The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 24 2019 16:53:46   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
połączeni 6


Rozdział 6


Dotyk sierści Zariona działał niezwykle kojąco. Przytulił się do rozgrzanej szyi konia, palce wczepiając w jego kręconą grzywę. Domyślił się, że ogier potrzebuje pobiegać. W Risran mąż Kareny go trenował i starał się, żeby koń był dobrze wybiegany. Sam też na nim jeździł w towarzystwie mężczyzny. Liczył, że z czasem tutaj też znajdzie się osoba, która będzie mu towarzyszyć w wędrówkach. Nie był przecież kimś, kto zamykał się w czterech ścianach. Uczył się szybko. Nawet idąc w stronę stajni, starał się zapamiętać drogę. Niestety, przejście tutaj po dziedzińcu było dość utrudnione przez bogatych kupców, którym pozwalano na handel na terenie pałacu przez najbliższe dwa tygodnie z okazji ślubu. Później będą musieli powrócić na plac niedaleko pałacu, do miasta i stanąć wśród innych straganów, jakie tam obecnie się znajdowały. Tylko nieliczni zostali wylosowani do handlu na dziedzińcu, przez co damy dworu i inni z pałacu częściej ich odwiedzali, kupując błyszczące bransoletki, kolczyki i materiały z jedwabiu czy też atłasu. A co za tym szło, wszyscy kręcili się po placu jak muchy. Aranel zdecydował, że poczeka na spokojniejszy czas lub zapozna się z korytarzami i dotrze do stajni inną drogą. Wszystko to i o wiele więcej opowiedziała mu Naela. Jej głos nie denerwował go, jak mogłoby się zdawać. Lubił ciszę i spokój, ale jakoś jej nie zamykająca się buzia nie przeszkadzała mu. Może dlatego, że jej głos kojarzył mu się z niezwykłym ciepłem.
– Pięknie razem wyglądacie. Jest zadowolony, że do niego przyszedłeś. – Bała się podejść bliżej. Ten koń był potężnym zwierzęciem. Sięgała mu ledwie grzbietu, a niska nie była. Natomiast Aranel sam był wyższy od niej, więc i przy swoim ogierze nie wyglądał jak dziecko.
– Mam go od źrebaka. Jest synem klaczy mojej mamy. Jedynym... – urwał, gdyż stukot końskich kopyt rozerwał ciszę. Stajenni pracowali w oddali od nich i mógł sam z księżniczką tu przebywać, a teraz ktoś zakłócał ten stan rzeczy. Jeździec zatrzymał się przy nich.
– Kogóż ja tu widzę. Mój drogi mąż odwiedza swój cenny nabytek.
Aranel przełknął ślinę. Nie spodziewał się takiego spotkania tutaj. Chociaż Naela mówiła mu, że Riven wyjechał na przejażdżkę. Tylko jakoś wypadło mu to z głowy w czasie pożegnania gości. Musiał uścisnąć wiele rąk i wysłuchać masy hymnów pochwalnych na temat ślubu, przyjęcia, a także swego wyglądu. To ostatnie go zawstydzało, lecz nie pokazał tego po sobie.
– On nie jest moim nabytkiem. To mój przyjaciel – zabrał głos Adantin.
– Przyjaciel. Jakież to dziecinne – zadrwił Riven i zeskoczył zgrabnie z grzbietu Anwara, którego imię oznaczało po prostu „sen” lub „marzenie” tłumacząc ze staro Lorińskiego języka.
– Mówi to ktoś, kto nazwał swego ogiera „marzeniem”. – Zaśmiała się Nalea. – A teraz wybaczcie, lecz ja mam dużo pracy. Zostawiam was samych. Rivenie, mam nadzieję, że zajmiesz się swym mężem. Aranelu, na spacer po ogrodach, o ile nie weźmie cię twój mąż – spojrzała na brata karcąco, obiecując wiele cierpienia, jeśli nie zajmie się Aranelem – wybierzemy się popołudniem. – Już odchodziła, gdy nagle zatrzymała się. – Król chce cię widzieć, bracie. Ale nie spiesz się. Czym później pojawisz się w pałacu, tym bardziej jego złość wyparuje. – Dygnęła jeszcze teatralnie i opuściła stajnię.
Zarion zarżał, kiedy Anwar poruszył łbem, będąc niezadowolonym z takiego ignorowania przez swego pana.
Aranel pogłaskał go.
– Spokojnie, Zarion.
– Zarion? Jest tak samo groźny i potężny jak sam bóg podziemi, w który wierzą Elrosanie?
– Chcesz się przekonać? – Coś w nim musiało sprzeciwić się mężowi.
– Jak? – Riven przytrzymał mocniej swego ogiera, dla którego stanie bezczynnie, nie mogąc w międzyczasie skubać trawy, było zwyczajnie nudne.
Aranel nie ufał mężowi, ale wiedział, że ten nie zrobi nic, aby stała się mu krzywda. To nie wyglądałoby dobrze w oczach poddanych i rodziny królewskiej.
– Przejedźmy się.
– Ale...
– Rivene, to, że ja nie widzę nie oznacza mej ułomności na tyle, abym nie mógł dosiąść konia. Przyjechałem tu na jego grzbiecie, a droga była długa, więc i przejażdżka nie sprawi mi trudności, o ile Zarion będzie obok twego konia. Resztę zostaw jemu. Poprowadzi mnie. Potrzebny nam tylko przewodnik. Co ty na to? – Zdecydował się na ten krok stęskniony za poczuciem wolności, jakie miał, siedząc na grzbiecie swego ogiera.
– Muszę przyznać, że bardzo mnie zaskoczyłeś. – Wsunął rękę do kieszeni tuniki i natrafił na mały tomik. Przeczytał go, a czytając, odczuwał niezwykłe gorąco i wstyd. Wszystko to, co zawierał, było doskonale opisane i rozrysowane. Widać było, że ten, kto to stworzył, doskonale znał temat męskich związków i nie był wstydliwą osobą. Mimo tego nie wydawało mu się to przyjemne. Nadal miał przed oczami te obrazy i patrząc na męża, starał się nie myśleć, że z nim, ten jeden jedyny raz, bo więcej tego nie będzie, musi to zrobić. A żeby coś zrobić, powinien jakoś go poznać. Ta propozycja Adantina była do tego stosowna. – Zgoda. Kalin! – krzyknął na swego stajennego. Chłopak przybył szybko, jakby czekał w pobliżu wiedząc, że będzie potrzebny.
– Tak, panie?
– Osiodłaj Zariona. Mój mąż i ja jedziemy na małą przejażdżkę. – Nie spuszczał z oczu Aranela i nawet młody książę zyskał u niego jakiś punkt akceptacji, gdy widział, z jaką czułością traktuje swoje zwierzę.
Aranelowi serce biło szybko ze strachu i radości, lecz przybrana maska ukrywała to z wielką skutecznością, przez co nie dawał swemu mężowi poznać siebie. Radość płynęła stąd, że ponownie poczuje wiatr we włosach, a strach z tego, że pojedzie z kimś, komu nie ufał. Nie pozwolił jednak, żeby jakiekolwiek obawy odsunęły go od swego pragnienia.

***


– Czy on całkiem postradał zmysły?! – Król w swoim gabinecie starał się jakoś opanować nerwy. Tego, czego dowiedział się przed chwilą, nie można było nazwać inaczej niż szaleństwem.
– Ojcze, to tylko konna przejażdżka.
– Przejażdżka?! Wiem, jak Riven jeździ! Galopuje bez wytchnieniu po łąkach! Czy on zapomniał, że Aranel nie widzi?!
– Wasza wysokość – wtrącił się Terrik, który rozmawiał z królem, kiedy Naela przyniosła wiadomość – nie sądzę, żeby Riven naraził swego męża na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Zresztą, książę Aranel doskonale sobie radzi z jazdą konną.
– Może się zgubić, kiedy mój syn postanowi się rozerwać!
– Ojcze, ufam memu bratu. A Zarion to wspaniały koń i jaka jazda nie byłaby szybka, on potrafi dotrzymać kroku innym zwierzętom i robić to, co one. – Wróciła do stajni, kiedy okazało się, że zostawiła swój jedwabny szal i jeden ze stajennych poinformował ją, że książęca para właśnie opuściła pomieszczenie konno i skierowała się w stronę wschodnich pastwisk. Znajdowały się one tuż za pałacem i nie musiało się przejeżdżać przez całe miasto, aby trafić na zielone równiny.
– Królu, ja bym pozwolił im się bliżej poznać. Wczoraj wzięli ślub. Powinni przebywać w swoim towarzystwie jak najczęściej. A z tego, co wiem, książę Aranel uwielbia jazdę konną. Możliwe, że dzięki temu znajdą wspólny język. – Starał się chronić przyjaciela. Nie chciał narażać go na wściekłość króla, która pogłębiła się, kiedy służący donieśli, że małżeństwo nadal jest nieważne. Tym samym chronił Aranela przed złością męża, bo ta z pewnością narodziłaby się po spotkaniu syna z ojcem.
– Masz rację. Mój syn i jego mąż powinni się bliżej poznać. I jeżeli to nierozsądne zachowanie ma w tym pomóc, to nie mam nic przeciw.
Naela odetchnęła z ulgą. Przez moment żałowała, że powiedziała ojcu o sytuacji w chwili, kiedy ten zapytał o Rivena.
– Dobrze, Naelo, mam mnóstwo pracy z Terrikiem. Potrzebujesz czegoś?
– Tak. Chodzi o...

***


Przemierzając drogę do Lorin, nie raz zastanawiał się, czy kraina, która ma stać się jego drugim domem, będzie miała tereny, po których zapoznaniu i nauczeniu Zariona powrotów do zamku, będzie mógł zwiedzać konno. W tej właśnie chwili przekonał się o tym. Wyczuwał szóstym zmysłem, jak wielkie łąki rozciągają się wokół niego. Wszystko wokół pachniało, a niedaleko musiały być sianokosy, gdyż zapach świeżo skoszonej trawy wdarł się w jego nozdrza z olbrzymią siłą. Wciągnął go i od razu powróciły wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to z matką i nianią oraz jednym żołnierzem oddelegowanym do ochrony królewskiej rodziny wyszli poza teren pałacu i odwiedzili ciężko pracujących robotników. Zostali nawet poczęstowani mlekiem i świeżym chlebem, jaki tamtejsze gospodynie wypiekały w domach. To był jeden z najcudowniejszych dni w jego życiu. Żałował, że nie można cofnąć czasu i ponownie przeżyć tamtych wydarzeń.
Riven, jadąc obok swego męża i pewnie trzymając cugle w dłoniach o bardzo długich, szczupłych palcach, przyglądał mu się z zaciekawieniem. Młody książę musiał myśleć o czymś przyjemnym, bo na jego ustach wykwitł lekki uśmiech. Nie miał zamiaru pytać, co to za myśli krążą po głowie męża. Sam miał ich całe tony i nie zamierzał się nimi dzielić. Zwłaszcza tymi, jakie przeniosły się na pierwszy plan, odtrącając inne wstecz. Te dotyczyły przeczytanego tomiku. Chociaż jego mąż był bardzo urodziwym mężczyzną, trudno mu było myśleć o nim w kategoriach intymnych. O ile wszystko byłoby prostsze, gdyby Aranel był kobietą. Przesunął po nim wzrokiem. Szczupłe, wyprostowane ciało poruszające się w zgodzie wraz z koniem ubrane było w tunikę o długich, bardzo cienkich i szerokich rękawach. Dół ubrania sięgał do połowy ud, ale zboku miał wycięcia sięgające do talii, które teraz, jako że mężczyzna siedział, rozsunęły się i odnosiły długie nogi osłonięte wąskimi, skórzanymi, czarnymi spodniami i wąskie biodra. Dopasowane buty tegoż samego koloru, co spodnie, miały krótkie cholewki sięgające ledwie poza kostkę, co go zdziwiło, gdyż on zawsze zakładał do jazdy konnej te o cholewce po kolana. Zawsze do jazdy były lepsze, ale nie w jego interesie było mówić mężowi, jak ma się ubierać.
– Mógłbyś tak na mnie nie patrzeć? – spytał Aranel.
– Skąd wiesz, że to robię? – No ładnie, właśnie potwierdził, co robił.
– Wyczuwam. Przyglądasz mi się od jakiegoś czasu.
– Widzę, że jednak masz głos. – Spróbował zmienić temat. – Wczoraj jakoś niewiele mówiłeś.
– Wczoraj... – Miał mu powiedzieć, że był tak zdenerwowany, iż to odbierało mu ochotę na cokolwiek? Nie odsłoni się tak przed nim. – Wczoraj byłem zmęczony.
– Wiem, zasnąłeś, zanim wyszedłem z łaźni.
Aranelowi zadrżały ręce. Czyżby to był wyrzut, że nie mogli skonsumować związku?
– Zmęczenie było ode mnie silniejsze.
– Miałbym już za sobą ten... akt. Ty też. Mówiłem, że nie lubię mężczyzn, a tak to muszę nadal to mieć na głowie.
– Wybacz. Rozumiem, co chcesz powiedzieć. – Po tych słowach zamilkł i jakoś tak smutno mu się zrobiło. Ojciec uwięził go w związku bez miłości. Bez szansy na nią i na wszelkie doznania płynące z cielesności. Długi czas minie, zanim pogodzi się z obecną sytuacją, a także utratą marzeń. W dodatku musiał znosić ciągłe przypominania, jak to bardzo jego mąż lubił kobiety. Tak, o wiele łatwiej byłoby, gdyby był kobietą, ale nie jest nią. Nie jego wina, że urodził się mężczyzną i Rivena skazano na bycie z nim.

Jadąc, mijali parobków, rolników i inne osoby pracujące na polach. Wszyscy ich pozdrawiali lub kłaniali się głęboko z wielkim szacunkiem. Rodzina Saeros od wieków była szanowana za swoją dobroć, dobre zarządzanie i pomoc. Ludzie chętnie dla nich pracowali, a także dla siebie, mając do dyspozycji wykupione pola lub podarowane w prezencie, gdy córka czy też syn któregoś z gospodarzy zawierali związki małżeńskie. Król zawsze dawał coś w prezencie, a samemu mu nie ubywało, tak wiele miał. Teraz jeszcze cieszyli się ze ślubu ukochanego księcia z tak pięknym mężczyzną, co przysparzało Rivenowi i całej rodzinie poważania. Riven bez obaw zabrał męża do osób pracujących przy sianokosach.
– Jesteśmy w części, które nie należą do pastwisk – mówił. – Robotnicy koszą trawę, pierwszy raz tej wiosny, a teraz kłaniają się w pozdrowieniach..
– Słyszę ich. Nieopodal są dzieci, prawda? Bawią się.
– Tak. Pracujący rodzice zazwyczaj biorą swoje potomstwo w pola, nie mając ich z kim zostawić. Starsi opiekują się młodszymi. Teraz bawią się w berka.
– Nigdy się w to nie bawiłem – wymsknęło się Aranelowi.
– Nigdy? W co się bawiłeś? – zapytał zaciekawiony Riven.
– W nic? Nie miałem znajomych dzieci. U nas w pałacu nie każdy chciał się bratać z niewidomym i do tego księciem. Ojciec jest bardzo surowy w tych sprawach. Dzieci służących, gdy byłem mały, nie mogły się do mnie zbliżać. To było niegodne towarzystwo dla mnie. On kocha swój lud, ale dopuszcza blisko siebie tylko wysoko urodzone osoby.
– Ja mogłem się bawić, z kim chciałem. Rodzice zawsze powtarzali, że dzięki temu poznam, co to znaczy żyć jako zwykły parobek i do tego zyskam przyjaciół, którzy nie wiadomo kiedy będą mogli pomóc. Nasze królestwo nie jest tak konserwatywną strukturą. Wszystko ulega zmianie i czas przeć do przodu.
– Mój ojciec woli żyć w starych czasach. W czymś, w czym czuje się najlepiej. – Rozpoznał moment, kiedy przejechali już wykoszone łąki i znów znaleźli się sami. Teraz konie stąpały po polnej drodze, gdyż ich kopyta wydawały inny odgłos.
– Dlaczego nie był na ślubie? Król ojciec nie powinien opuścić tak ważnej uroczystości. Zwłaszcza mając jedno dziecko.
Nie wiedział, co ma odpowiedzieć Rivenowi. Przecież nie opowie mu swojej historii.
– Miał ważne obowiązki – odpowiedział tylko i ponownie umilkł.
Riven już o nic więcej nie pytał. Poprowadził go wzdłuż drogi, opowiadając, co znajduje się w okolicach. Aranel słuchał go uważnie i chłonął wszystko, co słyszał, a to odpędziło smutki. Tą przejażdżkę postanowił potraktować jak małą przygodę. Głos Rivena stał się wyjątkowo ciepły. Domyślił się, że mąż kocha to, o czym mówi. Czas płynął szybko, słonce pieściło mu skórę i igrało wraz z wiatrem w jego włosach. Włosach, na które często patrzył Riven. W jego krainie srebrne pasma, które nie oznaczyły siwizny, zdarzały się bardzo rzadko. Natomiast fiolet, złoto i błękit królowały wśród kolorów czupryn w Lorin.

***


Postać w czarnym płaszczu zamknęła drzwi wynajętego w gospodzie pokoju i zeszła na dół po wąskich, drewnianych schodach. Pomieszczenie na dole było ciche i prawie puste, nie licząc kilku gości rozmawiających i śmiejących się tuż przy barze. Mężczyzna, nie zwracając dłuższej uwagi na nich, wyszedł czym prędzej przez ozdobne z licznymi płaskimi rzeźbami drzwi prowadzące na zewnątrz. Nie powinien zwracać na siebie uwagi i wychodzić właściwie po zmroku, ale tylko o tej porze mógł nadać pocztę do swego zleceniodawcy i poinformować w niej, że jest na miejscu. Oczywiście wszystko napisał językiem szyfrowanym i tak, jakby pisał do rodziny o pięknie tego miasta. Miał nadzieję, że posłaniec jak najszybciej dostarczy wiadomość. Przydzielone zadanie wykona w swoim czasie.
Przeszedł przez rynek i już z daleka zobaczył biuro, z którego nadawano przesyłki. Przyspieszył kroku. Nie zatrzymał się nawet, kiedy jakiś dzieciak, nie mający więcej niż dziesięć lat, wpadł na niego z impetem.
– Spadaj, gówniarzu – zawarczał i odepchnął chłopaczka od siebie. Nic nie mogło mu przeszkodzić w dotarciu do celu. Po chwili przekroczył próg budynku zbudowanego z wielkich bali i znalazł się w dużej, dusznej salce. Czy tu nigdy nie otwierają okien?, pomyślał. Podszedł do kontuaru, za którym siedział mężczyzna z wielkim wąsem pod nosem i łysiną na czubku głowy. Resztka włosów już została przyprószona lekką siwizną.
– Czym mogę służyć, panie? – odezwał się mężczyzna uprzejmie, widząc bogato ubranego klienta.
– Tym, czym się tu zajmujecie. – On nie potrzebował być uprzejmym. Miał wykonać zadanie i zniknąć, a nie być miłym. Zresztą, on nigdy nie był miły. Jakkolwiek by się nie zachowywał wśród ludzi, zawsze to była gra. Był doskonałym aktorem. – Chcę nadać pilną wiadomość.
– A służę szanownemu panu. – Człowieczek wyciągnął jakiś zeszyt zapisany pismem i otworzył na wolnej stronie. - Proszę podać swoje imię nazwisko i do kogo ma zostać nadana wiadomość. – Umaczał pióro w atramencie i czekał. Nie patrzył na swego klienta, nie miał w zwyczaju gapić się na innych.
– Iandas Nagonta. – Nie było to jego prawdziwe nazwisko, ale pod takim znał go jego zleceniodawca. – Nie mogę podać nazwiska adresata. Proszę tylko przesłać przesyłkę do urzędu pocztowego w Beleg. Tam adresat sam się po nią zgłosi. Na kopercie jest hasło, jakie poda.
– Rzadko praktykujemy takie rzeczy. Zazwyczaj wszystko musi być tu zapisane. – Wskazał zeszyt.
– Zapłacę potrójnie – głos nieznajomego brzmiał tak, że od razu mówił o tym, jak to bardzo nie lubi sprzeciwów.
– A tak, dobrze, dobrze. – Urzędnik wpisał tylko jego nazwisko i hasło w trzech kopiach. – Jedna dla pana. – Wsunął kartkę w puste miejsce w szybie. – Druga dla nas, a trzecia dla biura w Beleg.
– Ile płacę? – zapytał Iandas.
Urzędnik spojrzał na mapę całego lądu.
– Beleg jest w Elros na granicy z Losland. To dość daleko. Będzie drogo kosztowało.
– Ile? – zaczynał się denerwować.
– Dziesięć leit*.
Nieznajomy sięgnął do swego pasa po sakiewkę z monetami i nerwy sięgnęły szczytów. Nie było jej tam, a był pewny, że zapinał ją przy skórzanym pasie. Przed oczami stanęły mu obrazy tego, co robił, idąc do biura pocztowego.
– Kurwa – syknął. – Mały złodziej. – Gówniarz pożałuje.
– Coś się stało, szanowny panie?
– Nie, nic. – Musi milczeć na temat, że go okradziono. Nie potrzebował strażników na karku. Wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kilka monet, które miał zawsze w zapasie i rzucił odpowiednią sumę na ladę. – Niech posłaniec wyruszy jeszcze dzisiaj, inaczej będę bardzo niezadowolony – rzucił do mężczyzny tymi słowami i już był na dworze. Musi odnaleźć złodziejaszka i odzyskać pieniądze. Gówniarz zadarł z nieodpowiednią osobą!

***


W stajni czekał ich mały powitalny orszak składający się z Naeli, Terrika i Yavetila. Riven poczuł, jak coś się w nim gotuje na ten widok. Oni myśleli, że zabrał swego męża w zdradziecką podróż i się go pozbył? Zatrzymał konia i Zarion natychmiast zrobił to samo, co Anwar. Zaintrygowany tym, jak ogier Aranela potrafi się zachować, miał ochotę zapytać, kto go szkolił, ale przeszkodzono mu w tym.
– Jesteście, ojciec się niepokoi.
– Naelo, zachowujesz się tak, jakbyś mi nie ufała. – Jego stopy dotknęły kamiennej posadzki i obszedł zwierzę, żeby pomóc zejść mężowi. – Mamy gości, Aranelu. Moja siostra, najlepszy przyjaciel i jego kochanek tu są.
Po raz kolejny tego dnia Adantin został zaskoczony. Kochanek? Czyżby w pałacu byli inni mężczyźni żyjący w związku?
– Kochanek, to znaczy kto?
– To ja, książę – odezwał się żołnierz.
– Yavetil, jak to dobrze cię znów słyszeć.
– A ciebie widzieć i to w dobrym nastroju.
– Jazda konna zawsze w taki mnie wprawiała. – Z pomocą męża doszedł do grupki. Konie zostały zabrane przez stajennych do napojenia i wyczesania.
– Widzicie, nie zjadłem go, nie zostawiłem, tylko bezpiecznie wróciliśmy. – Jak oni mogli sądzić, że nie przyjmie na siebie obowiązku opieki nad mężem, chociaż nie chciał tego związku?! Wiedział, że postanowił być dla niego zimnym draniem, ale po tym wspólnym spędzeniu czasu dał sobie z tym spokój. Nie będzie tylko nosił go na rękach, nadal jest niepogodzony z tym, co się stało. Pomóc może. Czasami.
– Naprawdę nie musisz być tak szorstki. Ja tu nie jestem z waszego powodu – powiedział Terrik. – Niestety, muszę wyjechać na dwa dni z pewnymi bardzo ważnymi dokumentami.
– I zabierasz jako ochronę Galdora? – Riven popatrzył w oczy przyjacielowi.
– I jeszcze dwóch żołnierzy. Mam zamiar odwiedzić Elmeriad.
– To spokojnej podróży życzę. Uważajcie na rzezimieszków.
– Bądź spokojny, książę. – Yavetil ukłonił się. – Zajmę się Terrikiem.
– Nie wątpię. – Ukrył uśmieszek cisnący mu się na usta. – Teraz wybaczcie, odprowadzę męża do komnaty, żeby się odświeżył przed obiadem.
– Pójdę z wami – rzekła Naela. – Dopilnuję, żebyś porozmawiał z ojcem.

Dwaj kochankowie obserwowali całą trójkę, nim zniknęła im z oczu.
– Nie mam ochoty na tą podróż. Całe szczęście, że to niedaleko. I że pojedziesz ze mną – Terrik spojrzał czule na partnera.
– Jadę, ponieważ król mi pozwolił. Na twoją prośbę, jak mniemam?
– Skoro jego winą jest wysyłać mnie do urzędów w Elmeriad, niech mi da za ochronę kogoś, kogo kocham i nie lubię się z nim rozstawać. – Pochylił się do pocałunku, który dostał z przyjemnością.
– Konie zaraz będą gotowe. Moi ludzie czekają na zewnątrz przy koszarach.
– Dokumenty do podpisu mam. – Spojrzał na teczkę uszytą z twardego płótna.
– Czyż hrabia powinien zajmować się takimi sprawami? – Położył mu rękę na plecach i delikatnie zasugerował kierunek, w jakim powinni się udać.
– Ten hrabia wolałby zostać w pałacu. Podróże go męczą, ale nie lubi lenistwa i woli zajmować się sprawami urzędowymi niż całe dnie spędzać przy piciu wina, które uwielbia, lecz co za dużo...
– Tak, rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. Najchętniej to nie ruszyłbyś się z pałacu i spędzał czas na piciu wina.
– Zawsze mnie rozumiesz, Yavi.
– Czytam w twojej głowie.
– I co teraz myślę, Yavanie?
– Że wolałbyś zamknąć się ze mną w komnacie i oddać rozpuście – szepnął mu do ucha. Fantazyjnie związane włosy Terrika połaskotały go w nos.
– Chciałbyś, słońce, chciałbyś. – Nagle spoważniał. – Wziąłeś swoją maść? Nie mam zamiaru biegać po całym mieście i szukać medyka ze specjalnością do tworzenia eliksirów przeciwbólowych. Wielu z nich w Elmeriad to szarlatani. – Stanęli przy swoich koniach.
– Wziąłem. A ty byś za maścią pojechał i na drugi koniec Lorin, żeby tylko mi ulżyć. – Przytroczył juki do siodła. Nie zabierali wiele bagażu. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy do przebrania. Pojutrze z rana będą z powrotem.
– Dobrze mnie znasz, ulżyć to ja ci mogę... Ale jak jeszcze raz zapomnisz o tak ważnym specyfiku, pożałujesz.
– Już mi się to podoba. Twoje kary są najlepsze. – Wsunął stopę w strzemię.
– Kara nie byłaby przyjemna, Yavi. – Kochał tę ich słowną grę i kochał tego człowieka.
Stajenni krzątający się wokół nich nie zwracali uwagi na rozmowę, przyzwyczajeni do ich wymiany uszczypliwości czy też słów pełnych podtekstów.

***


Stracił czujność. On, zawsze mający oczy ze wszystkich stron głowy, widzący podstęp wszędzie, dał się oszukać dzieciakowi! Znał takich jak on i dał się okraść! Miotał się po wynajętym pokoju jak szaleniec. Mógłby odpuścić gówniarzowi, miał masę pieniędzy, lecz nie zrobi tego. To godziło w jego osobę niczym wbity sztylet prosto w pierś. Doskonale znał proces działania takich ludzi, wiedział, gdzie ich szukać. Dziś w nocy musi przeprowadzić rekonesans nie tylko w pałacu, ale i w dzielnicach, których bogaci wolą nie odwiedzać. Mogliby się pozbyć nie tylko kosztowności.
Spojrzał w okno. Za nim była jeszcze pełnia dnia. Zje coś, a potem się prześpi, by nocą móc pracować.

***


Złość króla przeszywała na wskroś Rivena. Zastanawiał się, jaki ojciec był rano, jeżeli teraz nadal bombardował go ostrymi jak brzytwa słowami.
– … Jesteś nieodpowiedzialnym dzieciakiem! Twój mąż sam musiał sobie radzić z gośćmi, a ty go ośmieszyłeś, nie będąc u jego boku! Czyż jazda konna była ważniejsza od obowiązków?! I ja podpisałem pakt z ojcem Aranela, sądząc, że w przyszłości zajmiesz się oboma królestwami jak mężczyzna, a tymczasem ty jesteś małym chłopcem! Chłopcem, który powinien zająć się mężem i skonsumowaniem małżeństwa! Sprawami pałacu i wszystkim tym, co należy do obowiązków osoby, jaką jesteś! Nie jesteś parobkiem, koniuszym czy kimś innym! Tylko księciem i moim potomkiem! Najpierw obowiązki, a potem przyjemność! Musiałem przed gośćmi udawać, że miałeś do wykonania sprawy wysokiej rangi, żeby nas nie ośmieszyć!
– Przecież to byli tylko przedstawiciele królestw i ich książęta...
– Ty bezczelny dzieciaku! Wynocha mi stąd i nie pokazuj mi się na oczy! Oczywiście jutrzejszy dzień spędzisz na umawianiu umów o zakup ziem. Szczególnie tych przy górach. Tamtejsi panowie je odsprzedają, a ty masz osiągnąć dobrą cenę za nie. Wynocha! I zaciągnij męża do łoża!
Riven wyszedł z gabinetu ojca zły. Dobrze, że nie miał planów na jutro. I nie był dzieciakiem! Po prostu musiał dziś pomyśleć. Zapomniał o tym głupim śniadaniu. Wrócił do komnaty i zastał swego męża siedzącego na balkonie. Ten to nie ma obowiązków w ogóle! Powinien go teraz wciągnąć siłą do łoża i wziąć. Przynajmniej to miałby z głowy.
Aranel wyczuł, że coś jest nie tak. Kroki męża były inne od tych, jakie towarzyszyły mu od wczoraj. Jakby cięższe, pełne napięcia i nerwów. Domyślił się, że rozmowa z królem nie przebiegła pomyślnie. Bał się odezwać, więc siedział cicho. Nigdy nie lubił być narażony na złość innych. Sam też, kiedy był w tym stanie, wolał unikać towarzystwa.
– Jadę na pastwiska. – Drgnął, kiedy głos męża dobiegł z bliska. Tak się zamyślił, że nie usłyszał, jak podchodzi. – Wrócę wcześniej rano.
– Dobrze.
– Muszę się uspokoić. Inaczej mógłbym ci zrobić krzywdę.
– Król cię zdenerwował? – Złapał się barierki i wstał.
– Wiem, popełniłem błąd, że mnie dziś rano nie było. Ale niech mi nie wypomina, że ty i ja jeszcze nie... połączyliśmy się cieleśnie!
– Och – zarumienił się.
– Właśnie, „och”. Dlatego wolę dziś w nocy nie być tutaj i teraz też nie, bo moja wściekłość odbiłaby się na tobie. A jakkolwiek bym nie myślał przed ślubem o tym wszystkim, to musimy żyć razem i ja na twoim miejscu nie chciałbym się bać człowieka, z którym dzielę przyszłość! Wrócę rano. – Wyszedł, zostawiając męża samego i zdziwionego krótką przemową.
Aranel uśmiechnął się. Może nie będzie tak źle. Riven nie chce go skrzywdzić. Mógłby wiele z nim zrobić, nie obroniłby się przed tym mężczyzną. Z powrotem usiadł w wiklinowym fotelu i nastawił twarz ku słońcu, czerpiąc przyjemność z ciepła.










Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum