The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 18 2019 17:11:13   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Mój chłopak Śmierć 6


Kolejne dni mijały im w spokoju, wręcz nudno, aż do tego pewnego dnia. W sumie nic nie zapowiadało, że ten dzień będzie się czymś różnił od poprzednich. Dopiero pod wieczór… Kostek był już po robocie, chochliki już złożyły raport i cała trójka wyjątkowo zgodnie siedziała i oglądała telewizję. Oczywiście obowiązkowo pojadając ciasteczka i zapijając malinową herbatą. Chochliki były nawet na tyle bezczelne, że z kolan Kostka zrobiły sobie stół, a gdy ten próbował protestować, zaczęły na niego krzyczeć oburzone. Normalnie Kostek by się z nimi wykłócał, ale był w tak dobrym humorze, że łaskawie zgodził się. No a poza tym film zapowiadał się wyjątkowo interesujący i nie chciał stracić ani sekundy z nabierającej tempa fabuły.
Tymczasem Bazyli postanowił upiec kolejną porcję ciasteczek. Niestety z przerażeniem stwierdził, że skończyło się masło, chociaż mógł przysiąc, że jeszcze wczoraj widział całą kostkę w lodówce.
- Kochanie, robiłeś coś wczoraj z masłem? – zapytał wchodząc do salonu. Kostek nie zareagował zupełnie, wpatrzony w telewizor, więc szturchnął go, a gdy tamten w końcu popatrzył na niego nieprzytomnym wzrokiem, powtórzył pytanie.
- A nie, nie brałem do niczego masła. Wiesz, że wolę jak ty gotujesz. – Po czym wrócił do filmu, gdzie właśnie trwała jakaś wyjątkowo widowiskowa akcja pościgowa.
- Hmm – mruknął Bazyli i wrócił do kuchni. Gdyby nie odwrócił się tak szybko, to może zobaczyłby siedzące dziwnie cicho i nieruchomo chochliki. Oba ze strasznie czerwonymi, wręcz purpurowymi, buźkami.
Brak masła komplikował sprawę, biorąc pod uwagę, że było ono głównym składnikiem. Dodatkowym problemem był fakt, że była niedziela i to po dwudziestej pierwszej, więc nawet znajdujący się w pobliżu Carrefour był już dawno zamknięty. Na szczęście przypomniał sobie o „Florydzie”. Był to prywatny całodobowy sklep, wielkością i asortymentem dorównujący Carrefourowi, a jego jedynym minusem było zbyt dalekie położenie. Niestety teraz nie miał wyjścia i musiał do niego iść. Gdyby nie poszedł, to następnego dnia, przez cały dzień musiałby znosić zawiedzione miny cherubinka i diablika, a one potrafiły je zrobić tak, że aż człowiekowi się przykro robiło. Ubrał się więc szybko, rzucił: „wychodzę do sklepu”, chociaż wiedział, ze jego kochanie i tak tego nie usłyszy za bardzo zajęte filmem, i wyszedł. Żeby było szybciej postanowił iść skrótem. Do pewnego momentu były to uliczki i trawniki między blokami, bardzo dobrze oświetlone, lecz w końcu się skończyły i zaczął się nieużytek. Był to porośnięty zielskiem i gdzieniegdzie drzewami, dość spory teren. Niestety światło z sąsiednich latarni oświetlało tylko jego brzeg, a dalej już była tylko ciemność. Teren ten byłby dobry do zabaw i opalania się jednakże dość szybko stał się ulubionym miejscem miejscowej elity pijackiej, czego świadectwem były walające się wszędzie butelki, puszki, różnorakie opakowania po zagrychach oraz unoszący się tam wiecznie smrodek odchodów. Wprawdzie mógł iść na około, oświetlonym chodnikiem, ale był zbyt leniwy na to. Zdawał sobie sprawę z tego, ze może napotkać niezbyt miłe towarzystwo, ale mimo to, z uporem maniaka postanowił iść skrótem. Na szczęście mieszkańcy często z niego korzystali i w końcu wydeptali ścieżkę. Więc nie musiał się zastanawiać czy dobrze idzie, wystarczyło żeby poczuł, że wchodzi w zarośla i już wiedział, że zbacza ze ścieżki. Jednak okazało się, ze księżyc świeci na tyle jasno, że dało radę zobaczyć chociaż jej zarys, więc jedyne czym musiał się martwić, to stali bywalcy chaszczów. Bardzo często zdarzało się, że jakiś amator mocniejszych trunków tak się zmęczył opróżnianiem kolejnej butelki, że zasypiał tam gdzie siedział, a że chaszcze były miejscami dość wysokie, więc nie było go widać i kiedy nagle z nich wychodził często przyprawiał przechodzącego człowieka o przyspieszone bicie serca. Bazyli, mimo iż wiedział co go może spotkać, szedł dalej, z duszą na ramieniu, ale szedł, nasłuchując czy przypadkiem ktoś się nie czai w chaszczach. Noc była ciepła, więc istniała szansa, że na kogoś się natknie.
Na szczęście doszedł do sklepu bez przeszkód. Odetchnął z ulgą. Kupił masło i dodatkowo jeszcze mleko, bo stwierdził, że ciasteczka są dobre nie tylko z malinową herbatą, ale także z mlekiem. Przynajmniej on tak wolał. Ruszył w drogę powrotną. Doskonale wiedział, że znowu będzie szedł z duszą na ramieniu, a mimo to ruszył skrótem. Księżyc właśnie skrył się za chmurą, gdy nagle w coś kopnął. Serce podeszło mu do gardła i zrobiło się gorąco, jakby był na Saharze. Na szczęście nic się nie stało, nikt nie zabluzgał, ani nie rzucił się na niego. Odetchnął z ulgą. Już chciał ruszyć dalej, by jak najszybciej wyjść na oświetlony teren, gdy nagle do jego uszu dobiegło miauknięcie. Było ono strasznie cichutkie i drżące. I niestety nie powtórzyło się. Na szczęście chmury odsłoniły księżyc i jakimś cudem udało mu się parę kroków przed sobą dostrzec kartonowe pudło. Szybko domyślił się, ze to właśnie to pudło przed chwilą kopnął. Po sekundzie w jego głowie wykluła się kolejna myśl. Na początku próbował ją odrzucić wmawiając sobie, ze jest zbyt absurdalna, że takie coś zdarza się innym i w filmach, nigdy jemu, ale myśl uparcie wracała. W tym pudle był mały nieszczęśliwy kociak, którego ktoś porzucił, bo się znudził rozwydrzonemu bachorowi. W tym momencie zupełnie zapomniał o całym swoim strachu. Podszedł do pudła i ostrożnie zajrzał do środka. Niestety księżyc świecił zbyt słabo by dostrzec jego zawartość, wsadził więc rękę i ostrożnie pomacał. I wymacał. Mięciutki futerko nie jednego a dwóch kotków. Niestety nie ruszały się.
- Biedactwa, co za skurwysyn was tu zostawił? – Z oczu pociekły mu łzy.
Ostrożnie podniósł pudło i ruszył do domu. Nawet jeśli kociaki już nie żyją, to on i tak je zabierze. I pogrzebie w jakimś ładnym miejscu.
- A co ty tam tachasz? – zainteresował się Kostek, kiedy Bazyli w końcu dotarł do domu. – Ej, co się stało? – dodał zaniepokojony widząc zapłakane oczy swojego chłopaka.
Bazyli bez słowa wyciągnął przed siebie karton i rozpłakał się jeszcze bardziej.
- Pomożesz mi je pochować? Gdzieś w ładnym miejscu?
Konstanty zajrzał do pudełka. Zaciekawione chochliki też i aż pisnęły widząc zawartość pudła.
- Czemu chcesz je chować? Przecież one jeszcze żyją. Ledwo, ale żyją – stwierdził Kostek.
- Żyją? Znaczy można je jeszcze uratować?
- Nie wiem czy damy radę, ale spróbować można.
- To co trzeba zrobić?
- Przede wszystkim trzeba je ogrzać i spróbować nakarmić. O ile dobrze pamiętam, w kuchni walała się jakaś strzykawka. Idź podgrzej mleko do temperatury pokojowej, a ja spróbuję je jakoś ogrzać.
- Już lecę! – wykrzyknął Bazyli i wcisnąwszy pudło swojemu chłopakowi pobiegł do kuchni. Zupełnie zignorował zakupy rzucając siatkę na stół i trzęsącymi się ze zdenerwowania rękami wyjął mleko z lodówki. Tak był zdenerwowany, że aż rozlał je podczas wlewania do garnka. Bał się, że może przesadzić, więc sprawdzał temperaturę dosłownie co sekundę, a pod koniec gotowania wręcz nie wyciągał palca z garnka. W końcu napój osiągnął właściwą temperaturę. Wyciągnął strzykawkę z szuflady, dla pewności wypłukał ją pod bieżącą wodą i nabrał mleka. Ruszył do salonu. Jednak nie doszedł tam, zderzając się z kimś przedpokoju. - A czemu ty ubrałeś swój służbowy strój? – spytał się, widząc plecy odziane w mnisi habit W tym momencie Śmierć odwróciła się. - Kim ty jesteś i co robisz w moim domu? – zapytał Bazyli nerwowo, widząc obcą twarz zamiast Konstantego.
- Eeee… – odezwał się obcy Śmierć mało inteligentnie. – To ty mnie widzisz?
- No pewnie, że widzę – Bazyli wzruszył ramionami – Dlaczego miałbym nie widzieć?
- Bo widzą mnie tylko ci po których przyszedłem. A na pewno nie przyszedłem po ciebie. Więc dlaczego, do diabła czarnego, ty mnie widzisz?! – zapytał nieco histerycznie.
- Moment, moment, co to znaczy, że po kogoś przyszedłeś? Znaczy podbierasz klientów Konstantemu?!
- Jakiemu Konstantemu? To jest mój rewir! – Śmierć wyraźnie się zdenerwował.
- Nie twój! – wrzasnął Bazyli. – Tutaj ludzi zabiera Kostek, a ty wynocha stąd!
Już miał się zamachnąć i próbować wyrzucić intruza, gdy ich wrzaski wyciągnęły z salonu Konstantego i chochliki.
- O, Antoni, co ty tu robisz? – zaciekawił się Kostek.
- To wy się znacie? – zdumiał się Bazyli.
- No, spotkaliśmy się na paru szkoleniach, ale na codzień raczej się nie spotykamy. Co ty tu robisz? – zwrócił się do kolegi po fachu.
- Pracuję, chyba widać – burknął zapytany.
- Podbiera ci klientów – zawarczał Bazyli, na co Konstanty roześmiał się.
- Nie podbiera, nie podbiera. On jest z departamentu zajmującego się zwierzętami.
- O?! To zwierzaki też idą do nieba?
- Oczywiście – prychnął intruz. – Też mają duszę.
- Czekaj, czekaj, jedyne zwierzaki w tym domu, to te dwa znalezione przeze mnie koty – powiedział Bazyli. – Nie mów mi, że przyszedłeś po nie?
- Bingo! – zawołał nieco ironicznie Antoni.
- Po moim trupie! – wykrzyknął Bazyli zanim zastanowił się nad tym, a chochliki wściekle coś zaświergotały, skrzyżowały rączki na piersiach i z groźnymi minami zawisły w powietrzu na wprost intruza.
- Jak byś ty miał tu coś do gadania – mruknął Antoni i ruszył do salonu. Bazyli próbował rzucić się na niego, żeby go zatrzymać, ale tylko przez niego przeleciał. Kiedy podnosił się, rozcierając obolałe od zderzenia z podłogą kończyny, chochliki poleciały do kuchni. Chwilę można było słyszeć hurgot, jakby ktoś wysypał coś na podłogę i zanim ktokolwiek zdążył zareagować chochliki wyleciały z kuchni zaopatrzone każdy w nóż i widelec. Krzycząc w niebogłosy rzuciły się na intruza, który już wyciągnął z kieszeni nóż i pochylał się nad pudłem. Z całej siły, jaką miały w tych małych ciałkach wbiły oba widelce w tyłek intruza, a nożami zaczęły go bić po nogach, wojowniczo coś po swojemu świergocząc. Jak można się było spodziewać, Śmierć wrzasnął i wypuścił narzędzie pracy z ręki. Wyciągnął oba widelce z tyłka, chociaż przyszło mu to z niemałym trudem.
- Co jest, do diabła czarnego?! – wrzasnął wściekle.
W odpowiedzi chochliki rzuciły się na niego i zaczęły wywijać nożami. W pierwszej chwili próbował je ignorować, jednak szybko zmienił zdanie, gdy jeden z nich zostawił mu szramę na policzku, a drugi rozorał rękaw aż do krwi.
- Ej, zabierz ode mnie te cholery! – wrzasnął do Konstantego.
- Sorki, ale nie mogę, w ogóle mnie nie chcą słuchać. Tylko Bazyli ma u nich jakiś posłuch – odparł bezradnie rozkładając ręce. Wprawdzie minę miał wyraźnie zasępioną, jednak wesołe ogniki w jego oczach zdradzały, że cała ta sytuacja raczej bawi go, niż martwi.
- Zabierz ich! – krzyknął Śmierć do Bazylego, który stał nieporuszenie na progu salonu.
- Przepraszam bardzo, ale w tym miejscu nie słychać co mówisz – odparł spokojnie chłopak.
- A wy cholery czego tak tam stoicie?! – wykrzyknął intruz wciąż cofając się przed atakującymi Adamem i Mikołajem i próbując widelcami odpierać ich wściekłe ataki.
Dopiero w tym momencie Bazyli zobaczył wiszących w powietrzu obcego diablika i cherubinka.
- O! – wyraźnie ucieszył się. – Mamy gości. Może chcecie ciasteczek? Do tego malinowa herbata, chociaż ja osobiście wolę mleko. – Cherubinek coś zaświergotał, na co Bazyli roześmiał się. – No pewnie, ile tylko chcecie. Wprawdzie miałem robić nową porcję, ale tego co jest spokojnie starczy dla was obojga.
Chochliki wyraźnie ucieszyły się i poleciały za Bazylim do kuchni, zupełnie ignorując wrzaski swojego właściciela.
- Zdrajcy! – krzyczał Antoni cofając się coraz bardziej, aż w końcu drogę zagrodziła mu ściana.
Po jakiś pięciu minutach intensywnego sparringu między Antonim, a chochlikami, Kostek postanowił ulitować się nad kolegą po fachu i wziąwszy kosę, otworzył przejście do zaświatów. Antoni skwapliwie z tego skorzystał i czmychnął, zdążywszy jeszcze tylko złapać swoje narzędzie pracy.
Adam i Mikołaj tryumfalnie podnieśli rączki do góry. W tym momencie do salonu wleciały, pochrupując ciasteczka, oba obce chochliki. Zdziwione, że nie ma ich właściciela, zaświergotały, rozsypując w koło okruchy ciastek.
- Jak widzicie – odparł Bazyli. – Wystraszył się i uciekł. Chyba musicie też już wracać.
Chochliki wyraźnie posmutniały, niestety nie miały wyjścia, więc szybko otworzyły przejście w zaświaty i zniknęły, taszcząc ze sobą podejrzanie wypchane i ledwo się domykające torby kurierskie. Na pożegnanie pomachały wszystkim radośnie łapkami.
- Chyba zyskałeś kolejnych fanów – mruknął Kostek, na co Bazyli roześmiał się. – Ja się dziwię, że jeszcze się uratowały jakieś te cholery, które nie jadły twoich ciasteczek.
- Założę się, że jest ich tam jeszcze mnóstwo. Kurcze – westchnął – jak tak dalej pójdzie, to będę musiał zrobić chyba ciężarówkę tych ciastek. Do tego przynajmniej cysterna mleka. A właśnie, mleko! – wykrzyknął i wybiegł do przedpokoju.
Na szczęście strzykawka była cała i wciąż pełna. Odetchnął z ulgą. Wrócił do salonu i pochylił się na pudłem. Ostrożnie wziął jednego kociaka, prawie całego schowanego w wciąż ciepłym ręczniku. Otworzył mu pyszczek i wlał do gardła kilka kropel, jednocześnie delikatnie głaszcząc kociaka po gardle, by zmusić go do przełknięcia. Po kilku, chyba najdłuższych w życiu Bazylego, sekundach, pyszczek poruszył się niemrawo. Kapnął więc kolejne krople. Tym razem kociak przełknął o wiele szybciej i miauknął ledwie dosłyszalnie. Bazyli odłożył kociaka i wziął drugiego. Niestety z tym poszło mu trochę gorzej. Już myślał, że nic z tego, gdy w końcu kociak zaczął wykazywać oznaki zainteresowania jedzeniem. Bazyli odetchnął z ulgą.
- Trzeba będzie przy nich czuwać całą noc, dawać jeść co godzinę i pilnować by temperatura nie spadła – odezwał się Kostek.
- Jak ty tak szybko nagrzałeś te ręczniki? – zainteresował się Bazyli.
- Eeee… a czy to aż takie istotne? – zapytał niepewnie Kostek.
- Nie, po prostu jestem ciekawy.
Konstanty westchnął.
- No dobra. Skoczyłem do piekła.
- Że co? – Bazyli popatrzył zdumiony na swojego chłopaka.
- No a co miałem niby zrobić? Nie masz żadnego grzejnika, a żelazko zanim się nagrzeje, to trochę potrwa. Szybciej było skoczyć do Piekła, tam mi jeden znajomy demon potrzymał je przez chwilę nad ogniem piekielnym.
Bazyli roześmiał się.
- Chyba nie masz zamiaru „skakać” do Piekła przez całą noc?
- Spoko, nie ma takiej potrzeby. Ogień piekielny jest niezwykle silny, starczy tego ciepła na całą noc i cały dzień. A potem się zobaczy, może już nie będzie to konieczne.
- No dobra, to idź spać, a ja będę siedział przy kociakach – powiedział Bazyli wymachując rękami i wyganiając kochanka do sypialni.
- Ej, no weź! Też chcę przy nich siedzieć!
- Ty masz robotę. Odpowiedzialną robotę. Więc musisz być wypoczęty. Mnie nic się nie stanie jak podrzemię na wykładzie. Sio!
Konstanty wyszedł z salonu mamrocząc coś pod nosem. Nagle w polu widzenia Bazylego pojawili się Adam i Mikołaj. W pierwszej chwili go zatkało, potem parsknął śmiechem, że aż Kostek wyszedł z sypialni.
- Czego się tak brechtasz? – zainteresował się.
Bazyli bez słowa wskazał na chochliki. Na ich widok Kostek też parsknął śmiechem. Nie mógł inaczej, widząc co na siebie pozakładali. Obaj mieli na głowach sitka, które były trochę za duże, więc wypchali je ścierkami kuchennymi, a żeby nie spadły im z głów, przywiązali je sznurkiem, którego Bazyli używał do wiązania mięsa do pieczenia. Oprócz tego obaj na brzuchach mieli tarki do warzyw, na plecach przymocowane tłuczek do mięsa i wałek, w rękach noże i widelce, a wszystko to obficie obwiązane sznurkiem, żeby im nie pospadało. Podfrunęli do pudełka z kociakami, stanęli po dwóch jego stronach, zrobili groźne miny i zaczęli raźno maszerować tam i powrotem, łypiąc groźnie w koło oczami. Widząc to Bazyli i Konstanty nie mogli powstrzymać się od śmiechu.
- Zwierzaki mają wyjątkowo groźnych strażników – stwierdził Kostek, ocierając z oka łzę. – Co ty na to żeby zostawić sprawy w łapkach tych paskud i zając się czymś o wiele przyjemniejszym? – mruknął przytulając się do swojego chłopaka i mrucząc seksownie.
- Nie kuś, nie kuś – Bazyli aż sapnął z przyjemności jaka zalała go falą po tym jak Kostek polizał go po uchu. – Muszę…
Nie dokończył. Kostek nie dał mu dokończyć zamykając usta pocałunkiem i gdy Bazyli zajęty był odwzajemnianiem czułości, Kostek wziął go na ręce i zaniósł do sypialni. Delikatnie, nie przestając całować, położył go na łóżku.
- Jesteś taki piękny – wyszeptał gładząc Bazylego po policzku.
- A skąd ty to wiesz, skoro jest tak ciemno, że nic nie widać?
- Bo widzę cię każdego dnia – wyszeptał delikatnie muskając raz po raz usta leżącego pod nim chłopaka. – I każdego dnia widzę jaki piękny jesteś.
- Gadasz tak, jakbym był babą – mruknął dziwnie zawstydzony, na co Kostek roześmiał się cicho.
- Według ciebie facet nie ma prawa słyszeć, że jest piękny? To jak mam to powiedzieć inaczej?
- No… nie wiem – odparł nieco bezradnie, raczej skupiając się na przyjemnej pieszczocie niż na tym co sam mówi.
- To może zamiast mówić, pokażę ci?
- Jak?
Kostek nie odpowiedział, tylko pocałował Bazylego. I jak do tej pory jego pocałunki były zaledwie niczym muśnięcia, tak ten był delikatny niczym muśnięcie wiatru, gorący niczym żar słońca, gwałtowny i zachłanny niczym wybuch wulkanu i pełen namiętności. Bazyli westchnął, czując, że jeszcze chwila a roztopi się jak tabliczka czekolady w czterdziestostopniowym upale.
Niestety nie dane mu to było. Kostek, jakby wyczuwając, co się dzieje z jego chłopakiem, nagle przerwał pocałunek i, zanim zawiedziony Bazyli zdążył zaprotestować, usiadł mu na biodrach i zaczął rozpinać jego koszulę. Przy każdym guziku zatrzymywał się, składał pocałunek na odsłanianym kawałku piersi swojego chłopaka. Jednak robił to strasznie powoli, dostarczając Bazylemu coraz większej przyjemności. W końcu pokonał wszystkie guziki, rozchylił koszulę i powoli przesuwając dłonie po piersi leżącego pod nim chłopaka, wyszeptał:
- Przepiękny…
Bazyli zawstydzony nakrył twarz ramieniem, nie chciał żeby Kostek widział w jakie zakłopotanie wprawiają go te komplementy. Jednak Konstanty zdawał się nie zwracać na to zupełniej uwagi, pochłonięty rozbieraniem swojego chłopaka. Wyjątkowo szybko pozbawił go spodni, potem bokserek i chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że tamten jest już podniecony, to jednak nie zamierzał jeszcze go zaspokajać. Pragnął więcej pieszczot. Nigdy nie był zbyt rozmowny, nie zawsze potrafił wyrazić swoje uczucia słowami. Zresztą nawet jakby był wygadany, to i tak by tego nie potrafił. Uczucia, które go zalewały w obecności Bazylego, sprawiały, że nie potrafił myśleć o niczym innym, jak o tych wszystkich uczuciach do Bazylego i o tym ile ciepła mu one dawały. Bardzo chciał, żeby Bazyli też je poznał, ale jak można przekazać drugiej osobie coś, czego samemu nie można opisać? Postanowił więc przelać wszystkie swoje uczucia w dotyk, zarówno na co dzień, jak i wieczorami, podczas miłosnych igraszek. Teraz też tak było. Chociaż czuł podniecenie swojego chłopaka, słysząc jego mruczenie i czując przyspieszony oddech, to jednak postanowił jeszcze nie kończyć zabawy. Przesunął się w nogi łóżka i złapał stopę Bazylego. Zanim tamten zaskoczony zdążył o cokolwiek zapytać, Kostek delikatnie pocałował podeszwę jego stopy, zupełnie ignorując fakt, że jest brudna od całodziennego chodzenia po domu na bosaka. Bazyli zachichotał zaskoczony i szarpnął nogą.
- Masz zamiar mnie rozśmieszyć? – zapytał rozbawiony.
- Czemu nie? – mruknął Kostek przechodząc z pocałunkami przez kostkę na łydkę, potem powoli coraz wyżej i wyżej. – Uwielbiam jak się śmiejesz, tak radośnie. Uwielbiam wszystko, co związane z tobą.
- Zawstydzasz mnie – wystękał Bazyli. Cieszył się, że jest ciemno, bo gdyby Kostek zobaczył jego zakłopotanie, to on by się chyba spalił ze wstydu.
Tymczasem Konstanty kontynuował swoją wędrówkę. Dotarł do pachwiny.Bazyli jęknął z rozkoszy przy kolejnym, dość intensywnym pocałunku. Nagle Kostek uśmiechnął się szatańsko i przyssał się do skóry na pachwinie. Skończył zanim Bazyli zdążył zareagować.
- Ej, co to było?
- A jak myślisz? – zapytał figlarnie Kostek pochylając się nad Bazylim i całując go. – Naznaczyłem cię.
- W takim miejscu? – zdziwił się.
- A w czym ono jest złe?
- Noooo… - nie potrafił wymyślić sensownej odpowiedzi. Zresztą nie chciał, wolał się skupiać na pocałunkach Konstantego i jego rękach błądzących po nagim ciele. – Mnie rozebrałeś, a sam zostałeś w ciuchach? – zapytał z pretensją w głosie, miedzy jednym a drugim pocałunkiem.
- Bo to ty masz być pieszczony, nie ja.
- Ale ja też chcę. – Wydął usta niczym małe rozkapryszone dziecko. – Też chcę ciebie dotykać, czuć twoją skórę pod palcami, poczuć ciepło twojego ciała.
W tym momencie Konstanty wstał z łóżka i błyskawicznie rozebrał się, nawet nie zwracając uwagi na to gdzie rzuca ubranie. Bez słowa wziął rękę Bazylego i położył na swoim brzuchu.
Bazyli przez chwilę wodził opuszkami palców po brzuchu swego chłopaka, potem usiadł i objąwszy go, zaczął całować wszędzie tak, gdzie był w stanie dosięgnąć bez schylania się, czy podnoszenia. Kostek westchnął i objąwszy Bazylego, wplótł palce w jego włosy. Koncentrował się na pocałunkach, głaszcząc go po głowie zupełnie odruchowo. Kiedy poczuł pocałunki niebezpiecznie blisko swojego przyrodzenia, odepchnął Bazylego, zmuszając go do ponownego położenia się.
- O nie, mój drogi – powiedział prawie kładąc się na nim i obejmując go – Najpierw ty, potem ja.
Bazyli nie oponował, nie miał jak, mając zajęte usta. Przez kilka kolejnych minut całowali się błądząc dłońmi po swoich ciałach. Nie trzeba było wiele, by och rozpalone ciała zaczęły się domagać więcej. Już nie wystarczyły gorące oddechy ani namiętne pocałunki składane na każdym centymetrze skóry. Namiętność zaczęła parować z ich ciał, unosząc się w powietrze i otulając ich lekką mgiełką, drażniąc wszystkie zmysły i doprowadzając ich obu na skraj szaleństwa. Konstanty uniósł biodra swojego chłopaka tak, by mieć do nich lepszy dostęp, rozchylił pośladki i zaczął lizać wyciskając z ust Bazylego głośne jęki. Bazyli drżał czując ciepłą wilgoć wdzierającą się w jego wnętrze. Z całej siły zaciskał ręce na kołdrze, żeby tylko nie zacząć się pieścić. Wiedział, że to bardzo masochistyczne, tak przedłużać ten stan niezaspokojenia, ale mimo to nie chciał tego kończyć, chciał rozkoszować się jak najdłużej tymi wszystkimi nieziemsko przyjemnymi impulsami atakującymi jego ciało. Tak był nimi zajęty, że nawet nie zauważył kiedy Kostek przeszedł z pieszczotami na jego członka. Nie był w stanie starając się nie zwariować odbierając kolejną falę przyjemności jaka go przy tym zalała.
Noc nie pozwalała Konstantemu widzieć co się dzieje z jego chłopakiem, ale mimo to on i tak wiedział. Wiedział wsłuchując się w dźwięki wychodzące z ust Bazylego i czując jak jego ciało drży od wszystkich tych pieszczot. To go podnieciło jeszcze bardziej. Przeniósł się powrotem na usta na przemian to przyszczypując je wargami to unieruchamiając w gorącym pocałunku, jednocześnie powoli i zmysłowo pieszcząc jego członka. Kiedy usta Bazylego zrobiły się czerwone i lekko napuchnięte od tej intensywnej pieszczoty, a członek wręcz krzyczał o coś więcej, Kostek ułożył się odpowiednio i powoli wszedł w swojego chłopaka. Bazyli krzyknął, czując jak przyjemnie go wypełnia. Kostek też jęknął z rozkoszy. Mimo iż byli ze sobą już tyle czasu, to zawsze sprawiało mu nieziemską przyjemność czuć jak pulsują mięśnie zaciskające się na jego członku. Przez chwilę leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami, delektując się tym uczuciem. W końcu zaczął się poruszać, najpierw powoli i zmysłowo, by dawkować powoli przyjemność zarówno sobie, jak i swojemu chłopakowi. Coraz głośniejsze i częstsze jęki Bazylego utwierdzały go w przekonaniu, że dobrze robi, że jego kochanek odczuwa to wszystko dokładnie tak jak on pragnie. Świadomość tego podnieciła Kostka jeszcze bardziej. Tak bardzo, że nie był już w stanie kontrolować się, nie mógł już wytrzymać nadchodzącej fali orgazmu. Zaczął poruszać biodrami coraz mocniej i intensywniej, wbijając się w Bazylego gwałtownie, wręcz brutalnie. Ale tamten nie miał nic przeciwko, z każdym pchnięciem jęczał coraz bardziej i coraz mocniej zaciskał palce na ramionach Kostka. W kulminacyjnym momencie już ich nie kontrolował, tak jak i całego swojego ciała. Naprężył się i znieruchomiał przyjmując orgazm, który nadszedł niczym tornado i niczym tornado uczynił ślepym i głuchym na wszystkie inne bodźce. Przez to Bazyli nawet nie wiedział, że w tej samej chwili jego ukochany przeżywał równie intensywny orgazm.
- Przepraszam – wyszeptał zmęczonym głosem Bazyli, kiedy już po wszystkim leżeli przytuleni do siebie, próbując odzyskać oddechy.
- Za co? – zdziwił się Kostek.
- Naznaczyłem cię. – Dotknął lekko ran od paznokci na ramionach Kostka.
- Jakoś to przeżyję – mruknął Śmierć całując czule swojego chłopaka. – Poza tym warto było pocierpieć trochę by dostać taki cudowny orgazm.
Bazyli zaśmiał się z lekka zakłopotany. Chcąc ukryć to zakłopotanie pocałował lekko Kostka w usta raz i drugi.
- Czyżbyś miał ochotę na powtórkę? – zapytał z uśmiechem między jednym pocałunkiem a drugim
Bazyli nie odpowiedział, nie zdążył. Nagle do ich uszu dobiegł jakiś rumor. Poderwali się zaskoczeni. Szybko wciągnęli ubrania, by zakryć gołe tylki i wybiegli z sypialni. Bazyli zapalił światło w salonie, skąd pochodził wcześniejszy rumor. Oczom ich obu pokazało się pobojowisko, w którym można było rozpoznać kuchenne narzędzia, chyba wszystkie jakie mieli, z wyjątkiem szkła i porcelany. Do tego te nieliczne śrubokręty, jakie posiadali, oraz śrubki, nakrętki od słoików, szklane kulki, które się wzięły nie wiadomo skąd, spinacze i pineski. Pośród tego wszystkiego podskakiwała na jednej nodze postać w czarnym mnisim habicie, oplątana sznurkiem w takiej ilości, że ledwo było widać kolor jego habitu, a wokół jej głowy latali Adam i Mikołaj, wciąż ubrani w te dziwne zbroje i wymachujący swoimi „groźnymi” broniami.
- Co tu się dzieje? – zdziwił się Bazyli.
Chochliki podleciały do niego i przekrzykując się zaczęły coś opowiadać. Na koniec Bazyli parsknął śmiechem.
- Poważnie? Bardzo dobrze się spisaliście. Tylko czy musieliście wyciągać wszystko co mamy w kuchni?
Chochliki coś tam wojowniczo odpowiedziały, robiąc przy tym groźną minę i potrząsając swoją bronią.
- Co oni powiedzieli? – zainteresował się Kostek.
- Mówią, że chcieli mieć pewność, że ten wredny Śmierć nie będzie próbował podstępnie zabrać ze sobą kociaków, więc zastawili na niego pułapkę używając wszystkiego, co mieliśmy w kuchni, no i twoich narzędzi.
- Ciekawe kto to później będzie sprzątał? – mruknął Kostek, jednak nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego usłyszał rumor i zobaczył kolegę po fachu leżącego na podłodze. Był on jeszcze bardziej oplątany sznurkiem. Jak wcześniej mógł jeszcze poruszać rękami, tak teraz sznurek wpijał mu się w ciało tak, że wyglądał niczym baleron. To oznaczało, że chochliki tak rozpięły sznurek, że po zaplątaniu się w niego każda próba uwolnienia się owocowała zacieśnianiem więzów.
Kostek zlitował się nad nieszczęśnikiem i wyciągnąwszy swoją kosę paroma machnięciami uwolnił go. Antoni, bo to właśnie okazał się być on, podskoczył jak oparzony, otrzepał się i zapowietrzył się zbierając wściekłość, by powiedzieć dość dosadnie co o tym wszystkim myśli. Jednak na koniec z jego ust wyrwał się tylko bliżej nieokreślony pisk i histeryczny głos pytający:
- Jak ja, do diabła czarnego, mam pracować w takich warunkach?!
Chochliki podskoczyły do niego wściekle świergocząc i wymachując bronią. Antoni wymachiwał rękami próbując się od nich opędzić jak od jakiejś natrętnej pszczoły, jednak dość szybko z tego zrezygnował. Otworzył przejście do zaświatów i ewakuował się, krzycząc przy tym:
- Poddaję się! Poskarżę się na was szefowi!
Adam rzucił w niego widelcem, niestety sztuciec tylko odbił się od ściany, przejście do zaświatów zamknęło się błyskawicznie sekundę wcześniej.
Chochliki tryumfowały.
- No to problem śmierci kociaków chyba został rozwiązany – stwierdził Kostek. – A tak w ogóle to jak one się mają?
- Adam i Mikołaj mówią, że kiedy my się zabawialiśmy, im udało się jakoś nakarmić oba kociaki. No i oczywiście ocalić je. – Bazyli przetłumaczył chochlikowe świergotanie. – Dobra robota – uśmiechnął się. – Chyba wam się należy za to jakaś ekstra nagroda. Co wy na to żebyśmy jutro upiekli razem jakiś placek?
Chochliki uśmiechnęły się uszczęśliwione. Wiedząc, że zwierzakom nie grozi już żadne niebezpieczeństwo, pozbyły się broni i zbroi. Podfrunęły do kartonu i prawie włażąc do niego nachyliły się by pogłaskać oba kociaki. Na koniec, czego Kostek i Bazyli nie mogli zobaczyć, ucałowały je i wyleciały z salonu na odchodnym coś szwargocząc do Bazylego.
- Ależ oczywiście kochani – chłopak uśmiechnął się.
- Co powiedzieli? – Zainteresował się Kostek.
- Że przekazują pałeczkę mi, a oni idą sobie zjeść ciasteczek. Należy im się za dobrą robotę.
Chłopaki roześmiali się.
- Mają rację – stwierdził Bazyli – należy im się, odwalili kawał dobrej roboty. Niech sobie wcinają, ja posiedzę przy kociakach. Ty idź w końcu spać, kochanie – cmoknął swojego chłopaka w policzek.
- Pomogę ci sprzątnąć ten bajzel.
- Nie trzeba – Bazyli uśmiechnął się. – Będę miał całą noc, żeby to sprzątnąć. Poradzę sobie, naprawdę.
Uspokojony tym zapewnieniem Konstanty wrócił do sypialni, a Bazyli powoli wziął się za sprzątanie bałaganu.
Następnego dnia kociaki czuły się już o wiele lepiej, na tyle, że próbowały same chodzić. Niestety ich nóżki były zbyt słabe i wciąż się przewracały wzbudzając tym śmiech i rozczulenie obu chłopaków. Jeśli zaś chodzi o chochliki, to, ku zdziwieniu Kostka i Bazylego, zaczęły się zachowywać niczym troskliwe mamusie: walczyły ze strzykawką z mlekiem starając się karmić kociaki, próbowały podnosić je kiedy upadały, czule je głaskały i przytulały się.
I chociaż później oburzały się gdy Kostek i Bazyli śmiali się z nich, to jasne było, że te dwie małe futrzane kulki zdobyły ich małe nieziemskie serduszka. Do końca życia.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum