The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Padziernik 15 2019 09:33:42   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
To ja, elf 12


Z trudem uniosła powieki. Obraz był rozmazany, lecz im intensywniej się wpatrywała, tym wyraźniej widziała…
- Ukochany, jak mi ciebie brakowało – wyszeptała, a łzy rozmazały jeszcze bardziej obraz.
- Nie jestem twoim ukochanym. Śpij – odezwał się cichy i spokojny głos.
Jak to nie? Przecież wyraźnie widziała twarz Malniha! Chciała się poderwać, lecz czyjeś silne ręce ją przytrzymały, a chwilę potem poczuła w ustach gorzki smak.
- To da ci spokojny sen i zdrowie – powiedział głos.
Kiedy znowu otworzyła oczy, widziała o wiele wyraźniej. Krótki rzut oka na otoczenie wystarczył by serce zaczęło walić jak szalone. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi, wydawało jej się, że to sen. Jednak gdy mocne uszczypnięcie w rękę przyniosło tylko ból, zrozumiała, że to jawa.
- Wróciłem. – I rozpłakała się. Przez moment myślała, ze to wszystko, te ostatnie sześć miesięcy było snem, niestety duży brzuch i piersi pozbawiły ją złudzeń. – Cholera, jednak to wciąż trwa. Ale dlaczego tu jestem? Co się ze mną działo? I gdzie jest Silvet? – Te pytanie nie dawały jej spokoju.
Z trudem podniosła się z łóżka i powoli doszła do drzwi. Wyszła na zewnątrz.
- Silvet! – krzyknęła. Odpowiedziała jej cisza. Próbowała pójść poszukać elfa, ale ostry ból brzucha uniemożliwił jej to. Zawyła z bólu i zgięła się w pół, łapiąc za brzuch.
- Nie powinnaś wstawać. To może zaszkodzić twojemu dziecku – Przez ból przedarł się głos, a czyjeś silne ręce złapały ją i podniosły.
Z bólu zamknęła oczy i nie otwierała ich, dopóki nie zelżał trochę pod wpływem jakiejś mikstury siłą wlanej w zaciśnięte do granic możliwości usta. Dopiero wtedy ostrożnie otworzyła oczy. Nie chciała tego robić, bo wiedziała co, a raczej kogo zobaczy. Wiedziała i bała się, że nie będzie w stanie zachować zimnej krwi i zdradzi się, mimo tego co mówiła bogini Luna. Mimo rozszarpującego ją bólu rozpoznała głos i dotyk. Należały do Malniha. Niestety prędzej czy później musiała otworzyć oczy. policzyła w duchu do dziesięciu i powoli uniosła powieki. Na widok ukochanej twarzy serce zabiło mocniej, a gardło ścisnęła gula. Widocznie te emocje wylały się jej na twarz, bo elf spokojnie powiedział:
- Nie bój się, dziecku nic nie będzie, ale przez jakiś czas musisz unikać ruchu, tylko leżeć. Tak powiedział medyk. – Na szczęście dla niej Malnih opacznie zrozumiał wyraz jej twarzy. – Jestem Malnih, a ty?
Popatrzyła uważnie na tę tak drogą jej twarz. Była o wiele chudsza niż ją zapamiętała, a w oczach brak było blasku. Tak bardzo chciał przytulić tę drogą twarz i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Nie mogła. To sprawiało, że serce bolało ja jeszcze bardziej.
- Marena – odparła cicho. - Jak ja się tu znalazłam? I gdzie jest Silvet? Wszystko z nim w porządku?
- Ja cię tu przyniosłem. Znalazłem was w lesie, ty wydawałaś się martwa, a twój mężczyzna był bliski wyczerpania. Na szczęście medyk powiedział, że jemu wystarczy tylko dobre jadło i spokój. Z tobą było gorzej. Siedem dni leżałaś nieprzytomna i medyk nie dawał ci zbyt wielkiej szansy na przeżycie.
- A więc z Silvetem wszystko w porządku. To dobrze – wyszeptała.
- Niestety twój mężczyzna nie mógł tu zostać. Może gdyby też był człowiekiem… Niestety jest elfem, a elfy nie mają wstępu do tego miejsca. Znaczy tylko wybrane elfy mogą tu żyć. On musiał odejść.
- Dokąd? – zapytała z niepokojem, odruchowo zaciskając ręce na rękawie koszuli Malniha.
- Nie martw się, jest bezpieczny. Poszedł z medykiem do naszej wioski. Gdy wyzdrowiejesz, będziesz mogła do niego dołączyć.
- On nie jest moim mężem, nie braliśmy ślubu – powiedziała. – On był jedyną życzliwą mu duszą przez ostatnie miesiące. Przywiązałam się do niego, ale nie kocham go. Jednak lubię go na tyle, że przykro by mi było, gdyby coś mu się stało.
- Możesz się nie obawiać – Malnih poklepał ją pocieszająco po ręce – w naszej wiosce nie stanie mu się krzywda. Będzie tam dobrze traktowany.
- To prawda – odparła odruchowo – przypominając sobie wszystkich mieszkańców wioski.
- Skąd wiesz? – zdziwił się Malnih. Marena popatrzyła na niego zdziwiona zanim dotarł do niej sens pytania. I zrobiło jej się gorąco. Nawet nie zauważyła, jak zdradziła się!
- Wszędzie będzie mu lepiej niż tam, gdzie żył do tej pory – odparła szybko, modląc się w duchu by Malnih uwierzył.
Na szczęście uwierzył.
- Opowiedz mi o tym – poprosił cicho.
Opowiedziała. O tym jak musieli pracować i to wszystko, co opowiadał jej o swoim dzieciństwie Silvet.
- Dlaczego oni byli tacy okrutni? – zapytał z duszonym głosem Malnih. – Myślałem, że tam ludzie żyją w zgodzie z elfami.
- To nie tak, że wszyscy tacy są. Po prostu w różnych dzielnicach miasta różnie traktowano elfów. Nam przyszło żyć tam, gdzie nawet ludzkie życie nie było wiele warte, ale widziałam inne dzielnice i tam elfy, tak samo jak ludzie też miały bogate domy i mnóstwo pieniędzy. Powiedz mi, co się stanie z Silvetem, kiedy już wydobrzeje? Każecie mu odejść?
- Niby dlaczego mielibyśmy to zrobić? – zdumiał się Malnih.
- Nie jest jednym z was.
- Przecież jest elfem.
- Ale on jest z tych, co koegzystują z ludźmi, a wy…
- Aaa, o to ci chodzi. Nie jesteśmy jak Jedyni Obdarzeni, nie dyskryminujemy innych elfów tylko dlatego, że wybrały los taki a nie inny. A zresztą, nawet jak byśmy chcieli się go pozbyć, to wszystkie kobiety by poszły chyba razem z nim.
- Jak to? – zdumiała się.
- Podobno od pierwszego dnia podbił serca wszystkich kobiet, zwłaszcza Manali. – Na twarzy Malniha po raz pierwszy pojawił się nikły uśmiech, lecz szybko zgasł. – Rozpieszcza go do samego początku. Tak przynajmniej mówi Tahnir, nasz medyk. Nie zdziwię się, jak po tym wszystkim będzie chciał zostac u nas.
Marena zachichotała. Oczami wyobraźni widziała jak Manali dba o Silveta.
- O tak, na pewno będzie chciał zostać – powiedziała przypominając sobie jak Manali dbała o nią zaraz po jej przybyciu do tego świata. – Będzie mu tu lepiej niż w tamtym mieście. I na pewno szybko się przyzwyczai. Tylko… - zaniepokoiła się.
- Tak? – zainteresował się Malnih.
- Czy na pewno go zaakceptujecie? On nie zachowuje się jak na mężczyznę przystało, nawet kobietom dawał się bić, taki z niego słabeusz.
- Nam to nie przeszkadza. Zdajemy sobie sprawę z tego, że każdy jest inny. Jeden jest dobrym łucznikiem, drugi myśliwym, trzeci tropicielem, a jeszcze inny… Na pewno ma w sobie coś specjalnego, tylko jeszcze o tym nie wie. – Malnih uśmiechnął się ciepło. – Może chcesz coś do jedzenia? – zmienił temat.
- Chętnie. – Podniosła się, by wstać z łóżka, lecz stanowcze ręce Malniha uniemożliwiły jej to. Delikatnie, lecz zdecydowanie pchnął ja z powrotem na łóżko i przykrył troskliwie kocem.
- Medyk powiedział, że masz leżeć, bo inaczej dziecko będzie miało problemy. A tego byś chyba nie chciała, nie? – powiedział łagodnie.
- Nie chciałabym – odparła troskliwie kładąc ręce na brzuchu. Przecież to dziecko Malniha, jak mogłaby chcieć je skrzywdzić?
- No właśnie. Więc leż, a ja zaraz przyniosę ci coś do jedzenia.
Wrócił chwilę potem z miską w ręce.
- Dasz sobie radę sama? – zapytał niepewnie, kiedy Marena siedziała na łóżku z dużą ilością poduszek podłożoną pod plecy, aby tylko nie musiała się ruszać.
- Chyba tak. Dziękuję. – Uśmiechnęła się. – A ty nie jesz? – zdziwiła się, gdy Malnih oddał jej miskę i ruszył do wyjścia.
- Nie jestem głodny.
- Powinieneś jeść – powiedziała cicho – strasznie chudy jesteś.
Elf nic nie odpowiedział, tylko popatrzył na nią smutno i wyszedł. Marena westchnęła ciężko. On naprawdę był zbyt chudy. Tak bardzo, że aż żal ścisnął jej serce i wycisnął łzy, których nawet nie chciała powstrzymywać. Spadały więc do miski z jedzeniem. W końcu uspokoiła się i zabrała za jedzenie.
- W dalszym ciągu nie wychodzi mu gotowanie – stwierdziła z rozbawieniem. Jednakże mimo to jedzenie smakowało jej jak nigdy dotąd.
Kiedy w końcu zjadła poczuła się dziwnie rozleniwiona. Stwierdziła, że nic się nie stanie jeśli się trochę prześpi. Zasnęła dość szybko, a sen, który przyszedł…

***

Wszyscy pracownicy kuchni uciekli w popłochu już na początku. Tylko jeden z pomocników, najbardziej twardy został, jednak też zwiał, gdy zobaczył jak jego szef pada martwy z tasakiem w głowie.
Silvetowi zajęło chwilę zanim doszedł do siebie. Wciąż niepewnie wpatrywał się w nieruchome ciało kucharza. Nie mógł uwierzyć, że on nie żyje. Ostrożnie, na czworakach podszedł do ciała i szturchnął je palcem, po czym szybko odsunął się, bojąc się, ze to jednak tylko chwilowe i zaraz tłuścioch wstanie i się na niego rzuci. Jednak nic takiego się nie stało. Ośmielony tym elf podszedł i tym razem kopnął trupa w zalaną krwią twarz.
- I widzisz jak skończyłeś? A tak się wywyższałeś. – Splunął pogardliwie na trupa. W tym momencie przypomniał sobie o przyjaciółce. – Marena! – krzyknął przerażony i podbiegł do nieprzytomnej. – Marena! – potrząsnął nią, lecz nie reagowała, ciężko oddychając, a pot spływał po jej zbyt gorącym czole. – Musze cię stąd zabrać, zanim inni się tu zlecą, bo inaczej będzie po tobie. – Próbował wziąć ja na ręce, lecz nie dał rady. Zarzucił więc jedno jej ramię sobie na szyję, objął ją w pasie i pociągnął do tylnego wyjścia. Szło mu to z wielkim trudem i wyraźnie słyszał głosy pracowników tawerny, kiedy znikał za rogiem sąsiedniej uliczki. Upewniwszy się, że nikt z tawerny ich nie ściga, posadził Marenę na jakiejś kupie śmieci.
- Marena? – poklepał ją delikatnie po twarzy, lecz ta wciąż nie reagowała. – Co ci jest? Ocknij się. Proszę – dodał płaczliwie. – Nie wiem co robić. Nie dam sobie rady sam.
W tym momencie usłyszał podniesione głosy. Nie był pewien czy to tylko zwykła uliczna „dyskusja” czy tez może ktoś odkrył gdzie są. Wolał tą pierwsza opcję, jednak nie chciał ryzykować i podniósłszy wciąż nieprzytomną Marenę zaczął powoli oddalać się.
Nie wiedział gdzie iść. Nie znał w mieście nikogo. A nawet jeśli by znał, to i tak nikt by nie chciał im pomóc, ryzykując tym samym oskarżenie o pomoc przestępcom. Postanowił więc uciec do lasu. Tam przynajmniej będą mieli co jeść, o tej porze roku powinny być jakieś owoce. A gdy Marena w końcu się ocknie udadzą się do innego miasta, gdzie nikt ich nie zna i może uda im się tam znaleźć miejsce w którym będą mogli spokojnie żyć razem.
Podbudowany tą myślą ruszył w stronę bram miasta. Na szczęście nikt nie zwracał na nich specjalnej uwagi. Wszyscy pilnowali swoich spraw, a jeśli nawet ktoś obejrzał się w ich stronę, to kończyło się to zwykle niewybrednymi żartami na temat dziwki, którą tak wymęczył klient, że nie miała sama siły iść, albo pijanej baby, którą chłop prowadzi do domu. Jedno i drugie w tej dzielnicy było na porządku dziennym, więc nikt ich nie zatrzymywał aż do samej bramy. Trochę się denerwował, że strażnicy na bramie zainteresują się Mareną, bądź co bądź była piękną kobietą. Nieraz, pod przykrywką prawa folgowali sobie z kobietami, nie zawsze chętnymi. Ale to im nigdy nie przeszkadzało. Jak również różne ułomności ciała, czy duży brzuch. I tak, gdy z nimi kończyli nie nadawały się już do niczego innego, jak tylko do zabicia. Chociaż oficjalnie mówiono, że uciekły do innego miasta, ale mieszkańcy i tak wiedzieli swoje. Zwłaszcza ci z „kryminalnej” dzielnicy. Potrafili patrzeć i słuchać, zwłaszcza wtedy, gdy władze nie widziały.
Kryjąc się w zaułkach dotarł do bramy, przez całą drogę obmyślając różne warianty przejścia przez bramę. Jednak kiedy w końcu dotarł na miejsce, okazało się iż żaden z nich nie jest potrzebny. Przy bramie nie było żadnego strażnika. Silvet nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Takie coś zdarzało się bardzo rzadko. Dla pewności rozejrzał się w koło. Nie zauważył w pobliżu nikogo. Poprawił uchwyt i ciężko oddychając pobiegł w stronę bramy, tak szybko jak mógł. Biegł tak długo, zanim nie dobiegł do lasu. Kiedy już był pewny, że drzewa zasłaniają ich wystarczająco, ostrożnie położył Marenę pod jednym z drzew i sam osunął się obok niej. Oddychał z trudem, serce waliło niczym młot. Potrzebował dobrej chwili żeby dojść do siebie.
Pochylił się nad kobietą.
- Marena – niepewnie poklepał ją po policzku. Z trudem otworzyła oczy. – Żyjesz – odetchnął z ulgą. – Niestety jej oczy były nieprzytomne i szybko je zamknęła. – Marena! – potrząsnął nią, lecz ta wciąż nie reagowała. – Niech mi ktoś pomoże! – Wiedział, że to bez sensu, że nikt im nie pomoże, jednak gdzieś w głębi podświadomości miał nadzieję, że zdarzy się jakiś cud, kolejny fart, jak wtedy przy bramie i ktoś się zjawi.
Niestety tym razem tak się nie stało. A on nie wiedział jak pomóc wciąż nieprzytomnej przyjaciółce. Jedyne wyjście, jakie przyszło mu do głowy, to iść dalej. Podniósł się więc, objął Marenę i pokonując zmęczenie ruszył dalej.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – powiedział do niej, chociaż dobrze wiedział, że nie słyszy. Ale potrzebował to powiedzieć, by samemu w to uwierzyć.
Szedł powoli, co jakiś czas przystając na odpoczynek, dopóki nie nastał wieczór. Póki jeszcze było w miarę jasno, nazbierał gałęzi, głównie tych leżących na ziemi, chociaż parę też ułamał, na ile mu starczało siły. Część z nich położył na ziemi, a z resztą przykrył siebie i Marenę.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – powtarzał niepewnie, przytulając do siebie kobietę. Chwilę później spał.
Kiedy się obudził, Marena wciąż była nieprzytomna, jednak oddychała bardziej spokojnie.
- Marena – ostrożnie potrząsnął jej ramieniem. Kobieta powoli otworzyła oczy. Wciąż były mało przytomne, jednakże Silvet odniósł wrażenie, że wyglądają lepiej niż poprzedniego dnia.
- Silvet – wyszeptała z trudem.
- Ja – uśmiechnął się szczęśliwy, a z jego oczu popłynęły łzy.
- Jestem taka zmęczona – powiedziała powoli i zamknęła oczy.
- Nie! Nie umieraj! Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz – wyszeptał przez łzy tuląc ją do siebie. – Pójdziemy do jakiegoś miasta, gdzie zbudujemy sobie śliczny mały domek z ogródkiem. Ty zajmiesz się domem, a ja… Ja znajdę jakąś pracę, taką uczciwą, żebyśmy mogli jeść same dobre rzeczy, a nie takie pomyje jak u Masterona. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – wyszeptał z trudem przez łzy.
Nagle usłyszał jakiś szelest. Spanikowany znieruchomiał. Czy to pogoń tak szybko ich znalazła? Nie zastanawiając się ani chwili złapał Marenę i ruszył przed siebie. Nie wiedział dokąd idzie, ani co ich czeka, ale na pewno lepsze to będzie niż to, co było do tej pory.
Zrobił zaledwie parę kroków, gdy drogę zastąpił mu rosły elf z łukiem w ręku. Przerażony przystanął. Chciał się odwrócić i uciec, lecz wciąż nieprzytomna Marena utrudniała mu to. Jednak nie zamierzał jej zostawiać. Nie po to tyle się namęczył, by teraz zachować się jak tchórz. Może i był mięczakiem i słabeuszem, ale nie tchórzem! Ostrożnie położył ją na ziemi i odwrócił się w stronę intruza z bijącym ze strachu sercem.
- Nie pozwolę ci jej skrzywdzić! – wykrzyknął. Chociaż wiedział, że to bez sensu, bo i tak nie miał szans z tym rosłym elfem, jednak przynajmniej musiał spróbować. Żeby potem móc innym spojrzeć w oczy. Serce waliło jak oszalałe przez cały czas, a ręce trzęsły się ze strachu, jednak stał, gotów bronić kobiety, którą kochał, nawet za cenę własnego życia.
Intruz zupełnie zignorował jego bojową postawę. Położył łuk na ziemi i podszedł do Mareny.
- Jak długo już jest nieprzytomna? – zapytał.
- Drugi dzień – odparł cicho Silvet rozluźniając mięśnie. Jednak serce wciąż mu waliło ze strachu.
- A brzemienna?
- Nie wiem. Nie powiedziała.
- Nie wiesz nawet kiedy się połączyłeś z własną kobietą? – spytał intruz kpiąco.
- Ona nie jest moją kobietą. – Nie wiadomo dlaczego, Silvet zmieszał się. – Tylko pracowaliśmy razem w mieście. Nie wiem skąd ona jest, nic o sobie nie mówiła.
- Potrzebny jej medyk. Dlaczego wyniosłeś ją z miasta?
- Tam nie dostałaby pomocy. Prędzej… - wciąż nie był pewien intencji obcego, jednakże w jakiś sposób czuł, że nie jest on z miasta, a więc może nie skrzywdzi ich. Może pomoże… - Prędzej by ją zabili – dokończył cicho.
- Co? – obcy aż poderwał się. – Brzemienna kobietę? Za co?
- Zabiła człowieka – odparł cicho Silvet.
Zdumiony elf wstał i odszedł kilka kroków.
- A więc jest przestępczynią.
- Nie jest! – wykrzyknął impulsywnie, a gdy obcy spojrzał na niego, dodał już spokojniej, chociaż wciąż podniesionym głosem: - Ona tylko chciała mnie obronić. Ona… Tylko ona była dla mnie miła – jego głos stał się cichy i niepewny. – Tylko ona rozmawiała ze mną normalnie, wszyscy inni traktowali mnie jak śmiecia, tylko dlatego, że jestem słaby i nie potrafię się bić, że nie zachowuję się jak mężczyzna.
- W takim stanie walczyła z mężczyzną? – zdumiał się osiłek. – To musi być naprawdę odważna kobieta.
- Bo jest – odparł Silvet z dumą. – Nie bała się nikogo. Tylko zachorowała i opadła z sił. Jednak znalazła w sobie dość siły by mi pomóc. A ja nie mogę jej się odwdzięczyć tym samym – Głos mu zadrżał. – Nie potrafię sprawić by choroba odeszła. Nie mam nawet siły by ją zabrać w bezpieczne miejsce. Jestem do niczego. – Łzy popłynęły mu po policzkach.
Obcy bez słowa ruszył w stronę lasu. Zanim Silvet się zorientował, jego już nie było. I kiedy zastanawiał się co dalej robić, obcy elf nagle wrócił, niosąc spore naręcze suchych gałęzi. Z wielką wprawą je poukładał i rozpalił ogień.
- Trzymaj ją w cieple – powiedział, kiedy nie było już ryzyka, ze ogień zgaśnie. – Pójdę coś zapolować. Pewnie nie jedliście nic ciepłego. – I zniknął zabrawszy łuk.
Dopiero wtedy z Silveta zeszło całe napięcie. Opadł bezsilnie na kolana i odetchnął z ulgą. Podciągnął Marenę bliżej ognia, pilnując, by żadna ze strzelających iskier na nią nie spadła i usiadł czekając na tajemniczego wybawiciela. Chociaż wciąż nie wiedział jakie są jego intencje, to podświadomie wyczuwał, że nie jest on zły.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum