne odczucie - niektórzy być może wolą inne emocje. U Ciebie jest sporo takiej naiwności (która szczególnie płynie od Karola) i ciepła. Mnie to bardzo leży i uważam, że to niezwykle urocze. To, że skąpisz (jak na razie) bardziej odważnych scen, wychodzi Twojemu opowiadaniu na dobre - nie czuję, żeby cokolwiek było tutaj na siłę. Bieg wydarzeń wydaje się być naturalny i najzwyczajniej w świecie w to wszystko "wierzę". To dużo.

O tym, że polskie realia historyczne są ciekawym wyborem (w kontekście yaoi) chyba już wspominałem, prawda? A powiedz mi jeszcze, na ile jest to osadzone historycznie? Mam na myśli przede wszystkim wszystkie wątki/postacie, które są gdzieś z boku (bo domyślam się, że historia Marcela i Karola jest Twoim wymysłem). Widzę tutaj obecność postaci historycznych. Fakty zmieniasz na własne potrzeby (np. porwanie króla). Robiłaś research na potrzeby tego opowiadania, czy po prostu ogarniasz tak dobrze historię i postanowiłaś tę wiedze wykorzystać, hmmm?
ak dnia listopad 04 2016 22:31:40
Hej, strasznie się cieszę, że czytasz dalej:)
Niedługo będzie powrót do teraźniejszości, ale bardziej na zasadzie dobrnięcia do zakończenia - bo mamy tu klamrę, którą jest teraźniejszość, a główna tytułowa opowieść związana z 3 maja 1791 jest sednem opowiadania - tak bym to ujęła:)
Fajnie, że lepiej się czytało. Oprócz tego, że czasem po prostu lepiej nam się coś czyta, bo mamy taki nastrój (większe skupienie, spokojniejszy umysł i t. d), to rzeczywiście kolejny raz uświadamiam sobie, że fragmenty najbardziej cięte, kopiowane, wklejane, mutowane - wychodzą jak jeden wielki bałagan. Cóż. Unikać.
A co do historii, ponieważ kiedyś byłam nauczycielką tego przedmiotu (daaaawno temu i zarazem niedługo), domyślam się, że mimo starń, żeby tak nie było - z pewnością w tekst wkradły się historyczne niedociągnięcia. Ale: tak = chciałam się oprzeć na faktach, ugościć króla, księcia Józefa, konstytucję, parę miejsc i te pe. To wszystko nagięłam do postaci fikcyjnych np. miała miejsce próba porwania króla przez członków konfederacji barskiej, ale wszystko co dotyczy Marcela w tej sytuacji jest zmyślone. Książę Józef wypowiada się na swoje prywatne sprawy słowami własnego listu, który zamieszczono w biografii wydanej przez Ossolineum (J. Skowronka). Tak to robiłam. Starałam się, żeby było poprawnie - choć znawcy epoki zapewne coś by wyłapali. Jeśli są na sali, chętnie się podszkolę:)
Przypisów nie robiłam, ale w sumie mogłyby być, żeby w nich dodać coś w stylu: tak było wg tego i tego; albo: to zmyślone. Hmm. Gdybyś był ciekawy, napiszę co i jak.
Trzymaj się i dzięki!
germatoid dnia listopad 07 2016 21:35:23
A to wiesz, ja kiedyś słyszałem taką opinię, że jak poprawia się opowiadanie po raz n-ty, to lepiej usunąć całe i napisać od nowa, na świeżo. Ale jakoś nigdy nie stosuję się do tego zalecenia^ ^ Może czas spróbować...

A co to faktu, że oś opowiadania kręci się głównie wokół rzeczonej retrospekcji, to rzeczywiście tytuł na to wskazuje, ale myślenie czasami boli i jakoś na to nie wpadłem^ ^'. No po prostu się zastanawiam co tam dalej z tym chorowitkiem, taki empatyczny jestem! smiley

O, to researchersko (wybaczcie to słowo) sporo pracy włożyłaś w 3-majową, nie tylko warsztatowo/literacko. To ciekawie! Ja jednak zwykle piszę wszystko "z głowy" (znaczy wszystko wymyślam) i chyba większość opowiadań tutaj została stworzona na takiej zasadzie, więc miła odmiana. Wiesz to nie podręcznik historyczny, więc wszelkie niedociągnięcia hist. można potraktować jako element Twojej kreacji (choć ktoś się może czepnąć, że np. takiego-a-takiego słowa to wtedy nie używano, bo weszło do polszczyzny później). Dla mnie to akurat nie problem, bo się nie znam smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum