The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 19 2019 21:24:48   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Czwarte uderzenie


NOTA ODAUTORSKA: „Czwarte uderzenie” wchodzi w skład projektu „Musivum”, podobnie jak opublikowane wcześniej na TCD „Bo to twój dobry kumpel”, „Trzy dni, noc i poranek” oraz „To, co się nie może wydarzyć”.

„Człowiek nienawidzi tak długo, jak długo czuje się bezsilny i zależny. [...] Osoba dorosła odczuwa nienawiść jedynie wówczas, gdy nie ma możliwości swobodnego wyrażania swoich uczuć, jeżeli w relacji z innymi ludźmi czuje się zmuszona do zajmowania pozycji zależnej. [...] Człowiek musi zrozumieć istotę swojej nienawiści, aby móc świadomie wybrać zachowanie, które pomoże mu się od tej destrukcyjnej, budzącej nienawiść zależności uwolnić. [...]
Każdy człowiek, który był bity jako dziecko, nosi w sobie nadal dawny strach [...]”.
Alice Miller, „Bunt ciała”



Świat do góry nogami smakował różnie, w zależności od sytuacji. Na karuzeli — tej przy boisku, skrzypiącej, na której z chłopakami z sąsiedztwa bawili się całymi godzinami — smakował wiatrem, piaskiem wzbijanym przez buty i powietrze, czasem też starą, odłażącą farbą i czymś metalicznym, gdy zamiast zwieszać głowę przez boczną barierkę krzesełka, wciskało się ją poniżej i dotykało ustami barierki od siedzenia. W jednym z krzesełek, tym najfajniejszym, najbardziej popiskującym podczas kręcenia się, wystawał z deski mały gwóźdź i jego też się czasem dotykało ustami albo językiem. I wtedy świat do góry nogami miał smak starego gwoździa.
Na drzewie w pobliżu domu, przy huśtaniu się na gałęzi — tej niższej, na wyższą wchodzili chłopacy z czwartej albo piątek klasy, bo byli duzi i sięgali — więc przy huśtaniu się na tej niższej gałęzi świat do góry nogami smakował dorosłością. Bo przedszkolaki nie potrafiły wejść na tę niższą gałąź, a jak się miało sześć lat i chodziło do zerówki, to już się umiało podskoczyć na tyle wysoko, żeby w końcu złapać rękami wystający kawałek jakiejś wcześniej obciętej gałęzi i za jego pomocą podciągnąć się trochę, aż się dosięgało gałęzi do huśtania. I jeszcze ten świat smakował jakimś innym powietrzem, jakby świeższym, lepszy, nowszym — bo z większej wysokości, bliżej nieba i chmur. I smakował też lekką obawą, bo jednak do ziemi był z tej gałęzi kawał drogi i w sumie zawsze się czuło trochę niepokoju, bo może się jednak zleci, a może przy schodzeniu się poślizgnie... Pewnie dlatego ten świat do góry nogami na gałęzi smakował także bohaterstwem. Bo się weszło i huśtało, a ci na dole patrzyli z podziwem i zazdrością.
W zerówce, gdy się stawało na głowie — nie zawsze się udawało, ale czasem wychodziło super, zwłaszcza jak ktoś pomógł z uniesieniem nóg do ściany — wtedy świat do góry nogami smakował niezłą zabawą, a trochę tajemnicą i łamaniem prawa. Bo pani zabraniała stawać na głowie, bo można sobie krzywdę zrobić. Ale stawał, chowali się z chłopakami i dziewczynami za półką z książkami i tam próbowali po kolei. Z reguły wychodziło mu to najlepiej, więc nieraz, gdy pani była zajęta innymi, rzucał wyzywająco paru osobom w pobliżu: „Ej, stanę znowu na głowie, chcecie zobaczyć?”. Z reguły zawsze ktoś chciał zobaczyć i ktoś również chciał spróbować stanąć. Więc wtedy świat do góry nogami smakował również dosyć mocno poczuciem wspólnoty.
W domu, gdy się było przełożonym przez kolano ojca, gdy się wisiało głową w dół tak, że widziało się doskonale brązowo-białe wzorki na dywanie — wtedy świat do góry nogami smakował strachem. I bólem, i to zanim jeszcze ręka ojca spadłą na tyłek po raz pierwszy. I wstydem, bo się wisiało tak bez spodni i majtek, strasznie głupio. A potem jeszcze smakował słono, łzami, które najpierw leciały po policzkach i w usta, potem na czoło, a potem znów po policzkach, i cały czas zatykały nos.
Pierwsze łzy pojawiały się po poleceniu ojca „Ściągaj gacie”, gdy się zdejmowało spodnie i majtki, a jednocześnie powtarzało „Ale ja już nie będę!”. Powtarzało się w sumie bez sensu, bo ojciec na to odpowiadał tylko: „Nie będziesz, bo cię tego oduczę”, a potem siadał na kanapie, rozsuwał nogi, klepał się w jedno z kolan, zwykle prawe, rzucał: „Kładź się”, więc trzeba było podejść, ze spodniami i majtkami zsuniętymi tak do połowy ud, i się przewiesić przez kolano ojca — i wtedy świat stawał do góry nogami, ale to było to niefajne stawanie, widziało się wzorek na dywanie, nogawkę spodni ojca, jego czarną albo szarą skarpetkę, która się czasem nieco zsunęła i wtedy widać też było trochę jasnej skóry nogi i sporo długich, gęstych, czarnych włosów na niej; i widziało się kawałek drugiej nogi, stojącej obok, i stojak na gazety przy drzwiach, i dół przymkniętych drzwi, białych z dużą, prostokątną niezbyt przezroczystą szybą, i jeszcze jeden z własnych kapci, które się zgubiło w drodze do kolana ojca.
A potem padało pierwsze uderzenie, to w sumie najgorsze, bo nieoczekiwane, chociaż wyczekiwane przecież z wielką obawą, takie, na które się jednocześnie czekało, żeby już, żeby było z głowy, żeby się zaczęło i skończyło jak najprędzej — i na które jednocześnie czekało się, żeby go nie było. Ale było, zawsze było. I za każdym razem było tak samo niespodziewane, tak samo bolesne i tak samo kończyło świat widziany do góry nogami, bo wtedy się zamykało oczy, zaciskało je mocno, tak jak się zaciskało palce na spodniach ojca, trochę, żeby nie spaść, a trochę, żeby wytrzymać, i nie otwierało się, dopóki to trwało. Wtedy się nie patrzyło, wtedy się płakało i krzyczało, i chyba łatwiej to było robić bez widzenia czegokolwiek.
Ale teraz jeszcze patrzył — na wzór na dywanie, na nogawkę i skarpetkę ojca, na dół drzwi — bo dopiero przed chwilą przewiesił się przez kolano.
Nic się nie dało zrobić. To znaczy można było zrobić, można było powiedzieć, że się nie będzie kopało piłki tak, żeby trafić w ścianę pomiędzy dwoma oknami domu Marcina, ale pomysł był fajny, wszystkim się spodobał, a było ich trzech, i najpierw każdy kopnął za nisko, potem za wysoko, potem Marcin trafił, więc nie można było być gorszym i też się trafiło, Zbyszek nie trafił, potem Marcin znowu trafił, no nie ma tak, żeby był lepszy, i pewnie ćwiczył już wcześniej, a nie, że teraz wpadł na ten pomysł, więc się pokłócili chwilę, a potem się ustawiło dobrze piłkę, wzięło rozbieg i...
I ta głupia piłka zamiast w ścianę trafiła w okno. Lewe. Szyba tak pękła, że w kawałkach pospadała, huk był w ogóle niesamowity, tylko tata Marcina zaraz się wychylił z drugiego okna i zaczął wrzeszczeć. Potem już poszło szybko — tata Marcina wypadł wściekły na dwór, wrzasnął na Marcina, żeby ten szedł do domu i sobie porozmawiają, a potem ich obu, czekających przy kawałkach stłuczonej szyby, chwycił za ramiona i zaprowadził do domów — najpierw poszli do Zbyszka, tata Marcina nakrzyczał też na tatę Zbyszka, a potem ruszyli tylko we dwóch w drugą stronę, tyle że na ojca tata Marcina tak nie krzyczał, ale i tak był zły. I ojciec był zły. I po wyjściu taty Marcina popatrzył, powiedział groźnie: „Idź do dużego pokoju”, po chwili też tam wszedł i zaczął... no, nie krzyczeć, bo ojciec nie krzyczał, tylko bardzo głośno, surowo i ze złością mówił. Opieprzał, tak to chłopaki z podstawówki nazywali. „Stary cię opieprzył, nie?” Więc opieprzał, powiedział, że nie życzy sobie, żeby mu przez kretyńskie zachowania syna jakieś dupki przychodziły i pouczały, i żeby musiał płacić za szyby jakichś kretynów, i żeby jego syn zadawał się z bandą jakichś debilnych gówniarzy i grał w piłkę pod oknami, jakby nie było już gdzie. Tak w skrócie to brzmiało. A gdy skończył, warknął: „Ściągaj gacie, Jędrek”, usiadł na kanapie, rozstawił nogi i czekał.
A teraz on czekał – z rękami zaciśniętymi na spodniach ojca, z mięśniami mocno napiętymi, tak jak przy czekaniu na zastrzyk u lekarza, tylko u lekarza mniej bolało, było krócej i potem się dostawało lizaka. Czekał, z zaciśniętymi powiekami, spod których jakoś jednak wypływały łzy. Czekał, taki wypięty, bez majtek, ze zwisającymi nad ziemią stopami.
Pierwszy klaps zawsze zapowiadał, jak będą wyglądały następne. Ostatnim razem były dosyć lekkie – takie raczej „zapamiętaj, że nie wolno” niż „poważne lanie za karę”. Tylko że ostatnim razem to było za zabawę czapką, tą szaroniebieską czapką od munduru, z białym orłem na środku i ze śmiesznym paskiem nad czarnym daszkiem, paskiem, który się próbowało odpiąć akurat wtedy, gdy ojciec podchodził. Czapki nie wolno było ruszać, tak jak munduru, ale ta zabawa czapką o wiele mniej ojca zdenerwowała niż okno u Marcina. Może dlatego, że czapce nic się nie stało, a oknu...
Krzyknął – ten wyczekiwany i niechciany pierwszy klaps wreszcie padł. I bolał, mocno bolał, więc mogło być tylko gorzej. Drugi, trzeci... Skóra paliła, ojciec miał wielkie, silne ręce, a do tego brał taki zamach, że aż powietrze świszczało.
Nie można było nic zrobić – można było tylko tak wisieć, krzyczeć, płakać i czekać, kiedy się skończy, bo przecież w końcu się skończyć musiało. Nie można było zawołać mamy, bo mama wchodziła do pokoju dopiero wtedy, gdy było po wszystkim, gdy już się siedziało na ziemi, a ojciec wstawał z kanapy, mówił coś w rodzaju „Żebyś sobie zapamiętał...” albo „Żebyś mi się więcej nie ważył...”, przechodził przez pokój, otwierał drzwi i wychodził. Wtedy dopiero wchodziła szybko mama, przytulała, kołysała w ramionach, unosiła, podciągała majtki i spodnie, ocierała łzy, całowała w policzki, w czoło, w nos, mówiła czule „No już, już, cicho, Jędruś, cicho... No, tata ma rację, tak nie wolno robić” i prowadziła do pokoju, kładła do łóżka, okrywała kołdra, nawet jeśli był środek dnia, i dalej obejmowała, głaskała, uspokajała, aż brakowało już sił na łzy, aż się zmęczyło płakaniem, aż ból przechodził i pozostawało tylko wspomnienie tych kolejnych klapsów i strachu. Potem się zasypiało przy mamie, a gdy się budziło, świat wracał do normy, trzeba tylko było pójść do ojca, powiedzieć „Przepraszam” i robiło się normalnie. I było po wszystkim. Tylko na widok dłoni ojca, tych wielkich, silnych dłoni, którymi potrafił tak mocno uderzyć, czasem przechodził dreszcz po plecach. Ale poza tym było normalnie.
Więc teraz trzeb było tylko wytrzymać i doczekać tego momentu, gdy ojciec uderzy po raz ostatni, zepchnie lekko z kolan, mówiąc: „Nie becz, zapamiętaj sobie, nie waż się więcej...”, wstanie i otworzy drzwi. Trzeba było wytrzymać do tego momentu. Trzeba było przetrwać tylko jeszcze kilka lub kilkanaście palących skórę uderzeń, potem już będzie mama, łóżko, spokój.
I nigdy więcej się nie będzie bawił z tym durnym Marcinem.

***

Do domu powinno się wracać o wyznaczonej porze. Jak się ma spóźnić, to się powinno uprzedzać. Ale gówniarz ma się nie spóźniać, tylko wracać do domu o wyznaczonej porze.
Problem polegał na tym, że gdy się ma trzynaście lat, to się, po pierwsze, nie jest gówniarzem, po drugie, jest tyle fajnych rzeczy do zrobienia z chłopakami na dworze, że zapomina się o wyznaczonej godzinie powrotu, a po trzecie, jak się ma trzynaście lat, to serio wracanie do domu o siódmej – w lecie! – to obciach. I do siódmej się nie da wyrobić z tymi wszystkimi rzeczami do zrobienia na dworze.
Zazwyczaj jednak się pilnował i wracał na czas – a u ojca „na czas” to było naprawdę na czas, za kilka minut spóźnienia był gniew i opieprz. A co dopiero za prawie dwie godziny...
Wrócił ze dworu w świetnym humorze, zmęczony, głodny i zgrzany, rozradowany tymi dwoma golami, które wbił do bramki Szymona, i w ogóle radosny, bo był środek wakacji, świetna pogoda, genialna zabawa, a Szymona szlag trafiał przez te dwie bramki, będzie go tak trafiał do końca tygodnia pewnie. I w to wszystko, w tę letnio-wakacyjno-wygraną radość, wdarł się po otwarciu drzwi pełen wyrzutu głos mamy: „Jędrek, czy ty wiesz, która jest godzina?”, a potem kroki, takie mocne i ciężkie, sroga twarz i wściekły głos ojca: „O której miałeś wrócić do domu, gówniarzu?”.
Do domu powinno się wracać o wyznaczonej porze. Jak się ma spóźnić, to się powinno uprzedzać. Ale gówniarz ma się nie spóźniać, tylko wracać do domu o wyznaczonej porze.
A jak się nie umie po dobremu nauczyć wracać na czas, to tak dostanie w dupę, że się oduczy spóźniać. Do pokoju. Ściągać spodnie i gacie.
Odkąd stał się za duży, by dostawać lanie przez kolano, cała sprawa przebiegała inaczej. Stawał przy stole, opierał się dłońmi o jego brzeg, pochylał trochę i w tej pozycji, żenująco wypięty w stronę ojca, czekał. Nie na klapsa ręką – na to też już był za duży. Czekał na pas.
Ściąganie spodni i majtek oczywiście pozostało, na to niestety nie był za duży.
Pasem cholernie bolało, tym cieńszym bardziej niż tym grubszym, jakoś tak dziwnie. Po pierwszym uderzeniu dłonie popychały nieco stół; po drugim łzy zamazywały trochę obraz – okno wychodzące na cześć ogrodu za domem, zielone zasłony, białą firankę, paprotkę na parapecie, wyblakły wzorek na tapecie; po trzecim wyrywał się z gardła jęk; potem już tylko się czekało na koniec, żeby podciągnąć ubranie na tyłek, przeprosić ojca i uciec do swojego pokoju.
Próby powstrzymania płaczu i jęku nie wychodziły – chociaż tak chciał, tak chciał zatrzymać w sobie ten zdradliwy pisk bólu, jak już się stało tak kretyńsko z gołą dupą i obrywało pasem, to chociaż żeby nie jęczeć i nie beczeć jak gówniarz, którym się przecież nie było... Ale nie, najpóźniej przy trzecim pasie się nie wytrzymywało, bo skóra paliła, bolało jak cholera, a koniec zdawał się tak nierealnie daleki...
Wreszcie jednak nadchodził. Ostatni świst pasa w powietrzu, ostatnie zderzenie z ciałem – i ojciec mówił zimno: „Ubieraj się”. Ręce drżały przy naciąganiu materiału, nie ze strachu, już nawet nie z bólu, tylko przede wszystkim ze wstydu i złości. Potem to „przepraszam”, chociaż wolałoby się pokazać ojcu język, ale wtedy pewnie oberwałoby się pasem po twarzy – więc „przepraszam” do ojca, jakieś jeszcze ostrzeżenia ojca – i do pokoju, do swojego pokoju, z dala od tego pasa i wszystkiego. Z dala od samego siebie, pochylonego nad stołem, wypiętego, płaczącego i czekającego na kolejne uderzenie.
Mama weszła po chwili, gdy już leżał w łóżku, cały zakryty kołdrą, i wypłakiwał, wyryczał w poduszkę to wszystko z pokoju rodziców. Nie zareagował na gładzącą go przez kołdrę rękę. Miał żal do mamy – stała w przedpokoju taka zrezygnowana i milcząca, gdy ojciec się wściekał, gdy warczał „Do pokoju”, przecież wiadomo, po co; zawsze tak stała, przychodziła dopiero po wszystkim, wtedy przytulała, uspokajała, obejmowała, uciszała. Wtedy dopiero, i jego, a nigdy wcześniej, nigdy ojca. Chociaż nie, raz czy dwa kiedyś próbowała, ale ojciec wtedy ją spokojnie odsunął i powiedział: „Nie wtrącaj się w to, Jadźka, smarkacz się musi rozumu nauczyć, od tego ma ojca. Ja mu ten rozum w dupę wbiję, skoro w głowie sam go nie ma”. Więc mama się nie wtrącała, przychodziła dopiero po wszystkim, kiedy już ojciec kończył wbijanie. Przychodziła i robiła to, co w żaden sposób nie mogło pomóc – dużo dawało to głaskanie i obejmowanie, jasne.
Ale gdyby nie przyszła, poczułby się dodatkowo ukarany. To, że przychodziła, pozwalało się zemścić – na niej za ojca, skoro na ojcu nie było można; więc nie dawał ściągnąć z siebie kołdry, nie odpowiadał na czułe „No, Jędruś, już lepiej?”, nie pozwalał się za bardzo objąć, udawał w ogóle, że jej tu nie ma.
Do pewnego czasu. W końcu coś w nim pękało, a może zemsta była już dostateczna, a może potrzebował jednak tej obecności – więc dawał ściągnąć z siebie kołdrę, czasem sam ją zsuwał, dawał się objąć lub sam się przytulał do mamy, pozwalał się pocałować i kołysać w ramionach zupełnie jak dzieciak, chociaż już nim nie był.
Wybaczał jej wtedy nawet te wszystkie słowa, to „ja wiem, że już nie będziesz, że nie chciałeś, musisz słuchać taty, musisz to, musisz tamto, tata ma rację, tata wie, że nie chciałeś, tata to, tata tamto”. Wybaczał jej, bo gdyby nie wybaczył, to musiałby się odwrócić, odsunąć, schować przed jej rękami, pocałunkami, czułym głosem – a nie chciał. Po tym, co było w dużym pokoju z ojcem, potrzebował tego, co było w jego pokoju z mamą.

***

Siedział na podłodze, oparty plecami o nogi swojego łóżka, i po raz kolejny powoli się zaciągał. Marcin wylegiwał się obok w podobnej pozycji; zapalił właśnie nowego papierosa i położył zapalniczkę przy popielniczce oraz paczce Marlboro. Te trzy znajdujące się między ich nogami przedmioty wywołały na ustach Andrzeja lekki uśmiech.
Odwołana ostatnia lekcja, seks, a potem papieros. Czego chcieć więcej od życia?
– Ty, przypomniało mi się, jak rozpierdoliłeś u mnie okno – odezwał się naraz Marcin z rozbawieniem. – Pamiętasz? Jak mieliśmy sześć lat. Piłką. Pamiętasz?
– Pamiętam – mruknął Andrzej obojętnie. – Bo co?
– Nic, po prostu stary mi wtedy tak wlał, że przez cały dzień mnie dupa bolała. Nigdy mnie tak nie bolała wcześniej czy później. – Zsunął się trochę na podłogę, potem podciągnął, syknął cicho, odgarnął przydługie brązowe włosy sprzed oczu i dodał po części z rozbawieniem, po części z irytacją: – Do dzisiaj. Jak ci, kurwa, mówię, że wolniej i nie tak mocno, to może zacząłbyś wolniej i nie tak mocno, co? Bo na razie to gratuluję, pobiłeś mojego starego.
– Chyba mu się tym nie pochwalisz zaraz po przyjściu do domu? – zakpił i strzepnął popiół do popielniczki, która na brązowym dywanie wyglądała jak kwadratowa, szara plama.
– Nie no, jasne, że tak – zapewnił Marcin, przekładając papierosa z prawej ręki do lewej. – Zaraz w progu. Wszystkim mu się pochwalę. „Tata, Andrzej podpowiadał mi na chemii, ale tak beznadziejnie, że i tak dostałem pałę, a on wyleciał z klasy, a na odwołanej matmie poszliśmy do niego i wypaliliśmy całą paczkę Marlboro, którą ci rąbnąłem rano z barku, a między jedną a drugą fajką tak mnie zerżnął, że musisz mi napisać na jutro zwolnienie z WF-u, bo nie dam rady ćwiczyć, bo tego dupka tak poniosło”. – Roześmiał się, zaciągnął porządnie, przysunął do Andrzeja, dmuchnął mu dymem prosto w twarz i dorzucił: – Jesteś dupkiem.
Andrzej skrzywił się, wzruszył ramionami, spojrzał na Marcina i odpowiedział ze złośliwym uśmiechem:
– Nawet jeżeli, to dupkiem, który jutro bez problemu wysiedzi na siedmiu lekcjach i będzie grał na WF-ie.
– Spieprzaj – warknął Marcin i się ostentacyjnie odsunął. No tak, na myśl o jutrzejszym straconym meczu koszykówki, którą uwielbiał, musiał się nieźle wkurzyć.
Pogodzili się przy kolejnej porcji Marlboro. Właściwie to Marcin nie miał za wiele do powiedzenia, Andrzej po prostu przyciągnął go za rękaw koszuli do siebie, przez dłuższą chwilę mocno całował, po czym odsunął się, wyjął mu zapalniczkę z ręki i przypalił oba papierosy. Gdy wydmuchiwał ustami dym, pomyślał z rozbawieniem, jak to komicznie wygląda: z chłopakiem, z którym dziesięć lat temu wybił piką szybę w oknie, teraz uprawia seks. I pali, ale to akurat jest mniej nieprawdopodobne.
– To jest fajne, zrób głośniej – powiedział nagle Marcin; Andrzej niechętnie sięgnął za siebie, po pilota leżącego pod łóżkiem, i podał go chłopakowi, który natychmiast nastawił dźwięk niemal na maksimum, tak że lecąca z radia piosenka Niemena wwiercała się w uszy. Palili dalej; dym unosił się powoli w powietrzu, muzyka zagłuszała cały świat i wypełniała pomieszczenie, a prawa pięta Marcina wybijała rytm wraz z melodią. Było dobrze.
W chwili gdy po raz trzeci rozległo się płaczliwe „Dziwny jest ten świat” – drzwi pokoju otworzyły się i w progu stanął ojciec.
Andrzej odruchowo chwycił pilota i wyłączył radio; dopiero gdy zapadła cisza, uświadomił sobie sytuację. Całą sytuację. Przez moment zrobiło mu się niedobrze i słabo, omal nie upuścił przez to papierosa.
Pięć minut, kwadrans, pół godziny. Tak cholernie niewiele brakowało.
Gdyby ojciec wszedł tu pięć minut temu, zobaczyłby, jak się z Marcinem całują.
Gdyby ojciec wszedł tu kwadrans temu, zobaczyłby, jak sprzątają po sobie, jeszcze kompletnie nadzy, a paczkę prezerwatyw, leżącą na środku podłogi, chowają oczywiście na końcu.
Gdyby ojciec wszedł tu pół godziny temu, zobaczyłby, jak jego syn w najlepsze pieprzy się z kolegą z klasy. Nogi Marcina na biodrach Andrzeja, ręce zaciśnięte na ramionach, ręce zaciśnięte na pośladkach, ciuchy porozrzucane po pokoju, ta paczka prezerwatyw na środku...
Gdyby ojciec wszedł tu pół godziny temu, to oni dwaj czołgaliby się teraz pewnie po podłodze, zbierając z dywanu swoje zęby, fiuty i skalpy.
W takiej sytuacji świadomość, że wściekłą minę ojca wywołały papierosy w paczce, w popielniczce i w ich dłoniach, podziałała na Andrzeja wręcz kojąco. W porządku, awanturę o palenie po kryjomu przeżyje.
Swoją drogą, co za zakłamany złamas i hipokryta. Sam kopci ze dwie paczki tygodniowo, ale innym palić zabrania.
Nawet się dobrze nie zorientował, a Marcin już wyleciał z mieszkania, on sam natomiast stał w przedpokoju, z zagryzionymi ustami, z nieco pochyloną głową, i słuchał, jak ojciec się ciska. Pochylona głowa i zagryzione usta nie miały stanowić sygnału „poczuwam się do winy”, lecz były jedynym sposobem, by Andrzej opanował chęć roześmiania się ojcu w twarz. Wściekaj się o papierosy, milicyjny złamasie, gdybyś ty wiedział, co się naprawdę działo za twoimi plecami, to rzeczywiście byś kurwicy dostał...
Dopiero gdy usłyszał „Marsz do pokoju, gówniarzu, wybiję ci z głowy te pety”, poczuł znajomy lodowaty ucisk gdzieś w okolicach żołądka i stracił ochotę do śmiechu. Droga do stołu w pokoju rodziców wydała mu się dosyć nierealna. Kiedy ostatni raz dostał lanie, jakieś pół roku temu? Cholera, teraz miał ponad szesnaście lat, zdecydowanie za dużo na pranie pasem...
Najwyraźniej według ojca to nie było za dużo. Wszystko się powtarzało w najdrobniejszych szczegółach, zupełnie jak jakiś pieprzony rytuał czy obrzęd. Pokój rodziców. Zamknięte drzwi. Upokarzające rozpięcie i zsunięcie spodni. Upokarzające zsunięcie gaci, on miał, kurwa, szesnaście lat, a nie sześć, to był pierdolony cyrk z tym laniem po gołej dupie, to był pierdolony cyrk z tym pochylaniem się nad stołem i zaciskaniem palców na brzegu blatu, to był pierdolony komuch po milicyjnym praniu mózgu z tym swoim pasem, z tym swoim „Ja cię oduczę petów, szczeniaku” i z tym swoim zamachem branym jak na ścieżkę zdrowia.
Za pierwszym razem potwornie zabolało, ale zacisnął zęby, zamknął oczy i wstrzymał na moment oddech. Nie da skurwysynowi tej satysfakcji, nie jęknie. Wbił wzrok w niewielką plamę po herbacie na jasnozielonym obrusie. Musiał czymś zająć myśli, żeby – póki ból nie przypomni o wszystkim – być w stanie udawać, że to się nie dzieje. Tylko tak można było opanować ten obrzydliwy, zwierzęcy strach, który podchodził do gardła między kolejnymi uderzeniami. Więc nie, tego nie było, niczego nie było między pierwszym a drugim zderzeniem pasa z nagą skórą, niczego nie było poza tą plamą w kształcie jaja na obrusie. I poza stojącą obok kolejną szarą popielniczką. Bo ojciec, oczywiście, mógł palić, tylko jego, Andrzeja, palenia sobie nie życzył. Pieprzony, zakłamany komuch.
Drugi i trzeci raz zabolały bardziej, ale wytrzymał. Nerwowym wzrokiem szukał na stole czegoś nowego, co by pomogło wytrzymać do kolejnego uderzenia – i wtedy przyszło mu do głowy – świetna, odciągająca na chwilę uwagę i rozbawiająca myśl – jakie to szczęście, że to Marcin ląduje w łóżku na dole, a nie on. Inaczej mogłoby być jeszcze gorzej. Ojciec mógłby coś zauważyć, nie mówiąc już o tym, że ból byłby nie do zniesienia.
Chociaż za czwartym razem też już się wydawał nie do zniesienia. Ale Andrzej milczał.
Po piątym rzucił obejrzał się szybko za siebie. Mina ojca nie wróżyła dobrze. W gruncie rzeczy wydawał się bardziej rozwścieczony niż na początku. Coś wywarczał o nauczeniu rozumu, posłuszeństwie i wybiciu ze łba szczeniackiego zarozumialstwa, a potem uderzył mocniej, a potem powiedział wściekle: „Taki myślisz, że jesteś hardy?”, a potem uderzył znowu, jeszcze mocniej. A potem znów coś powiedział, niewyraźnie, ale za to z doskonale wyczuwalną wściekłością.
I wtedy Andrzej zrozumiał. To było jak olśnienie, jakby nagle dokładnie, wyraźnie, szczegółowo zobaczył coś, co dotąd znajdowało się za mgłą. Opuścił mocniej głowę, zacisnął ręce z całych sił, aż paznokcie wbijały mu się we wnętrze dłoni, i tak, pochylony, wsparty pięściami o stół, z zaciśniętymi z całych sił zębami, ustami i oczami, wytrzymał jeszcze pięć razy.
Przegrał za szóstym. Nie miał już siły, ten jęk sam mu się wydarł z gardła, ale to był jęk słaby, cichy, w gruncie rzeczy mało znaczący. Szóste uderzenie i tak było słabsze, już czwarte było słabsze, ojciec wyraźnie stracił impet i też nie miał energii. A poza tym to było nieważne, ani ten jęk, ani te kolejne trzy. Były nieważne, bo to, co ważne, już się wydarzyło.
Wprawdzie każdy ruch okupiony był paskudnym bólem – i wyprostowanie się, i podciągnięcie ubrania, i odwrócenie się twarzą do ojca – ale Andrzej zdołał nad sobą zapanować. Ojciec nie. Widać było na jego pociągłej, kanciastej, pooranej bruzdami gębie milicyjnego przygłupa, że jest wściekły, że czuje, że przegrał, choć pewnie nie ma pojęcia, jak to się stało i o co dokładnie chodzi.
Mierzyli się przez chwilę wzrokiem w niemal zupełnej ciszy, przerywanej tylko kilkoma gwałtowniejszymi wciągnięciami powietrza, których Andrzej nie mógł powstrzymać. Wreszcie, gdy miał już pewność, że głos mu się nie załamie, dopełnił formalności rytuału.
– Przepraszam, tato – powiedział, z trudem hamując ton, jakiego miał ochotę użyć; pewnie za to dostałby pierwszy raz w życiu pasem w twarz. – Więcej nie będę.
Tak, więcej nie będę, ty skurwysyński zomowcu. Więcej nie będę krzyczał i płakał pod tym twoim pasem. Nieźle cię to wkurwiło, lejesz, lejesz, ręka ci już omdlewa z wysiłku, a tu gówno, żadnego płaczu, żadnego krzyku, żadnego jęku. Końcówka się nie liczy, to już niczego ci nie dało. Żadnej satysfakcji, że nauczyłeś czegoś tego cholernego szczeniaka, żadnego poczucia siły i władzy, żadnego pokazania mi, gdzie moje miejsce. Tyle roboty na nic.
Więcej nie będę. Będziesz się musiał nieźle namachać następnym razem, żeby cokolwiek ze mnie wydobyć. Jak się tak namachasz, to w końcu padniesz trupem z tym pasem w garści, zdechniesz z wysiłku, sukinsynu.
– Idź do swojego pokoju – burknął ojciec i wsunął pas w szlufki spodni. Nie patrzył już na Andrzeja – wydawał się skupiony na własnych dłoniach i sprzączce, jakby nic się nie stało. – Nie wyłaź z niego, póki cię nie zawołam. I masz szlaban na telewizję do końca miesiąca.
Och jej, strasznie się tą telewizją przejął. Ojciec widać zakładał, że skoro sam wgapia się w ekran, ile tylko może, to każdy ma taką potrzebę. Dupek. Na książki na szczęście szlabanu nie mógł nałożyć – na czytanie, wystarczyło przecież powiedzieć, że to lektura albo udawać, że się czyta podręcznik. Na posiadanie książek niestety szlaban mógł zastosować bardzo prosty i bardzo paskudny, więc kilka najważniejszych dla siebie tytułów Andrzej przechowywał pod materacem łóżka i starał się z nimi nie afiszować. Szczególnie z podprowadzoną z biblioteki miejskiej powieścią „Nie oglądaj się w stronę Sodomy” Vidala.
Dopiero w swoim pokoju, gdy już się ostrożnie położył, uświadomił sobie, jak go cholernie boli. Wsunął poduszkę pod klatkę piersiową, odetchnął głęboko i oparł czoło na kołdrze. Nie szkodzi, było warto. Było warto doprowadzić ojca do takiej wściekłości, było warto pokazać mu, że już nie będzie się na komendę ryczeć i wyć, było warto pokazać mu w taki sposób środkowy palec. Było warto zepsuć mu zabawę.
Wcześniej Andrzejowi ani nie udawało się tak długo wytrzymać bez jęku – ani nie zdawał sobie sprawy ze znaczenia tego milczącego oporu. A może raczej nie zdawał sobie w pełni. Dopiero dziś, dopiero te kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt minut temu zrozumiał, jaka w tym była niesamowita siła.
Uśmiechnął się lekko do siebie, ułożył się nieco bardziej na boku, spojrzał na niebieskawą tapetę na ścianie przy łóżku i przez chwilę zastanawiał się nad jutrzejszym dniem. Nie tylko Marcinowi będzie ciężko wysiedzieć na lekcjach. Wymyślać jakąś wymówkę na ten nieszczęsny WF, żeby nie ganiać przez czterdzieści pięć minut po sali za piłką i nie prowokować dodatkowego bólu?
A tam, wytrzyma. Nie da ojcu zepsuć sobie dobrego meczu.
Mama wróciła do domu wieczorem. Andrzeja wybudził dzwonek do drzwi. Zerknął na zegar nad łóżkiem – dochodziła ósma. Jakiś czas później – pewnie już po rozmowie z ojcem, po wysłuchaniu całej historii oraz przetrawieniu dwóch kluczowych informacji: syn palił, syn dostał lanie – mama weszła do pokoju, zamknęła za sobą cicho drzwi i usiadła na brzegu łóżka.
Andrzej nie zareagował – ani na łagodne „Jędrek?”, ani na dłoń na ramieniu, ani palce wsuwające się czule we włosy. Dopiero na pytanie „Śpisz?”, które padło po dłuższej chwili, odpowiedział spokojnie i obojętnie:
– Nie.
Ręka znieruchomiała na moment, potem znów przesunęła się po głowie, ale jakoś niepewnie. Andrzej miał wrażenie, że to krótkie i niezainteresowane „nie” nieźle mamę zakłopotało. I dobrze.
Bo – to było niesamowite uczucie – już jej nie potrzebował.
Nie potrzebował jej pocieszania, przytulania, uspokajania i całej reszty. Nie teraz, gdy znalazł sposób na ojca, nie teraz, gdy czuł się tak silny, nie teraz, gdy zdołał zmienić rozkład sił. Teraz owszem, obrywał – ale nie przegrywał, nie tak automatycznie, i tak samo ojciec automatycznie nie wygrywał. Teraz to była wyrównana walka – bo można było nie dać ojcu tego, na co czekał. Milczenie, brak łez, brak jęków bólu, brak załamania głosu, niemalże brak reakcji – to była niesamowita siła i genialne odpłacenie staremu gnojowi.
Teraz z czegoś, co przerażało i upokarzało, robiła się swoista gra. I można ją było wygrać. I dziś właśnie ją wygrał.
Przymknął oczy. Nie chciał ryzykować, nie chciał ulec tej matczynej bliskości i tym palcom głaszczącym głowę, policzek i szyję. Nie chciał osłabić tej nienawistnej satysfakcji, która powracała za każdym razem, gdy przypominał sobie minę ojca.
Mama wyraźnie chciała jakoś nawiązać kontakt, bo zaczęła opowiadać, co u ciotki – u jej kuzynki mieszkającej w Szczecinku, którą co jakiś czas odwiedzała. Jeździła tam z reguły wiosną i latem, najchętniej w takie dni jak ten przedostatni dzień marca, ładny, ciepły i bezwietrzny.
Andrzej uśmiechnął się mimowolnie, bo przypomniał sobie, jak po zawiezieniu mamy poprzedniego dnia na dworzec wrócili z ojcem do domu; każdy poszedł do siebie, a potem w milczeniu zjedli obiad w kuchni; cała rozmowa z ojcem składała się z wymiany paru pytań i odpowiedzi: „Odrobiłeś lekcje?” – „Tak”, „Masz jutro jakiś sprawdzian?” – „Nie”, „Co było w szkole?” – „Szkoła” – „Nie bądź taki dowcipny, Jędrek” – „No nic nie było, w szkole jak w szkole, rany”, „Zapłaciłeś za treningi?” – „No, wczoraj”, „Poprawiłeś tę dwóję z fizyki?” – „Dwój się nie poprawia, pały się poprawia” – „I co, będziesz miał dwóję na świadectwie?” – „Na jakim świadectwie, Jezu. Jedna dwója ze sprawdzianu. Do końca roku jest jeszcze prawie cały semestr, mam jeszcze trójki i parę czwórek, jaka dwója na świadectwie, też wymyślasz” – „Nie pyskuj, Jędrek” – „Przepraszam”. Potem znów każdy poszedł do siebie, potem zjedli kolację, a potem Andrzej z wielką satysfakcją zepsuł ojcu przyjemność wieczornego posiedzenia przed telewizorem, bo zażądał przełączenia „Szklanej pułapki” na „Lalkę”. Ojciec, wyraźnie niezadowolony, musiał ustąpić – siła argumentu „przerabiamy to na polskim” robiła swoje.
– To mogłeś sobie to przeczytać, skoro i tak wiecznie siedzisz z nosem w książkach – odburknął tylko i wziął gazetę. Andrzej ograniczył się do krótkiego „Przeczytałem, mamy też obejrzeć ekranizację”, po czym usiadł na fotelu tak, by ojciec z kanapy nie widział, że czyta książkę. Film znał na pamięć, do tego starej, pełnometrażowej wersji „Lalki” nie lubił, więc szkoda byłoby tkwić tyle czasu bezczynnie. I nieważne, że ani nie przerabiali teraz Prusa, ani polonistka nie kazałaby oglądać ekranizacji, zwłaszcza tej, bo sama też za nią nie przepadała – ważne, że ojciec miał popsuty humor. Gdy skończył gazetę, wpatrywał się w telewizor i co jakiś czas mruczał „Co za bzdury”, aż w pewnej chwili musiał coś zauważyć, bo krzyknął ze złością:
– Miałeś oglądać, a nie sobie książkę czytać!
– Porównuję ekranizację z oryginałem – odparował Andrzej błyskawicznie i na wszelki poprawił się nieco w fotelu, by z kanapy nie dało się dostrzec okładki „Jesieni patriarchy”. Ojciec burknął pod nosem coś, co brzmiało jak „We łbach się smarkaczom przewraca”, i dalej wpatrywał się w ekran, od czasu do czasu powtarzając „Głupoty”.
Rano, rzecz jasna, obaj zaspali; normalnie zawsze pierwsza wstawała mama, budziła ojca, potem budziła Andrzeja, robiła im śniadanie, poganiała i znajdowała a to brakującą skarpetkę, a to posiany gdzieś pasek, a to jeszcze coś innego. Bez mamy zwleczenie się z łóżka było o wiele trudniejsze, ojciec kręcił się w samych spodniach i podkoszulku po domu, klnąc pod nosem na inne, mało współpracujące części garderoby, a Andrzej po dłuższym namyśle przed otwartą lodówką stwierdził, że kupi sobie jakąś drożdżówkę w szkolnym sklepiku. Dzięki temu przynajmniej się nie spóźnił na lekcje.
Dopiero gdy na pierwszej przerwie okazało się, że matematyka jest odwołana, uświadomił sobie nadarzającą się okazję.
– Mam wolną chatę – mruknął na geografii do Marcina, gdy pochylali się wspólnie nad atlasem. – Idziemy na matmie.
Chłopak spojrzał na niego, uśmiechnął się, pokiwał głową, po czym rzucił szeptem:
– A ja mam paczkę Marlboro. Podebrałem staremu.
Papierosy to wprawdzie nie seks, ale Andrzej doceniał wkład Marcina.
Rzadko mieli okazję pieprzyć się w łóżku, w mieszkaniu, bez pośpiechu; wprawdzie odkąd ojciec Marcina owdowiał, przesiadywał długo w pracy, a potem często szedł gdzieś z kolegami na piwo, ale po domu ciągle kręciła się babcia, może i przygłucha, za to z jakimś wrodzonym talentem do wchodzenia w najmniej odpowiedniej chwili, dwa razy omal przez to nie wpadli; u Andrzeja natomiast w domu była zawsze mama. Pozostawały półśrodki: szkolna łazienka po lekcjach, jakiś ustronny punkt nad Łobzem, bunkry Wału Pomorskiego... Żadne z tych miejsc nie było ani pewne, ani spokojne, ani wygodne, więc gdy czasem pojawiała się taka możliwość jak dzisiejsza, rzucali się na nią bez chwili zastanowienia.
Tym razem zachłysnęli się tą wolną chatą trochę za bardzo. Z drugiej strony, kto by się spodziewał, że ojciec tak szybko wróci? Chociaż może po prostu stracili rachubę czasu...
Mama skończyła opowiadać o ciotce, pochyliła się i pocałowała Andrzeja w policzek. Miał zamknięte oczy – nie chciał kontaktu, nie chciał jej współczucia, nie chciał tego „Nie pal, nie złość taty, nie zatruwaj sobie organizmu, przecież wiesz, że tata się o ciebie martwi”, nie chciał tego wszystkiego.
Chciał w spokoju, w ciszy i w samotności przywoływać na zmianę dwa świetne wspomnienia: tego momentu, gdy, opleciony rękami i nogami Marcina, z jego gorącym oddechem na szyi, już dochodził – oraz tej chwili, gdy zobaczył wściekłą twarz ojca, gdy uświadomił sobie własną przewagę i gdy udawało mu się przy każdym kolejnym uderzeniu zapanować nad sobą.
W obu wypadkach wygrał. To było genialne uczucie.

***

Polował na niego przez trzy tygodnie.
Trzy długie tygodnie uważnego obserwowania, słuchania, przebywania w pobliżu. Trzy długie tygodnie wyczekiwania na odpowiedni moment. Trzy długie tygodnie ciągłego odrzucania: to nie. To nie. To też nie. To za słabe, to za bardzo ogólne, to za bezsensowne.
Trzy tygodnie polowania, podchodów, zastawiania pułapek – prowokowania słowem, spojrzeniem, gestem. Prowokowania ostrożnie i nieznacznie, tak by wina za wywołanie ataku spadła na przeciwnika.
Trzy tygodnie stanu ciągłej gotowości, wyostrzonej uwagi, napiętych mięśni.
Trzy tygodnie milczącego, zimnego, niemal beznamiętnego polowania. I wreszcie bydlę wpadło w pułapkę.
Teraz, gdy siedział w gabinecie pedagogicy, mógł to wszystko jeszcze raz odtworzyć w głowie, z najdrobniejszymi szczegółami. Miał czas – w końcu kazano mu tu czekać, dopóki nie skontaktują się z rodzicami i czegoś nie postanowią. Miał też spokój – pedagogica poddała się po półgodzinnej próbie wyduszenia z niego choćby słowa. Milczał – i dlatego, że nie zamierzał o tym mówić, i dlatego, że nie lubił tej kobiety. Dała w końcu spokój i wyszła, wyraźnie wyprowadzona z równowagi. Po niej przyszedł dyrektor – osiągnął tyle samo i wyszedł w takim samym humorze.
Teraz więc Andrzej miał cały pokój dla siebie i mógł odtworzyć wszystko, od czwartku sprzed trzech tygodni aż po dzisiejszą przerwę obiadową.
W tamten czwartek podczas jednej z przerw siedział z większą grupą ze swojej klasy przed stołówką, a na ławkę obok dosiadło się parę osób z maturalnej. Zawiązała się zwykła, szkolna rozmowa; w pewnej chwili jedna z dziewczyn z maturalnej rzuciła coś o przerabianym na lekcji Iwaszkiewiczu i dodała „A on podobno był gejem, wiecie?” czy coś podobnego; to było rzucone tak zupełnie przy okazji, po prostu jako dodatkowa informacja czy chęć popisania się nietypową wiedzą, i pewnie przeszłoby najzupełniej bez echa, gdyby nie siedzący obok opowiadającej dziewczyny chłopak. Ten na wiadomość o Iwaszkiewiczu zareagował błyskawicznie.
Andrzej najpierw znieruchomiał. Z taką dawką nienawiści, obrzydzenia, wulgaryzmów, mieszania z błotem i dosyłania do obozów i do gazu chyba jeszcze w życiu się nie spotkał. Powoli uniósł głowę znad czytanej książki i spojrzał na plującego jadem chłopaka z maturalnej. Wysoki, szeroki w barach, umięśniony i trochę pryszczaty, krótko ścięty ryży blondyn aż podskakiwał na ławce podczas swojego potoku nienawiści do wszystkiego, co homo, zboczone, nienormalne, pedofilskie, pojebane i co on by posłał do gazu, żeby nie łaziło wśród normalnych ludzi.
Parę osób przytaknęło – trochę spokojniej, bez takiego zapieklenia i nienawiści, ale przytaknęło; reszta milczała. Ktoś wzruszył ramionami, ktoś wyciągnął bułkę, ktoś odpisywał zadanie na kolanie – nie było tematu. Chłopak produkował się dalej, najwyraźniej sam się nakręcał. Wreszcie napotkał wzrok Andrzeja, umilkł na moment, po czym zapytał gburowato:
– Co się tak gapisz?
– Nudzisz – odburknął Andrzej, nie odwracając spojrzenia.
– Spieprzaj – odparował tamten. Chwilę później rozległ się dzwonek, wszyscy zaczęli się zbierać, pakować zeszyty, dojadać bułki, coś chować lub wyciągać, cala sprawa przestała istnieć. Dla większości.
Andrzej odprowadził pryszczatego blondyna wzrokiem, póki ten dupek nie zniknął w tłumie innych uczniów; potem sięgnął po plecak, zarzucił go na ramię – i zauważył stojącego przy ławce obok Marcina. W spojrzeniu chłopaka było jakieś poszukiwanie wspólnoty w niechęci, urazie i pogardzie. A może i coś jeszcze.
Andrzej wzruszył ramionami i odwrócił się. Nie interesowało go ani spojrzenie, ani wrażenia Marcina. Swoimi odczuciami też się nie zamierzał dzielić. Zresztą, co go obchodziło, co mówił jakiś debilny przygłup...
Niestety, obchodziło, obchodziło koszmarnie, z czego zdał sobie sprawę – a może raczej co pozwolił sobie uświadomić – dopiero w trakcie kolejnych lekcji.
Wściekłość, niesmak i wstyd. To właśnie czuł.
Wściekłość, że jakiś pierwszy lepszy dureń może go obrażać, może pluć na niego jadem, nienawiścią i bluzgami, a on nie może nic, nic, nic – tylko siedzieć, słuchać i milczeć. Nie może nic zrobić, bo gdyby cokolwiek powiedział, zaraz by wyszło, że broni gejów, więc pewnie sam jest gejem. W najlepszym razie ciągnęłoby się to za nim przez resztę trzeciej klasy i całą czwartą; w najgorszym jednak – a w takiej dziurze jak to zadupie, niby miasto, ale w gruncie rzeczy wiocha, należało się spodziewać tego, co najgorsze – w najgorszym więc razie to by doszło do ojca, a wtedy Andrzej nie miałby życia. Ciekawe, swoją drogą, co ojciec by wtedy zrobił, z miejsca utłukł, zatłukł powoli, systematycznie, czy po prostu wypierdolił z domu na zbity pysk?
Nic zatem nie mógł zrobić – tylko siedzieć, słuchać i milczeć. I powstrzymywać chęć przyłożenia gnojowi w zęby. I udawać, że to go wcale nie dotyczy, że to wcale nie o nim, że wcale nikt go nie obraża, nie wyzywa, nie miesza z błotem...
Niesmak, niesmak do tego debila z maturalnej – kretyn mówi o czymś, o czym nie ma pojęcia, w swojej domniemanej lepszości pluje jadem na coś, co uważa za gorsze – gorsze dlatego, że inne niż on. I niesmak do samego siebie – za to milczenie, za to opanowywanie wściekłości, za to wbijanie wzroku w książkę, próby niesłuchania i zaciskanie zębów.
Wstyd – bo się przestraszył. Nie, nie tego palanta – przestraszył się tej perspektywy, zagrożenia, konieczności przyznania się do własnej orientacji. Przestraszył się cudzej reakcji, i to był tak paskudny, parszywy, upokarzający strach, że Andrzej poczuł, jak mu płonie cała twarz. Wstyd z powodu tego strachu, wstyd z powodu poddania się temu ubliżaniu, wstyd wreszcie z powodu usłuchania myśli, w ogóle pojawienia się myśli „siedź cicho nie wychylaj się nie zwracaj uwagi co mnie to obchodzi niech sobie gada co mi jego gadanie robi po co mi kłopoty nie potrzebuje nie obchodzi mnie nie dotyczy mnie nie o mnie nie mnie nie”...
Żałosny, tchórzliwy, chowający się, przestraszony, zastraszony, wystraszony dupek. Oto, czym był na tej przerwie. Oto, czym był w ogóle.
Obrzydzenie. Obrzydzenie do samego siebie było chyba najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek poczuł. Gdy na kolejnej przerwie mył ręce w szkolnej toalecie, nie spoglądał w lustro – nie miał ochoty widzieć siebie, nie miał siły patrzeć na własną twarz, nie miał odwagi spojrzeć sobie w oczy.
Fajne życie mu się zapowiada, skoro tak reaguje, tak tchórzy, tak się daje wystraszyć.
Nienawiść, jeszcze. Pomijając ojca, do nikogo nie czuł dotąd takiej nienawiści – nienawiści za upokorzenie, które mu zafundowano i do którego sam jeszcze przyłożył rękę, nienawiści za tamtą nienawiść, nienawiści za własną bezsilność.
O właśnie, i bezsilność. Bo poczuł się wtedy, na tej ławce, wśród koleżanek i kolegów z klasy – zupełnie bezradny. Bo co on mógł zrobić, sam, z czymś, do czego lepiej się było publicznie nie przyznawać, z czymś, co mogło mu przynieść same kłopoty, z czymś, co przy milczącej zgodzie pryszczaty gnój w najlepsze mieszał z błotem? Bo co by mu zostało po zareagowaniu tak, jak miał ochotę? Całkowite obnażenie się i wystawienie na ciosy.
Sytuacja była beznadziejna.
Na przerwie obiadowej palił papierosa w takim miejscu między bokiem budynku szkolnego a wielkim drzewem, w którym trudno byłoby go zauważyć. Wprawdzie wicedyrektor miał niezłą wprawę w nakrywaniu palaczy, ale Andrzejowi jakoś się dotąd udało nie wpaść. Gdy zgniatał niedopałek, zauważył nadchodzącego Marcina.
Od drugiego semestru nie siedzieli już razem, tak jak nie byli już razem. Marcin się przesiadł – wielce obrażony i urażony, przeniósł się do przodu środkowego rzędu. Andrzejowi było to nawet na rękę – miał cała ławkę dla siebie, miał święty spokój i nie musiał znosić tych spojrzeń z serii „Ale czemu mnie rzuciłeś?”.
Marcin stanął przy pieńkach, na których kiedyś wspólnie przesiadywali, paląc fajki.
– Hej – powiedział cicho. – Nie przejmuj się tym... no, tamtym.
Andrzej spojrzał na niego niechętnie i wstał. Nie potrzebował ani pocieszyciela, ani rozgrzeszyciela, ani świadka. Szczególnie nie świadka.
– Spadaj – mruknął, przerzucił plecak przez ramię i ruszył w kierunku szkoły. Sam sobie musiał z tą sytuacją poradzić.
W połowie drogi zawrócił; minął idącego w lekkim oddaleniu Marcina, zignorował jego zbaraniałą minę i poszedł dalej. Nie wytrzymałby reszty dnia w szkole. Musiał to na spokojnie przemyśleć, musiał jakoś wyrzucić z siebie tę złość, musiał coś zrobić. Cokolwiek, byleby nie siedzieć bezczynnie.
Bunkry Wału Pomorskiego nadal były dobrym miejscem na chowanie się i przebywanie w samotności. Przesiedział tam kilka godzin, paląc, klnąc, rzucając czasem jakimś kamieniem w ścianę któregoś bunkru i wpatrując się zawzięcie w rysy na murach.
To mu dobrze zrobiło. Uspokoił się, zdecydowanie; uspokoił się, co nie znaczy, że przestał być wściekły. Nie, nie przestał – był nawet jeszcze bardziej rozwścieczony, ale za to zdołał sobie parę rzeczy uporządkować.
Po pierwsze więc – nie chciał się bać. Nie chciał się bać tego, co ktoś powie, jak ktoś zareaguje, jak się ktoś będzie brzydził. Nie chciał się bać i nie zamierzał się bać.
Po drugie – nie zamierzał milczeć. No, jeszcze tutaj, póki tkwi w tej dziurze, póki ma ojca nad głową, póki kisi się w kretyńskim środowisku licealnym, póty jeszcze będzie milczał, by mieć święty spokój – ale później już nie. Wyrwać się, wyrwać się stąd, wyrwać się z tego domu, z tej wiochy, z tego prowincjonalnego klimatu. I wyrwać się z tego ciągłego liczenia się z innymi, z tym „on mnie zna, on zna mojego ojca, on zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna mojego ojca, on powie temu, a ten tamtemu, a tamten ojcu...”. Szlag może trafić.
Po trzecie więc – wyrwać się stąd, o czym zresztą już od dłuższego czasu marzył.
Po czwarte – przetrwać ostatni rok w szkole. Przetrwać, więc jednak milczeć – ale już świadomie, z podjętą samodzielnie decyzją, że do matury trzyma język za zębami, by nie narobić sobie problemów. Później – później będzie z dala, sam, wolny. Nie można narazić tej perspektywy w żaden sposób.
Po piąte natomiast – o nie, nie zamierzał nic nie robić, nie zamierzał machnąć ręką i puścić tego debilowi płazem. Jedynym sposobem, by pozbyć się niesmaku, wstydu i wściekłości, było zmuszenie debila do poniesienia konsekwencji.
Zamierzał porządnie, od serca i z całej siły obić mu mordę. Tak właśnie, jak robią to pedały.
Uśmiechnął się z mściwą satysfakcją. Pogięte, spedalone cioty, tak to jakoś szło, tak? No to teraz zobaczysz, jak taka pogięta, spedalona ciota wybija ci ząb za zębem z pyska.
Polowanie zaczął już od następnego dnia. Na przerwach kręcił się wokół czwartej „a”, z kimś rozmawiał, kogoś słuchał – w rzeczywistości jednak wzrok i słuch miał skierowane tylko na jedną osobę. Na przerwach obiadowych palił razem z maturzystami, cały czas gotów do przypuszczenia ataku – a raczej do zastawienia pułapki.
O tak, bo to miało wyglądać na atak ze strony tego idioty – nie tylko dlatego, by w żaden sposób nie mogło się skojarzyć z sytuacją przed stołówką. Był i inny powód: Andrzej doskonale wiedział, że będzie zmuszony ponieść konsekwencje swojej decyzji. Musiał więc odpowiednio przygotować teren, tak by i w szkole, i w domu wyglądało na to, że albo wcale nie ponosi winy – albo ponosi jej jak najmniej.
Rozważał zatem każde słowo, każdy gest, każde spojrzenie debila pod kątem przydatności do usprawiedliwienia tego, co zrobi. Próbował kilkakrotnie sprowokować coś – słowem, gestem, spojrzeniem. I ciągle nic, ciągle za słabo, ciągle za mało...
To było naprawdę trudne, męczące, chwilami frustrujące – ta ciągła niedostateczność przyczyny. Niedoprzyczynowość. Jednak, paradoksalnie, chwilami czuł się całkiem przyjemnie, pobudzony, wręcz podniecony tym polowaniem – obserwacją, nasłuchiwaniem, analizowaniem, podchodami, przygotowywaniem terenu. Było w tym coś... wciągającego.
Wreszcie nadarzyła się ta wyczekiwana okazja. Przyczyna sama rzuciła się Andrzejowi do stóp. Był gotów, każdego dnia był całkowicie i doskonale gotów – i w pełni ją wykorzystał.
Ale jaka komiczna, wręcz groteskowa była to przyczyna...
Na przerwie po drugiej lekcji przyłączył się do niedużej grupki trzecio- i czwartoklasistów, z którą ostatnio regularnie palił na dworze i przebywał w szkole. Stali na końcu korytarza pierwszego piętra, przy oknie, w pobliżu schodów. Andrzej usiadł na parapecie i w milczeniu przyglądał się swojemu celowi. Cel produkował się najpierw na temat jakiegoś filmu, potem na temat pracy w policji, po czym przeskoczył na milicję za komuny i nim Andrzej zdążył pomyśleć, że tematu można by się przyczepić, cel przyczepił się sam.
– Ty, twój stary chyba był w milicji, nie?
Cel się po prostu przyniósł na tacy, z pieczonym jabłkiem w pysku.
Od słowa do słowa – każdego przemyślanego, precyzyjnie dobranego, odpowiednio wypowiedzianego – Andrzej zbudował pułapkę. Coś genialnego, niesamowitego, wspaniałego, jak za pomocą słów można tworzyć rzeczywistość. Bo to właśnie zrobił: stworzył pewną rzeczywistość. Stworzył sytuację, w której to on był napadany, a jego napaść była zwykłą obroną. I gdy kilka minut później chwytał tego debila za koszulę i przyciskał do ściany, a dwóch chłopaków rzucało się, by ich rozdzielić, Andrzej czuł, że większość grupy jest po jego stronie. Wprawdzie oni jako oni nic go nie obchodzili, ale przydawali się jako świadkowie, potwierdzający, że on tylko odpowiedział na atak.
Ale co to za komiczna, niewiarygodna, groteskowa wręcz historia: ojciec, którego szczerze nie znosił, posłużył jako pretekst. Można się uśmiać: Andrzej rzucał się debilowi do gardła niby to z powodu wściekłości za te wszystkie rzeczy, które debil wygadywał o jego ojcu. Rzeczy skądinąd całkiem prawdziwe i sensowne, rzeczy, z którymi w innej sytuacji pewnie by się zgodził albo i sam powiedział, a w każdym razie pomyślał. Ale nie, w ten wtorek przed południem ciskał debila o ścianę, bo stawał w obronie swojego ojca.
No tak, bo kto mógł wiedzieć, co on naprawdę myśli o tym starym komuchu? Nikt. To nie była niczyja sprawa, jedynie jego własna; i dzięki temu, dzięki zachowywaniu zawsze wszystkiego dla siebie, miał teraz możliwość swobodnego operowania faktami, tworzenia ich, ukrywania, wydzielania. Kto mu udowodni, że nie uniósł się słusznym gniewem, że nie zareagował jak normalny chłopak, któremu mieszają ojca z błotem?
Absolutnie nikt.
Przytrzymywany przez jednego z kolegów, Andrzej warknął debilowi w twarz: „Na długiej przerwie za boiskiem, jeśli masz jaja”. Tamten, też blokowany przez rówieśnika, odburknął tylko pewnym siebie głosem: „Masz przejebane”.
On nie chwycił haczyka. On się na ten haczyk samodzielnie nabił całym gardłem.
Na wyznaczonym miejscu podczas przerwy obiadowej zebrało się kilku chłopaków, głównie z maturalnej, wyraźnie zachwyconych perspektywą mordobicia. Na zachęty w stylu „Weź gówniarzowi przypierdol” naiwny idiota, już po uszy tkwiący w pułapce, pogrążył się całkowicie. „Ja go jednym palcem rozjebię”, oświadczył zarozumiale i zmierzył przeciwnika pogardliwym spojrzeniem.
Andrzej nie potrafił opanować złośliwego uśmiechu. Owszem, był niższy, szczuplejszy i lżejszy niż tamten – nie miał więc przewagi w samej masie ciała. Miał za to za sobą trzy lata judo i rok kick-boxingu. Miał też w sobie potężną dawkę wściekłości, narastającej od trzech tygodni i szukającej odpowiedniego ujścia. Wreszcie – nie tracił panowania nad nerwami. Tamten był zły, zdenerwowany, nakręcony; Andrzej działał z zimną, przemyślaną precyzją. I był przygotowany – w końcu nie bez powodu na kilku ostatnich treningach poprosił trenera o powtórzenie lub dopracowanie paru chwytów i ciosów, które, jak uznał, mogą mu się szczególnie przydać.
Doskonale wiedział, co i jak robi. No, do pewnego momentu; gdy już przygniótł tamtego do ziemi, gdy go zablokował – przy zachwyconych i wkurzonych krzykach obserwatorów – i gdy miał go już całkowicie w swoich rękach – stracił nad sobą panowanie. Ciosy, które dotąd wymierzał z uwagą i namysłem, teraz stały się pełne furii, chwilami chaotyczne, coraz brutalniejsze – i coraz bardziej satysfakcjonujące.
Za pedały, cioty, pojebane pedzie. Za spedalone lachociągi. Za nienormalność, chorobę psychiczną, zboczenie, które się mu wmawiało. Za upokorzenie, za to upokarzające milczenie i powstrzymywanie się przed powiedzeniem tego, co się chciało powiedzieć. Za konieczność zduszenia w sobie tamtej wściekłości. Za konieczność szukania powodu zastępczego do dania w mordę. Za konieczność udawana, że to, co go tak mocno dotyczy, wcale go nie dotyczy. Za strach, za upadlający, obrzydliwy, uderzający krwią do głowy strach, na którego wspomnienie twarz płonęła nawet po trzech tygodniach.
Za wszystko. Za wszystko razem i za każde z osobna.
W którymś momencie już nawet nie widział tego debila – czuł go jedynie i słyszał, czuł jego mięśnie, skórę, kości pod pięściami, coś lepkiego na dłoniach, czuł jego na darmo próbujące się uwolnić ciało, słyszał jęki, jakiś zgrzyt, jakieś plaśnięcie, jakąś uwagę za sobą; tylko nie widział, bo choć miał otwarte oczy i teoretycznie patrzył na tego śmiecia, nie widział go, niczego nie widział, obraz mu się jakoś zatarł, może go zamroczyło z wysiłku, może z tej dzikiej satysfakcji, może tak bardzo go poniosło?
Może to i dobrze, że w pewnej chwili paru z obserwujących dotąd bójkę chłopaków chwyciło go za ramiona i odciągnęło trochę, kończąc tym samym całe starcie. Dopiero po wzięciu kilku głębszych oddechów Andrzej poczuł się tak, jakby otrzeźwiał, i znów wszystko widział normalnie. Może to i dobrze, że mu przerwali, bo sam już nie potrafił nad sobą zapanować. Może to i dobrze, że interweniowali, bo tamten debil leżał z zakrwawioną, obitą gębą i skopanym dupskiem. Wreszcie dostał to, co Andrzej chciał mu sprezentować od trzech długich tygodni.
Potem, oczywiście, wybuchła awantura – koledzy dupka, nauczyciele, wychowawczyni maturalnej, dyrektor, wicedyrektor, pedagog, tumult, hałas, pytania, krzyki, wszystko naraz, męczące, nużące, irytujące, bezsensowne, bez znaczenia, bez sensu. Trzeba to było przetrzymać – spodziewał się takiej reakcji, takiego łańcucha reakcji, wiedział przecież, że cała sprawa wywoła takie poruszenie. Bójka, a raczej ostre mordobicie, to raz; dwa – on jako jedna z bijących się stron, i to strona zwycięska – może gdyby przegrał, może gdyby to on leżał na ziemi z obitą gębą, ze złamanym nosem, z dwoma wybitymi zębami, z rozciętą wargą, z rozwalonym łukiem brwiowym, z wykręconym lewym nadgarstkiem, z posiniaczonym cielskiem – może, a nawet na pewno wtedy awantura byłaby mniejsza, bo zostałby zachowany porządek: dobry, niesprawiający kłopotów uczeń oberwał od tego bardziej problematycznego. Zresztą mniejsza z tym – poważniejsza rzecz dotyczyła czegoś innego: syn komendanta policji. W tych trzech słowach zawierało się wszystko, co mogło zelektryzować dyrekcję.
Wprawdzie prawdziwy respekt i strach ojciec budził za komuny, jako milicjant; jednak nadal, mimo zmiany ustroju, zmiany nastrojów i zmiany układu sił w mieście – mieście, dobre sobie, mieścinie, dziurze, zadupiu – mimo to nadal sporo ludzi, zwłaszcza rówieśników ojca, mocno się z nim liczyło. Dyrektor szkoły na przykład. Dobrali się, jeden partyjny dupek z drugim partyjnym dupkiem.
I co teraz ten biedny dyrektor miał zrobić, gdy syn pana komendanta sprał innego ucznia?
Andrzej uśmiechnął się krzywo. Gdy tylko ruszyła szkolna machina reakcji, wyłączył się – wyłączył się na głosy, na spojrzenia, na dotyk, na pytania, na krzyki, na trzaśnięcia drzwiami, wyłączył się na wszystko. Najpierw wylądował w sekretariacie, potem w gabinecie dyrektora, wreszcie w gabinecie pedagoga; dyrektor, wicedyrektor, wychowawczyni czwartej „a”, pedagogica – krzyczeli, prosili, grozili, wchodzili, wychodzili, machali rękami, uderzali pięściami w stół, biegali, ciskali się, zdawali się jakby nakręceni, zupełnie jak zabawki; komedia, kiepska, nudna i męcząca komedia, którą trzeba było wytrzymać do końca.
Był w stanie wytrzymać. Zdołał się naprawdę dobrze wyłączyć – słowa niemal do niego nie docierały, obrazy przesuwały się bez wywoływania wrażenia, trochę śmieszne, bo ruchliwe a nieme; ignorował bodźce zewnętrzne, skupiony na dwóch kwestiach: przeżywaniu satysfakcji z tego, co zrobił – oraz przygotowywaniu się psychicznie na spotkanie z ojcem.
Przez okno wpadały do pokoju promienie słońca; wtorkowe popołudnie było ciepłe, końcówka maja w ogóle okazała się bardzo ładna i słoneczna, wbrew wcześniejszym prognozom pogody. Siedzenie w małym pokoju, którego regały na dwóch ścianach zostały zapchane większymi i mniejszymi segregatorami oraz teczkami, a na trzeciej ścianie wisiała kiepska reprodukcja „Krzyku” Muncha – siedzenie tu z reguły nie należało do przyjemności. Jednak w tej chwili, gdy potrzebował samotności, spokoju i ciszy, by ochłonąć po bójce, odetchnąć po szkolnej awanturze i zebrać siły na kolejne, domowe starcie – w tej chwili pokój pedagogicy był miejscem idealnym.
Andrzej oparł głowę o ścianę za krzesłem, przymknął oczy i odetchnął głęboko. Poczuł się zmęczony; napięcie, w którym żył przez ostatnie trzy tygodnie, napięcie z tego dnia, wszystkie siły włożone w bójkę – powoli zaczęły opadać. W gruncie rzeczy najchętniej by się teraz położył i zdrzemnął.
Drzwi otworzył się z lekkim skrzypnięciem. Z niechęcią otworzył oczy i wyprostował się. Znowu ktoś mu chce prawić kazania? A miał nadzieję, że zostawią go na trochę w spokoju...
Do pokoju weszła jego wychowawczyni; przysunęła drugie krzesło i usiadła obok. Przez dłuższą chwilę milczeli. W końcu zapytała spokojnie:
– Andrzej, co się stało?
Nie odpowiedział. Ciekawe, czy przyszła wbrew dyrektorowi, czy została wysłana w wyniku poczucia bezsilności „góry”. Znał dobrze – cała szkoła znała – sposób, w jaki dyrekcja traktowała młodych nauczycieli, szczególnie dyrektor, szczególnie młode nauczycielki. Protekcjonalne podejście, pokpiwanie z kompetencji, niekiedy jakieś głupkowate żarty, na które nie można się było odciąć. Nic dziwnego, że przy takim nastawieniu, plus przy krytycznym odbiorze metod wychowawczych najmłodszej i najnowszej pracownicy, dyrektor pewnie odsuwał na bok wychowawczynię trzeciej „b” – dopóki mógł. Teraz najwyraźniej machnął już ręką.
– Co się stało? – powtórzyła. Spojrzał na nią, odwrócił wzrok, wzruszył ramionami i mruknął:
– Nic.
– Tak dla rozruszania kości przed pracą klasową z polskiego postanowiłeś obić komuś mordę, żeby ci się potem lepiej pisało o Dostojewskim?
Mimowolnie się uśmiechnął. Lubił ją za wiele rzeczy – za ciekawie prowadzone lekcje, za pożyczane książki, za fajne rozmowy na przerwach, za brak tego podejścia „ja jestem ważnym profesorem, a ty nic nieznaczącym uczniem, zamknij gębę i rób, co ci mówię”, z jakim spotykał się u części nauczycieli i jakiego nie cierpiał, za młodość, dzięki której łatwiej było się w wielu sprawach dogadać; za poczucie humoru, za nieprawienie kazań, za umiejętność słuchania też.
– Nie – mruknął. Gdy poczuł dłoń na ramieniu, znów spojrzał na sympatyczną, owalną, piegowatą twarz nauczycielki. Polonistka miała jasnoniebieskie oczy i ładne, pełne usta; gdy się uśmiechała, w lewym policzku robił jej się dołeczek, a gdy marszczyła cienkie, jasne brwi, u nasady zadartego nosa pojawiała się mała fałdka. Była dość wysoka, nieco pulchna, z długim blond włosami o rudawym odcieniu; na szkolnym korytarzu, wmieszana w tłum uczniów, sama wyglądała jak licealistka.
– Powiedz mi, co się stało – poprosiła spokojnie. – O co poszło? To musiało być coś naprawdę poważnego, przecież ty nie jesteś agresywny.
Myliła się. Nie miała pojęcia, jak wiele miał w sobie agresji, w jak wielu momentach musiał nad nią panować, jak wiele sytuacji ją wywoływało. Głupie bzdury o homoseksualizmie, nudna i ograniczająca szkoła, ojciec z pasem w pokoju, atmosfera zadupia, uczucie uwiązania i stagnacji, różni kretyni w szkole, głupkowaci i antypatyczni nauczyciele, zbolała gęba Marcina, frustrujące uczucie, że poza Marcinem nie ma się żadnych perspektyw na seks, bo cholera wie, jak się zorientować, który chłopak jest, a który nie jest, upokarzające proszenie ojca o pieniądze, tandeta i kicz dookoła, wszystko, wszystko potrafiło tak niesamowicie działać na nerwy... czasami sam się zdumiewał, skąd w nim tyle agresywnego pobudzenia, skąd to nerwowe napięcie. W takich momentach był na treningach wyjątkowo skoncentrowany i skuteczny, wyładowywał to wszystko, co się w nim gromadziło, wyładowywał tak intensywnie, że trener chwilami krzyczał ostrzegawczo: „Weredecki, cholero jedna, sprzęt uszkodzisz!” albo „Andrzej, głupku, masz się z nim bić, a nie go zabić, jeszcze raz mu tak zrobisz, a ja tam zaraz wejdę i zrobię ci tak samo!”. I po takim treningu dłonie, ręce, wszystkie mięśnie niesamowicie bolały, tak odprężająco i uspokajająco – zupełnie jak dziś, po tej bójce z debilem z maturalnej.
– O co wam poszło z Adamem?
Więc debil z maturalnej miał na imię Adam. No, może to i najwyższy czas, by poznać imię kretyna, któremu się złamało nos.
– Powiedz mi, chcę zrozumieć, co się stało. Inaczej nie będę miała jak cię bronić przed dyrektorem. Nie musisz mi mówić wszystkiego, jeśli nie chcesz, ale chociaż najogólniej, żebym miała jakiś punkt zaczepienia.
Właściwie to był chyba najwyższy czas, żeby wykorzystał przygotowane, specjalnie wręcz stworzone alibi, tym bardziej że, jak się wydawało, dotąd nikt z obecnych przy porannym starciu i przy bójce o tym nie wspomniał. Ale Andrzej naraz poczuł się potwornie zmęczony, znużony i znudzony całą historią; już mu się nie chciało, nie chciało mu się opowiadać, tłumaczyć, zabezpieczać. Miał to wszystko gdzieś; chciał zostać sam, móc milczeć, jeszcze raz zamknąć oczy i mieć trochę spokoju.
– Naprawdę możesz mi powiedzieć.
Polonistka miała też miły, dość niski głos. Zawahał się. Możliwe, że rzeczywiście – że mógłby jej powiedzieć, może nawet miał ochotę jej powiedzieć? Podejrzewał, że zrozumiałaby – i że to byłaby niezła ulga, może nawet i przyjemność, powiedzieć komuś takiemu jak ona zwyczajnie, bez obaw „Jestem gejem” i uzyskać w odpowiedzi proste „Aha, rozumiem, to się nie dziwię, że mu przywaliłeś”, zresztą to ostatnie wcale nie było konieczne, wystarczyłoby to „Aha, rozumiem”, wypowiedziane normalnym, akceptującym, nieodbierającym godności głosem.
Jednak zrezygnował. Nie, nie potrzebował tego zwierzania się; to, co się wydarzyło, to, jak rozwiązał problem, było jego, tylko jego, nie potrzebował i nie chciał się tym z nikim dzielić; nie potrzebował też niczyjej akceptacji, niczyjego przyznawania mu godności, prawa, czegokolwiek. Nie potrzebował, sam sobie obronił swoją godność, swoje prawo, wszystko inne. Był z tym sam, owszem – ale sam jako samowystarczalny, nie jako osamotniony. Miał dość siły – i fizycznej, i psychicznej – by sobie samemu poradzić. I – gdy się nad tym zastanowił – nie chciał w tym innych osób, nie chciał, nie potrzebował, nie szukał.
– Nic się nie stało – mruknął obojętnie, patrząc na wiszącego obok drzwi Muncha. Nie znosił tego obrazu. Jakim trzeba być pedagogiem, żeby sobie coś takiego na ścianie powiesić...
Podejrzewał, że sprawił jej przykrość tą odmową kontaktu; zresztą po pożegnalnym „Skoro nie chcesz nic mówić...” wychowawczyni jemu samemu zrobiło się trochę przykro, ale szybko się z tego wrażenia otrząsnął. Tak było lepiej – naprawdę nie potrzebował cudzego udziału i współczucia; pozostał sam w tym pokoju, sam z tą historią, sam ze sobą. Tak było dobrze.
Najwyraźniej jednak postanowili nie dać mu spokoju, bo niebawem drzwi znowu się powoli otworzyły. Andrzeja zamurowało – spodziewał się różnych osób, ale na pewno nie tego, że pojawi się tu Marcin.
Marcin mruknął „Hej”, zamknął za sobą drzwi, spytał: „Jak z tobą?”, chyba się trochę speszył brakiem odpowiedzi i obojętnym wzruszeniem ramion zapytanego, pokręcił się chwilę po pokoju, aż wreszcie usiadł na krześle, które wcześniej zajmowała wychowawczyni. Andrzej nie odwrócił się w jego kierunku; przymknął oczy i milczał.
– W całej budzie aż huczy – powiedział Marcin po chwili. – A w każdym razie w całej klasie. Słuchaj... – Wahał się przez moment, po czym podjął: – Powiedz tak serio... To przez to wtedy przed stołówką, prawda? Pamiętam, jaką miałeś wtedy minę. Znaczy ktoś mi coś mówił, i to nawet parę osób, że Adam pojechał po twoim ojcu i dlatego mu wpierdoliłeś, ale jakoś mi w to trudno uwierzyć. No wiesz – w jego głosie pojawiło się coś dziwnego, jakby czułego – trochę cię jednak znam i widziałem, że ty za swoim starym specjalnie nie przepadasz.
Andrzej otworzył oczy, obrócił nieco głowę i spojrzał na Marcina ponuro, z niechęcią. Jednym z powodów – nie jedynym, lecz mającym swoje znaczenie – dla których rzucił go pod koniec pierwszego semestru trzeciej klasy, było właśnie to wrażenie, że Marcin trochę za dużo widział, trochę za dużo się domyślał i trochę za dużo wiedział na jego temat. Taka myśl wywoływała niezły dyskomfort i po zerwaniu Andrzej uznał, że to niesamowita ulga, pozbyć się kogoś, kim już się znudził, kto mu już działał na nerwy i kto już trochę za dobrze się orientował w jego różnych sprawach.
Marcin uśmiechnął się nerwowo. Nadal miał w sobie coś pociągającego – w dużych ustach, opadających na ciemnoniebieskie oczy brązowych kosmykach włosów, pochylonych lekko plecach, splecionych dłoniach, linii ciała rysującej się od krzyża do bioder, w tym wszystkim nadal dawało się odnaleźć coś pociągającego i budzącego, nawet teraz, pewien smak, przyjemne wspomnienie. Andrzej jednak nigdy nie żałował zerwania; za dużo zrobiło się tego Marcina w jego życiu, w jakimś momencie ta obecność zaczęła ciążyć, nużyć i drażnić, Marcin irytował, męczył i ograniczał. Szkoda było czasu, który musiało się dla niego znaleźć, szkoda było energii, szkoda było przestrzeni. Od połowy drugiej klasy Andrzej miał coraz wyraźniejszą wizję tego, co chce robić po liceum, jak chce do tego dojść – i Marcin zaczął po prostu zawadzać. Nagle się okazało, że bardziej się opłaca masturbować wieczorem pod prysznicem, niż wyszukiwać pół dnia okazji na pieprzenie się z Marcinem czy u niego w domu, czy gdzie indziej, niż znosić jego wyczekujące spojrzenie, niż wysłuchiwać po seksie kolejny raz „Weź mi coś powiedz”, pytać ze znudzeniem „Niby co?” i słyszeć w odpowiedzi obrażone „Nic, kurwa”, niż sprawdzać, czy się dokładnie po sobie posprzątało, niż pilnować cały czas, czy nikt ich nie nakryje. Seks to miała być przyjemność, a nie skrzyżowanie zabawy w chowanego z testem cierpliwości. Poza tym Marcin w którymś momencie przestał Andrzeja podniecać, w każdym razie nie działał już tak, jak na początku; i bardziej pociągający byli inni chłopacy ze szkoły, szczególnie z młodszych klas, szczególnie taki blondynkowaty pierwszoklasista z bio-chemu, tylko Andrzej za cholerę nie miał pomysłu, jak się zorientować, czy są jakiekolwiek szanse, bez narobienia sobie kłopotu. Nie w szkole, nie na tym zadupiu, nie z ojcem pod nosem. Nie było warto ryzykować. I w sumie co za różnica, czy wyobrażał sobie, że pieprzył tego z pierwszej, pieprząc Marcina, czy będąc sam pod prysznicem? Znaczy, owszem, była różnica, ale w gruncie rzeczy niewiele się traciło, rezygnując z Marcina. Wręcz odwrotnie – nie czuło się tak żałośnie i głupio. Jak się stąd wyniesie, myślał Andrzej zawzięcie, i będzie z dala od tego wszystkiego, to jak będzie miał ochotę na jakiegoś chłopaka, po prostu sprawdzi, czy się da, przeleci go i już, właśnie tego, na którego będzie miał ochotę, bez szukania jakichś żałosnych substytutów. Marcin od pewnego czasu stał się substytutem – substytutem tego blond pierwszaka, substytutem kilku innych z pierwszej i drugiej, substytutem jednego z trzeciej. I to też męczyło, nużyło i drażniło.
– To przez to przed stołówką, nie? – naciskał Marcin.
– Nie twoja sprawa – odburknął Andrzej, skrzyżował ręce na piersi i wbił wzrok w drzwi, zdecydowany ignorować towarzystwo tak długo, aż towarzystwo się nie wyniesie z pokoju.
– Tak szczerze, to cię podziwiam – odezwał się Marcin po chwili. – Ja bym się nie odważył tak zaryzykować. Nie mówię o przyjebaniu mu, tylko o tym wszystkim, co potem, znaczy teraz będziesz musiał przerobić.
Andrzej milczał. Nie potrzebował jego podziwu ani niczego. Naprawdę chciał posiedzieć w ciszy, spokoju i samotności, zanim szkolna machina ruszy dalej. Najpierw dyrekcja, potem pedagog, potem wychowawczyni, teraz ten się przypętał...
Marcin wreszcie wstał; nie wyszedł jednak, tylko pochylił się nad Andrzejem, przesunął palcami po jego policzku, a gdy Andrzej, zaskoczony, uniósł głowę – Marcin go pocałował, krótko, delikatnie, podejrzanie czule.
– Trzymaj się – powiedział cicho, uśmiechnął się jeszcze bardziej nerwowo niż poprzednio, odsunął się, odwrócił – i, nie oglądając się, bez słowa, zniknął za drzwiami.
Trudno powiedzieć, czy bardziej komiczna, bardziej irytująca czy bardziej nużąca okazała się ta nagła, wyraźna pewność, że Marcin wciąż jest w nim zakochany. Chyba wszystko mniej więcej na równi – więc Andrzej uśmiechnął się kpiąco, wzruszył ramionami, stłumił ziewnięcie, po czym przesunął wolne krzesło, położył na nim nogi i ponownie przymknął oczy. Może teraz będzie trochę spokojniej.
Rzeczywiście, przez dłuższy czas miał spokój; chyba nawet przysnął, bo gdy znów otworzył oczy i spojrzał w bok, za oknem zrobiło się już szarawo. Patrzył obojętnie na widoczną zza szyby gałąź, gdy do pokoju wszedł ojciec.
Ojciec był ponury, wyraźnie wściekły i z trudem nad sobą panował, dało się to dostrzec po jego zaciśniętych szczękach. Spojrzał na Andrzeja wzrokiem zapowiadającym poważne kłopoty, warknął: „Ubieraj się i do samochodu”, po czym wyszedł. Andrzej szybko chwycił leżące na podłodze kurtkę i plecak; nie zamierzał prowokować starcia z ojcem w szkole.
Mama czekała na korytarzu; na jego widok powiedziała przerażonym głosem: „Jędrek, cos ty narobił?”, a potem milczała i tylko spoglądała z obawą, z troską, ze smutkiem, i na korytarzu, i w samochodzie, gdy oglądała się za siebie, na tylne siedzenie. Ale Andrzej uparcie wpatrywał się w prawą boczną szybę i udawał, że ani nie dostrzega, ani nie czuje, ani się nie domyśla tych spojrzeń.
W przedpokoju odwiesił kurtkę na wieszak, postawił plecak na podłodze i stanął przy przeciwległej ścianie. W milczeniu patrzył na torebkę mamy na szafce na buty. Był gotów.
Ojciec rzadko krzyczał – lubił uchodzić za ucieleśnienie opanowania i spokoju – teraz jednak stracił sobą kontrolę. Wrzeszczał, klął, ciskał się po przedpokoju, wyraźnie dostał szału.
Nie po to, darł się, płacił za te jego dżuda, boksy i inne głupoty, żeby teraz głupi gówniarz rozwalał pyski innym głupim gówniarzom.
Ta, jasne, przemknęło Andrzejowi przez głowę. Jakoś trzy lata temu ojciec sam cieszył się jak głupi, gdy syn oświadczył, że chce się zapisać na judo, cieszył się, że „wreszcie się zajmiesz czymś normalnym jak inni chłopacy w twoim wieku, zamiast wiecznie siedzieć z nosem w książce jak jakaś nierozgarnięta łamaga”. Jeszcze bardziej cieszył się niecałe dwa lata temu, gdy w szkolnych zawodach Andrzej zdobył pierwsze miejsce; był wtedy wręcz miły, poklepał go po ramieniu i powiedział: „Dobra robota, Jędrek” z taką dumą, że pochwalony przez moment pożałował swojego zwycięstwa. Nie po to przecież wygrał, by sprawić ojcu przyjemność.
Teraz, darł się ojciec dalej, musi tłumaczyć, przepraszać w jego imieniu jakichś durniów, rodziców tego pobitego kretyna, płacić odszkodowanie za ten pobity pysk, powybijane zęby i złamany nos, dwoić się i troić, żeby się z tego jakiś proces w sądzie nie zrobił, chodzić, odkręcać, płaszczyć się przed jednym, drugim, trzecim i kolejnym idiotą, tak jakby nie wystarczył mu jeden idiota, jego durny syn. I jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że gówno warte te twoje wszystkie książki, z którymi się wiecznie obnosisz, bo jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że i tak jesteś idiotą, że cię to twoje czytanie i tak niczego nie nauczyło, że masz sieczkę zamiast mózgu, że jesteś bezmyślnym, skretyniałym, niedorozwiniętym umysłowo debilem, który nawet przez chwilę nie pomyśli, co robi i jakie to będzie miało konsekwencje.
Andrzej przeniósł wzrok z torebki mamy na swoje buty; wolał nie prowokować ojca i spuścić głowę, a poza tym chwilami naprawdę trudno mu było powstrzymać kpiący uśmiech, szczególnie gdy ojciec wsiadał na jego książki i czytanie.
I gratulacje, rozdarł się ojciec, gdy wziął kilka głębszych wdechów, gratulacje, ty durny matole, gratulacje, teraz on, ojciec, będzie musiał znosić głupie uwagi, uśmieszki i inne w pracy, głupie uwagi, że własnego syna nie umiał porządnie wychować, a on, Andrzej, zapracował sobie na obniżenie sprawowania, a on, ojciec, nie życzy sobie, żeby przez durne zachowanie syna wytykali go palcami koledzy w pracy i sąsiedzi, i żeby on, komendant policji, musiał przepraszać jakichś debili, rodziców, nauczycieli, żeby się musiał płaszczyć przed dyrektorem, tym przygłupem, który mu dotąd mógł naskoczyć.
Andrzej przygryzł usta. Żałował, że nie mógł zobaczyć tego przepraszania i płaszczenia się w wykonaniu ojca. To z pewnością musiało starego komucha wyprowadzić z równowagi.
I nie obchodzi go, zawył ojciec w odpowiedzi na uwagę mamy, o co poszło i w czyjej obronie smarkacz stawał, nikt go nie prosił, on, ojciec, nie potrzebuje niczyjej obrony, szczególnie jednego gówniarza przed drugim gówniarzem, szczególnie gdy teraz to on, tylko i wyłącznie on, musi ponosić konsekwencje durnego zachowania tego barana.
Czyli jednak upozorowany powód dotarł do dyrekcji i reszty. To było pocieszające; nie dlatego, by Andrzej spodziewał się, że to go uchroni przed wściekłością ojca – od początku zakładał, że żadne usprawiedliwienie nie pomoże – ale dlatego, że stanowiło jakieś sensowne wyjaśnienie dla nauczycieli i uniemożliwiało dostrzeżenie, domyślenie się prawdziwej przyczyny. Pomijając domysły Marcina, no ale Marcin się nie liczył.
Ojciec wściekał się jeszcze dłuższą chwilę; mama stała bezradnie z boku, starała się niekiedy jakoś ojca uspokoić, ale jej słowa nie przynosiły żadnych efektów, jak zawsze zresztą. W końcu ojciec umilkł, odetchnął kilka razy głęboko i powiedział naraz zimno:
– Oduczę cię tego, tak jak cię oduczyłem palenia i innych głupot. Do pokoju.
Andrzej najpierw znieruchomiał, potem powoli uniósł głowę i spojrzał na ojca z niedowierzaniem. Gdzieś, jakoś, mimo wszystko był przekonany, że przy całej awanturze, jaka nastąpi, przy całej wściekłości, jaka zostanie wywołana, tego akurat ojciec nie zrobi. Nie teraz, gdy Andrzej miał osiemnaście lat – no, prawie, brakowało mu jeszcze kilku miesięcy, ale rocznikowo już miał – nie teraz, gdy był już prawie w klasie maturalnej, nie teraz, gdy był już prawie dorosły. Nie teraz, po prostu już nie teraz.
A jednak i to musiał wytrzymać.
– No i co się tak gapisz? – warknął ojciec. – Teraz cię strach obleciał? Trzeba było myśleć i bać się, gówniarzu, zanim zacząłeś się prać z tamtym kretynem. Do pokoju i ściągaj spodnie.
– Ojciec nie mówi poważnie – powiedział Andrzej cicho i od razu ogarnęła go złość na własny ton, który zabrzmiał niemal prosząco.
– Mówię poważnie – wycedził ojciec. – Skoro jesteś takim głupim gówniarzem, to ja cię nauczę rozumu tak, jak się uczy gówniarza, i tak ci spiorę dupę, że się następnym razem porządnie zastanowisz, zanim zrobisz coś durnego. Do pokoju. Nie każ mi powtarzać – dodał groźnie – bo zaraz naprawdę stracę cierpliwość.
Mierzyli się przez chwilę wzrokiem; w końcu Andrzej spuścił głowę i skierował się do pokoju tak opanowanym krokiem, na jaki tylko potrafił się zdobyć, mimo tego parszywego, zdradzieckiego, obrzydliwego lodowatego ścisku w żołądku. Obaj z ojcem zignorowali błagalne „Daj spokój, Władek, daj spokój” mamy. Nie miało znaczenia. To w pokoju było tylko między nimi dwoma – co ojciec podkreślił zamknięciem drzwi.
Po tamtej historii z papierosami dostał lanie jeszcze dwukrotnie, ostatnio prawie rok temu; za każdym razem powracała myśl, że jest już przecież za duży, za stary na coś takiego – a jednak ojciec nie tylko dalej stosował tę metodę wychowawczą, lecz jeszcze w jakiś sposób potrafił sprawić, że Andrzej znowu – przynajmniej przez chwilę – czuł się jak sześciolatek, który z opuszczonymi spodniami podchodzi do kanapy, do stołu. To było tak cholernie upokarzające, że za to uczucie nienawidził starego komucha chyba nawet bardziej niż za samo lanie.
Stanął przy stole, odpiął powoli rozporek – po czym zapiął go z powrotem. O nie, są pewne granice. I to jest właśnie ta, której nie zamierzał więcej przekraczać. Pochylił się, oparł dłońmi o blat i uśmiechnął się krzywo.
– Spodnie – szczeknął ojciec.
– Będzie mi je musiał ojciec sam zdjąć, jak tak ojcu zależy – odpowiedział Andrzej pogardliwie. Nie miał nic do stracenia, więc nie zamierzał uważać na ton – ani na słowa, a wiedział przecież, jak ojca denerwuje to mówienie do niego „ojciec”. Z jakiegoś powodu nie podobało mu się to – co Andrzej od kilku miesięcy radośnie wykorzystywał i nie przegapił żadnej okazji, by zwrócić się do niego per „ojciec”. To była jedna z tych złośliwości, na które sobie pozwalał, by obrzydzić tej komuchowskiej świni życie – tak jak przychodzenie z podręcznikiem do historii i opowiadanie, niby to w formie przedstawiania tematu lekcji lub zadania domowego, wszystkiego, co wyczytał na temat PRL-u, oczywiście tego wszystkiego, co mogło być ojcu nie w smak, jak relacjonowanie znalezionych w gazetach informacji o lustracjach – a ojciec na słowo „lustracja” wyraźnie się wzdrygał, zresztą na wszelkie krytyczne uwagi na temat komuny, aluzje do ubeków, sugestie, że w policji zrobią czystki i rozliczą tych ze starego ustroju, na to wszystko ojciec reagował nerwowo, gniewnie, wściekle. Przy okazji zdradzał niezły brak rozeznania w historii i zwyczajny, zwierzęcy strach, bo dawał się nabierać na najgłupsze wymysły; Andrzej kilkakrotnie przecież się zagalopował i zaczął już opowiadać takie bzdury, że sam miał się ochotę z siebie śmiać, a ojciec nic, wierzył i się wściekał. Raz zresztą Andrzej przeholował – to było to ostatnie lanie: po którejś jego uwadze ojciec stracił panowanie nad sobą i postanowił „oduczyć smarkacza mądrzenia się na temat tego, o czym nie ma pojęcia”; bolało jak cholera, ale warto było tak popsuć spokój głupiego komucha.
– Zdejmę ci je z dupy pasem – odwarknął ojciec. – Wybiję ci ze łba bijatyki, pyskowanie, te twoje bezczelne miny i stawianie się. I możesz być pewien, że jak z tobą skończę, to będziesz tak beczeć, że ci się odechce głupkowatych odzywek.
Zacisnął zęby. Wiedział, co to oznacza; przy ostatnich trzech laniach ojca wyraźnie doprowadzało do szału jego milczenie, brak jęków, brak łez, panowanie nad tym wszystkim; i teraz, tak rozwścieczony, ojciec najwidoczniej zdecydował, że wydusi z niego te jęki, łzy i całą resztę. Jednym słowem – to zapowiadało prawdziwą próbę sił. I Andrzej nie był pewien, czy zdoła ją wytrzymać.
Po pierwszym uderzeniu wiedział już, że nie da rady zbyt długo. Bolało parszywie. Dotychczasowe znużenie i swoiste zobojętnienie przeszły; poczuł, że narasta w nim niecierpliwość – złość – wściekłość, ta sama wściekłość, która ogarnęła go trzy tygodnie temu i przez trzy tygodnie trzymała; nie, nie ta sama – większa. O wiele większa. Bo dureń z maturalnej był tylko epizodem, natomiast ojciec to była historia wieloletnia, ciągła, pierwszoplanowa. Cholerny, pierdolony skurwysyn z pasem. Cholerny, pierdolony zomowiec. Cholerny, pierdolony chuj, z tym swoim pojebanym poczuciem władzy, gdy tak leje. Cholerny, pierdolony...
Po drugim uderzeniu wyobraził sobie, jak to wygląda z boku: on, oparty o stół, pochylony, posłusznie wypięty do tego lania – i ojciec, z pasem, biorący kolejny zamach. Z nienawiścią pomyślał o zadowolonej minie, jaką będzie miał ojciec, gdy zdoła wydusić z niego pierwszy jęk. Gwałtownie, z sykiem wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby, zacisnął dłonie na krawędzi stołu i poczuł to samo upokorzenie, obrzydliwe, wywołujące mdłości upokorzenie, które czuł trzy tygodnie temu. Ale nie, nie – wtedy, przed stołówką, to nie był pierwszy raz. To samo upokorzenie czuł zawsze, gdy stawał przy tym stole, a ojciec sięgał po pas. To parszywe uczucie podległości, strach, posłuszne przyjmowanie tego, co ojciec sobie wymyślił. Ten sam wstyd, że znowu został sprowadzony do tego poziomu, do poziomu smarkacza, którego można dowolnie lać. I wstyd na samą myśl, że ktoś mógłby się dowiedzieć, że ktoś mógłby wiedzieć, że to tak wygląda. I nienawiść do ojca za ten wstyd.
Po trzecim uderzeniu zgrzytnął zębami, aż zabolało. Miał ochotę chwycić tego sukinsyna za gardło, tak jak chwycił kretyna ze szkoły; chwycić za gardło, cisnąć o ścianę, przyłożyć w mordę, odpłacić mu tym samym, odpłacić mu za wszystkie razy, gdy stawał przy tym stole, gdy zsuwał spodnie, gdy się pochylał, gdy obrywał... I czemu, kurwa, właściwie miałby tego nie zrobić? Co miał do stracenia, czego niby miał się bać – i czemu niby miałby się powstrzymywać? I co w sumie mogłoby go spotkać gorszego od tego, co było teraz? I ile tak miał jeszcze posłusznie stawać przy stole i dawać się lać jak dzieciak, ile jeszcze, do matury, może jeszcze po maturze, może jak będzie wracał ze studiów, to ojciec dalej będzie prać pasem, jak coś mu się nie spodoba? I jak, kurwa, miał się szanować, skoro sam się dawał tak traktować? I jak miał sobie spojrzeć potem w twarz, wieczorem, przy myciu zębów, jak miał na siebie spojrzeć, i co za różnica, czy to był tamten debil z maturalnej, czy ojciec, i jaki był sens obicia tamtemu mordy, skoro teraz ojciec to wszystko unieważniał swoim pasem, i jaka to niby będzie wolność i niezależność, i odcięcie się, i uwolnienie tam, na studiach, skoro tu, w domu, wszystko zostanie po staremu i pewnie za każdym razem, gdy przyjedzie do domu, będzie się mniej czy bardziej podświadomie spodziewał, oczekiwał – bał się – tak, bał się, że nastąpi powtórka...
I jaki był żałosny, gdy tak się pochylał nad tym stołem, i jak bardzo go nienawidził, tego skurwysyna z pasem w ręku, i jaki był wściekły – na ojca, na tamtego debila, na mamę, na szkołę, na to zadupie, na siebie, na ojca, na siebie, na ojca, na ojca, na ojca...
Poczuł to samo rozpierające od środka uczucie wściekłości, to samo uderzenie do głowy, uderzenie – krwi, powietrza, adrenaliny, cholera wie, co tak mogło uderzać – ten sam atak agresji, nienawiści, utraty kontroli nad sobą, takie same jak wtedy za boiskiem, takie same – ale chyba silniejsze, silniejsze, gwałtowniejsze i aż do bólu wypełniające głowę, płuca, pięści, wszystkie mięśnie, mocniejsze, bo wieloletnie, od tak dawna miał przecież ochotę odpłacić ojcu tym samym, co od niego dostawał...
Po czwartym uderzeniu, zanim dotarło do niego, co robi – odwrócił się, rzucił się na ojca i z całej siły uderzył go prawą pięścią w twarz.
Ojciec krzyknął, chyba bardziej z zaskoczenia niż z bólu, zatoczył się, dotknął policzka, spojrzał na Andrzeja z niedowierzaniem, warknął: „Ty nienormalny gówniarzu”, chwycił go za ramię i się zamachnął.
Andrzej uchylił się, a potem sam zaatakował. Oberwał wprawdzie kilka razy, ale lekko, sam natomiast uderzał celnie i z całych sił; miał dobrze opanowane uniki, niezły hook i świetny backfist, nie mówiąc o kopnięciu frontalnym, którego też w pewnym momencie ojcu nie pożałował, był pond trzydzieści lat młodszy, wysportowany, po regularnych treningach, a przede wszystkim był wściekły, tak niesamowicie, oszałamiająco wściekły, upajająco szczerze wściekły, i jeszcze świadom tego, że jeśli teraz się podda albo przegra, to będzie miał przesrane do końca życia, i u ojca, i u siebie, przede wszystkim u siebie, więc walił w tego bydlaka z całych sił, chwilami nieco na oślep, w którymś momencie wpadł na ścianę, ale zaraz potem przyłożył ojcu w bok tak mocno, że tamten zwinął się z bólu wpół, a potem szarpali się jeszcze przez chwilę, ojciec miał przewagę w masie ciała, ale oddychał ciężko, a Andrzej, coraz mniej nad sobą panujący, uderzał dalej, z mściwą, nienawistną satysfakcją wbijając pięści w przeciwnika.
Dopiero przerażony krzyk mamy, która wpadła do pokoju, pewnie zaalarmowana ich krzykami – dopiero ten krzyk, to jej histeryczne, błagalne: „Władek, przestań, Andrzej, uspokój się!” i jej próby rozdzielenia ich, wepchnięcia się między nich, zablokowania samą sobą – dopiero to zadziałało otrzeźwiająco, na tyle otrzeźwiająco, by Andrzej ostrożniej wymierzył kolejny cios, z dala od niej; ale interwencja podziałała naprawdę dopiero kilka sekund później, gdy dostał od mamy w twarz.
Podziałała na wszystkich. Ojciec odetchnął głęboko, nieco chrapliwie, oparł się o ścianę i wpatrywał się w żonę z widocznym niedowierzaniem; mama, mocno zszokowana, wręcz wystraszona tym, co zrobiła, zakryła usta obiema dłońmi i spoglądała na Andrzeja szeroko otwartymi, pełnymi smutku oczami.
A Andrzej się roześmiał.
Może nieco histerycznie, fakt, chyba mu się trochę tej domowej histerii udzieliło; ale przede wszystkim roześmiał się dlatego, że cała sytuacja była komiczna, groteskowa, wręcz kretyńska: ojciec z pasem na niego, on z pięściami na ojca, obaj z pięściami na siebie nawzajem, a potem mama pomiędzy nich i z ręką na syna. I chyba ją ten policzek zabolał bardziej niż jego – nie tylko psychicznie, ale i fizycznie, bo i co mogła mu zrobić, taka mała, chuda, ze zniszczonymi zmywaniem, sprzątaniem i praniem dłońmi?
– Boże, Jędrek... – powiedziała cicho, jakby dodatkowo wystraszona jego śmiechem.
– Tak cię to bawi, gówniarzu? – warknął ojciec, prostując się. – Zaraz ci się odechce śmiać. – Ruszył w jego kierunku; wyglądał groźnie, naprawdę groźnie, i pewnie jeszcze rano Andrzej poczułby ten obezwładniający, lodowaty skurcz w żołądku, a może i zwiałby przez okno – ale teraz nic się nie pojawiło i nic nie poczuł. Nic oprócz wściekłości, że ten bydlak znów próbuje go upokorzyć, i zawziętej myśli „Niedoczekanie twoje, skurwysynu”.
Mama znów się między nich rzuciła, znów z jakimś proszącym okrzykiem, z rękami wyciągniętymi w kierunku ojca, jakby naprawdę myślała, że zdoła go powstrzymać; szamotali się chwilę we dwoje, po czym ojciec dość niedelikatnie ją odepchnął. Andrzej skoczył za stół; nie ze strachu, ale dlatego, że na to, co chciał powiedzieć, potrzebował dystansu i przestrzeni. Oparł się dłońmi o blat – o ten sam blat, o który zwykle opierał się, choć z drugiej strony, do lania; ten durny komuch stał na jego miejscu, naprzeciwko, i wydawał się zastanawiać, jak go szybciej dopaść. Andrzej pochylił się nieco do przodu; wszystko w nim buzowało i czarne plamki zaczęły skakać przed oczami, gdy wbił w ojca nienawistne spojrzenie.
– Jeżeli mnie ojciec uderzy – ryknął mu z furią prosto w twarz – jeżeli mnie ojciec jeszcze kiedykolwiek tknie palcem, jeżeli mnie ojciec jeszcze raz choćby spróbuje uderzyć, to ja ojcu oddam! Słyszy ojciec? Uderz mnie jeszcze raz, a zabiję, rozumiesz?! Zabiję, zatłukę, nie żartuję! Jestem od ciebie młodszy, silniejszy i szybszy, dotknij mnie tylko, a przywalę, że nie wstaniesz! Słyszysz mnie?! – wrzasnął tak, że w gardle zaczęło drapać. – Słyszysz? Spróbuj tylko, a ja też zacznę cię lać! Dotarło to do ciebie w końcu? Nie waż się mnie więcej dotknąć, bo tego nie przeżyjesz, rozumiesz?!
Przez chwilę nic już przed sobą nie widział; nie był też w stanie niczego więcej z siebie wydusić, bo gardło na moment odmówiło mu posłuszeństwa. Stał za stołem, pochylony w stronę ojca, z zaciśniętymi pięściami, gotów w każdej chwili spełnić swoją groźbę; oddychał ciężko, twarz go wręcz piekła i czuł, że wystarczy najmniejszy, najsłabszy sygnał, a rzuci się na ojca bez wahania.
Gdy czarne plamki przed oczami wreszcie zniknęły, zobaczył ojca – nadal po drugiej stronie stołu, nieruchomego, milczącego. Mierzyli się przez dłuższą chwilę wzrokiem; ojciec wyglądał na zmęczonego, mocno zmęczonego, i tak jakoś... zrezygnowanego, niepewnego? W każdym razie patrzył dziwnie, inaczej niż zwykle, trochę jakby... jakby z obawą. Jakby wreszcie do niego dotarło, że już nie ma przewagi, że teraz i dla niego ktoś jest w tym domu zagrożeniem.
Andrzej wyprostował się, odsunął nieco od stołu i dalej nie odrywał oczu od ojca. Ten wreszcie uciekł wzrokiem; spojrzał na mamę, potem na przewrócone krzesło – a potem odwrócił się, powiedział cicho, spokojnie:
– Posprzątaj to. I idź do swojego pokoju – po czym wyszedł; chwilę później rozległo się lekkie trzaśnięcie drzwi od mieszkania. Mama, zaniepokojona, ruszyła za nim.
Andrzej, jeszcze oszołomiony, też wyszedł z pokoju rodziców. Minęli się z mamą w przedpokoju – ona nerwowo zakładała buty, on poszedł do siebie. Cicho zamknął za sobą drzwi, odetchnął głęboko i podszedł do okna. Ojciec stał przy rozkwitającym koło furtki białym bzie i palił; widać było jego plecy, trochę przygarbione, i dym unoszący się nad głową. Szkoda, że ustawił się tyłem do okna i nie dało się zobaczyć jego twarzy.
Drzwi wejściowe znowu lekko szczęknęły, pewnie mama, uspokojona tym, że ojciec poszedł tylko do ogrodu, wróciła. Andrzej usiadł na łóżku, powoli, jakoś wszystko mu teraz szło w wolnym tempie. Dopiero w tym momencie zauważył, że dłonie mu się trzęsą. Położył je na kolanach; komicznie to wyglądało, choć i nieco denerwująco, ale trudno.
Miał sprzątnąć ten bajzel w pokoju, przypomniał sobie. Wzruszył ramionami – mniejsza z tym. Zresztą jak znał mamę, ona już tam porządkowała, słychać nawet było odkurzacz, pewnie usuwała cukier, który rozsypał się po podłodze, gdy któryś z nich strącił ze stołu cukierniczkę. On czy ojciec? Nie miał pojęcia, w czasie tej bójki nie widział nic poza ojcem i własnymi pięściami.
Ręce nadal się trzęsły, choć już minimalnie. Położył się; to zmęczenie sprzed paru – parunastu, parudziesięciu? – minut – godzin? – wróciło. Nie miał pojęcia, która godzina, nawet nie chciało mu się tego sprawdzać. Splótł dłonie na brzuchu i wpatrywał się w sufit; gdzieniegdzie tynk nieco odłaził, w lewym rogu przy oknie, nad łóżkiem właśnie, było małe pęknięcie, było tam, odkąd pamiętał, a może tylko mu się wydawało, może pojawiło się całkiem niedawno, tylko widział je tyle razy i tak się do niego przyzwyczaił, że już nie potrafił sobie przypomnieć tego, co wcześniej?
Za to potrafił sobie przypomnieć – słowo po słowie, gest po geście, chwila po chwili – całe zajście z ojcem. Potrafił sobie przypomnieć to wspaniale, rozpierające uczucie – tę wściekłość, nienawiść, agresję, a przede wszystkim – ten brak strachu. Bo tam, wtedy, gdy odwracał się od stołu i wymierzał ojcu pierwszy cios – wtedy właśnie przestał się bać. To było tak zupełne, całkowite i z zaskoczenia, jakby nagle coś z siebie zrzucił albo jakby zaczął wszystko wyraźnie widzieć; nagle zobaczył tylko starego, głupiego dziada, który aż się zatoczył od uderzenia, zobaczył przeciwnika, na którego miał sposób, zobaczył zwykłego, żałosnego człowieczka, którego już nie musiał się bać.
I zobaczył siebie – zobaczył siebie takiego, jakiego mógł wreszcie zaakceptować, uszanować, polubić.
Wpatrywał się w sufit; nie miał pojęcia, która była godzina, w ogóle zagubił poczucie czasu. Przymknął oczy, może nawet przysnął; nie był pewien, w każdym razie nie zorientował się, kiedy mama weszła do pokoju, otworzył oczy dopiero wtedy, gdy poczuł dłoń na ramieniu i usłyszał ciche „Andrzej?...”.
Mama stała nad nim z zasmuconą miną. Gdy usiadła na brzegu łóżka, Andrzej zauważył – czy dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę? – siwe pasma w jej włosach, sieć zmarszczek wokół oczu, głęboką bruzdę z lewej strony ust i pomarszczoną skórę na szyi. I wyraźne zmęczenie w twarzy, w ramionach, w całej sylwetce. Zrobiło mu się jej żal, ale nie zamierzał brać na siebie ciężaru rozmowy.
Rzadko zwracała się do niego pełnym imieniem; było w tym coś nienaturalnego i oddalającego, i chyba sama też to czuła, bo po chwili odezwała się takim jak poprzednio tonem: „Jędrek?...”. A potem znów zapadło milczenie. Nie miał jej nic do powiedzenia – wszystko, co chciał powiedzieć, wykrzyczał już ojcu w twarz.
– Jędruś – powtórzyła mama jeszcze łagodniej, wręcz prosząco – dziecko, nie możesz tak rozmawiać z tatą, nie możesz tak... nie możesz się tak zachowywać, tak agresywnie, jakby to był twój wróg, jakbyś... jakbyś naprawdę myślał i chciał zrobić to wszystko, o czym mówiłeś. Nie możesz – powtórzyła błagalnie. – Przecież to jest twój ojciec. – Pogładziła go wierzchem dłoni po policzku. – Ja wiem, że czasem jest surowy, ale przecież cię kocha, chce dla ciebie jak najlepiej... Nie możesz się tak zachowywać, nie możesz w taki sposób do własnego ojca...
Znów ogarnęło go współczucie. Taka była przerażona całą sytuacją, taka bezsilna, taka w gruncie rzeczy wykluczona – bo i co mogła zrobić, jak wpłynąć na cokolwiek? Ojciec bił i straszył; Andrzej oddał i zagroził; mama – mama była z boku. Odsunięta. Odsunięta przez ojca, zawsze odsuwana przez ojca. Nawet jej próba ingerencji niewiele dała.
Pochyliła się nad nim i pocałowała w czoło.
– Przepraszam cię, synku – powiedziała cicho. – Boli cię jeszcze?
Uśmiechnął się z mimowolnym rozbawieniem. Porównywała swoje trzepnięcie otwartą, chudą dłonią do lania ojca?
– Nie – odpowiedział spokojnie. – Nie przejmuj się.
To ostatnie dodał, bo naraz odniósł wrażenie, że mama naprawdę się tym gryzie. Rzeczywiście, też powód do przeżywania...
– Pogódź się z tatą – podjęła. – Przeproś, pogódź się, przecież nie możecie tak na siebie... Jesteście obaj tacy sami, tacy uparci – dorzuciła z goryczą, gdy Andrzej prychnął i ostentacyjnie odwrócił głowę do ściany. – Tacy zawzięci, uparci, bez odrobiny zrozumienia i ciepła dla drugiego.
Spojrzał na nią uważnie. Ile z tego, o czym mówiła, odczuła na własnej skórze? Ale nie zamierzał dać się złapać na litość.
– Nie będę go przepraszał – oświadczył twardo. – Wolałbym zdechnąć.
To chyba dodatkowo mamę zabolało – trudno. Nie mógł się roztkliwiać, nie teraz, nie w takim momencie, gdy wreszcie tyle sobie wywalczył.
– Nie masz serca – powiedziała mama; podniosła się, jeszcze chwilę stała wyczekująco przy łóżku, po czym odwróciła się i cicho wyszła; zamykane przez nią drzwi niemal nie wydały dźwięku.
– Nie potrzebuję – mruknął Andrzej do siebie; podłożył ręce pod głowę, znów spojrzał na sufit i naraz uśmiechnął się szeroko. Poczucie siły niesamowicie go rozpierało.

***

Obudził się rano z takim silnym, upajającym uczuciem wyzwolenia. No, wstępnego wyzwolenia – ale zawsze. W łazience przyjrzał się sobie uważnie: wyglądał wprawdzie nieco lepiej niż wczoraj późnym wieczorem, gdy przed kąpielą oglądał swoją twarz, ale nadal widać było, że trochę oberwał. Rozcięta dolna warga się goiła; lekkie limo pod okiem przypominało raczej cień z niewyspania; miał jeszcze dwa zadrapania po prawej stronie szyi i siniaka nad lewym obojczykiem, tyle z tych dających się dostrzec śladów. W gruncie rzeczy nic wielkiego, tyle że jeszcze świeże i wyraźne. Za to dupek z maturalnej wyglądał jak worek bokserski po intensywnej sesji treningowej. I to była bardzo miła myśl.
Gdy wszedł do kuchni, mama już się tam krzątała, nastawiała herbatę, robiła kanapki, ustawiała talerze na stole. Usiadł na swoim miejscu; wpadające przez otwarte okno promienie słoneczne ogrzewały mu plecy. Miał tak dobry humor, że chętnie by zagwizdał, ale wolał nie prowokować komentarzy, pytań i całej reszty. Trochę już to sobie przez noc poukładał – przez te kilka godzin po kąpieli, gdy nie mógł zasnąć, sam nie wiedział, czy bardziej przez wybudzenie gorącą wodą, czy przez bójkę z dupkiem, czy przez starcie z ojcem, czy przez to poczucie wyzwolenia i siły. W każdym razie leżał pod kołdrą zupełnie przytomny, po ciemku, tylko zza okna wpadało trochę światła pobliskich latarni, więc widział słabe zarysy mebli i własnych rąk, gdy poprawiał poduszkę albo dotykał ostrożnie ust i oka.
Przemyślał sobie wtedy wszystko na spokojnie – i to, co się wydarzyło, i to, co chodziło mu po głowie od tygodni. Wreszcie ustalił ojcu wyraźną i nieprzekraczalną granicę – wreszcie był od ojca wolny. Nic mu teraz ten stary komuch nie mógł zrobić, niczym go upokorzyć, niczego narzucić. I to była genialna myśl.
Tyle że trzeba się było z tej dziury wyrwać – wyrwać się na studia, wyrwać się z dala od ojca, od tego domu, od ciągłego zastanawiania się, kto kogo zna i kto komu może coś chlapnąć, od tej ciągłej obecności, kontroli, zależności. Wyrwać się daleko i nie wracać – przynajmniej na tyle, na ile to będzie możliwe, zwłaszcza na początku.
Studia. O studiach Andrzej myślał z utęsknieniem, z nerwowym wyczekiwaniem, z niecierpliwością. Studia, tę filologię polską, którą sobie już w drugiej klasie wymarzył, na razie przemilczał, przechowywał, przeczekiwał z nią do matury. Pytania o plany po liceum zbywał wzruszeniem ramionami i obojętnym „Jeszcze zobaczę”; nawet polonistce nie powiedział, nawet wtedy, gdy pożyczał od niej spis lektur i zagadnień na egzamin na polonistykę oraz książki. Na wszelki wypadek. Bo na tym zadupiu nigdy nie wiadomo, kto kogo zna i kto komu co powie. A gdyby ojciec usłyszał „filologia polska” – to Andrzej musiałby oglądać swoje troskliwie chronione marzenie zdeptane i oplute głupimi uwagami przygłupa, który ledwie podstawówkę skończył.
Studia, inne miasto, daleko od Białego Boru, wolność, swoboda, niezależność, samotność, wreszcie wyrwanie się, odcięcie, uwolnienie. Jeszcze rok trzeba było przeczekać, jeszcze jedną klasę wytrzymać, jeszcze dwanaście miesięcy z lekkim okładem wytrwać. Do matury, oby do matury – a potem jak najdalej.
W gruncie rzeczy przez wiele miesięcy to marzenie wydawało się bardziej marzeniem właśnie niż zamiarem, planem, przyszłym krokiem, który da się zrobić. Obecność ojca potrafiła tak parszywie podważyć realizm, prawdopodobieństwo, jakikolwiek sens tego marzenia – a po każdym kolejnym starciu, po każdej sytuacji, gdy ojciec był górą, wizja studiów w innym mieście i wolności zdawała się odpływać w siną dal.
Ale teraz, dzisiaj, po wczorajszym zwycięstwie – Andrzej już wiedział, że wszystko mu się uda. Zda tę maturę najlepiej w szkole, zda egzamin na studia najlepiej ze wszystkich zdających, będzie na studiach najlepszy – na tych studiach, o których tak marzył i które już uwielbiał, i do których tęsknił na nudnych lekcjach chemii i geografii, na głupkowatej biologii, na niejasnej fizyce, na nieciekawej matematyce. Tam, na tych studiach, w tym innym mieście, wśród tych innych ludzi – będzie robił tylko to, co będzie chciał i co będzie go interesowało.
Niemal od początku trzeciej klasy niemal wszyscy mu działali na nerwy – w domu, w szkole, na treningach. Czasami miał wrażenie, że nie, że już nie wytrzyma ani dnia dłużej, że zaraz albo szlag go trafi, albo coś rozniesie. Ale teraz – teraz, gdy już wiedział, że może być zupełnie spokojny i pewny swego, gdy już wiedział, że wszystko mu się uda, gdy już wiedział, że to tylko kwestia śmiesznych kilkunastu miesięcy – teraz wiedział też, że wytrzyma, znajdzie w sobie dostatecznie dużo cierpliwości, siły i opanowania, by dotrwać do matury. Ba, nawet więcej – teraz czas zdawał się ni z tego, ni z owego niesamowicie kurczyć. Tak mało czasu, by przeczytać wszystko, obejrzeć wszystko, nauczyć się wszystkiego, czego będzie potrzebował do jak najlepszego zdania matury i egzaminu – tak mało czasu, który trzeba jak najlepiej wykorzystać.
Ten skurczony i naraz błyskawicznie upływający czas oraz ogrom pracy, z którą trzeba było zdążyć – przedziwnie go uszczęśliwiły. Najchętniej zerwałby się od stołu już teraz i zabrał dalej do nietkniętego od środowego wieczoru „Ulissesa”. Czym przy tym rozpierającym od środka, tak wręcz egzaltowanie uskrzydlającym uczuciu był nawet tamten moment sprzed niemal dwóch lat, gdy na pustym szkolnym boisku Andrzej rzucał na bok piłkę od kosza, przyciskał Marcina do ogrodzenia i pierwszy raz całował? Wtedy miał wrażenie, że coś mu się w nim samym wreszcie należycie poustawiało – wtedy i w kilka chwil później, gdy, schowani w najbardziej ustronnym miejscu za budynkiem, od strony szatni, wsuwali sobie nawzajem niecierpliwe dłonie w spodnie. Wtedy miał wrażenie, że coś się ustawiło tak, jak powinno – a co dopiero teraz...
Teraz się naprawdę uporządkował. I już wszystko wiedział – i już wszystko mógł.
Przeżuwał kanapkę z serem wolno, obojętnie – myślami był już daleko poza tą kuchnią, poza tym domem, poza tym miastem, poza tym białoborskim życiem. Myślami był już w jakimś wielkim mieście, w jakiejś wielkiej bibliotece, w jakimś zupełnie innym życiu.
I wtedy, chyba jako poranny zgrzyt i dysonans poznawczy, do kuchni wszedł ojciec.
Zazwyczaj jego wejście psuło Andrzejowi humor, apetyt i ciąg przyczynowo-skutkowy myśli. Dziś jednak nie – dziś tylko wzmogło zadowolenie z życia. Uniósł głowę i wbił w ojca wzrok; mierzyli się dłuższą chwilę spojrzeniem, aż w końcu ojciec burknął: „Jedz, bo się spóźnisz” i zwrócił się do mamy z pytaniem, czy jest już kawa.
W trakcie śniadania Andrzej kilkakrotnie czuł na sobie wzrok ojca; odpowiadał wtedy hardym, zaczepnym spojrzeniem, i znów spoglądali na siebie jakiś czas w milczeniu – i za każdym razem to ojciec pasował. Andrzej z trudem opanowywał uśmiech, triumfalny, złośliwy, pełen pogardy uśmiech. Nieważne, jak bardzo ojciec starał się unieważnić swoją przegraną zwróceniem się do matki, oglądaniem daty ważności na maśle czy czymkolwiek w tym stylu – on, Andrzej, wiedział, że ten cholerny komuch przegrał. To była niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju i zachwycająca świadomość.
W oczach ojca, gdy tak się siłowali bez jakiegokolwiek słowa, bez jakiegokolwiek gestu, dostrzegał coś w rodzaju... sam nie wiedział – respektu dla przeciwnika, podejrzliwości, niedowierzania, niechęci, wszystkiego po trochu? Nieważne – ważne, że ojciec nie mógł dziś patrzeć tak, jak patrzył dotąd – z przekonaniem o własnej przewadze.
Andrzej rozparł się wygodnie na krześle i powoli pił herbatę, chowając w trzymanej przy ustach szklance złośliwy uśmiech. Naprawdę, jakby zrzucił z siebie jakiś przygniatający dotąd do ziemi ciężar. Nadal ojca nienawidził, to jasne – ale to było o wiele mniej rozpalające, wywołujące o wiele mniejszą agresję i o wiele mniej zajmujące myśli uczucie. A poza tą nienawiścią czuł – wreszcie, wreszcie, wreszcie! – pełną pogardy wyższość. I jeszcze swoisty spokój.
I wreszcie mógł patrzeć ojcu w twarz z całkowitą pewnością siebie, i wreszcie mógł patrzeć sobie w twarz z pełnym szacunkiem dla siebie. Teraz to on panował nad sytuacją.
Teraz już wiedział, że wytrzyma. Teraz już wiedział, że starczy mu sił, chęci, energii, cierpliwości, zawziętości, zdolności. Dotrwa do matury, zda ją, zda egzamin na studia, wyjedzie i nigdy więcej nie wróci. Teraz już wiedział, że jest w stanie osiągnąć wszystko.
Był wolny, swobodny, niezależny.
Wygrał.

Komentarze
Irmina Iwanowna dnia lipiec 03 2014 09:44:33
Opowiadanie ma ładny styl i dopracowaną fabułę. Znalazłam co prawda kilka literówek, ale poza tym jest elegancko.

Bardzo świeża tematyka w kategorii opowiadań homoerotycznych, fajnie, że pokazujesz ją na polskim gruncie, odniesienie do PRLu nadaje miłego smaczku całości i mocniej osadza czytelnika w rzeczywistości przedstawionej.

Bohaterowie różnorodni, drugoplanowi nie są, jak często to się zdarza, zupełnie bezbarwni.

Przyznam, że momentami natłok przemyśleń i wspomnień był tak silny, że ciężko było mi się skupić na czytaniu - można by przerwa ć w takim miejscu dialogiem, żeby odświeżyć uwagę czytelnika. Było parę zdań, które -wg mnie- nic nie wnosiły, ani do rozwoju akcji, ani do opisu przeżyć, i aż prosiło się, by je pominąć.

Ogólny bilans jest więcej niż dodatni. Podobało się smiley

Pozdrawiam, Irmina
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

wietne! wietne! 0% [adnych gosw]
Bardzo dobre Bardzo dobre 100% [1 Gos]
Dobre Dobre 0% [adnych gosw]
Przecitne Przecitne 0% [adnych gosw]
Sabe Sabe 0% [adnych gosw]
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum