The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 20 2019 00:25:36   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Opowieść trzeciomajowa 1



Rozdział pierwszy

O tym, jak Wojtuś ujrzał „Kostuchę” w przykościelnej kruchcie



Miało się na mróz, kiedy ludziska wracali z drogi krzyżowej. Kościół w Radziszowie ponownie opustoszał, a usiane wokół ziemne groby jak co noc pogrążyły się w cmentarnej ciszy.
„Gasiświecka”, bo tak tu zwano kościelnego, nie lubił posługiwać po zmroku, zwłaszcza teraz, kiedy w kruchcie spoczywało ciało nieboszczyka.
- Dekrety wiedeńskie – mruczał, omal nie splunąwszy pod adresem nowo wybudowanej z woli cesarza austriackiego kostnicy. – Kto to widział? Bezbożnicy. Bodaj by se kruchty stawiali dla swoich bezbożników, a od nas im wara. Bodaj by smętarze ze wsi wyrzucali, kiedy taka ich wola, nie takich my przetrzymali.
I rzeczywiście, choć kostnica stanęła w Radziszowie, żadna rodzina nie dała jeszcze swojego z chałupy wywlec, by do czasu pogrzebu trzymać w dziwacznym nowoczesnym przybytku. Ten tam, co to pomarł nagle, pierwszym był, którego w kostnicy zamknięto. Ale obcy, to nie żal… Tylko straszno jakoś. Nie dość, że topielec, to jeszcze nie pilnowany.
Kościelny oglądnął się z nieprzyjemnym wrażeniem na drzwi kościoła, pragnąc zakończyć obrządek jak najszybciej i wymknąć się z otoczonego grobami świętego przybytku. Z ulgą przyjął widok wdowy Jakubowej wykonującej znak krzyża kończącego modłę, co zapowiadało wyjście ostatniej już osoby i możliwość zaryglowania głównych drzwi od środka.
- Zostańcie z Bogiem – pożegnała się staruszka.
- Z Bogiem – skinął świątobliwie, nie mogąc już doczekać się nim wdowa wykuśtyka na zewnątrz.
- Mrozi jeszcze – wzięło jej się na pogawędki. – A potopniało by to wreszcie, Bóg by się zlitował.
- Zlituje się, Jakubowo, zlituje, a jeno modlić się może potrzeba więcej – wysilił się na uśmiech.
- A prawda, prawda. Mróz był na Gromnicznej, widno wóz szykować będziemy!
- Daj Boże.
- Ano.
I poszła wreszcie, kończąc udrękę kościelnego. Wyjrzał na sterczące na tle śniegu krzyże, posyłając trwożne spojrzenie kościelnej kruchcie, po czym pospiesznie zawarł drzwi.
Półmrok w pustym kościele stawał się ciemniejszy w miarę gaszenia kolejnych świec. Podłoga zgrzypiała nieprzyjemnie.
Wtem serce zamarło w piersi kościelnego… Ktoś stał za nim.
- Wojtuś! – mężczyzna odetchnął, obróciwszy się i poznawszy posługującego chłopca. – Aleś się zakradł… - Tu jednak obawa wróciła na oblicze „Gasiświecki” wymuszona lękiem w bladej twarzy Wojtusia.
Chłopiec bowiem jakby zapowietrzył się, niemo pokazując na wejście do zakrystii.
- T… tam – wydukał wreszcie z przerażeniem. – W… kruchcie… ktoś jest! Czarna postać! T... to Kostucha! Przyszła po nieboszczka! Widziałem!
- Kirje Elejson… Boże Wszechmogący w Trójcy jedyny… zachowaj nas…
Wkrótce mamrotane najświętsze ze znanych kościelnemu słów wypełniły małą cmentarną przestrzeń dzielącą biegnących od kruchty.
- Rekwiemeternam donaejs Domine – odrobinę zniekształcone „Wieczne odpoczywanie” pospiesznie wydobywało się z ust kościelnego. – Et lux perpetua luceatejs. Rekwiescant in pace. Ament.
- Ament… - wypaplał bliski płaczu Wojtuś, wykonując znaki krzyża tak zapamiętale, że przypominały oganianie się od much.
Aż zastygli.
W kruchcie ktoś był. Przez uchylone drzwiczki wypadał snop światła. Słychać było grobowe przyciszone głosy.
- Rozmawia z nieboszczykiem! – jęknął Wojtuś, pochlipując.
Kościelny przełknął ślinę, niepewny tego, co powinni zrobić.
- Brednie, trup nie gada… - rzucił niemrawo.
- Z Kostuchą może i gada, kto odgadnie? Sam widziałem, wielka, czarny kaptur, płaszcz po ziemię! I kosę dzierżyła! A oblicza nie uświadczy! Czerń jeno ziała mu z gęby! Klnę się!
Lecz kościelny nic już nie odrzekł, a jedynie w uciszającym geście ścisnął ramię Wojtusia. Teraz obaj zamilkli, widząc poszerzający się snop światła i pojawiającą się w nim postać.
Zbledli, a Wojtuś posikał się ze strachu, prawie mdlejąc.
W progu kruchty stała Śmierć...

Marcel nie chciał zdejmować kaptura, pragnąc skryć przed radziszowskim proboszczem wyraz zrozpaczonej twarzy. Nie miał ochoty, by ktokolwiek oglądał go w takim stanie.
Tymczasem ksiądz nie mógł oderwać strapionego spojrzenia od widoku martwego młodzieńca, oczekującego w kruchcie na pogrzeb.
- Skoro to nie on, to kto? – labiedził. – I kto za tym stoi? Nie pojmuję.
Marcel wrócił w głąb kruchty, ponownie stając nad odemkniętą trumną. Spojrzał na napuchniętą wodą, a teraz zmrożoną twarz chłopaka, drżąc wciąż w środku na myśl, że mogła to być buzia przyjaciela. Jeszcze długo miał nie wrócić do równowagi, ale przynajmniej powoli odzyskiwał zdolność myślenia.
- Jestem wdzięczny dobrodziejowi, że zechciał mnie tu wpuścić – wyszeptał naprawdę ciepło. – Kimkolwiek jest ten nieszczęśnik, dziękuję Bogu, że to nie Karol.
- To zrozumiałe, synu – proboszcz skinął. – Nikt nie chce widzieć przyjaciół w takim stanie. Choć temu topielcowi lepiej już pewnie u Pana naszego w niebie.
- Oby.
Proboszcz zamyślił się jednak, głośno rozprawiając:
- Kto zatem monetę w trumnę włożył i po co?
- Ktoś, kto chciał, by ktoś inny, który otworzyć by miał trumnę i rozpoznać zwłoki, domyślił się, że robota to… - zawahał się.
- Czyja?
- Tajnego bractwa – Marcel odparł wymijająco. – To wiadomość dla kogoś z rodziny Karola, kto do owego bractwa należy. – Schował monetę.
- No ale… dla jakiej to przyczyny? Na litość boską!
Marcel westchnął, przypominając sobie smutną postać Karolka.
- Rodzina wstydziła się go – wyszeptał. – Wolała, by zszedł z tego świata. Nie pytajcie, dobrodzieju, czemu. Nie gotów jestem teraz mówić o tym.
Zamierzał wyjść, lecz w progu prawie nadział się na kościelnego.
- Mówiłem, kosy nie ma… - przybyły ów zrugał zapłakanego Wojtusia. – Dobrodziej gościa ma – skłonił się proboszczowi uniżenie, chyląc też głowę przed Marcelem. – Jaka ulga – „że żywego” utknęło mu w porę w gardle. Szybko pomiarkował się w czym trzeba. – Z rodziny zapewne, nie będę przeszkadzał.
Tu wycofał się, robiąc karcące miny w stronę nieszczęsnego Wojtusia, wodzącego jeszcze okrągłymi ze zdumienia i mokrymi od powoli schnących łez oczami za olbrzymem w mnisim płaszczu. W istocie nie posiadającym kosy…

Wojtuś niewiele pomylił się jednak co do Marcela – mężczyźnie mało brakowało do obrócenia się w upiora, a w każdym razie nie tliło się w nim więcej życia, niż w rozłupanym piorunem dębie tkwiącym tuż za oknem plebanii. Dla drzewa pohukująca sowa zdawała się ostatnim bastionem ciepła wśród martwych kikutów gałęzi skrzypiących od mroźnego wiatru, dla Marcela myśl o możliwym ocaleniu przyjaciela.
- Wyciąć trzeba – proboszcz Kowalczyński poszedł za spojrzeniem gościa w stronę umarłego drzewa. – Choć żal. Opuści się na wiosnę jeszcze może. Zgrzypi po nocach, jakby jakie jęki z Zaświatów.
Blada i wychudła twarz gościa nie zdradziła reakcji na słowa, zastygła nad postną kolacją. Przekrwione, głęboko wpadnięte oczy nie patrzyły, a jedynie odbijały świat, który zdawał się dla mężczyzny przemijać obok.
- A pozdrówcie ojca opata Janowskiego ode mnie – przypomniał sobie proboszcz.
- Tak, pozdrowię…- Wyrwany z zadumy Marcel bezdusznie powrócił do jedzenia.
Nie był benedyktynem, ale darowany niegdyś przez mnicha płaszcz od razu zjednał mu proboszcza. Jak często, tak i tym razem znajomość z opatem bardzo przysłużyła się jego sprawom.
- Zły to rok się zapowiada… dziewięćdziesiąty trzeci. – Gospodarz plebanii bardzo chciał tchnąć w gościa jakieś inne myśli. – Już dwa lata będzie od majowej rewolucji… I na co nam przyszło? A i w świecie nie lepiej… Prawda to, że Francuzi króla ścięli?
- Zgilotynowali. Niedawno. Ale nie króla, zwykłego obywatela Ludwika z Kapetyngów, jednego z wielu równych. Tylko tacy teraz we Francji.
- Potworności. Żeby czasem i Warszawy ta zaraza ostatecznie nie pochłonęła.
- Dobrodzieju, błagam, mówicie jak caryca i targowiczanie – Marcel zapragnął zatkać sobie uszy.
- Sam nie wiem… Już byli tacy, co to króla zdetronizowali, porwali, Boże uchowaj.
- Konfederaci barscy nie mieli być królobójcami – wtrącił Marcel. A zaraz potem dodał: - Choć prawie się stali.
- Kiedy brat przeciw bratu idzie, tylko diabeł się cieszyć może. Tamta rewolucja niewolę nam uczyniła. Żyjemy tu za Wisłą, ziemię Austriak zagarnął, wiadomo to co dalej wywojują? Tu już nikt nie nadąża za tym wszystkim, wierzcie mi.
Ostatnią rzeczą, o której chciał teraz rozmawiać Marcel była polityka.
- Ja tylko boję się, żeby naszego… znaczy się już waszego raczej króla… Przywyknąć nie mogę do cesarskiej mości… By – kontynuował proboszcz – króla Stanisława gmin, nadto tą uchwałą majową rozochocony, nie zechciał za ową zdradę targowicką podobnież do Francuzów ukarać. Wiadomo to, kto podburzyć może i do czego, kiedy winnego zaczną szukać za wojnę z Rosjanami? Już mówi się, że caryca z Prusakami ziemie polskie znowu dzieli!
- Dzieli… - Marcel ukrył twarz w dłoniach, odsuwając talerz. – Uchwała majowa to papier, za który życie byłem gotów oddać niegdyś. Ten, który był mi królem, uląkł się, choć mych przyjaciół tylu jeszcze w polu czekało na jedno jego słowo. A sromota tego biednego człowieka, jeszcze mi wciąż miłego, i tak ziemi nie ocaliła. Do tego jedyna osoba, która mi została w życiu, miała leżeć w waszej kostnicy. I Bogu dzięki, że nie leży. Znalezienie tego dzieciaka jest jedynym, dzięki czemu jeszcze nie strupiałem… I marzeniem moim, by znaleźć go żywym. O ile mogę prosić o to Boga.
Proboszcz strapił się poczciwie:
- I ja poproszę. Ile mogę, tyle prosił będę.

Ledwo mroźny poranek rozjaśnił krajobraz Radziszowa, senną ciszę wsi zakłóciło stanowcze kołatanie do zaniedbanych drzwi dawnego klasztornego folwarku.
Majątek plątał się z rąk do rąk. Przez wieki należał do opactwa tynieckiego, jak i pobliskie wsie, przez ostatnie lata wydzierżawiany kolejnym najemcom. Jednak po zagarnięciu klasztoru, rząd wiedeński przekazał liczne jego dobra na tak zwany fundusz religijny, z którego Radziszów wyprzedany został jako rekompensata za inne zabrane ziemie na południu rodzinie Dzieduszyckich. Zakonnicy przestali wydzierżawiać fadziszowski folwark, a ten nie doglądany okiem nowego właściciela – któremu podkrakowskie wsie nie były po drodze – marniał i sprawiał wrażenie coraz bardziej bezpańskiego.
- Kto tam?! – doszło uszu przybysza.
- Marcel Tyniec, otwórzcie.
Na brzmienie głosu gościa, chłop odwalił zasuwę i uchylił drzwi. Spokorniał na widok rosłej postaci, dobrze poznawanej sprzed miesięcy, kiedy to ów zostawiał w majątku młodzieńca protegowanego przez samego pana Dzieduszyckiego.
- Pochwalony… - zaczął przybysz.
Chłop schylił uniżenie czoła:
- Na wieki wieków.
Gość wszedł, wpuszczony bardziej, niż proszony. Ruszył wprost ku izbom. Nie powstrzymywany, mało co witany przez nieliczną służbę, dotarł do słonecznego pomieszczenia zajmowanego niegdyś przez Karola. Rozejrzał się, widząc kilka jego rzeczy.
- Nic żeśmy nie ruszali, wielmożny panie – zapewnił chłop. – Jak panicz zostawił, tak leży. Niektóre klamoty to i pewnie pamiętają jeszcze rządcę Ciepielowskiego.
Marcel skinął, w istocie przyznając w duchu, że prawie bezpański folwark nie został rozszabrowany. Przeszedł po izbie, starając się znaleźć cokolwiek, co mogło pomóc. Dotknął kilku przedmiotów. Karol wiedziałby o nich więcej, zaledwie muskając je palcami. Zobaczyłby więcej… Marcel widział pustkę. Nawet, gdyby posiadał choć odrobinę zdolności Karola, teraz był zbyt rozbity, rozproszony, poddając się w bólu. Potem kazał zawołać sobie wszystkich i kiedy próg izby wypełnił się grupką wystraszonych Radziszowian, zaczął:
- Kto widział panicza ostatni?
Chwilę szturchali się, popatrywali niemrawo po sobie. Wreszcie Marcel poznał, że patrzą na jednego ze stajennych.
- Mów – poprosił jak najłagodniej umiał.
Wyrostek zmiął kapotę, nie wiedząc, czego się uchwycić.
- No… Panicz zjadł, buty wzuł… i tego… odział się jak do kościoła… I powiedział, jak co dzień, że… że na Polskę idzie popatrzeć… - Tu odruchowo wskazał w kierunku jednego ze wzgórz otaczających wieś, z którego w istocie widać było w stronę Krakowa, a nawet aż za Wisłę.
Marcel kiwnął głową, chcąc dać znać chłopakowi, że ten mówi mądrze. Miał nadzieję wyciągnąć z niego cokolwiek więcej.
- To było za dnia?
- Po sumie, panie – odparł młokos, a inni żywiej potwierdzili. – Po obiedzie nawet.
- Niedziela była. Panicz w kościele z innymi… grzeczny… miły… - rozbiadoliła się kuchenna. – Ani by mi do głowy nie przyszło, że ostatni raz w to liczko patrzę…
Musieli ją pocieszać, bo rozrzewniła się nadto, widać czułość miała dla młodego.
Spostrzegłszy, że i inni szczerze ubolewali nad „śmiercią” Karolka, Marcel zacisnął usta, zawahawszy się ostatnią chwilę, po czym zdecydował się na dość ryzykowny i odważny krok. W końcu tyloma teoriami żył w ciągu ostatnich lat mówiącymi o równości ludzi, teraz stał przed gminem i miałby nie być ich pewnym?
- Posłuchajcie mnie, dobrzy ludzie – zaczął, poleciwszy gestem, by weszli w głąb izby i zawarli drzwi. Przywołał wszystkich bliżej i podjął w zaufaniu, godnym wagi tych słów półtonem: - Wyjawię wam coś, jeżeli na Boga przysięgniecie nie mówić o tym póki co nikomu. – Tu czekał znacząco, a usłyszawszy szepty gorących zapewnień i widząc pełne nadziei spojrzenia, ciągnął: - Chłopak złożony w kruchcie przykościelnej… to nie panicz.
Zawiesił głos, w mgnieniu oka przelatując po obliczach. Mijał zdumione i przejęte, szukał innych… i znalazł je. Przewiercił wzrokiem starego Madeja. Furman zdradził się, nerwowo uciekając pod naporem spojrzenia. Zaczął wzdychać, oczy pocierać, bezzębne usta drgały mu niepewnie.
Nim inni zdążyli wymienić zaskoczone szepty, Marcel patrzył już tylko na Madeja.
- Wy – wywołał go stanowczo, acz łagodnie. – Ksiądz dobrodziej mówił, że wyście najdłużej go szukali owej nocy, kiedy nie powrócił.
Znał starego Madeja przelotnie, widywał przez tamte kilka dni, kiedy przywiózł tu Karola. I wiedział, że parobek od razu polubił w jakiś ojcowski sposób zahukanego, śmiesznie bojącego się koni paniczyka. Mimo wiejskiej hardości charakteru, która niezbędna była w gospodarce, ten zwykły chłop nie ośmiał się na widok lebiody, którą przecież Karolek był.
Teraz inni pomiarkowali się w sytuacji, coraz ciekawiej zerkając na Madeja.
- Mówcie, kiedy co wiecie – szturchnęła go wreszcie kucharka. – Toż o dziecko chodzi biedne… Boże miłosierny…
Madejowi zaświeciły się starcze oczy. Chwilę przełamywał dławienie w gardle, przypominając sobie tamtą mroźną noc. Wreszcie zaczął:
- Kręcili się tu obcy… dwa dni wcześniej. – W izbie powietrze aż stanęło w miejscu. – Konni, od bronaczowskiego lasu. Było ich może pięciu. Krążyli od Bukowia, po las. I tak żem ich zdybał parę razy. Że cesarscy, tak żem myślał. Ale nie podobali mi się.
Marcel niedowierzał.
- Panicz – ciągnął furman – co poszedł, jak to lubił, na Polskę pospoglądać… niedzieli tamtej… co to nie wracał, a po zmroku było… spotkać ich musiał. Nim inni szukać poczęli, pierwszym poszedł ku Lipiu, po śladach jego w śniegu. Stąd wiem, czego inni nie wiedzieli potem, każde ślady później za swoich mając, że… trop jego skończył się, gdy przeciął się z konnymi. Mnogo ich być musiało, po kopytach poznałem. Oni porwali go niechybnie.
- Jakże porwać? Toć to oni go znaleźli… - wtrąciła się kucharka. – Ze Skawinki wyłowili o zmierzchu, kiedy przypadkiem bród brali przy ujściu Młynówki. Od Oświęcimia jechali, tak rzekli księdzu proboszczowi. Toż wyście, Madeju, ciało dziecinki tej rozpoznawali!
Madej ściągnął wargi drżące z poruszenia, czując na sobie wyczekujące w przejęciu grono spojrzeń.
- Skłamałem przed Bogiem najświętszym – jęknął. – Poświadczyłem o topielcu, że panicz to. – Rozpłakał się w głos. – Bałem się…! Jóźka Szczyrbaków żem poznał, z Woli, co to wciągło go pod lód na Gromnicznej…! On to w kruchcie leży…! Wybaczcie mi, panie – mówił w płaczu, pocierając umęczone oczy – wybacz mi, Boże przenajświętszy. Bałem się, że kiedy prawdę powiem… obcy ci… panicza szukali będą nadal, że… zrobią mu co… Sam nie wiem. Źle im z oczu patrzyło, a… A Józiek… on – tu przerażony spojrzał Marcelowi w oczy – on miał na sobie portki i kapotę panicza!
Wstrząśnięci słuchacze zapomnieli języka w gębach.
- Mów, proszę – oszołomiony Marcel ledwo nadążał za tym wszystkim. – Słusznieście uczynili, Madeju.
Rad starzec odetchnął nieco, pokrzepiony też minami pozostałych.
- Pomiarkowałem, że oni trupa przebrali – mówił już spokojniej. – Dlatego, kiedy przy księdzu dobrodzieju pytali o rodzinę jego i ostatnie namaszczenie, nastręczyłem się z pomocą, że to niby jak syn mi był i nikt inny tak go na ostatnią drogę nie oblecze…
- Wiedzieliście, że od razu bym poznała – jęknęła kucharka. – A tak wam za złe miałam, żeście z proboszczem w kruchcie zamknęli biedaczynę, miast do izby przynieść… Boże miłosierny!
- Jóźkowi to jedno, sierota i parobek – kończył smutno Madej. – Niech se choć nieborak w pańskiej kapocie przed Panem stanie na Sąd Ostateczny.
- Amen.
- Amen – poniosło się po izbie. Potem zapadła wyjątkowo poważna cisza.
- Na Boga, Karol, gdzie jesteś? – Gość ze świata na koniec strapił się, jak i pozostali.
- Żyw może, Bóg daj – pocieszali się nawzajem.
Mężczyzna w mnisim płaszczu podziękował wszystkim wzrokiem. Stał oto wśród gminu, który więcej serca okazał Karolkowi znając go ledwo rok, niż cała szlachecka familia przez całe jego życie.
- Od razu dziwne mi to było – zaczęli z wolna rozmawiać na powrót – żeby rodzina nie zechciała zabrać ciała między swoich.
- Ani czekać na siebie z pogrzebem nie kazali. Zima, mróz, nie było przecie żadnego w tym pośpiechu.
- Racja, familie takie to i przez pół krajów ciągły w darni truchła swojaków i to w środku lata, bodajby spoczęły między przodkami. Dziwne to, że w obcej wsi zostawić chcą biedaka i ani pies z kulawą nogą zapłakać nie przybędzie.
- Może nie wiedzą? Może te szubrawce listy od proboszcza przechwycili i matka nieboga ani nie wie o swej stracie gdzieś tam w świecie? Boże miłosierny!
- Co on nieborak zawinił komu?
- Kochał mężczyznę…
Słowa Marcela świsnęły między chłopstwem. Nieoczekiwane chyba nawet i dla niego samego. Obcy zamilkł, zupełnie nie wiedząc czemu to powiedział. Zamarł, powoli odważywszy się powieść po nich wzrokiem.
Kucharka… pokiwała głową, płacząc. Madej i parobkowie wymienili wcale nie zaskoczone spojrzenia, właściwie słysząc o czymś takim chyba pierwszy raz w życiu, ale dziwnie nie mając ochoty na dopytywanie. Stajenny wyrostek wytarł nos w rękaw, wbiwszy smętny wzrok w podłogę.
Marcel niedowierzał kolejny raz.
- Był sodomitą – dopowiedział wśród milczenia reszty.
Lecz, ku jego wielkiemu zdumieniu, nikt nie pisnął słowem o tym, co padło.
- Lasy schodziłem całe po kryjomu, szukając, czy go gdzie nie zakopali – zaczął natomiast Madej jak gdyby poprzedni temat nie wystąpił. – Psy brałem, wywlekłyby jakby co, bo ani by w zmarzniętej ziemi przy pośpiechu takim nie zakopali głęboko. Przeto szukać tam już nie ma czego. Chyba, że się mylę?
- Mogli uprowadzić w miasto, wie ich to kto?
- Mogli w Skawince utopić.
Marcel znowu skupił się na podawanych tropach.
- Niedługo pogrzeb – podjął żywiej. – Niech nikt się nie pomiarkuje, że Jóźkowy to. A baczenie miejcie, czy aby kto obcy nie patrzy zza drzew, nie śledzi. Niechby myśleli, żeśmy nieświadomi kogo grzebiemy.
Pokiwali głowami.

W jakiś sposób Marcel wyszedł pokrzepiony z ubogiego folwarku. Prostotą, życzliwością mieszkańców, ale przede wszystkim… poczuciem, że porywacze nasłani zostali jednak nie po to, by zabić chłopaka, a jedynie, by uśmiercić go dla świata. Domyślał się, kto mógł za tym stać i miał nadzieję, że człowiek ten nie poważyłby się na odebranie życia siostrzeńcowi… Idąc, spojrzał jeszcze raz na monetę wyjętą w kruchcie z trumny Jóźka. Zamyślił się.
Tymczasem słońce dość mocno nagrzało śnieżną pokrywę na polach wokół wsi. Skorupa lodu, topionego dniem, to znów skuwanego nocą, cięła buty idącego ku rzece mężczyzny. Na Skawince bród był odsłonięty od zmarzliny, a płytka woda obmywała tkwiące w dnie otoczaki. Potem znów nurkowała pod krą, wraz ze słońcem powoli krusząc spore tafle i pchając je w prawie już wiosenny świat.
Było cicho. Szemrząca rzeka i wtórujące jej kapanie topniejącego śniegu z gałęzi wierzb na chwilę łagodnie zatrzymało Marcela w miejscu. Mężczyzna powoli popłynął spojrzeniem wzdłuż rzecznego koryta. Coś w tej drodze zawołało go.
- Gdzie jesteś, kochany? – szepnął. Czuł, że wzbiera w nim chęć pójścia rzeką, przed siebie, aż do granic Polski.
Potem zadrżała w nim myśl. Zawirowała, powoli wyścielając umysł.
- Pójść popatrzeć na Polskę… - wargi same składały się do słów Karola, a serce mężczyzny zaczynało szamotać się i wyrywać w jakąś stronę. – Pójść… ku Polsce… - Oczy Marcela rozbłysły, a twarz rozciągło nowe zdumienie. – Dokąd mógłby pójść?! – Mężczyzna otrząsnął się odkrywczo, natchniony dziwnym przeczuciem, które zdawało się być nierealnym, a jednak rozpalało duszę.
- Wielmożny panie! Wielmożny panie! – głos Wojtusia pędzącego od wsi wyrwał nieoczekiwanie oszołomionego mężczyznę z całkiem nowych myśli. – Wielmożny panie, list! – Wojtuś wpadł prawie do rzeki, w porę hamując w śniegowej brei i wyrzucając ostatkiem tchu: - Dobrodziej list dostał od samego opata! I… kazał powiedzieć ci… wielmożny panie… - tu chłopaczyna skupiła się, by nie przeinaczyć ani jednego słowa – że ten, którego szukasz jest w Tyńcu u benedyktynów. Żywy. – Dumny z siebie chłopak zastygł w chwilę potem, kiedy na skamieniałej twarzy obcego nagle zagościł pełen poruszenia uśmiech, a oczy zaszkliły się ze szczęścia. Wojtuś nie widział jeszcze, by ktoś tak się rozradował.









 

Komentarze
germatoid dnia sierpie 18 2016 15:18:18
To drugie opowiadanie Twojego autorstwa i chyba zaczynam wyczuwać ścieżki, którymi lubisz się poruszać.

Po raz kolejny akcja jest osadzona w przeszłości, tym razem konkretnie, historycznie (wcześniej baśniowo). Dla Twojego stylu, to chyba odpowiedni kierunek, bo odnoszę wrażenie, że dobrze czujesz się w pewnej stylizacji językowej. Nie wiem na ile ta archaizacja (chyba można tak powiedzieć?) jest autentyczna, bo też nie jestem historykiem i nie mam pojęcia jakim językiem posługiwano się "kiedyśtam", ale - jako czytelnik pozbawiony tej wiedzy - kupuję to i pasuje mi tutaj ten styl.

Twoim atutem jest umiejętność budowania intryg. Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału widać, że sieć wątków, utkana przez Ciebie w "Opowieści Trzeciomajowej", będzie znacznie bardziej misterna niż w "Balladzie" (przyznam szczerze, że na to liczę). To jest trochę takie "kryminalne pisanie", gdzie wpierw wszystko się gmatwa, by potem stopniowo zdradzać kolejne tajemnice, prowadzące finalnie do rozwiązania fabuły. Taki sposób budowania napięcia jest bardzo atrakcyjny dla czytelnika, więc to duży plus!

Brakuje mi z kolei pewnych spowolnień, przystanków. Mam wrażenie, że skupienie tekstu na fabule jest jednak zbyt silne. Mówiąc prościej - brakuje mi opisu, w jakiejkolwiek formie... a możliwości jest tutaj wiele! Poza klasycznym opisem zewnętrza, tj. wyglądu przedmiotu/postaci, może pojawić się dłuższy opis wnętrza (emocji) któregoś z bohaterów. Można też uderzyć w rozbudowaną metaforę, lub inne środki stylistyczne (opisowo, nie jednym-dwoma zdaniami). Chodzi o to, żeby na dłuższy moment zapomnieć o akcji, zatrzymać ją i obudować tekst czymś dodatkowym. W Twoim przypadku literackość tekstu "stoi" wspomnianą wcześniej archaizacją, ale to bardziej środek językowy, a ja chciałbym czegoś jeszcze. Odnosząc się choćby do tego rozdziału: proporcje "nagromadzenie akcji - objętość tekstu" wyglądają tak, że rozdział zamyka się w kilku stronach, a dzieje się w nim naprawdę dużo, dla mnie trochę za dużo.

Wiesz, to jest generalnie moje "czepianie się" (ale nie przez złośliwość, lecz przez chęć zostawienia konkretnego feedbacku - jestem zdania, że z czepialskiego komentarza można wynieść znacznie więcej, niż z "łał, ale super"). To co mnie trochę boli, dla wielu może być dużym atutem, więc nie koniecznie należy mnie słuchać :P . Tekst mknie jak górski strumyk, a wielu czytelników właśnie to sobie ceni.

Ten komentarz jest bardziej ogólny, konkretniej o "Opowieści Trzeciomajowej" będzie pewnie przy kolejnych częściach. :)
ak dnia sierpie 23 2016 22:19:56
O, dzięki za przeczytanie i konkretny komentarzsmiley
Ja znów muszę przyznać, że spieszyłam się z tekstem. To miało być dla Aqu na 3 maja. Zdążyłam, ale dziadyga nie odbierała maili, stąd tekst dłuuugo spóźnił się na rocznicę. Cóż. Braki w opisach zostaną może uzupełnione w następnym wydaniusmiley
Mam nadzieję, że fabuła Cię nie rozczaruje. Tyle dobrego napisałeś. Dzięki wielkie.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum