The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 22 2019 10:08:42   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Jedwabny szal 3


Powinien tam podejść, serce się do tego wyrywało, ale nie potrafił tego zrobić. Jako alfa ma obowiązek zawsze zaopiekować się i pocieszyć członka swojej sfory, a tym bardziej kogoś kto był jego partnerem. Nie ważne, że nie był w sforze. Odrzucając krzyk serca, posłuchał rozumu i opuścił pokój z zaciśniętymi pięściami. Potrzebował chwili samotności, oddechu, żeby się uspokoić. Sam nie rozumiał dlaczego pragnie odrzucić tego chłopaka i musiał przygotować się na pytania Daniela, które nie wątpił, że nastąpią.

* * *


Odsunął się zażenowany od tego mężczyzny i otarł oczy. Objął się ramionami odwracając głowę w stronę okna. Czuł się tak... bezpiecznie. Niemniej jednak nie chciał się narzucać swoją osobą i jeszcze nie do końca rozumiał, że to jest jego partner i dlaczego ten drugi wyszedł.
– Proszę. – Usłyszał i obrócił głowę, a przed oczami ujrzał swój szal. Wyciągnął po niego rękę.
– Znalazłeś go.
– To on naprowadził mnie na twój ślad. No, poniekąd. Pewnie gdybym tu nie przyjechał, zbyt szybko bym cię nie spotkał. – Daniel usiadł wygodniej. – Lecz dzięki niemu upewniłem się, że Martin i ja mamy partnera.
– On mnie nie chce. – Nie to, że zgadzał się na to, aby z nimi być. Musiał uciekać. Odpocznie i gdzieś się ukryje. Byleby nie przechodzić przez to, co zafundowały mu te dwa tygodnie.
– Nie wierzył, że mamy jeszcze kogoś. Martin to dobry facet. Nie zrobi ci krzywdy. Musi to przetrawić. – Ukrywał, że był na Martina zły. Nie chciał wystraszyć Christiana. Chciał go poznać. Tak dużo o nim wiedzieć. Zbliżyć się do niego. – Skąd pochodzisz? I czemu spałeś w piwnicy?
Christian w końcu odważył się spojrzeć w oczy mężczyzny. Jak miał odpowiedzieć na te pyta¬nia, nie zdradzając kim jest?
– Jak nie jesteś gotowy nie mów, ale chciałbym znać twoje pochodzenie.
– Po co ci to wiedzieć? – Jego wystraszony smok potrzebował chronić swojego partnera przed Stonem, gdy powie za dużo może to być niemożliwe. – Nie wystarczy ci moje imię?
– Na teraz wystarczy, lecz jesteś moim partnerem...
– A kto powiedział, że chcę nim być? – zawarczał Christian, a Daniel otworzył usta i zamknął. – Nie zmusisz mnie do tego, a tamten drugi i tak mnie nie chce.
– Masz rację, nie zmuszę cię do tego. Niemniej nie zrezygnuję. – Daniel wstał próbując się uśmiechnąć, ale jego oczy pozostały smutne. – Boisz się. Czuję to, mój wilk też. Nie wiem dlacze¬go chcesz się odsunąć...
– Mam kogoś. Kocham go, a wy się pojawiacie i chcecie mnie od niego oderwać – wypalił Chri¬stian. Zobaczył, że te słowa zabolały Daniela. Zresztą sam odczuł ich moc. Mama mu opowiadała, że partner, który dowiaduje się, że ten przeznaczony ma kogoś bardzo źle to znosi. Jego smok nagle zaczął sprzeciwiać się tym słowom i jakiejś ochronie mężczyzny. Wyrywał się do Daniela i chciał wpaść w jego ramiona, powiedzieć, że to nieprawda, oddać mu się, lecz teraz ludzka część Christiana pa¬nowała nad nim i to ona przejęła zaś ochronę partnera. Musiał coś wymyślić, nie powie prawdy czemu chce się odsunąć. Uciec. Zniknąć.
Daniel rozmasował sobie skronie. Ta wiadomość uderzyła w niego bolesnym ciosem, ale gdy tylko pozwolił swojemu wilkowi zabrać głos już znał prawdę.
– Kłamiesz. – Ponownie usiadł przy nim. – Nie wiem czemu to robisz, ale nikogo nie masz. Był¬by teraz z tobą i pachniałbyś nim.
– Miałem kochanka – powiedział i zasłonił usta dłonią.
– Kochanka, nie partnera. Nie kogoś z kim jesteś związany. Nawet jakbyś spotykał się z czło¬wiekiem miałbyś obcy zapach na sobie. Zmienni go przejmują również od ludzi.
– Skąd wiesz?
– Wiem. – Położył mu rękę na policzku i pogłaskał go. – Po prostu to wiem. Nie zmuszę cię do niczego. Przemyśl sobie wszytko. Muszę porozmawiać z Martinem. Potrzebuję zapewnić go, że też jest mój. Tak jak i ty, o ile zechcesz. I cokolwiek sprawiło, że uciekłeś z domu, na pewno będzie ła¬twiej znieść to pod naszą ochroną. Nie chcesz być naszym partnerem, to chociaż przyjmij pomoc. Możesz zamieszkać w naszej posiadłości niedaleko stąd. Tam, ktokolwiek przed kim uciekasz nie znajdzie cię.
– Może zostać z nami. – W pokoju pojawiła się Sheoni. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale za¬praszam na kawę i ciasto.
– Gdzie jest mój partner?
– Na dworze z moim mężem. Jest chyba podenerwowany.
– Już dawno powinienem pójść za nim. – Miał nadzieję, że Martin się uspokoi. Chyba domyślał się co partner przeżywa. Poczuł się odepchnięty. Daniel zajął się Christianem, a jego zostawił. Cho¬ciaż niepokój nie przysłonił na niego złości. Martin mógł zostać, być tu z nimi. Jest ich częścią. Po¬całował Christiana w czoło. Zobaczymy się później. – Wstał i wyszedł nie oglądając się za siebie.
Sheoni westchnęła i podeszła do Christiana.
– Piękny szal, ale jak pozwolisz to powiem jednej wilczycy, żeby go uprała.
Christian dopiero wtedy zauważył, że materiał nie jest czysty. A tak się starał, żeby go nie ubru¬dzić.
– Sam go upiorę.
– Dobrze, ale teraz chodź do kuchni. Poznasz naszego betę i jego żonę. – Sheoni uśmiechnęła się radośnie.
– Wolę zostać tutaj. O ile mogę. – Popatrzył na nią prosząco.
– Przyniosę ci ciacho do pokoju – powiedziała ciężko wzdychając i wyszła, a on położył się na pościeli zaczął roz¬myślać o tym co mu się tego dnia przydarzyło.

* * *


Daniel nie spuszczając wzroku z partnera podszedł do niego. Jacob, który wyszedł zaraz za Mar¬tinem zostawił ich samych. Martin stał oparty o samochód przyglądając się jak nieopodal ujeżdżany jest koń. Alston oparł się obok niego, tak, aby ich ramiona dotykały się, jednak on patrzył na ko¬chanka.
– Co się z tobą dzieje? Tam w piwnicy myślałem, że także się cieszysz z odnalezienia naszego partnera. Tymczasem teraz... – urwał i stanął przed nim bardzo blisko. Umieścił ręce po obu stro¬nach jego głowy. – Między nami nic się nie zmieni. Jesteś dla mnie ważny, byłeś i będziesz. Ko¬cham cię i nie dlatego, że partnerska więź do tego wzywa. Jesteś wspaniałą istotą, Martinie. Dosko¬nałym alfą. I moim partnerem. Ale boli mnie i jestem zły, że odrzucasz Christiana. Nawet go nie znasz.
– Mnie też to boli – odezwał się Coleman. – Nie wiem co się dzieje. Ty zawsze wiedziałeś, że jest jeszcze ktoś, ja to wyparłem i nie potrafię pogodzić się z tym, że ta osoba istnieje. Tym bar¬dziej, że nie jest wilkiem. To smok. Diamentowy smok. Prawdopodobnie ostatni. Słyszałeś, kiedyś ich historię? Czytałem o nich.
– Dowiem się wszystkiego o tym gatunku. Ale postaraj się go zaakceptować. Nie pozwolę mu odejść i tobie też, więc nawet o tym nie myśl – dodał twardo i władczo.
– Nawet o tym nie pomyślałem. Po prostu – odepchnął go i odszedł kawałek – potrzebuję wię¬cej czasu, by wpuścić do nas jeszcze kogoś.
– Zazdrość w tym wypadku jest niepożądana. – Daniel bał się tego, że Martin, który patrzył wrogo na każdego kto spoufalał się z nim za bardzo, będzie zazdrosny.
– To nie zazdrość. Sam tego nie rozumiem. Chyba po prostu jestem zły, że cały czas odrzucałeś zatwierdzenie mnie w pełni, bo musiałeś czekać na niego. Gdyby nie jego istnienie już dawno byli¬byśmy w związku.
– Cały czas byliśmy w związku.
– Mam na myśli uroczystość poślubienia. Co za alfa, z którego się śmieją, bo partner zwleka! – Przeczesał swoje włosy palcami.
Daniel objął go od tyłu i przyciągnął do siebie.
– Nie zwleka, tylko czeka na pełny związek, który dopiero w trójce będzie mógł być połącze¬niem idealnym dla niego i jego partnerów. Kocham cię. – Pocałował go w szyję. Kochał to jak wygląd Martina nieraz prze¬czył jego wnętrzu. Tatuaże, noszone skóry mogły stereotypowo mówić, że Martin jest okrut¬nikiem, a tymczasem miał dobre serce, tylko czasami patrzył zbyt realnie na wszystko. A przecież żyli w świecie, który miał w sobie ukryte właściwości i tylko ci co patrzą trochę przez pryzmat ba¬jek, z bogatą wyobraźnią, mogli widzieć całą prawdę o istotach żyjących wśród ludzi. Martin od¬rzucił to co mówiło mu serce, ale nauczy się też i nim patrzeć. Daniel to wiedział. Po prostu potrze¬ba czasu. I był pewny, że chociaż w tej chwili Martin może odrzucać Christiana, to nie zrobi mu krzywdy.

* * *


Bał się. Otaczali go wokół. Śmiali się złowieszczo i mówili takie rzeczy, że chciał zniknąć. Dygo¬tał opętany strachem. Po policzkach lały się łzy i zapanowanie nad nimi nie wchodziło w grę, gdy strach oplatał go całego.
– Patrzcie jaka laleczka.
– Niezła dupcia.
– Usta ma śliczne.
– Sprawdzimy czy potrafi dużo w nie wziąć? – mówili mężczyźni. Było ich z sześciu.
– To obrzydliwe.
– Co ty. Nie ma znaczenia czyje usta. A dupcia. Co z tego, że faceta, byle była ciasna dziura. A może jednak jesteś dziew¬czyną, co malutki? Pokaż cycki. – Ten co mówił wyciągnął do niego rękę, a Christian cofnął się pod samą ścia¬nę.
– Black, on ci ucieka.
– Jak go przytrzymasz nie ucieknie – warknął ten do którego mówiono Black.
Pisnął, kiedy silne ręce oderwały go od ściany i dwóch mężczyzn go przytrzymało. Zaczął się wyrywać i kopać. Mógł uwolnić swojego smoka, ale nie wolno mu było. Wydałby siebie i innych zmiennych. Prędzej da się zabić, niż zdradzi, że po świecie nie chodzą tylko zwyczajni ludzie. Uniósł nogę i kopnął napastnika najbliżej stojącego przed nim.
– Rzucasz się mały? Już ja cię uspokoję!
Pierwszy cios padł na jego brzuch, drugi też. Skrzywił się z bólu i miał ochotę upaść, zwinąć się w kłębek, ale nie dane mu było tego zrobić. Black nadal go bił, uderzając w klatkę piersiową, twarz.
– Nie lubię facetów, ale tę rzucającą się dupę przeoram. Zdejmijcie mu te ciotowskie spodnie.
Christian zaczął krzyczeć, tak głośno, że w całym tunelu metra rozległ się jego wrzask odbijając się echem i pędząc w dal.


Daniel wpadł do pokoju Christina słysząc ten krzyk, a raczej pisk katowanego zwierzęcia. Siedzieli w kuchni rozprawiając o posiadło¬ści jaką kupił, a wtedy usłyszeli przerażający wrzask. Zaraz zanim wbiegł Martin. Christian rzucał się po łóżku i nie mógł się obudzić. Daniel dopadł do niego i złapał ręce chłopaka.
– Obudź się, nikt ci tu krzywdy nie zrobi. Obudź się. – Serce mu się krajało na ten widok. Nie wiedział co śniło się jego drugiemu partnerowi, ale gdyby mógł wchłonął by ten sen w siebie. – Obudź się! – Potrząsnął chłopakiem, a ten otworzył oczy i zaczął mu się wyrywać, kopać go, więc z pomocą przyszedł mu Martin i unieruchomił nogi Christiana.
– Chris, to ja Daniel. Pamiętasz, twój partner. Christian!
Nawet z otwartymi oczami był wciąż w fazie snu, nie dopuszczał do siebie innych głosów, poza tymi, które słyszał. Chciał, żeby go puścili, zostawili w spokoju, przestali kopać. Nie, to nie oni go kopią. Z każdą chwilą docierał do niego przyjazny głos. I zaczął się uspokajać. To już minęło. Przeszło. To tylko sen.
– Jesteś w domu Jacoba. To ja Daniel i Martin też tu jest. Już dobrze. – Widząc, że Christian cał¬kowicie zbudził się, a w oczach pojawiają się łzy, przesunął się tak by móc go podnieść i objąć. – Nie wiem co ci się przydarzyło, ale kiedyś się dowiem i ten kto cię skrzywdził zapłaci za to. – Spoj¬rzał na Martina i w jego oczach wyczytał tę samą obietnicę. Przytulił mocno chłopaka do siebie odgarniając mu z twarzy mokre od potu włosy. Nie wypuści go ze swych rąk za całe skarby świata.

* * *


– Nie wiem gdzie jest. Zapadł się pod ziemię. – Pełen rezygnacji Luis Bright padł na kanapę i wpatrzył się w sufit. Jego siostra usiadła przy nim ze szklanką wody.
– Nie rozumiem dlaczego uciekł. Przecież nawet jakby go jego ojczulek znalazł nie miałby pra¬wa wejść do naszego domu. Tata od razu wyszedłby do niego ze strzelbą. – Upiła łyk, a na jej kola¬na wdrapała się czarna kotka. Sonia pogłaskała ją wolną ręką. Martwiła się o przyjaciela. Był od niej starszy, ale jeszcze w liceum często pomagał jej w nauce. Christian był mądrym i inteligentnym chłopakiem. Jedynie co, to tylko szkolne osiłki uparły się na niego i uprzykrzały mu życie. Często przez nich płakał, ale i nie raz pokazał im pazury. Potem Chris skończył liceum, a ona została sama. Przez jakiś czas podkochiwała się w nim. Wiedziała, że chłopak jest gejem, nie ukrywał tego, ale serce nie sługa. Całe szczęście minęło jej to i teraz był dla niej bardziej jak brat, niż sympatia.
– Zauważyłem jedno. – Luis usiadł prosto i wziął kotkę na kolana. Lubił tę małą spryciarę. – Od kilku dni, przed naszym domem ktoś stoi. Nie jest to zawsze ta sama osoba, ale jesteśmy obserwo¬wani.
– Sądzisz, że pan Russo kogoś nasłał? – Aż miała chęć podbiec do okna i zobaczyć tego kogoś.
– On, ten Stone. – Nie chciał jej mówić tego wszystkiego czego dowiedział się na mieście. Sto¬ne zaciekle szukał Christiana. I chyba Christian o tym wiedział. – Uciekł, by nas chronić – szepnął kładąc sobie kotkę na piersi i drapiąc ją za uchem. Ta zaczęła mruczeć będąc zadowolona z uwagi jaką jej państwo dawali.
– Coś powiedział? – Sonia wbiła spojrzenie w twarz starszego brata.
– To co usłyszałaś. Podejrzewam, że Stone nie jest zwykłym człowiekiem mającym domy pu¬bliczne. To jakiś gangster. On chce Christiana. Zastanawiam się dlaczego tak się na niego uparł. W każdym razie Christian wie, że Stone nie da mu spokoju i pewnie bał się, że nam coś zagraża, więc wolał uciec.
– I pewnie włóczy się teraz po mieście. Mam nadzieję, że nikt go nie skrzywdzi. To dobry chło¬pak.
– Da sobie radę. A ja nie przestanę go szukać. I gdy go znajdę to mu wygarnę, że nie ucieka się bez powiedzenia przyjaciołom co zamierza się zrobić – warknął Luis.
– Ja też. Uciekłabym razem z nim. – Dokończyła swoją wodę i wzruszyła ramionami napotyka¬jąc pytający wzrok brata.

* * *


Daniel chciał go zabrać do nowej posiadłości, gdyż on i jego partner musieli wracać po otrzyma¬niu ważnego telefonu, ale Christian wolał zostać w domu sfory Langston, niż być sam w Arkadii. Była jeszcze opcja zabrania go do miasta na co zareagował, jakby miał z powrotem znaleźć się w piekle. Daniel znów zaczął go wypytywać z tym swoim „dlaczego”, lecz on milczał. Podobało mu się, że ten Alston, którego przeznaczenie wybrało mu na partnera, był taki opiekuńczy. O Martinie nie umiał nic powiedzieć. Od mężczyzny nadal czuł odpychające fluidy. Mimo tego serce rwało się również do niego, a smok ukryty w nim pragnął i jego chronić. Dlatego, gdy nadeszła noc wstał z łóżka, chwycił już uprany i wysuszony szal postanawiając wydostać się z tego domu. A wszystko po to, żeby nikomu nic się nie stało, gdy Stone go znajdzie, a prędzej czy później to zrobi. Jak miał wybór to wolał, aby zdecydowanie później go odnalazł.
Opuścił pokój i przeszedł korytarzem. Pogrążony w ciszy i ciemności dom dawał nadzieję, że nikt go nie zauważy i wszyscy zorientują się o jego zniknięciu dopiero rankiem. W holu już sięgał klamki drzwi frontowych, kiedy zapaliło się główne światło i w pomieszczeniu rozbrzmiał głos Jacoba.
– Tak ci u nas źle, że wymykasz się jak złodziej?

* * *


Daniel uderzył pięścią w biurko. Widział przed oczami tę fotografię i nie wierzył. Patrzyła na niego twarz jego Christiana. I szlag go trafiał, że Stone szuka partnera jego i Martina.
– Jesteś pewny, Dario? Na pewno jego poszukują?
– Tak. Dla niego Stone poruszył całe miasto i naraża się na wydanie zmiennych, ludziom.
– Czego on może od niego chcieć? – zapytał Martin.
– Raczej nie szuka go dlatego, żeby na nim zarobić – odpowiedział Dario.
– Powinniśmy się spotkać ze Stonem i zapytać go o to – stwierdził Coleman, a Daniel obrzucił go ostrym wzrokiem.
– I co, mielibyśmy wydać naszego partnera?! Tak bardzo go odrzucasz, że tego chcesz?!
– Nie, nie chcę! Na samą myśl, że coś mogłoby mu się stać, mam ochotę rozszarpać Stonea. – Poczuł się dotknięty słowami Daniela. Nie chciał krzywdy Christiana.
– Wybacz. – Daniel podszedł do niego i objął go. – Ale sama myśl, że jemu i tobie mogłoby się coś stać...
– Wiem. Musimy ochronić naszego partnera.
Dario obserwował ich i miał wielką nadzieję, że on też znajdzie cząstkę swojej duszy. Szukał już pięćdziesiąt lat i każdy z kim się spotykał nie był tą osobą. Zostawił ich samych wiedząc, że rano dostanie odpowiednie rozkazy co do dalszego działania.

* * *


Spuścił wzrok na swoje kolana. Ręce mu drżały. Zdenerwował się, kiedy Jacob go przyłapał. Raz jak ojciec złapał go na wymykaniu się z domu, gdyż chciał iść na imprezę do Brightów, odczu¬wał to przez następne kilka dni, pomimo że jako smok umiał się samouleczyć, lecz nie wolno mu było tego zrobić. Tym razem też myślał, że Jacob go uderzy, ale on tylko zaprosił go na rozmowę do salonu.
– Ja... ja się nie chcę narzucać.
– Nie narzucasz się. Zaprosiliśmy cię tutaj. Jesteś naszym gościem. To powinno ozna¬czać, że nas szanujesz ze wzajemnością. Samo podziękowanie za gościnę należałoby się mojej żonie, a ty uciekasz. Nie byłoby to dobre również w stosunku do twoich partnerów. Zostawili cię pod moją opieką. Chy¬ba, że chcesz wywołać jakieś nieprzyjemności pomiędzy moją sforą, a ich.
– Nie, nie chcę. – Podniósł głowę. – Ja tylko nie chcę, żeby oni mieli problemy.
– To powiedz o co chodzi. – Pochylił się w stronę chłopaka. Jak ta istota mogła przetrwać bez czyjejś pomocy? Czuł, że Alston i Coleman dla Christiana będą dobrymi partnerami i wezmą go pod swoje skrzydła. Nie wypuści go stąd dopóki oni nie wrócą. – Przed czym uciekasz?
– Po co tobie to wiedzieć i im?! – Podniósł głos. – Dlaczego nie mogę zwyczajnie odejść?!
Jacob powoli zaczynał rozumieć o co młodemu zmiennemu smokowi chodzi.
– Wolisz uciekać przed czymś, kimś, żeby tylko tym co ci pomagają, co są z tobą, nie stała się krzywda – stwierdził Langston.
Chris wstał z fotela i podszedł do okna. Oparł się o framugę zarzucając jeszcze włosy na plecy. Miał mu wszystko powiedzieć? Ale on powie o tym Danielowi. A przecież nie chciał, to znaczy nie mógł z nim... nimi być.
– Daniel i Martin muszą wiedzieć. Nie mów mi, ale im...
– Nie mogę z nimi być – przerwał Jacobowi.
– Gadasz bzdury młodzieńcze! Słuchaj, żyję na tym świecie dwieście lat. Jestem dorosły jak i ty, a każdy dorosły ma swój rozum i wie, że czasem ucieczka nic nie da. Nieraz trzeba poprosić o po¬moc.
– Jak mam poprosić o pomoc kiedy wiem, że ta osoba może być w niebezpieczeństwie?! – Obejrzał się przez ramię. Alfa stał pośrodku pokoju z rękoma w kieszeniach.
– Nikt z nas nie jest zwykłym człowiekiem. Każdy z nas ma siłę i moc większą od ludzi. Damy sobie radę z tym co tobie zagraża. Kim jesteś? O co chodzi?
Christian ukrył twarz w dłoniach. Po chwili odwrócił się do Jacoba.
– Wybacz, wiem, że jestem niewdzięczny, ale jeżeli coś powiem, to pierwszymi osobami będą moi partnerzy. – Jak łatwo przeszło mu przez usta to ostatnie słowo. Jego smok chciał ich tak samo mocno, jak i ich chronić.
– I to jest dobra decyzja. Twoi partnerzy, powinni zawsze mieć prawo wiedzieć co cię dręczy. I chociaż możesz zwierzać się każdemu, to oni stają się twoją podporą. Tak jak ty dla każdego z nich.
– Tak mało o tym wiem. Moja mama opowiadała mi o więzi partnerskiej, ale nie powiedziała wszystkiego. Wiem, że mogę nie przyjąć partnera, mogę go odrzucić zanim mnie oznaczy lub ja jego.
– Tak, po oznaczeniu następuje ceremonia poślubienia, a po niej oddalanie się od partnera, po¬rzucenie go oznacza psychiczny ból, dla kilku ras zmiennych także fizyczny, czasami to prowadzi nawet do śmierci. Wielu gdy partner umiera po niedługim czasie idzie za nim, bo rozerwane na strzępy serce nie wytrzymuje. Tu nie ma rozwodów jak u ludzi. Wiążesz się na zawsze, a biorąc pod uwagę długość naszego życia, o ile nas nikt nie za¬bije, oznacza to nawet i pięćset lat. Dlatego masz prawo się zastanowić i upewnić, że tego chcesz. Chcesz być z nimi?
– Znam ich kilka godzin, a mam wrażenie, że całe życie. To nie jest decyzja na teraz. Czy każdy od razu zgadza się być z tym przeznaczonym, cząstką jego duszy? – Christian zapytał powracając na uprzednio zajmowane miejsce. Fotel był bardzo wygodny i mógłby w nim przesiedzieć całą noc.
– Nie każdy, ale wielu tak. Często pierwszej nocy jest zatwierdzenie, a po niej ślub.
– Zatwierdzenie?
– Oznaczenie. Mówiąc po naszemu krycie, a po ludzku seks, w czasie którego partner cię gryzie wpuszczając esencję partnerstwa w twoje ciało. Od tej pory każdy wie do kogo należysz.
Na samą myśl, że mógłby, kochać się z Danielem i Martinem ciało zareagowało, a Jackob wy¬czuł nie tylko nutę podniecenia chłopaka, ale i coś jeszcze. Coś co czuł w piwnicy. Słyszał, że dia¬mentowe smoki mają niezwykłą właściwość, ale nie wierzył. To czuł od swojej partnerki, kiedy mo¬gła zajść w ciążę.
– Czy ty, pomimo że jesteś mężczyzną, możesz zajść w ciążę? – zapytał wprost.
Zaskoczony Christian zawstydził się, ale przytaknął. Miał w swoim ciele wszystko to co po¬trzebne jest kobiecie, aby utrzymać ciążę. To go czyniło jeszcze większym wybrykiem natury, ale to był dar jaki natura stworzyła, gdy w ich rasie prawie zabrakło kobiet. I tylko chłopcy narodzeni z kobiety mogli zachodzić w ciążę. To był dar matki. A było ich tak niewielu, że mógł zostać już tyl¬ko on. To go smuciło. Być jednym jedynym z gatunku, to bolało.
– W takim razie nie myliłem się co czuję. Masz teraz płodne dni. Każdy kontakt z mężczyzną sprawi...
– Wiem. O tym mama mi mówiła zanim odeszła. – Mówiła też, że w takich chwilach będzie szczególnie podatny na męskie wdzięki. To się działo już drugi raz w życiu. I to dopiero początek tych dni, więc na razie był spokojny. To wracało i odchodziło, ale przyjdzie dzień, że będzie musiał zamknąć się w pokoju inaczej odda się każdemu mężczyźnie jakiego spotka, byle ten go zaspokoił i zapłodnił.
– Lepiej, żeby byli wtedy z tobą twoi partnerzy.
Drgnął, gdy zrozumiał, że powiedział ostatnie zdania na głos.
– Nie wstydź się. Taka jest twoja natura. Jesteś wyjątkowy, chłopcze. Masz dar. I nie jesteś już sam. Idź teraz się połóż i odpocznij. – Jacob położył mu rękę na ramieniu w ojcowskim geście, ja¬kiego Christian nigdy nie zaznał.

Gdy leżał już w łóżku czuł się spokojniejszy. „Nie jesteś już sam” bardzo go podnosiło na duchu i zapomniał na tę jedną noc o szukającym go Stonie i martwiących się o niego przyjaciołach.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum