The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Czerwiec 25 2019 23:36:07   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 3


Rozdział trzeci

O podarku dla księcia Poniatowskiego, który szykował imć pan Gałczyński i o twardej ręce tegoż



Jeszcze dwa lata wcześniej Marcel nie spodziewałby się, że młodzieniec przedstawiany wówczas na warszawskich salonach i przykuwający uwagę jako jeden z najurodziwszych, będzie walczył o życie w tak wymizerniałym ciele.
Kiedy ujrzał Karola pierwszy raz, wiosna pamiętnego 1791 roku kwitła i bujała począwszy od wytwornych ogrodów aż po wiejskie wygony. Twarz chłopaka zdobiła niemodna, choć tak pasująca do ciemnej karnacji opalenizna, a oczy błyszczały ciekawością nowego otoczenia. Było to w tętniącym nocnym życiem sercu polskiej stolicy, zdającej się nie baczyć na dawno już miniony koniec karnawału. Wiosenne słońce chyliło się ku zachodowi, podświetlając soczyste trawy Ogrodu Saskiego, czyniąc ich zieleń tym żywszą. Na koniec dnia ostatkiem żaru ogrzewało coraz śmielej rozwijające się pąki drzew i krzewów, a ptaki śpiewały mu, wcale nie skore jeszcze do snu, zupełnie jak Warszawa.
Na maskaradę, redutą zwaną, mającą rozpoczynać się tej nocy w Radziwiłłowskim pałacu spieszyły tłumy. Coraz to nowe karety zajeżdżały pod rezydencję, z gośćmi nie do poznania odmienionymi balowymi kostiumami. Ale i z nie zamaskowanymi najznamienitszymi osobistościami. Ogólna zabawa i zamęt sprawiały, że wśród „mnichów”, „wiejskich pasterek”, „sułtanek” i barwnych „arlekinów” trudno było rozeznać, czy książę to czy prostak, Sarmata, czy Francuz.
- Książę Poniatowski! – Pełne rumieńców wrzenie wśród dam sprowadziło zazdrosne westchnienie w towarzystwo panów. Bo w istocie powozu, który pędził Krakowskim Przedmieściem w asyście tumanów kurzu, nie dało się pomylić z żadnym.
Wielu naśladowców miał królewski bratanek w powożeniu diabelskim kabrioletem, ale po mdleniu elegantek poznać było jedynego mistrza.
- Pepi… - co niektóre westchnęły w rozmarzeniu, wymawiając poufale śmieszne zdrobnienie.
Tymczasem istny tajfun w kształcie rozszalałych koni, w dwóch czwórkach zaprzężonych do powozu z impetem znalazł się pomiędzy gośćmi i równie gwałtownie wyhamował.
- Panie Gałczyński! – książę Józef zakrzyknął, nim jeszcze oddał lejce Wielhorskiemu i skoczył na ziemię. – Toż ze sto tuzinów Bucefałów widziałem, ale ten jedyny zdaje się prawdziwym! Skąd żeście go wytrzasnęli?! – Tu na marginesie sceny schylił czoła przed „Szeherezadą” wypatrzoną w tłumie, aż ta omal tchu nie straciła na ten gest. I do tematu powrócił. – Wskrzeszony to koń Aleksandra?!
Stary Gałczyński rad i dumny przystapił ku książęcej „whisky”, dwukołowy powóz oglądając nie bez obaw, że ten ruszy znów jak piorun i przetnie ulicę. Konia swego, Bucefała, zoczył wśród zaprzężonej rączej ósemki, niezmiernie ciesząc się, że wyhandlowany na Turczynie arab w oko wpadł Poniatowskiemu – najgorętszemu miłośnikowi i znawcy koni w mieście!
- Podoba się, waszej wysokości – podjął do księcia. – To i słusznie, diabelska gadzina pasowała będzie jaśnie panu do tego… iście szatańskiego pojazdu.
Konie rżały niecierpliwie, posłuszne jednak na jedno cmoknięcie księcia Pepiego.
- Za co przehandlujecie? – Młodzieniec mrugnął do właściciela Bucefała. – Skorym oddać co nieco.
Gałczyński zaśmiał się nerwowo, to znów natrętnym kaszlem trawiony, który mu się zawsze w termie zjawiał.
- Ano pohandlować możemy, wasza wysokość, czemu nie – wydukał, w targach dobry jak mało który. – Czemu nie…
Książę z bata klasnął, śmiejąc się w głos, ku rozmiłowaniu dam. Jakże pięknie wyglądał, kiedy znów na „whisky” skoczył – niczym wódz był teraz w starożytnym rydwanie.
I prawie odjechać już miał, gdy wtem dostrzegł kogoś. Postać ponad głowy innych się wybijała, trudna do przeoczenia. W mnisim płaszczu, choć nie było to przebranie balowe. Ani po sarmacku, ani po zachodniemu ubrany – po swojemu. Z wysoko związanym kucem bujnych, czarnych włosów – osobliwe indywiduum w Warszawie.
Ludzie poszli za spojrzeniem księcia, który zdawał się tak pewny w tym, co robił, że naśladowanie jego stawało się wręcz odruchowe dla każdego, kto tylko zaszczyt miał przebywać w pobliżu.
- „Nasza wysokość”! – głos księcia przebił się przez tłum, po czym oczy wszystkich skupiły się na postaci ponad miarę wysokiego mężczyzny.
- Witaj, junaku – indywiduum uśmiechnęło się spokojnie, w chwilę później wymieniając uściski z jednym z najznamienitszych kawalerów epoki, który w mgnieniu oka znów opuścił kabriolet i przedarł się przez zgromadzonych.
- Tylko ty tak mnie nazywasz – wzruszony książę pokręcił raźno głową. – Jak rad jestem widzieć ciebie, ani nie uwierzysz. – Wielhorciu! – zwrócił się do towarzysza w powozie, któremu oddał wodze piekielnego pojazdu. – Zabawię tu! Widzimy się Pod Blachą!
Tak ośmiokonny zaprzęg, żegnany przerażonymi spojrzeniami, z brawurą ruszył spod pałacu, książę Józef zaś został z gośćmi spieszącymi na redutę.
- Marcelu… - odezwał się do wielkoluda – nie pytam ani, co tu robisz, nie wnikam w cele twoich pokręconych szlaków, ale chętnie napiję się dziś z tobą!
- I ja z tobą, szalony młokosie.
Ruszyli do środka, otoczeni wniebowziętymi amatorami balu i… amatorkami księcia. Zrobiło się zamieszanie, goście przez siebie starali się wieść dyskursa, ani nie było już wiadomo kto z kim i dokąd zmierza.
Wreszcie książę z tajemniczym druhem stanęli razem i wtedy, w ogólnym gwarze, spojrzenia Marcela i Karola spotkały się pierwszy raz. Towarzysz księcia, zajęty zresztą słowami tegoż po długim nie widzeniu się, nie zwróciłby na młodzieńca większej uwagi, gdyby ten nie speszył się tak mocno tym skrzyżowaniem spojrzeń. Zaskoczony Marcel, nieznacznie skłonił głowę, chcąc przywitać się gestem, lecz to ostatecznie zakłopotało młodzieńca, zdając się zdradzać nie tylko nieobycie i prowincjonalne pochodzenie, ale coś w pierwszym momencie o wiele dla Marcela mniej zrozumiałego.
- Jak się bawisz, Karolku? – Tymczasem dotarł do tej części gości opiekujący się siostrzeńcem niejaki pan Gałczyński. I tym sposobem wyjawił imię młodego.
Chłopak chciał odpowiedzieć, lecz poznał zawczasu, że pytanie było jedynie wejściem do towarzystwa. Zresztą wuja tak naprawdę ciekawiła postać książęcego kompana, nie mówiąc o samym księciu.
Że siostrzeniec Gałczyńskiego stał naprzeciw Marcela, przez to ich spojrzenia znowu się zetknęły. Przy czym wzrok młodego uciekł w takim samym popłochu, a śniade policzki oblał kolejny rumieniec.
Książę Józef uśmiechnął się pod nosem, dając niechcąco poznać nie tylko przed Marcelem, że wie coś więcej o przyczynach nieśmiałości młodzieńca wobec przystojnego mężczyzny.
Nim Marcel zdołał połapać się w czymkolwiek, zachowanie Karola było dla jego wuja oczywiste.
- Karolku, pozwól na stronę – Gałczyński wycedził przez zaciśnięte ze złości usta.
Ku zdumieniu wobec tego co się działo, Marcel odprowadził wzrokiem posłusznego młodzieńca.
Trącenie łokciem ze strony księcia, oderwało mężczyznę od dziwacznego wątku. Przynajmniej na pozór, jak się bowiem okazało druh zamierzał wyjaśnić mu co nieco właśnie w tym temacie.
- Siostrzeniec Gałczyńskiego, ten Karolek – głos księcia nie brzmiał wyśmiewnie, ani nie miał plotkarskiego zabarwienia, raczej pełne powagi współczucie - … miał pewną przygodę.
Niezrozumienie w obliczu przyjaciela kazało mówić mu dalej, wręcz z troski.
- To sodomita – padło wreszcie cicho z książęcych ust. – Gałczyński przyjął go na swój wikt z bogobojności, mówią. Wszak chłopak wstyd niósł rodzinie, nie tylko zakochując się w parobku, ale i wyznając tamtemu miłość. Chłop zwabił go, kompanów schowawszy w sitowiach, i nagabywał młodego do rozdziania się… - Książę westchnął współczująco, widząc zresztą pełne niedowierzania spojrzenie rozmówcy. – Młody sromotę sprowadził na siebie i na całą familię. I to przed bandą parobków. Przed całą wsią.
Marcel poszedł wzrokiem ku Gałczyńskiemu i jego wyraźnie karconemu na stronie siostrzeńcowi. Scena skończyła się zresztą wymierzeniem młodemu dość solidnego policzka, na widok którego zarówno książę, jak i Marcel skrzywili się w zażenowaniu.
Starali się nie dać po sobie poznać niesmaku po tym, co ujrzeli, ale nie mogli nie zerkać na młodzieńca, posłusznie wracającego za stół.
Oczy chłopaka chowały się przed patrzącymi chyba jeszcze usilniej, niż dotychczas. Policzki spurpurowiały, zwłaszcza ten, który przyjął siarczysty cios wuja. Ślad znaczył go dobitnie i wywołał litość u patrzących. I chyba nawet podziw wobec karności chłopaka, mimo upodlenia twardo starającego się znosić dzielnie swoje nędzne położenie.
- Cóż… - książę poczuł się w zaszczycie zmienić nieco scenę – koń piękny, panie kolego.
Wywołany Gałczyński w mig starał się przywdziać dobrą minę. Wymusił uśmiech, najpierw powściągliwy, potem nieco pewniejszy. Wszak właśnie Bucefał miał być antidotum na kłopoty z Karolkiem, o czym książę się domyślał.
- To zatem cena jest mej miłości do czterokopytnej istoty? – Młody Poniatowski gestem wskazał siostrzeńca rozmówcy.
Gałczyński skinął w zakłopotaniu, wszak kandydat do musztry, którego chciał księciu polecić w istocie mało chwacko sprawił się przed chwilą. A i wyglądał marnie jak na przyszłego wiarusa.
Książę Pepi zdawał się dumać.
Tymczasem zbliżającego się opoja ujrzeli chyba jednocześnie książę oraz Marcel. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, ten schwycił smutnego Karolka, objął nachalnie od tyłu, po czym poufale, bądź wręcz zdrożnie, zbliżył obślizgłe usta do jego policzka.
- A toż to moja Wańdziunia – wycharczał, wspominając imię matki młodego, a woń potu i zatęchłych koszul zlanych perfumami obiegła cały stół. – Śliczności. Któż tak napastuje biedactwo? Takie liczko obić, bodajby mu ręka uschła.
Tu obślinione usta dosięgły młodziutkiej szyi Karola w geście już na tyle zdrożnym, by oburzyć całe towarzystwo.
- Cóż waść?! – zgromił opoja sam książę.
W tej samej chwili Karol odepchnął tamtego natręta i odskoczył niczym oparzony.
- Czyś waść amatorem jest chłopców?! – drwili wokół z opoja.
Karol zaczął wycierać szyję w przerażeniu, cofając się odruchowo. Kiedy śmiech natężył się, a oburzenie ostatecznie weszło w dobroduszną wyrozumiałość wobec wybryku pijanego, Karol spiesznym krokiem zmierzał już ku wyjściu. Ktoś podążył za nim, wołał, ale chaotyczna ucieczka, pospieszana rozpaczą, była teraz dla niego jedynym celem.
Wypadł na ulicę, mijając kilka przecznic, wreszcie puszczając się w wiosenne bulwary, z wolna zatapiające się w mroku ciepłej nocy. Zdawał się biec byle najdalej, lecz na swej drodze spotkał parę zakochanych. Odbił w ucieczce, wprost niestety ku brzegowi. W ciemnościach prawie spadłby w mulistą wodę, gdy nagle ktoś stanowczo pochwycił go i pociągnął w bezpieczną stronę.
- Ciii… - ciepły półgłos rozszedł się przy skroni chłopaka. A dłoń delikatnie zamknęła mu usta.
Mężczyzna, który przytrzymał go przy sobie, jednocześnie ukrył przy pniu wierzby. Była z gatunku płaczących, a przez wiek miała tak rozłożyste gałęzie, że sięgały ziemi, świeżymi, gęstymi liśćmi zakrywając chowających się przed spacerującą parą.
- Słyszałeś, biegł tu kto? – mówiła panienka do kawalera.
Kiedy jednak spacerujący w mroku nie dostrzegli nikogo poza parawanem spływających gałęzi wierzby, odeszli romansując dalej.
Marcel nie musiał dłużej przytrzymywać Karola, ale chciał. Nie wypuszczał go z objęć.
- Nie obawiaj się – podjął przyciszonym tonem, niby śledząc spośród liści odchodzącą parę. Ale tak naprawdę nie miał jeszcze ochoty pozbawiać się tego kontaktu.
Odsłonił Karolowi usta. Tą samą dłonią przygarnął do piersi jego czarnowłosą głowę. Zrobił to tak naturalnie, że młodzieniec złożył mu ją na ramieniu. Powoli jego zapierające się o męską pierś dłonie, rozluźniły się i nieśmiało oparły na męskiej piersi.
Marcel uśmiechnął się pod nosem. Pomyślał, że o chłopaku mówili prawdę, skoro nie wzbraniał się przed dalszym tkwieniem w objęciach. Dyskretnie i z ukosa zerknął w jego twarz. Ciekawie uniósł brwi, bo młodzieniec nie zamierzał najwyraźniej odsuwać się od intruza. Przeciwnie – kiedy Marcel poprawił mu kosmyk włosów, który zaplątał się przy policzku, młody odrobinę jakby śmielej wtulił się w niego.
- Bardzo bolało? – Marcel przypomniał ciężką rękę wuja.
Głos obcego i nadchodząca wizja składania wyjaśnień przyprawiła Karola o dreszcz niepewności. Dopiero wtedy chłopak nieznacznie odsunął się, a mężczyzna zwrócił ku sobie jego policzek, w szarości wieczoru wypatrując zaczerwienienia.
- Przywykłem – padło z ust chłopaka.
- To przeze mnie?
- To nie twoja wina, panie…
- Coś we mnie cię zawstydziło i on to zauważył, tak?
- Tak…
- Wstydzisz się mnie… jak mężczyzny?
Przerażenie ogarnęło Karolka na tak nagle postawione pytanie. Nie był to jednak strach przed obcym, a raczej trema przed jego bliskością. Słabość, którą doznawał wobec niego była tak silna, że gotów był wyznać mu wszystko. Chciał tej znajomości tak bardzo, nie chciał ostrożności.
- Nie smuć się – obcy pospieszył, znów bardzo bezpośrednio nazywając rzeczy. – Pytam, bo miło byłoby mi, gdybyś nie zaprzeczył. Zawsze to przyjemnie podobać się komuś.
Zakłopotany młodzieniec spuścił wzrok. Nie nadąsał się i nie zezłościł. Przeciwnie - wyglądał, jakby czekał na takie zainteresowanie. Bał się, że jego zwlekanie zniechęci nieznajomego do zadawania pytań.
- Chyba jestem sodomitą, panie – wyszeptał nieoczekiwanie, wręcz spiesząc się grzecznie z wyjawianiem tajemnic. Tak bardzo nie chciał stracić rozmówcy. I dosłownie na mgnienie oka zerknął na reakcję. – To straszne… Opanować nie sposób, że… dłonie mi się trzęsą, twarz czerwienieje… przy mężczyznach… Nie przy każdym, tylko czasem… przy niektórym… który mi się tak jakoś bardzo… spodoba. – Ostatnie płochliwe wejrzenie i ostatnie słowa zakończyły zwierzenie: - Tak, jak ty, panie… podobasz mi się bardzo. Nie wiem, co mam robić. Wybacz śmiałość…
Adresat wyznania pochylił się z życzliwością, nie zamierzając zwlekać z pocieszeniem.
- Dziękuję – podjął. – Szkoda mi jedynie, żem przyczyną stał się gniewu twego wuja.
- Nic to. Od dawna zakałą jestem dla całej familii.
- Tak… Słyszałem, żeś zakochał się nieszczęśliwie – nieoczekiwanie Marcel postanowił odważnie zacząć trudny temat. Nie wiedział, czy młody zechce cokolwiek wyjawić, ale miał wrażenie, że ten czekał, by ktoś poświęcił jego sprawom choć trochę uwagi. I by nie była to jedynie oburzona rekolekcja.
Rzeczywiście bezpośrednie pytanie obcego wywarło na młodzieńcu mocne wrażenie. Popatrzył, mimo wszystko speszony. Wyraźnie jednak możliwość szczerej rozmowy kusiła go.
- Spokojnie… - łagodny głos nieznajomego zmieszał się z westchnieniem. Mężczyzna bowiem postanowił przełamać ogólną niepewność między nimi, sam od lat wyczekując takiego rozmówcy. – Nie bój się – podjął – że coś mnie zniesmaczy. I wiedz, że nie zdradzę niczego, co mi powiesz. Jestem taki jak ty.
Kiedy ostatnie zdanie dotarło do wzburzonego umysłu Karola, jego oczy zrobiły się większe.
- Takie ci to dziwne – mężczyzna uśmiechnął się. – Znać, żeś w życiu nie spotkał kogoś podobnego.
- Nie spotkałem. Naprawdę, panie? Jesteś… taki…?
Mężczyzna skinął wyrozumiale, wciąż wesoło mrużąc oczy na widok osłupienia chłopaka.
- Z tą różnicą – dodał – że dziewki też potrafią mi być miłe.
Naiwne „naprawdę?” znów gdzieś błądziło Karolkowi po ustach i jeszcze jakiś czas chłopak zdawał się nie wierzyć własnym uszom. Wreszcie uświadomił sobie, że może już nie mieś szansy spotkać kogoś takiego w swoim życiu. Chciał tyle powiedzieć. Choćby obcemu, ale słuchającemu, któremu ufał, mimo, że nie wiedział czemu.
- Kiedyś zakochałem się w naszym stajennym – zaczął zatem. Spontanicznie i z ulgą z jednej strony, ale smutno z drugiej. Wciąż jeszcze w obawie zerkając na reakcję nieznajomego.
- Tak? – spokojny głos obcego zabrzmiał zachęcająco.
- Ujrzałem go przypadkiem kiedy się obmywał przy poidle. Był bez koszuli…
- Mów, mów.
- Spostrzegł mnie i przyparł do ściany… Wyrzucił mi, że oczami wodzę za nim, że nie będzie baczył, czym panicz, czym kto… a obije jak psa. Przeprosiłem. W strachu o wybaczenie błagałem i przyznałem się do grzechu… w myśleniu o nim. Zapewniłem, że nigdy więcej nie spojrzę na niego. – Tu, słuchany cierpliwie i w powadze, czuł się na tyle bezpiecznie, by dokończyć o najgorszym. – Następnego dnia z wieczora, ni stąd ni zowąd znalazł mnie nad rzeką. Było lato. Wziął mnie na spacer po brzegu. Rzekł coś o przeprosinach i że chce pojąć moje myśli. Tak mnie zbałamucił, miły niespodzianie, że namówić się dałem na… rozdzianie. Ja… widzę czasem różne rzeczy, które jeszcze się nie stały… Nie ważne, ja pomyliłem się tak bardzo… A człowiek ten zwiódł mnie, że chce spojrzeć, czy aby nie spodobam mu się. A wtedy oni wyszli spomiędzy zarośli. Pół wsi, tak mi się zdawało, pękając od śmiechu nad moją nagością i naiwnością.
- Biedny.
- Skoczyłem w wodę, pół nocy siedząc w tatarakach za groblami. Ze strachu nawet nie mogłem płakać. Bałem się powrotu do domu. A rano… wszyscy już wiedzieli. Mama rozpaczała, a ojciec posłał po wuja. I po sumie na zawsze opuściłem dom rodzinny.
- Skąd wiesz, że na zawsze?
- Od ojca… Pragnieniem jego jest, by wuj u księcia wyjednał mój zaciąg do wojska. Bym w Tulczynie musztry się nauczył i… najlepiej zginął za ojczyznę, kiedy by król z Rosją wyprawił się na Turcję. A ja koni się boję… od dziecka…
Tu ucichł w łzawym nastroju, nie chcąc pogrążać się bardziej.
Obcy myślał nad czymś najwyraźniej, jakby zupełnie czego innego dotyczyło.
- Jesteś synem Wandy z domu Gałczyńskiej – raczej stwierdził, niż spytał.
- Tak, panie.
- Przypomniała mi się jedna historia… O widzeniu… rzeczy, które jeszcze się nie zdarzyły.
Chłopak zastygł, żałując swoich może zbyt naiwnych wyznań.
- A ile masz lat? – mężczyzna spytał cicho, ciągle poruszony, a właściwie wstrząśnięty jego opowieścią.
- Szesnaście, panie – chłopak odparł grzecznie.
- Hmm… Co robiłem, kiedym był w twoim wieku? – usłyszał weselszy ton w westchnieniu nieznajomego. – Całowałem się pierwszy raz. Z Aneczką Piotrowną. – Potem mężczyzna dodał: - Pierwsze całowanie na zawsze się pamięta.
Tu wstrząsnęło chłopakiem. Nieznacznie odsunął się i zapamiętale potarł szyję. Dokładnie chcąc oczyścić miejsce, obślinione niedawno przez pijanego szlachciurę. Miał tak nieszczęśliwy wyraz twarzy, że wydawało się, jakby niedługo miał się wręcz rozpłakać.
Marcel wziął go za rękę i poprowadził ku brzegowi. Tam kucnął, nabrał w dłoń wody i polał po szyi biedaka. Trochę obmył, wreszcie wytarł własnym rękawem.
- Lepiej? – popatrzył współczująco.
Młody podziękował niepewnym gestem.
- To nie wlicza się w pierwsze całowanie – stwierdził nieznajomy, domyślając się powodu jego rozżalenia. – Gdyby każda młódka zbrukaną być miała po obściskiwaniu na balach przez pijanych dziadów, dziewic w kraju byś nie uświadczył.
Postarał się o uśmiech, ale to, co w odwzajemnieniu wykrzesał z siebie chłopak, wypadło raczej smętnie.
- Do końca życia nie zmyję tego – jęknął ten – a to mam nadzieję szybko się skończy.
- Ktoś scałować winien. Kochasz może kogoś? Poproś. Minie jak ręką odjął.
Zapadło milczenie. Po nim Karol zmieszał się jeszcze bardziej, jakby myśl, która przyszła mu do głowy, samego niemal śmiertelnie zawstydziła.
- Nie mam kogo prosić – rzucił tylko.
- No, tu jedynie ja jestem – uśmiechnął się obcy.
Chłopak drgnął.
- Jeśli wolisz wspomnienie mojego pocałunku, niż tamtego, służę. – Oczy mężczyzny zmrużyły się wesoło.
O dziwo chłopak przyznał cicho, spuszczając głowę:
- Wolałbym…
- Tak? Naprawdę? Mam to uczynić?
- Jak śmiałbym…?
- Jeśli milszy ci jestem, niż tamten.
Ciche potwierdzenie, które Karol uczynił sprowadziło ponownie ogień na policzki. Nawet nie patrzył, kiedy mężczyzna zbliżył się jeszcze, pogłaskał go po włosach, po czym leciutko odchylił mu głowę, przytulając usta do delikatnej szyi. Chłopak najpierw skulił się w sobie, ale powstrzymał odruch przykurczenia ramion, czekając cierpliwie. Na to czekanie mężczyzna tylko uśmiechnął się do siebie, całując go dalej w czysty, pozbawiony lubieżności sposób. Zresztą zakończył muśnięciem rozpalonego czoła i chwilę jeszcze pozwolił biedakowi ukryć twarz w swoich ramionach. Znowu pogłaskał mu włosy i dał czas na dojście do równowagi.
- Lepiej? – spytał później szeptem.
- Tak. Dziękuję.
Karol mocno zaplątał się w tej chwili. Był rozogniony, jednocześnie zawstydzony i wdzięczny. Bał się, co obcy pomyślał o jego prowadzeniu, uświadamiając sobie jak bardzo zależy mu na jego opinii.
- Tak mi źle z tym wszystkim – jęknął w końcu, nie wiedząc jak się wytłumaczyć.
- Rozumiem – spokojny głos mężczyzny rozbrzmiał mu przy uchu, wprawiając w przyjemny dreszcz. – Pewnie jeszcze nie miałeś komu wyżalić się z tego, co cię spotkało, co dopiero mówić o pocieszeniu.
- Nikt nie chciał o tym słyszeć.
- Domyślam się.
- Jedyny, panie, jesteś dla mnie taki… dobry.
Marcel niespiesznie pogłaskał go po włosach.
- Poniewieranie tobą zezłościło mnie – podjął zwyczajnie. – Mogę być dla ciebie „dobry” całą noc, może dłużej, mam czas. – Uśmiechnął się, kiedy zdumiony chłopak podniósł na niego wzrok. – Czego potrzebujesz, dam ci. Śmiało, mów.
- Jak to?
Mężczyzna wziął go za rękę:
- Zwyczajnie. Chodźmy.
Młodzieniec dał się poprowadzić w głąb nocy, wzdłuż Wisły, aż weszli w bardziej dziki brzeg, osłonięty tatarakami. Mężczyzna nie puścił jego dłoni, kiedy szli już swobodniej bliżej siebie, zupełnie daleko od kogokolwiek. Chłopak zrozumiał zamierzenie obcego i z ulgą wyobraził sobie, że to schadzka, jego z mężczyzną, najprawdziwsza. Nieśmiało odprężył się, pozwalając się wieźć wśród nocy.
- Zostaniemy tu? – Nieznajomy podprowadził go do zwalonego nad taflą wody drzewa, opadając na pień i, ku zawstydzeniu młodzieńca, sadzając go sobie na kolanie.
- Panie… - Bliskość odebrała Karolkowi głos. – Dziękuję. Nikt nie zrobił dla mnie czegoś podobnego.
- Zrobię, co zechcesz – mężczyzna przygarnął go. – Jesteś bardzo przyjemny. Masz piękne ciało i poczciwą duszę. Jeśli potrzebujesz męskich ramion, odrobiny czułości, dla mnie to nic złego.
- Potrzebuję…
- Pocałunków?
- Tak.
Uśmiechnęli się do siebie. Chłopak pozwolił się przytulić.
- Chyba najbardziej potrzebujesz przyjaciela – stwierdził Marcel – który będzie przy tobie i który cię wysłucha, kiedy zechcesz mówić.
Karol skinął. Sam z siebie pogłaskał twarz nieznajomego, po czym objął go za szyję. Wtulił się.
Tak zostali długą chwilę. Z zajściem słońca jednak powietrze schłodziło się znacznie. Od Wisły tchnęło wilgocią. Marcel wprawdzie otoczył Karolka płaszczem, za co młodzieniec omal nie wyznał mu miłości, ale wkrótce obaj musieli przyznać, że pora wracać.
- Wiem, że tam książę czeka na ciebie, panie – podjął Karol – ale… nie zostawiaj mnie – poprosił cicho. – Nawet kiedy ten wieczór się skończy, proszę, spotkaj się czasem ze mną.
- Kiedy tylko zechcesz.
Chłopak zamknął oczy w uldze:
- Pierwszy raz czuję, że nie jestem sam.
- Nie jesteś. Chodź, odprowadzę cię do domu wuja.
- A reduta? Książę…?
- Wiem, gdzie go znaleźć.
- A ja? Na pewno zobaczę cię jeszcze? – Karol wiedział, że jego naiwny sposób bycia zaczynał już brzmieć odrażająco, ale nie umiał nad sobą zapanować. – Wybacz, narzucam się – podupadł na duchu zaraz potem.
- Jesteś szczery, to wszystko – mężczyzna jeszcze raz objął go, uśmiechając się w zadumie. – Miła odmiana po kokietkach i trzpiotach, które „nie” mają za „może”, a „tak” za „nigdy w życiu”. Bądź sobie taki, przy mnie możesz, nie wykorzystam tego. Ani mnie to nie drażni. Przyjemna taka sympatia, która łatwo przyszła. – Może celowo tymi słowami o łatwości zawstydził Karola, ale przecież cała ich znajomość zaczęła się właśnie od rumieńca.












Komentarze
germatoid dnia wrzesie 27 2016 15:52:43
Och, wróciłem po długiej przerwie! :}

Ten rozdział jest bardzo... uroczy (czy to dlatego tak go lubisz? ;P ). Być może niektórzy uznają, że to już za dużo, że zbyt słodko, ale akurat na mnie zadziałało tak, jak chyba w założeniu zadziałać miało. Oczywiście mam tutaj na myśli rozmowę Marcela z Karolem w romantycznej scenerii nadwiślańskiego pejzażu :} Jest to naprawdę duży plus, bo często reaguję właśnie na zasadzie "zaraz rzygnę", ale nie tym razem! Sprawnie ubrałaś tę scenę w słowa - jak mniemam, właśnie to jest powodem, dla którego wszystko "zagrało" jak należy. Oczywiście, jak to mam w zwyczaju, nie obraziłbym się, gdyby ten dialog był troszkę bardziej "zabudowany" opisami scenerii, wewnętrznych przeżyć itp., ale to nie jest chyba żadnym zaskoczeniem dla Ciebie :}

Cieszę się, że zdecydowałaś się na retrospekcję. Zaburzenie linearności zawsze popycha ciekawość czytelnika do przodu, bo z jednej strony chcemy wiedzieć co będzie dalej (kontynuację akcji, która zadziała się w drugim rozdziale), ale przeszłość, która kreśli nam nieznane fakty i nadbudowuje portrety postaci, też interesuje. Dzięki temu można "wziąć czytelnika na wstrzymanie", troszkę się z nim podroczyć i utrzymać zainteresowanie na wysokim poziomie.

Z kolejnych plusów - używasz słownictwa, którego raczej nie usłyszymy na co dzień (np. wygony, wikt). Jest to wpisane w kontekst opowiadania (głównie czasu akcji). Zawsze to ciekawe urozmaicenie.

Przecinki = problem każdego smiley. Mnie najbardziej w oczy rzuciło się:
"Choćby obcemu, ale słuchającemu, któremu ufał, mimo, że nie wiedział czemu."
Ten przecinek po "mimo" to już niepotrzebny - masz spójnik dwuwyrazowy i stawiasz tylko jeden przecinek, przed całym wyrażeniem.

Jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciłem uwagę - zaczynasz nowe zdania w miejscach, gdzie ja bym raczej postawił przecinek i połączył z poprzednim. Skąd taka decyzja? Bałaś się, że zdanie będzie za długie i - tym samym - niezrozumiałe? Np. tu:
"Pełne rumieńców wrzenie wśród dam sprowadziło zazdrosne westchnienie w towarzystwo panów. Bo w istocie powozu, który pędził Krakowskim Przedmieściem w asyście tumanów kurzu, nie dało się pomylić z żadnym."
"Nie wiedział, czy młody zechce cokolwiek wyjawić, ale miał wrażenie, że ten czeka, by ktoś poświęcił jego sprawom choć trochę uwagi. I by nie była to jedynie oburzona rekolekcja."
Dla mnie te drugie zdania to tak na siłę trochę zrobione. W pierwszym był zdecydowanie dał przecinek przed "bo", w drugim chyba bym się zdecydował na wielokropek zamiast kropki i też zostawił jako jedno zdanie. Takich miejsc jest parę.

"ale przecież cała ich znajomość zaczęła się właśnie od rumieńca" r11; to zakończenie jest takie urocze <3
ak dnia wrzesie 29 2016 22:12:43
Dziękuję Cismiley Nie mogłam się doczekać aż przeczytasz dalej. Już bałam się, że jedyny czytelnik (a w każdym razie jedyny, który zostawia komentarze) stracił zainteresowanie.
Twoje uwagi są jak najbardziej trafne - zwłaszcza te na plus!smiley A co do zdań rozbitych na dwa - może to z czytania na głos - przecinek jest sygnałem dla czytającego, gdzie zrobić "wdech" (pauzę) - przedzieleniem zdania chciałam dać sygnał do większego "wdechu" (pauzy) - jakby to, co ktoś wymówi jako drugą część było bardziej podkreślone. Ale oczywiście każdy lubi po swojemu.
Trzymaj się i do przeczytania!
Dzięki;
Agata
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum