The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Padziernik 15 2019 07:57:21   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 4


Rozdział czwarty

O niespodziewanym gościu jednego z zamtuzów


Marcel nigdy nie wiedział jak to się działo, że po piciu z księciem i jego kompanią nogi zawsze niosły go do domu – do domu rozkoszy zresztą, bo tam mieszkał. Niespodzianki dopełniało zaskoczenie wobec tego, z kim się obudzi.
Tego popołudnia – bo w istocie nie było już wcześnie – Mateczka o dziwo nie odsłoniła kotar, mimo, że uchylone oko Marcela dostrzegło za oknem promienie słońca. Zgoniła panny z łoża, z innymi krzątając się po komnacie. Zauważył nawet świeżą wodę wlewaną do wanny stojącej na środku.
Brew mężczyzny drgnęła w ciekawości. Tym bardziej, że wzrok Mateczki, którym obdarzyła go znad niesionej świeżej pościeli, zdradził interesującą niespodziankę.
- Mateczka… dogląda mnie osobiście, czym we śnie jeszcze? – bąknął, przecierając twarz.
- Właź do wanny, mężczyzno, nie dyskutuj. – Jedna z dzierlatek klepnęła go w pośladek, mrugnąwszy zaczepnie, po czym wszystkie panny z Mateczką na czele roześmiały się dobrotliwie.
- Robotę masz – odrzekła wreszcie Mateczka, zganiając go do kąpieli. – Odsłużyć coś i ty musisz czasami, ochleju.
Dał się obmywać dwóm przemiłym pannom, zresztą bardzo starannie. Normalnie przestałby się skupiać na gadaniu burdelmamy, tym razem jednak zapytał mimochodem:
- Herbowa będzie czy zakonnica?
- Raczej niewyględna. Co to chłopa nie znalazła sobie, bieda. Z jednym okiem. I brodą!
Skrzywił się, acz niewiele przejęty, wszak z pannami miał drobne właśnie sprawki pod wodą.
- Jeśli tak, to za trzeźwym – mruknął tylko, mrugnąwszy ku Mateczce.
Figle w wannie trwałyby zapewne długo, ale Mateczka ścierą odgoniła wreszcie swoje wychowanki, po czym odczekawszy aż zostali we dwoje, podjęła już całkiem poważnie:
- Będzie to ktoś z cnotą jeszcze, Marcelku.
Ton głosu i brzmiące w nim szczere zadumanie, może wręcz zmartwienie, mimowolnie i na nim wymogło odstąpienie od wesołości.
- Ten ktoś – mówiła – nie ma nadziei na miłość w prawdziwym świecie. Rozumiesz?
Kiwnął głową, biorąc od niej ręcznik i wycierając się na polecenie. Słuchał.
- Osoba ta doświadczyła nieszczęśliwej miłości oraz upokorzenia. I, Marcelu… - tu westchnęła, kończąc o najważniejszym – to młodzieniec.
Zastygł. Potem zmarszczył brwi i pokiwał głową w zadumie.
- Rozumiem – stwierdził ot tak na koniec, przewiązawszy się ręcznikiem.
- Zatem zgadzasz się?
- Nie wiem. Zakochałem się zeszłej nocy.
- Ty?! Dobre sobie!
- Kiedy nie kłamię. – Tu uśmiechnął się, patrząc z westchnieniem, które w istocie aż zdumiało Mateczkę.
Ocknęła się:
- Bujdy mi tu gadasz? Z dwiema spałeś, pamięć ci odjęło?!
- Spałem, jak rzekłaś. Na brzuchu – dodał znacząco. – Zapytaj którąś, kiedy nie wierzysz.
Wzięła się pod boki, mierząc go z ukosa.
- Kocham – ponowił, dziwnie poważnie.
- Już zgodę dałam.
Marcel zamyślił się. Nie miał ochoty na zwierzenia.
- Żartowałem – mrugnął, zachowując sprawę Karola dla siebie.
- Co?
- Żartowałem! Dawaj go, pani matko, skoroś komu obiecała.
- Nicpoń.
- Samaś rzekła, że i ja odpracować winienem – uśmiechnął się lekko. – Zawsze jedno mi było, czy pannę ściskam, czy chłopaka. A tym bardziej pomówić mogę.
To akurat wiedziała, mimo wszystko rada, skoro gładko poszło.
- Ważne jest – upomniała dobitnie – byś o nazwisko nie pytał, a najlepiej też ani o imię. Jego wuj to znamienity gość, pragnie pozostać anonimowy, tak jak i ów młodzieniec. Familia jego i tak dość już na honorze ucierpiała z powodu tej dewiacji.
- Po co zatem go przyprowadzają? Czy aż tak jest niewyżyty? – Tu Marcel nie pojmował.
Mateczka nieznacznie wzruszyła ramionami.
- Za bogaczami nadążysz? – rzuciła jedynie, widać mając jakieś wątpliwości co do całej historii.
- Może to dobrzy ludzie, co rozumieją młodego i zezwalają na takie uciechy, byle świat nie wiedział? A może świat ujrzy go przy ołtarzu z panną, z jakąś dobrą partią? A potem z zacnym przychówkiem, dobrze urodzonym. Wtedy wolę towarzystwo z twoimi wychowanicami – burknął, westchnąwszy do siebie.
Mateczka pomyślała chwilę, jakby odwlekając coś, co wiedziała, że nie spodoba się rozmówcy.
- Wuj tego nieszczęśnika nie jest raczej z dobrych – podjęła wreszcie. – Życzeniem jego jest… byś obrzydził siostrzeńcowi sprawę.
- „Obrzydził sprawę”?
- Kiedy już ci zaufa, zrób co ci potrzeba, po męsku i bez zbędnych czułości. Ma przekonać się jacy są mężczyźni i taka miłość. A potem wreszcie przestać o tym marzyć.
Pogarda do zacytowanych przez Mateczkę słów wymalowała się dość czytelnie na twarzy Marcela, by kobieta wiedziała, że nie zostanie posłuchana.
- Mam go uwieść, a potem zerżnąć – podsumował tymczasem ponuro. – Komu ludzie potrafią oddać swoje dzieci w opiekę? Troskliwy wujaszek…
Mateczka przemilczała to, równie zdegustowana. Potem pokręciła głową, zerknąwszy na zegar.
- O, pora już – stwierdziła. – Kładź się i dawaj do związania. – Wykręciła mężczyźnie ręce, ku jego wielkiemu rozbawieniu przykuwając go do słupa baldachimu łoża.
- A śniadanie? – jęknął, zaśmiewając się.
- Kolacja raczej!
- Jedno mi.
- Dostaniesz na czas.
- Toś umówiła go, Mateczko, ani nie czekając mej zgody, a teraz jeszcze wiążesz?
- Na co mi twa zgoda, pijusie – prychnęła zabawnie, zawiązując mu oczy.
- Zatem nawet patrzeć mi nie będzie wolno?! – Wesołość Marcela mieszała się z zaskoczeniem. – Ani ujrzeć, ani pomacać, na co mi przyszło…?
- Rada bym ci gębę skneblowała jeszcze – Mateczka klepnęła go dziarsko – ale nie prosili.
- Choć tyle.
- Poproszą, kiedy cię posłuchają! Póki co młody sam zdecydować ma, czy cię rozwiązać i odsłonić ci oczy. Zechce, to zrobi to.
- A może ucieknie z bekiem?
Tu rozbrzmiały kroki wychodzącej i zamykane drzwi.
Marcel został sam i dopiero dotarła do niego dziwność chwili. Siedział z rękami związanymi z tyłu, przykuty do łóżka, z zasłoniętymi oczami. Do tego nagi i głodny. Czuł, że ręcznik rozsunął mu się z bioder, ostatecznie opadając w końcu z ciała.
Westchnął.
I nagle drgnął, usłyszawszy szmer z boku.
Nie był sam. Zrozumiał to znienacka, wytężywszy zmysły.
- Jak ci na imię? – spytał bezczelnie, tym bardziej nie omieszkawszy, skoro miał to zakazane.
Ktoś nieznacznie odkaszlał, chyba bardziej nerwowo, niż z potrzeby.
- Miałeś o to nie pytać, panie – w komnacie rozległ się cichy, drżący głos.
- Możesz jakieś wymyślić przecież. Ja jestem Marcel.
- Karol…
Mężczyzna uśmiechnął się spod szarfy na oczach. Pokiwał głową z wolna.
- Ładnie – stwierdził. – Ostatnio to moje ulubione imię. Zakochałem się w kimś o tym imieniu zeszłego wieczora.
Cisza. Potem nieśmiały ruch, może ze dwa kroki ku łóżku.
- Usiądź przy mnie – zachęcił mężczyzna. – Jestem związany, jak widzisz, więc nie ma się czego bać. Zresztą, jak rzekłem, jestem zakochany… Mateczka pojęcia nie miała… Zatem… usiądziesz? Pogadamy sobie.
Aż usłyszał przełknięcie śliny ze strony przybyłego.
Potem jednak chłopak odważył się i bardzo powoli przysiadł na skraju łóżka. Nieznacznie dotknął udem nogi mężczyzny, na co pospiesznie cofnął się.
Marcel wytężył zmysły, które pozostawiono mu poza wzrokiem. Czekał ucieczki młodego, ale ta mimo wszystko nie nastąpiła. Skończyło się na leciutkim odsunięciu.
- Związanie ciebie… i pozbawienie wzroku… to nie był mój pomysł – głos chłopaka padł z bliższa, ale nadal był niewiele głośniejszy niż szept. – Poza tym, przyznaję, boję się. Bardzo.
Marcel postanowił skupić się na rozmowie, mimo swojego śmiesznego położenia.
- Czego się boisz? – spytał już łagodniej. – Przecież wiem po co tu jesteś.
Chwilę milczenia zakończyło ciche:
- To raczej wstyd, panie.
- No, ja też nie czuję się zbyt chwacko – Marcel nie wytrzymał, tłumiąc śmiech.
Wydawało mu się, że ze strony młodzieńca usłyszał coś podobnego.
Spoważniał nieco.
- Jeśli chcesz, możemy rozmawiać – podjął. – Ale nie potrzebujemy tych więzów. Może po prostu mnie uwolnisz?
Znów cisza, aż gęsta.
- Nie wiem, po co te więzy. I tak nie mógłbym… dotykać związanej, oślepionej osoby… - padło wreszcie ze strony chłopaka, po czym Marcel wstrzymał dech na bliskość dłoni przy szarfie.
Ciekawy otworzył oswobodzone oczy, poznając odskakującego w obawie młodzieńca.
Zmarszczył brwi uważnie.
- To ty? – Uśmiechnął się niedowierzając.
Karol kiwnął głową, w geście poddania siadając na powrót na skraju łóżka.
- Wiedziałem, że trafię na ciebie, panie – jęknął, przerażony. – Ale nie mogłem dłużej się taić. Tak, to ja. Mój wuj sam zaproponował mi tę schadzkę. Dowiedział się kim jesteś, kpił ze mnie… Pytał, czy wiem, czym się trudnisz i gdzie mieszkasz i… że może ci zapłacić, jeśli wpadłeś mi w oko.
- Po co to? Myślałem, że jest przeciwny sodomii.
Chłopak zawahał się, stłamszony tematem wuja Gałczyńskiego.
- Panie, nie wierzyłem, że… ciebie zmuszą, byś… ze mną… - wydukał przepraszająco.
- Nikt nie zmusił mnie. Ja… Jedno mi, czy młodzieniec przyjdzie, czy dziewczyna, mówiłem ci… Choć chciałem, żebyś to był ty. Coś mi to podpowiadało.
Cisza.
- Więc oni cię tu nie więzią, panie? – chłopak ocknął się.
Marcel omal nie parsknął śmiechem. Ograniczył się do wesołego:
- Nie, nie więzią. – I dodał całkiem prawdziwie: - Pół życia spędziłem w klasztorze, pół w zamtuzie. Może dlatego, że moją matką była markietanka, ojcem… chyba tylko Ojciec w Niebiesiech wie kto. Ja zaś mam rozdwojenie natur.
Karolek uśmiechnął się, wciąż skromnie nie śmiąc patrzeć na nagość rozmówcy.
Marcel miał dyskretnie upomnieć się jeszcze o rozwiązanie rąk, tymczasem jednak dostrzegł coś, co mogłoby znacznie lepiej pomóc w rozluźnieniu chłopaka.
- Podałbyś naleweczki? – Wskazał trunek na stoliku w głębi pomieszczenia.
Młodzieniec natychmiast ruszył na rozkaz. Ręce niemiłosiernie trzęsły mu się, kiedy rozstawił karafkę i kielich i kiedy usiłował nalać alkoholu. Rozchlapał, przepraszając zresztą pospiesznie nie wiadomo kogo. Na sobie czuł uważne spojrzenie nieznajomego, kątem oka zauważając pobłażliwy uśmiech. To peszyło go jeszcze bardziej. Czuł, że okrywa się pąsem rumieńców, załamany zresztą i tym.
- Napoisz mnie? – bezczelna prośba związanego mężczyzny właściwie zabrzmiała dość oczywiście.
Drżąca dłoń młodzieńca trzymająca kieliszek zbliżała się do ust obcego, roniąc jednak kilka kropel trunku wprost na nagą pierś.
- Ciii… - widząc popłoch u młodego, mężczyzna przyjął łagodniejszy i zupełnie poważny ton – nie bój się tak. Przecież już rozmawialiśmy. Wiem o twojej przypadłości. Ty o mojej.
Zastygły w bezruchu Karolek prawie miał łzy w oczach. Z kieliszka znów kapnęły kolejne złociste kropelki, a on nie wiedział co właściwie powinien uczynić.
- Nie bój się – powtórzył cicho Marcel. – Daleki jestem od szydzenia z ciebie. Cieszę się, że twój durny wuj dał mi takie towarzystwo.
Karolek poczerwieniał znowu, odrobinę pewniejszy jednak.
- Uśmiechnij się do mnie – poprosił zwyczajnie Marcel – i nie uciekaj wzrokiem. Masz takie ładne oczy.
Mokre wejrzenie młodzieńca przestało zdradzać obawę, zawierało nieśmiałą wdzięczność.
- Pigwówka – mężczyzna wciągnął zapach z kieliszka, sugerując odpowiedni ruch.
Karolek pierwszy raz pojaśniał na tyle, by można było uznać to za uśmiech, po czym przyłożył kieliszek do ust Marcela, pozwalając mu wypić zawartość.
- Jeszcze? – wyrwało mu się.
- Starczy póki co. Dalej za tamto kochanie tak pomiatają tobą?
Chłopak odstawił kieliszek, smutny.
- Nie za kochanie – poprawił zdawkowo. – Jedynie zdawało mi się, że kocham kogoś.
- Pamiętam. Wyśmiał ów. I to przy innych.
Karolek skinął z gorzkim wspomnieniem.
- Nie chcę tamtego pamiętać – nieśmiało odważył się poprosić o zostawienie tematu.
Mężczyzna pomyślał nad tym chwilę. Pokiwał głową w zadumie.
Tymczasem zza okiennic doszły ich odgłosy odjeżdżającego spod kamienicy powozu. Karolek nastawił uszu.
- To wuja – domyślił się z ulgą. – Odjechał. On… nienawidzi mnie. Cokolwiek robi, z nienawiści to do mnie, do mego ojca… Namówił, bym tu… zaznał tego, czego tak pragnę… Bym miał się z czego spowiadać. Ojcu co innego obiecał. Boję się, że do domu list pośle o tym, że tu bywam… Mamie serce pęknie.
Marcel zmarniał współczująco.
- A jednak tu jesteś – zauważył.
Chłopak skinął, załamany. Pogubił się najwyraźniej. Skołowany, spuścił głowę.
- Zrobiłem to tylko dlatego – podjął cicho – że chciałem do ciebie trafić.
Marcel spoważniał:
- I jestem z tobą.
Karolek, niepewny w temacie, jak w mało którym, pokiwał głową, ciągle unikając patrzenia na mężczyznę.
- Nie chciałem tu przyjść… dla tego, czego chciał dla mnie wuj – wyznał poczciwie.
- Wiem. Nie widzę ciebie oddającego się rozkoszom w lupanarze. A wuj…Gdybyś wiedział czego chce dla ciebie… – zgorzkniał.
- Czego?
Marcel postanowił zatrzymać sprawę dla siebie póki co.
- Polej lepiej jeszcze – stwierdził. – Powiem tylko: biednyś.
Karolek bardzo chciał nie rozlać, jednak zbytnio napełnił kieliszek, nie zdołał donieść go do ust mężczyzny, zatem tym razem nie tylko krople, ale prawie cała nalewka z kieliszka chlusnęła Marcelowi na pierś.
- Wybacz…! - Chłopak jęknął w popłochu, przerażony widokiem cieczy płynącej dość szybko wprost do pępka Marcela. – Do niczego się nie nadaję!
Chciał wstać, ale wtedy mężczyzna nieoczekiwanie złapał go za ręce!
Wystraszony wszystkim, a najbardziej chyba teraz niespodziewaną wolnością więźnia, Karol prawie krzyknął.
- Ciii – mężczyzna zabrzmiał jednak tak łagodnie, że z ust chłopaka wydobyło się tylko cichutkie jęknięcie. – Mateczka nie potrafi związać jak należy. Dawnom się oswobodził, lecz płoszyć ciebie nie chciałem. – Marcel odczekał chwilę i mówił uspokajająco: - Nie skrzywdzę cię. Puszczę, ale nie uciekaj i nie obawiaj się mnie, proszę. Dobrze?
Chłopak skinął, czując, że uścisk wokół nadgarstków zelżał. Po chwili mężczyzna nie trzymał go, a jedynie zostawił nerwowo zaciśnięte pięści Karola w swoich dłoniach.
- Co dalej? – Chłopak znowu onieśmielał. Był teraz tak blisko gorącego nagiego ciała mężczyzny, że zupełnie stracił równowagę ducha.
- Naprawdę tak cię zawstydza patrzenie na… - Marcel umilkł, obawiając się, że nazywanie czegokolwiek teraz tylko pogorszy samopoczucie Karola.
O dziwo ten chciał mówić. Jego cichy szept wypełnił małą odległość między ciepłymi twarzami:
- Marzyłem o… ciele takim, jak twoje, panie. Jesteś tak piękny, że… Och – poddał się – wybacz, nie pojmuję dlaczego tak bezwstydnie mówię to do ciebie…!
- Mów, chcę słuchać – padła zwyczajna, choć cicha odpowiedź.
Karol odważył się podnieść wzrok.
- Jestem już taki tym zgnębiony – wyznał z rezygnacją.
- Wiem.
- Moje pożądanie mnie niszczy. – Miał ochotę rozpłakać się jak dziecko i wyżalić.
Marcel pomyślał szybko. Wziął ostrożnie dłoń niczego nie rozumiejącego chłopaka i kładąc sobie na piersi, uważnie spojrzał mu w oczy.
- Jeśli chcesz, o tej małej chwili nie powiemy nikomu – szepnął.
Karol skinął ufnie, kolejny raz czerwieniejąc. Nieznacznie zachęcony, prowadził dłoń po piersi nieznajomego.
- Straszne? – Marcel uśmiechnął się, zadowolony na pierwszy szczerze radosny uśmiech Karolka.
- Nie.
- Cieszę się. Jestem twój. Popieść mnie… tak jak chciałeś…
- Panie, jak mógłbym…?
- Gdzie tylko chcesz… - wyszeptał mężczyzna, delikatnie całując skroń chłopaka i zatrzymując policzek przy jego policzku. Nie chciał peszyć go patrzeniem w pełną przerażenia twarz. Sam przymknął oczy na przyjemny, wyjątkowo czuły dotyk. Palce chłopaka tymczasem muskały go tak nieśmiało, jakby mężczyzna zrobiony był z najcenniejszej porcelany. Było w tym coś na tyle wzruszającego, by Marcel powstrzymał dalsze instrukcje, pozwalając młodemu cieszyć się tym po swojemu.
- Mówią, że – uśmiechnął się – każdy dotyka tak, jak chce być dotykany.
Karol zaglądnął mu w twarz, trochę pytająco, trochę z obawy, czy nie zrobił czegoś niewłaściwie. Ale dostał tylko całusa, rozweselając się nieco. Przynajmniej na chwilę.
- Nie wierzę – przypomniał sobie jednak – że nikt nie wyskoczy zaraz spośród sitowi. Nie zacznie się śmiać?
- Jesteśmy tylko my – zapewnił Marcel, tuląc twarz do miękkich włosów.
- Boję się, że ktoś tu wejdzie znienacka.
- Nikt nie wejdzie.
Obawa jednak zmąciła nastrój młodzieńca, wbiła go w poprzedni popłoch.
- Za szybko – Marcel domyślił się wyrozumiale.
- Nie, nie, ja chcę tego… Chciałbym wiedzieć jak to jest… - padło z gorących ust chłopaka. – Zrób to, panie… - dodał ciszej.
Marcel drgnął.
- Zrób to jak chcesz ze mną… - dopowiedział stęskniony Karolek. – Zanim ktoś by wszedł… Jeśli – pospieszył – nadal tylko byś mnie chciał.
Z ociąganiem Marcel zamierzył się do wstania. Leciutko odsunął chłopaka, który na ten gest pospiesznie zerwał się na nogi, pewny, że nieznajomy pożałował zajścia. Ten jednak nie był zły, jedynie niepocieszony. Zwlókł się z łóżka, przechodząc tam i z powrotem, wreszcie zatrzymując się przed Karolkiem. Przyłożył sobie jego spoconą dłoń do ciała, z ubolewaniem w oczach.
- Biedne stworzenie… - wymamrotał, w środku wściekły z pożądania – gdybyś ty tylko chciał, żeby to się wydarzyło tak po prostu… gotów byłbym upodlić cię tu szybkim załatwieniem sprawy… Zerżnąłbym cię jak panienkę.
Wyraźnie zraniłby Karolka, gdyby nie dodał pospiesznie i łagodnie:
- Ale serca nie mam zrobić czegoś podobnego, tym bardziej w burdelu. Wiem, że ty na miłość czekasz, kochany.
Odzyskał zaufanie skołowanego młodzieńca i przytulił go. Powoli położył dłoń na słodkim wybrzuszeniu w jego spodniach, pieszcząc długo.
- Jesteś śliczny – szepnął. – Zdjąłbym ci te portki…
- Zdejmij…
- Nie tutaj. Zabiorę cię do siebie, gdzie nie będziesz musiał bać się wejścia intruzów.
- Do ciebie?
- Tak. – Tu Marcel przylgnął leciutko ustami do gorących ust młodzieńca i szepnął: - Będę cię kochał, będzie ci cudownie.
Zostawił rozpalonego i oszołomionego biedaka, szukając odzienia. Zaczął ubierać się spiesznie, namierzywszy już drogę ucieczki. Były nią ukryte za kotarą tajne drzwi. Ich nieoczekiwane znalezienie nie zastanawiało teraz Karolka. Skołowany, w żalu śledził niknące pod ubraniem ciało Marcela. Widok odkrytych drzwi przeraził go.
Tymczasem wysoka postać znów znalazła się przy zrozpaczonym młodzieńcu.
Dłoń mężczyzny chętnie wróciła na nabrzmiałe miejsce w kroku Karolka. Chłopak zdawał się uspokajać, mając nadzieję na więcej.
- Nie tutaj – orzekł jednak Marcel najłagodniej jak umiał. – I nie martw się, nie idę bez ciebie.
Nim Karol zorientował się w sytuacji, Marcel okrył go jakimś starym żupanem, po czym powiódł ku tajemniczym drzwiom. Tam poszperał chwilę, nacisnął coś i drzwi odemknęły się nad wyraz cicho. Wróciwszy po latarenkę, Marcel wziął chłopaka za rękę i ruszyli ku krętym drewnianym schodom.
Czuli, że mijają ze dwa piętra, nim ściany stały się zimniejsze i tchnęło piwnicą. W kilka zakrętów później wyszli z wąskiej klatki wprost w łukowate sklepienie pełnej beczek z winem komory. Tu Marcel jednak odwrócił się, nie zmylony beczkami. Skupił się na dodatkowym sklepieniu, wyraźnie wiedząc czego poszukiwać. Nim zagubiony Karolek zdołał okrzepnąć w sytuacji, tuż za nim odemknęły się kolejne drzwi – tym razem murowane. Marcel natomiast odetchnął na ich widok i ruszył w ciemność.
W świetle latarenki, stopniowo ukazującym ceglane ścianki korytarza, nawet Karol domyślił się gdzie się znaleźli.
- To kanał? – poczuł się niepewnie, zwłaszcza, kiedy Marcel zawarł drzwi.
- Okolice Tamki – mężczyzna potwierdził. – Może znajdziemy Złotą Kaczkę? Co ty na to?
Karolek skrzywił się w niekontrolowanym lęku.
- Wiem – Marcel puścił oczko – też pomyślałem o Bazyliszku…
Ruszyli dalej, chodnikiem podwieszonym nad podziemnym kanałem. Dzięki latarence dobrze widzieli w ciemnościach. Ale dopiero po kilku krokach Karolek uświadomił sobie, że Marcel trzyma go za rękę! Spąsowiał, ale i poczuł rosnącą radość.
- Wszystko dobrze? – Po pewnym czasie mężczyzna przystanął, oglądając się na towarzysza.
Młodzieniec nie umiał obojętnie znosić takich gestów. Dłoń w dłoni była teraz tak oczywista, a latarenka świeciła wprost w rozkochane oczy.
- Dobrze – odszepnął Karolek, nienawykły do męskiej opiekuńczości, a tak nią zachwycony.
- Wiem dokąd idziemy – głos Marcela zdradzał troskę – nie obawiaj się.
Chłopak skinął ufnie. Jednak nie ruszyli się o krok.
- Wyglądasz tak biednie… - nie mógł tego nie zauważyć Marcel. – Aż wyrzuty mam, jakbym cię uprowadzał.
- Nie – chłopak rozpaczliwie zaprzeczył gestem – ja… chcę być tylko z tobą, panie.
- Ani nie wiesz dokąd cię wiodę, nie pytasz.
- Do siebie.
Marcel pogodnie zmrużył oczy.
- Naiwnym… - chłopak przyznał, spuszczając smutno oczy. – Nie wiem, jak ci zaimponować, panie… Naprawdę chciałbym ci się podobać.
- Co? – Marcel zdumiał się na tak niespodziewane zdanie.
- Żeby… to działo się na zawsze…
Mężczyzna zastygł przy tym na moment, z uwagą powtórzywszy sobie ostatnie słowa jeszcze raz w głowie i starając się pojąć ich prawdziwy sens.
- Ja mówiłem prawdę. Podobasz mi się – przemówił, jak zawsze ujęty nieśmiałymi wyznaniami chłopaka. – Najbardziej na świecie.
Pocałował go w czoło, a potem… w usta.
Oszołomiony chłopak tak bardzo się cieszył, może troszkę naiwnie i nazbyt ufnie, ale chyba właśnie to od początku znajomości tak bardzo pociągało w nim Marcela.
- Chodź – mężczyzna znów poprowadził Karolka kanałem, który niedługo opuścili i weszli na wyższy poziom korytarza. Tak znaleźli się w innej piwnicy, potem w kolejnej schodowej klatce, by na koniec wejść w tajemnicze drzwi.
- Ooo – Karolek zdumiał się, rozglądając po wykwintnym wnętrzu komnaty, bardzo podobnym do pokoju uciech, który wcześniej opuścili.
- Cóż – Marcel przekręcił za nimi klucz w drzwiach – domy publiczne mają wiele funkcji, a do tego potrzebują paru niepublicznych miejsc.
Kiedy Karolek okrzepł w sytuacji, uśmiechnął się. Śledził Marcela wyjmującego naprędce coś do jedzenia i pospiesznie uzupełniającego brak śniadania.
- Tu na pewno nikt nie będzie nas niepokoił – wyjaśniał jeszcze mężczyzna. – Mateczka pojmie dokąd się udaliśmy i zrozumie dlaczego.
- „Zrozumie dlaczego”… - powtórzył młodzieniec z typową sobie nieśmiałością.
Marcel aż zostawił jedzenie i znalazł się przy nim, ujmując w dłonie tak przyjemnie ładną twarz.
- Możesz mi zaufać – zapewnił. – Zależy mi na tym, co czujesz. I na tym, co będziesz czuł, jeśli zapragniesz teraz kochania, wyjawienia mi najskrytszych tajemnic, czegokolwiek.
Karolek skinął, urzeczony i tak prosto zakochany.
Marcel podprowadził go za rękę do stolika, podał trochę wina. Zabrał kieliszek po kilku łykach, przygarniając sobie chłopaka bliżej. Pogłaskał dłonie, potem ramiona. Kilka razy sięgnął po usta, coraz chętniejsze, oswajające się.
- Tak mi z tobą dobrze – tym razem to Marcel wyznał. Uświadomił sobie, że w żadnej chwili licznych miłosnych uniesień jeszcze nie wybiegł myślami dalej, niż do poranka po… A teraz tak się stało. – Zakochuję się w tobie coraz bardziej.
Takie słowa wydawały się chyba Karolkowi czymś zupełnie niepojętym, bo szerzej otwarł oczy i długo tkwił tak, starając się uwierzyć, że dobrze usłyszał.
- Naprawdę? – uśmiechnął się nieśmiało. A otrzymawszy wesołe potwierdzenie gestem, odważył się odwzajemnić: - Ja też się w tobie zakochuję.
Rozczulony mężczyzna postanowił nie spieszyć się z niczym. Pierwszy raz w życiu szlachetnie pomyślał, że poświęci czas i poczeka, żeby Karolek lepiej go poznał i był całkowicie pewny jeśliby miał podjąć poważne decyzje o tym związku. Dumny z siebie, musnął opuszkami palców gładziutki policzek, ciesząc się powolną chwilą patrzenia w rozkochane karolkowe oczy, gdy tymczasem z ciepłych ust młodzieńca padło bardzo nieśmiałe:
- Chciałbym się przed tobą rozebrać…
Marcela przeszła gorąca fala i chyba tym razem to jego policzki zrobiły się czerwone. Zaraz potem ścięła go myśl o przyczynach, dla których chłopak mógł to powiedzieć.
- Chcesz – domyślił się smutno – żebym zatarł tamto wspomnienie?
Karol skinął z żalem. Nie spodziewał się, że Marcel przejrzy tą myśl, ale był wdzięczny, że tak właśnie się stało.
Mimo, że prośba czegoś tak wzruszającego była podszyta smutkiem po tamtym wydarzeniu, Marcel skinął. Potem cierpliwie i spokojnie patrzył jak drżącymi dłońmi Karol zdejmuje z siebie ubranie. Pomógł mu nieznacznie, cały czas zapewniając wzrokiem, że nie dzieje się nic, czego chłopak mógłby się wstydzić lub obawiać.
Tak wreszcie doszli pełnej tremy chwili, kiedy młodzieniec, zupełnie nagi, stanął przed mężczyzną. Nie śmiał spojrzeć mu w twarz, bezradnie spuszczając ręce wzdłuż tułowia i zwieszając głowę.
- Wtedy nie stałem tak blisko niego – wtrącił smutno. – Dopiero potem poznałem, że obrzydzałem go od samego początku.
Marcel skinął cierpko. Kiedy sięgnął dłonią do delikatnego policzka Karola, spostrzegł, że i jemu ręka trzęsie się nerwowo. Wielka łapa przy niemal dziewczęcej buzi drżała z wrażenia, jak nigdy.
- Od dziś tamto nie będzie się już liczyło – szepnął Marcel, tęskniąc za dotykiem malinowych ust Karolka na swoich. – Wiesz?
Młodzieniec kiwnął posłusznie głową, z ulgą dając się pocałować.
- Nie jeden marzy – szeptał Marcel – żeby tak piękny i kochany chłopak rozebrał się przed nim. Sam chciałbym wtedy być na miejscu tamtego chama. I jestem szczęśliwy, że teraz to się stało.
- Oburzyłem go moim… zadłużeniem…
- To nie są uczucia, za które trzeba się oburzać. I jeszcze mścić się tak bezwzględnie. Myślę, że panicznie bał się, że ktoś dowie się o twoim zadłużeniu i będzie dopatrywał się w nim czegoś odmiennego, co cię w nim zaciekawiło. Dlatego chciał ostatecznie odciąć się i pokazać to wszystkim.
- Chyba tak.
- Obym potrafił sprawić, żebyś nie wspominał tamtego do końca życia z takim żalem jak teraz, za każdym razem, kiedy rozbierzesz się przede mną.
- Nie będę wspominał. Tylko ty się liczysz.
Wdzięczne zapewnienie, podcieknięte łzami, ostatecznie rozpaliło Marcela.
- To dobrze – mężczyzna ucałował tak miłe sobie mięciutkie usta – bo myślenie o tamtym chamie nastraja mnie do zbrodni, a wolałbym skupić się na czymś o wiele lepszym.
Namiętniejszy dotyk ust mężczyzny był dla młodzieńca coraz mniej tremujący i coraz bardziej go wyglądał. Dlatego mężczyzna poddał się w postanowieniu o wstrzemięźliwości.
- Mogę pogłaskać cię śmielej? – spytał, powoli zsuwając dłonie po plecach Karolka. A kiedy ten skinął, w rozkoszy poczuł pod palcami przyjemny kształt jego pośladków. – Śliczny mój – szepnął, ciesząc się przyjemnym ciałem.
Nawet nie wiedział kiedy klęknął przed młodzieńcem, obejmując go całego zachwyconym wzrokiem. Spojrzał w aprobujące, choć pełne zakłopotania oczy, po czym ucałował. Najpierw szczupłe biodro, potem płaski brzuch, wreszcie to, co pragnął ucałować najbardziej.
Wstrząśnięty, ale szczęśliwy chłopak prawie go odsunął odruchowo. Na to Marcel zaśmiał się i wstał radośnie, przytulając go.
- Kochany – szepnął. – Nie zatrzymałbym się…
- Mną się nie frasuj – chlipnął Karol, obejmując go z uczuciem i wtulając się.
- Płaczesz?
- Ze szczęścia…
Marcel zamrugał szybciej powiekami, widząc, że i jemu dziwnie robi się w sercu. Wreszcie zamknął oczy, oddychając miłym zapachem loków przyjaciela. Czuł, że Karol płacze i sam miał ochotę rozżalić się z nim. Ale powstrzymał to, otulając sobą młode nagie ciało, zupełnie rozdarte gdzieś w środku. Na koniec powiódł Karola ku łóżku, odsunął kapę i położył się, prowadząc ku sobie młodzieńca.
Karol przylgnął do niego, odsłaniając sobie koszulę z jego piersi. Chciał policzkiem dotykać męskiego ciała, całować je czasem.
Zadumany Marcel głaskał go po plecach, pozwalając na wszystko.

Pukanie do drzwi przypominające taktem pierwsze nuty poloneza rozbroiło Marcela.
- Junak… - mruknął, niechętnie odsuwając nagiego Karolka. – Ciiii – ucałował biedaka, nad wyraz spokojny. – To tylko książę.
„Tylko książę?!” Karolek omal nie wyskoczył z siebie.
- Ale… co on pomyśli? – jęknął, zasłaniając się pospiesznie.
Mężczyzna pogładził jego policzek.
- Nie będzie zdziwiony – zapewnił. – Zostań tak, jak jesteś.
I ruszył ku drzwiom, otwierając z klucza.
Książę z markotną miną wszedł w próg.
- „Nasza Wysokość” – skłonił się niedbale, mijając Marcela. Potem rozsiadł się na kanapie, kładąc nogi na stoliku i od niechcenia taksując wzrokiem osobę w wielkim łożu. Delikatnie drgnęła mu brew na widok znajomej twarzyczki siostrzeńca Gałczyńskiego. – Szybkiś – padło potem z przekąsem w stronę Marcela. I tyle.
W komnacie zapadła gęsta cisza.
- Czy mogę cię nakłonić, „Nasza Wysokość” – książę wreszcie nie wytrzymał – byś wykonferował z „Jego Wysokością”… lub z „Ich Wysokością”… Z wiesz kim…
- Spokojnie – Marcel wszedł mu w słowo – przy Karolku można mówić.
Książę przyjął to bez zmrużenia oka.
- Dobrze – skinął, porzucając ceregiele. – Czy mógłbyś pogadać z ojcem o moim ślubie i o moim synu, którego oczekuje moja ukochana?!
Oczy Karolka niechcąco zrobiły się większe ze zdumienia, kiedy dotarło doń, o kim rozmawiali.
- Król nie jest moim ojcem – Marcel wtrącił ku niemu beztrosko, uprzedzając dalsze przerażenie.
- Może jest, może nie! – zaprotestował książę. – Zresztą nie pierwszy i nie ostatni bękart, jak znam stryja! W tym świecie nic już nie wiadomo! Ten świat mnie boli! Mój syn będzie bękartem tylko dlatego, że… że tak!
Marcel polał mu nalewki.
- Wolę cię w tym nastroju, w którym zwykłeś Wisłę wpław przepływać – mruknął.
- Kocham króla – książę Józef był rozgoryczony – dla mojej familii mam uszanowanie. Ale, czyż dlatego ślepo mam robić, co oni tam układają? Mówią mi nieustannie o związkach, o powinnościach, ale ja tu żadnej powinności nie widzę. Daj Boże, abym mógł ojczyźnie mojej być użytecznym i to jest najżywsze moje życzenie. Ale nie widzę racji, aby stać się igraszką błahych i próżnych projektów cudzych ambicji… Gotów byłem zawsze wszystko poświęcić, aby być pożytecznym ojczyźnie, ale co się tyczy polityki, interesów, intryg, zabiegów, tego nie cierpię, bo to się sprzeciwia mojemu sposobowi myślenia.
- Rozumiem cię.
- Cierpię, jestem nieszczęśliwy, życie mi ciąży, kiedy myślę o ofiarach tyrańskich, jakich wymagają ode mnie. Niech wyliczę! Stryj zażyczył sobie, bym do Polski zjechał, przyjechałem. Zapragnął, bym musztry uczył się u obcych, wszedłem w austriackie oddziały. Chciał, bym na wojnę Austrii z Turkami poszedł, poszedłem. Zażądał powrotu, wróciłem. Gotów był mi kupić dowództwo jakiejś armii! Boże, dzięki, że oszczędził mi choć tego! I tak dalej… A caryca? – Przypomniał sobie ze wstrętem. – Dla wizji stryja ciągnąłem do Kijowa, aby mogła mnie oglądnąć, niczym ogiera do rozpłodu, przebrzydła starucha. Świadkiem w Kaniowie byłem żałosnego owego spotkania, którego do dziś bez ubolewania nad stryjem nie potrafię wspominać. Podła matrona. Czy jej decydować o czymkolwiek tutaj? Czekać tylko, kiedy żonę by mi wyznaczyła!
Marcel westchnął.
- Jak ta twoja aktorka?
- Śpiewaczka.
- Widać już?
Książę rozczulił się i skinął:
- Znacznie. Mówią, że na wrzesień będzie. Moje dziecko, syn może. Któremu nazwiska dać nie mogę. Ani za żonę wziąć przyjaciółki, ukochanej… - Tu książę zerknął na nagiego młodzieńca. – A on? Czy gdybyś kochał go, w co wątpię…? - Jednak umilkł. Karolek spuścił głowę. Okrył się szczelniej.
Tymczasem Marcel łypnął na księcia.
- Czemu wątpisz, wiem – przyznał. – I Mateczka ośmiała się… Ale w istocie pokochałem Karolka. Nie jest on z tych, których brałbym do łóżka z byle jaką sympatią. I sprawa między nami jest bardzo poważna. Chcę, żebyś to przyjął.
Książę zmitygował się.
- Przyjmuję.
- Dzięki.
- Wybaczcie najście.
- Zawsześ tu mile widziany.
- I wy u mnie.
Skinęli.
Potem książę wstał i westchnął:
- Źlem trafił z domaganiem się uwagi nad moją osobą.
- Do niej jedź. Odwiedzin nikt ci nie zakaże… Zresztą widać po owocach!
Roześmiali się.
Książę miał odejść, skinął na pożegnanie w stronę Karolka, lecz utknął w miejscu, zatrzymany w nowej powadze przez Marcela. Spojrzał ciekawie, widząc rosnącą tajemniczość tego.
- Jeszcze słowo. Wiesz, kim jest ten dzieciak? – Marcel półgłosem podjął nieoczekiwany temat. – Tak, Sioło, z Gałczyńskich po kądzieli. Syn Wandy Gałczyńskiej. Sioło z męża.
Książę oczywiście wiedział to, ale dopiero pod wpływem wymownej miny Marcela zaczynał żwawiej wyłapywać spośród wielu myśli te, które dowiodły go wreszcie do sedna. Szerzej otwarł oczy, odruchowo przerzucając spojrzenie na mizernie wyglądającego spod kapy chłopaka.
- On? – książę w jednej chwili zapomniał o troskach. – Ten, co to…?
- Tak.
- Trzeba go na zamek!
- Wiem. Jutro.
Duże i ładne oczy księcia błyszczały znów typowym dla młodzieńca zapałem, tym razem w nowej sprawie.
- Zatem… - otrząsnął się, ochoczo snując już w głowie coś nowego – czas na mnie. Jeszcze raz, wybaczcie mi najście i te jęki o… sami wiecie. Zostawmy labiedzenie niewiastom, nieprawdaż?
Tak wybył, jak wszedł – szybko i nieprzewidywalnie. Zostawił oszołomionego Karolka i zakłopotanego Marcela. Zakłopotanego zamieszaniem, które dotknęło młodziutkiego i nowego przyjaciela.
Mężczyzna powrócił do łoża, odsłaniając kapę z nagich ramion chłopaka. Smutne oczy młodego tchnęły wdzięcznością.
- Poszedł sobie – Marcel właściwie odczuwał taką samą ulgę. Nie mógł myśleć obojętnie o pozostającym wciąż w łóżku nagim i prawdziwie urodziwym młodzieńcu. – Chodź tu do mnie – szepnął, przygarniając ku sobie ciepłe ciało, obnażając je ostatecznie spod osłony okrycia. – Pokaż mi się jeszcze… jaki jesteś śliczny…
Zaczął całować gorący policzek, potem miękkie usta, wreszcie wracając wzrokiem do całej pięknej reszty.
- Czemu mówiliście o mnie tak… dziwnie? – przerwał niepewnie Karolek.
Marcel uśmiechnął się w zadumie.
- Nie wiedziałeś, że jesteś wspominany przez naszego króla? – podjął. – Tak, tak, pamięta cię.
Po minie Karolka, mężczyzna upewnił się, że się nie pomylił. Siedział przed nim chłopiec, o którym kiedyś mówił Stanisław August, że przepowiedział mu przyszłość.













Komentarze
germatoid dnia padziernik 08 2016 13:17:36
Jeżeli chodzi o dalsze poprowadzenie fabuły to myślę, że sprawnie sunie ona na przód, tj. pojawiają się nowe wątki, krążące wokół historii miłosnej (która, bądź co bądź, jest pierwszoplanowa). Sprawa narodowo-polityczna gdzieś tam przebija, ale nie kradnie zbyt wiele miejsca w tekście, stanowiąc raczej tło dla pozostałych zdarzeń (oczywiście nie wiem jak będzie w kolejnych rozdziałach). Fakt, że to właśnie Karol będzie "klientem" Marcela - do przewidzenia od samego początku - mnie ta przewidywalność akurat nie przeszkadza, acz prawdopodobnie znaleźliby się czytelnicy, którzy woleliby, abyś ich jakoś zaskoczyła. Czekam na to, co będzie dalej. Aha, jeszcze jedno, bo nie wiem czy już o tym wspomniałem - fajnie, że yaoi w Twojej wersji toczy się w polskich realiach historycznych (to ciekawy wybór).

Technicznie: "gołe dialogi" - wydaje mi się, że poprzedni rozdział był bardziej "zabudowany", tutaj momentami miałem wrażenie jakbyś spieszyła się z ukończeniem rozdziału. Są takie fragmenty, w których przypadku z początku gubiłem się w wypowiedziach bohaterów (na zasadzie "kto co mówi?"smiley. Rozmów jest tutaj bardzo dużo, właściwie to cały rozdział zbudowany jest właśnie na nich - przydałoby się urozmaicenie w tej kwestii. Druga sprawa (i to chyba właśnie ona najbardziej ukierunkowała mnie na podejrzenie pośpiechu) - powtórzenia (których w poprzednich rozdziałach właściwie nie było). Podczas czytania pojawiały się takie momenty, w których miałem wrażenie, że wpadłaś w pewien schemat zachowania postaci. Rozbija się tutaj głównie o dwie czynności: mruganie i skinienie. Pierwsza przewija się (moim zdaniem zbyt często) w rozmowie Mateczki z Marcelem, druga w rozmowie tegoż z księciem. A tak poza tym to nic strasznego się nie wydarzyło - jakieś tam literówki, przecinki, ale to standardzik :}
germatoid dnia padziernik 08 2016 13:30:39
Ach, jeszcze jedno - uważaj na to czy po użyciu wielokropka zaczynasz z małej, czy z wielkiej litery, bo gdzieś rzuciły mi się fragmenty, w których moim zdaniem wielokropek pełnił bardziej funkcję przecinka (niż kropki) i powinno się kontynuować zdanie małą literą, a u Ciebie była wielka :}
ak dnia padziernik 11 2016 14:21:41
Hej, fajnie, że brniesz dalejsmiley
Ten rozdział był najbardziej cięty, więc możliwe, że coś w nim zgrzyta. Będę się musiała przyjrzeć. Póki co nie mam siły - spadek formy...
Dzięki za trafną opinięsmiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum