The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 23 2019 19:27:09   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 2


Rozdział drugi

O tym, kogo opiekowali benedyktyni w opactwie w Tyńcu



Z dachów tynieckich zabudowań kapał topniejący śnieg, kiedy pędzący wierzchem mężczyzna przeciął położoną u stóp opactwa wieś. Koń rozbryzgał kopytami błoto, przyspieszając, bo wyraźnie czując nadchodzący koniec podróży. Rzeczywiście wkrótce mężczyzna opadł w siodle, pozwalając spienionemu zwierzęciu przejść w kłus, wreszcie, tuż przed bramą, w stępa. Koń zarżał, przypominając jeźdźcowi o swoim istnieniu. Dłoń w skórzanej rękawicy poklepała szyję zwierzęcia.
- Opactwo… - mężczyzna przemówił z cicha, z westchnieniem obawy. – Miałeś się modlić, nie śmiać – dodał do konia, co samo w sobie uświadomiło mu jak bardzo osamotniał w ciągu tych kilku dni. A potem zaśmiał się do siebie w duchu, bo zbliżał się kres tego szaleństwa!
Nieco zgorzkniał, dojeżdżając bliżej bramy. Widok komory celnej w zestawieniu z ukochanymi klasztornymi murami mimo wszystko znowu mocno ukłuł w serce.
- Na Boga… - odwrócił zmartwioną twarz. – Nawet nie jesteśmy teraz w Polsce…
Raźne rżenie kasztana szczęśliwie znów przywróciło jeźdźca do poprzedniego nastroju. Marcel rzucił ostatnie spojrzenie unieruchomionej teraz przez topniejące kry przeprawie na Wiśle i powiódł wzrokiem w stronę drugiego brzegu, ku Polsce. Zacisnął usta wiedząc, że nigdy nie przyjmie sztucznej granicy, każącej tkwić sąsiednim wsiom w osobnych państwach. Lecz wszelkie taki myśli odsuwał teraz na dalszy plan.
- Pochwalony… - rozległo się nagle z boku, a głos młodego benedyktyna w jednej chwili przykuł uwagę jeźdźca.
Znajome brzmienie powitania pozwoliło przybyłemu wyłowić skromną postać żegnającą się właśnie z grupką niewiast pod klasztorną bramą.
- Brat Jan – mężczyzna uśmiechnął się z niedowierzaniem i z prawdziwą radością zsunął się z końskiego grzbietu.
Uściskał postać, jednocześnie zaglądając w twarz dawnego przyjaciela jak w obraz z odległych czasów.
- Masz szczęście, ojciec Amand przybył niedawno z Tarnowa, czeka na ciebie – przemówił zakonnik.
- Jak on?! – spytał gość i brat Jan poznał, że nie chodziło o opata.
- Baliśmy się, że nie doczeka wiosny – odparł, powoli ruszywszy w stronę bramy. Gestem pożegnał odchodzące ku wsi gospodynie i poprowadził mężczyznę w głąb klasztornego wzgórza. – Ostatnio oprzytomniał i prosił o posłanie umyślnego do radziszowskiego proboszcza. Modliliśmy się codziennie – mówił w drodze. – Zresztą zaraz go zobaczysz. Co dzień zanoszę mu wieczerzę. Powiedział – oczy zakonnika rozbłysły dziecinnie – że widział opactwo… kwitnące… pełne braci… wiernych… Wielkie. Polskie. Rozumiesz? Takie sny miał stojąc na kraju życia, natchnione muszą być od Boga.
Marcel postarał się o uśmiech.
- Tak, Karol widzi więcej… niż my wszyscy – dodał nawet krzepiąco. – Na pewno tak się stanie.
- Amen.
W milczeniu weszli na dziedziniec. Spojrzenie gościa zupełnie jakby porwał wicher, zawiawszy nieoczekiwanie z otchłani powstałej w miejscu zburzonego przez Rosjan starostwa. Oczy przybyłego rozwarły się szerzej, zamglone nagle od kolejnego podmuchu. Pamiętał ten widok, ale teraz ruina zachodniego skrzydła, straconego w czasie konfederacji, przestała przelewać kielich goryczy. Marcel odetchnął, nie mogąc uwierzyć jak mało miało dla niego obecnie jakiekolwiek znaczenie – liczył się tylko znaleziony Karol.
Brat Jan tymczasem polecił odprowadzić konia w dół do gospodarstwa. Doczekawszy się przytomniejszego spojrzenia gościa, ruszył wprost do furty. Ten za nim.
- Ojciec Amand zapewne już ze wszystkimi w refektarzu – mówił, otwierając kute wrota. – Dołącz do braci z obiadem. Nakarmię chłopaka i zawołam cię.
- Nie… - gość otrząsnął się, wracając do rzeczywistości. – Pójdę z bratem. Chcę go zobaczyć jak najszybciej. Sam nie jestem głodny. Jadę z Radziszowa.
Mnich przyjął i to. Skinął, gestem pokazując, by przybyły podążył za nim.
- Powiedz ojcu opatowi, że przybył czekany gość – polecił cicho jednemu z braci niosących postną strawę do refektarza.
Potem odebrał kolację dla chorego i wraz z przybyłym udali się w stronę mnisich celi.
Milczeli. Tuż przed drzwiczkami brat Jan zawahał się. Schylił głowę i jakby cała jego postać ogólnie się skuliła.
- Kiedyśmy go wyłowili – zaczął szeptem – wszyscyśmy pomiarkowali, że jego życie musi cudem być od Boga. Był siny i bez ducha pierwszej nocy. A potem ożył… Mówili, że jakby… wstał z martwych, niczym Chrystus… - tu pokręcił głową, sam zażenowany tym, co powiedział. – Nazajutrz – mówił w nie ustępującym zakłopotaniu – ojciec opat wezwał mnie do siebie i wyznaczył na jego stróża. Wyjawił mi wówczas jakim grzechem to dziecko zostało naznaczone i że wzbrania komukolwiek bluźnić przyrównywaniem jego postaci do Pana.
Gość skinął, słuchając uważnie i spodziewając się dokładnie czegoś podobnego.
- A skąd ojciec opat wie o jego grzechach? – dopytał dla pewności.
- Od niego… Nie ze spowiedzi, z słów zwykłych.
Przybyły przyjął to ze smutkiem.
- Brat chce wiedzieć kogo opiekujecie w tym świętym przybytku – dokończył pytanie. – I czy godzi się, by te mury schronieniem były dla grzesznika z takimi skłonnościami.
Ton jego głosu był spokojny, co dało zakonnikowi pewność, że nie zraził go zbytnio.
- Boicie się – usłyszał głos gościa – że zaznał grzesznej miłości, zwłaszcza cielesnej.
Na ostatnie słowo mnicha przeszły nieprzyjemne ciarki.
Gość skinął smutno:
- To zrozumiałe. Wejdziemy?
Z trudem opanował dłoń, by sama nie nacisnęła klamki, a potem nabrał powietrza w zdenerwowaniu wobec tego, co miał zaraz ujrzeć.
Tak wypełnili aż po brzegi małą celę, w której trzymano chorego. Gość wnet znalazł się przy posłaniu, kucając przy młodzieńcu wyłowionym kilka tygodni temu wprost z przerębla Wisły. Nie wiedząc, czy ten śpi, czy nie żyje, dotknął wychudzonej twarzy.
- Karol… - zaczął półgłosem, z ulgą zauważając lekko unoszącą się w oddechu pierś. – Karol, jestem.
Kilka razy jeszcze pogładził skroń śpiącego, nim ujrzał coraz mocniej drgające powieki i z wolna wracające do przytomności oblicze. Wreszcie uśmiechnął się z nieskrywanym wzruszeniem, chyba nawet odrobinę tym zawstydzony przed bratem Janem. Karol bowiem otworzył oczy.
- Leż – mężczyzna powstrzymał go przed próbą podniesienia się, głaszcząc po czole. – To ja, Marcel… – Tu pochylił się i szepnął mu do ucha, tylko jemu: - Kochany.
Oszołomiony chłopak ponownie opadł na siennik. Suche usta usiłowały złożyć się do słów, ale brakło im sił, a chore gardło i tak nie wydobyłoby głosu. Zmartwiony swoim stanem posłał przybyłemu jedynie mające mówić to wszystko spojrzenie.
Tymczasem oczy tego śmiały się przez łzy wzruszenia, a cała postać utknęła w wyczekiwanej chwili, zablokowana niedowierzaniem i ciążącą obecnością brata Jana.
- Jakie szczęście… - wyszeptał tylko, niedowierzająco kręcąc głową. – Jakie szczęście…
Wziął dłoń Karolka i ucałował ją, długo zatrzymując przy policzku.
Wreszcie zerknął na brata Jana oraz na trzymaną przez niego miskę z kaszą i mlekiem.
- Pomogę ci jeść – rzucił, sadzając chłopaka i poprawiając mu zagłówek. Z bólem stwierdził jak bardzo wychudzone jest ciało biedaka. Ukrył smutek, karmiąc przyjaciela, dla którego każde przełknięcie było prawdziwą udręką.
- Wciąż choruje, w gorączce, to znów w dreszczach – stwierdził mnich, widząc męczarnie podopiecznego. – Jeść ledwo może, biedaczyna. To prawdziwy cud, że krwią mu płuca nie zaszły.
- To prawdziwy cud, że żyje – dodał przybysz, podając młodemu kolejną łyżkę ciepłego mleka.
Otwarcie ust przychodziło chłopakowi z prawdziwym wysiłkiem. Szczęka trwała w bólu powiększonych węzłów chłonnych. Ale dzięki strawie młodzieniec był w stanie dobyć chociaż szeptu:
- Wybacz… nie chciałem umrzeć… w Wiśle… Nie zrobiłbym ci… tego.
Bezgłośne słowa wytrąciły gościa z rytmu karmienia. Mężczyzna jak siedział, tak odłożył miskę. Potem, nie zważając na obecność brata Jana, ujął twarz chorego i niewiele się namyślając, ucałował w same usta. Chwilę patrzył w smutne oczy, gładząc jeszcze po policzku, wreszcie objął całego.
- Wiem – szepnął. – Zaopiekuję się tobą i wszystko będzie dobrze… Wszystko będzie dobrze. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce.
Tak zatrzymał się na dłuższą chwilę, wreszcie mogąc nacieszyć się możliwością skrycia Karola w ramionach. Słowa, które chciał powiedzieć na razie jeszcze szeptał tylko w myślach. Ale wrażenie ulgi ostatecznie napełniło zmęczony umysł.
Na koniec ucałował jeszcze raz w czoło i pogładził skroń. Krzepiąco uśmiechnął się, słysząc zresztą z boku kroki nadchodzącego opata.
- Marcel Tyniec – ojciec Amand, bo w istocie to on wszedł właśnie do celi Karola, wymówił fałszywe imię i nazwisko gościa.
Marcel powstał i zostawiwszy chłopaka, klęknął przed opatem.
- Ojcze… - podjął z wdzięcznością, schylając głowę.
Poczuł ciepłą dłoń na włosach i zaraz potem gest krzyża wykonanego na czole.
- Widzę, że nasze modlitwy zostały wysłuchane – opat klepnął ramiona powstałego mężczyzny, podnosząc zresztą głowę dość wysoko przed okazałej postury gościem. – Wyrosłeś – dodał zwyczajowo, wszak nigdy nadziwić się nie mógł wzrostowi dawnego podopiecznego.
Marcel westchnął, bo oblicze opata wprowadzało w jego umysł ukojenie. Pierwszy raz od bardzo dawna poczuł, że może odpocząć.
- Dzięki, żeś posłał po mnie, ojcze – zaczął, wracając myślami do chorego. Zresztą obaj spojrzeli teraz na niego. – Nie wiem, jakimi drogami Bóg sprawił, że mogę widzieć go żywego, ale dzięki.
- Bóg w istocie potrafi zaskoczyć – opat pokiwał głową. – Dajcież mu jeszcze kaszy, póki ciepła – polecił odnośnie młodego. – W oczach nam niknie, nieborak. Toż Bóg miałby powody do złości, skoro byśmy zagłodzili go teraz.
Marcel uśmiechnął się, ale podjął bardzo poważnie:
- Będę potrzebował paru rzeczy. – Tu podniósł kubek ogrzewający się na kociołku, wąchając odruchowo. – Dziewanna – poznał napar, z uznaniem kiwając głową i szukając wzrokiem brata Jana.
- Staramy się – mnich schylił głowę, przypominając sobie nauki w ogródku ziołowym, które przechodzili z Marcelem w dzieciństwie. – Wszystkiego próbowałem: mięty, szałwi, rumianku, babki, podbiału. Zmacerowane, w naparze… Chyba najlepiej mu po dziewannie.
- A miodunka? – Marcel szukał w głowie. – Do picia i do inhalacji.
Brat Jan przytaknął ochoczo.
- Zmielę i zaparzę, będzie na rano, jak odczekamy ile potrzeba – zapewnił. – A do inhalacji przyniosę zaraz.
- Chcę go wykąpać i porządnie zagrzać – mówił Marcel. – Niech by powdychał wszystkiego… Gdyby dodać do miodunki olejku z mięty, może szałwii jeszcze? To musi być coś mocnego, by udrożniło gardło, nos i odkaziło.
- Tak – skinął Jan z rosnącym zapałem – dziewanny też damy i lawendy. Są aromatyczne, na pewno pomogą.
Marcel powrócił do karmienia Karola, a brat Jan dołożył przyniesionego właśnie przez braci żaru do kociołka ogrzewającego celę, wydając już polecenia co do ziół, które miały zostać użyte.
- Prosiłbym jeszcze o czystą koszulę i cebrzyk z wrzątkiem – przypomniał sobie Marcel. – I, Janek, koniecznie maść z żywokostu. Na odleżyny. Wiem, że może tu śmiałości nie miał nikt… do niego akuratnie… - dodał w kontekście posądzeń, które krążyły wobec młodzieńca.
Opat skinął:
- W istocie… śmiałość do opiekowania ciała jego… dość słaba u mych braci – przyznał z ubolewaniem.
Karol spuścił wzrok, posłusznie otwierając usta przed kolejną łyżką. Marcel był pewien, że gdyby nie słabe oświetlenie, zobaczyliby na zabiedzonych policzkach rumieńce wstydu.
Również brat Jan zmieszał się. Pokiwał głową:
- Przyniosę. Będziesz miał wszystko, Marcel. Mamy dużo żywokostu, wciąż chętnie tu rośnie.
- Dziękuję.
- Opiekuj go, Marcyś – podjął opat – brat Jan zadba o wszystko, czego ci potrzeba. A jutro przyjdź, opowiesz coś, dawnośmy się nie widzieli.
Potem ojciec Amand odszedł, a nim Karol dokończył jedzenie, bracia przynieśli wszystko, czego zażyczył sobie Marcel do opieki nad chorym. Mnisi pożegnali się, posyłając jednak dwóm zostającym razem mężczyznom niepewne spojrzenie.
- Bóg zapłać – Marcel skinął, zamykając za nimi drzwiczki celi.
I odetchnął. Wreszcie doczekał się swojego głównego powodu przybycia tutaj.
- Zajmę się tobą jak należy – stwierdził, podchodząc do posłania chorego. – Bracia to dobrzy ludzie, ale nie mieli serca do ciebie, widzę to. Musimy im wybaczyć.
Chłopak pokornie kiwnął głową. Nie mógł mówić głośniej jak szeptem, bo rozpalone gardło jakby spuchło w środku, rozsadzane bolącą grudą.
- Zawdzięczam im życie – złożył usta do tylko tych krótkich słów.
Marcel uśmiechnął się. Potem zdjął okrycie z chorego i pomógł mu wygodniej usiąść.
- Pozwolisz się rozebrać? – poprosił łagodnie.
Oddech chłopaka przyspieszył nerwowo, a oczy zaszkliły się na jakieś wspomnienia.
- Ja… - mówił ledwo dosłyszalnie – ciągle nie mogę uwierzyć, … że mam ciebie, że… nie będziesz się śmiał.
- Wiem. I, proszę, nie wstydź się mnie.
Młodzieniec skinął przyzwalająco, choć wyraźnie wiele go to kosztowało. Ku jego zażenowaniu mężczyzna podniósł mu nocną koszulę z nóg, ostrożnie ciągnąc wyżej. Tak Karol pozwolił się rozebrać. Po chwili siedział zupełnie nagi, w niepewnym geście opasując się ramionami.
Marcel utknął na chwilę przy tym widoku. Postarał się o pogodę ducha, odgarniając strąki czarnych włosów ze skroni chłopaka.
- Dzielny – szepnął. A zaraz potem, widząc nabierające łez oczy, pospiesznie usiadł obok i otoczył sobą młodego przyjaciela. – Nie płacz – powtarzał czule, choć sam w końcu musiał zamilknąć, bo złamało go w gardle.
Płacz sprawił Karolowi tym większy ból, co ostatecznie pogrążyło go w upadku ducha. Tak długo powstrzymywał w sobie żal, a teraz, kiedy wreszcie mógł się z niego zwierzyć, ciało nie dawało rady.
Wstał, podtrzymywany mocno, i po chwili siedział w gorącej wodzie przyniesionej wcześniej przez braci. Po ciele rozszedł się przyjemny dreszcz, a ciepło dotarło wreszcie w każdą część. Marcel nabrał wody w mały kubek i polał chłopakowi głowę. Tak zaczął kąpać go, troskliwie, śledzony wdzięcznym i wciąż zakłopotanym spojrzeniem.
Marcel wsypał zioła do cebrzyka, których mocna woń uderzyła chorego w twarz.
- Oddychaj tym – polecił. – To na twoje gardło i na płuca. – Potem pogłaskał go po włosach i powtórzył: - Wszystko będzie dobrze.
Karolek nie wiedział, czy od mocnego zapachu ziołowej kąpieli, czy od samej obecności Marcela, ale wreszcie jego ciało zaczynało odczuwać ulgę.











Komentarze
germatoid dnia sierpie 25 2016 20:47:34
Wracając do "Opowieści Trzeciomajowej" i zderzając ją z tym, co było w "Balladzie". Trzeciomajowy klimat zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Świat "Ballady" wydawał się taki czysty, ładniutki, jak z bajki (ale chyba tak miało być), tutaj jest zdecydowanie bardziej realistycznie i wyczuwam jakąś taką ponurość (decyzja na umiejscowienia "maja w zimie" - dobra, bo potęguje tę atmosferę). O tym czy postaci będą bardziej niejednoznacznie, a nie na modłę "ten dobry, ten zły", przekonam się w dalszej części, ale mam wrażenie (i nadzieję), że realizm będzie podniesiony do wyższej potęgi. W tym rozdziale wprawdzie nie otrzymujemy jakiegoś nawału nowych informacji, ale wspomnienie o tym, że tożsamość bohatera jest fałszywa nakręca chęć poznania dalszego rozwoju wydarzeń. Na razie jest dobrze.

Technicznie:
Zaprzeczony imiesłów: "Nazajutrz - mówił w nie ustępującym zakłopotaniu" - ja bym napisał łącznie. To jest zawsze bezpieczniejsza opcja, bo od jakiegośtam czasu zaprzeczone imiesłowy, zarówno w znaczeniu czasownikowym, jak i przymiotnikowym, piszemy razem. Znaczy ja się za bardzo na tym nie znam, ale generalnie rozbija się o to, że wszystkie można pisać łącznie, a niektóre - jeżeli chcemy wyjątkowo podkreślić ich "czasownikowość" - można też rozłącznie. Ja już jestem raczej osiadły w pisaniu tego wszystkiego łącznie i dlatego rzuciło mi się to w oczy, ale - prawdę powiedziawszy - nie wiem, czy w tym przypadku jest to błąd, czy właśnie rzeczone podkreślenie.

Wtrącenia: Moim zdaniem w niektórych zdaniach przydałyby się jakieś dodatkowe przecinki. Są takie momenty, w których zdania są dosyć długie, a ich fragmenty mogłyby być potraktowane jako wtrącenia (i chyba lepiej by się wtedy czytało). Np. "Marcel rzucił ostatnie spojrzenie unieruchomionej teraz przez topniejące kry przeprawie na Wiśle i powiódł wzrokiem w stronę drugiego brzegu, ku Polsce." Gdy wziąć fragment "unieruchomionej teraz przez topniejące kry" między przecinki, to czyta się lepiej (przynajmniej mnie smiley)

Tak zaznaczam, bo może przyda się na przyszłość :}
ak dnia sierpie 25 2016 21:56:13
Super, kolejny konkret, dziękismiley Z zimą w 3 rozdziale się żegnamy - będzie retrospekcja i o tytułowym maju - tym, w którym uchwalono konstytucję. Mam nadzieję, że się spodoba. Trzeci rozdział to mój ulubionysmiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum