The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 26 2019 00:48:35   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Kawa i grafit 2


część druga - Ekspert od krokodyli


- Mikołaj! - Głos matki brutalnie wdarł się w kolejne tony elektroniczno-rockowej muzyki i sprawił, że aż podskoczyłem ze strachu. Nienawidzę tego uczucia, tego przejmującego bólu, kiedy serce omal nie wyskakuje mi z piersi. Westchnąłem ciężko, przewracając oczami i z niechęcią ściągnąłem słuchawki, zły, że chociaż przez godzinę nie mam spokoju. No ale, matka jest w czepialskim nastroju, a przez to, że jej podpadłem, sądzi, że może się mną wysługiwać w każdej czynności. - Miałeś pozmywać.
Stanęła w drzwiach mojego pokoju, posyłając mordercze spojrzenie nieprzyjmujące żadnego sprzeciwu, a tym bardziej słowa „zaraz”. Odłożyłem książkę, która tak przyjemnie odciągała mnie od rzeczywistości dookoła i podniosłem się z łóżka.
- Już bez tej miny, kochany. Następnym razem pomyślisz, zanim zabierzesz Kubę do kumpla i każesz mu wdychać ten smród.
Smrodem matka określała zapach papierosów. Często mówi też odór. Ciężko było mi utrzymać twarz potulnego syna, nie mogąc pojąć rozumowania rodzicielki i zwalania na mnie winy, mimo że poinformowałem ją o wyjściu z Kubą smsem. Ale komórka jej padła i dostała go później. Jak do mnie zadzwoniła była w miarę spokojna, dopiero w domu zaczęły się ironiczne przytyki. A jak młody poszedł spać to przyciszonym głosem, w zaciszu naszej kuchni otrzymałem kazanie moralno-wychowawcze. Byłem pewny, że cały zapach petów ulotnił się do powietrza, wsiąkł w ludzi i tramwaj. Matka miała strasznie wyczulony węch.
- Masz coś białego do prania? - spytała, wychodząc z pomieszczenia. Nawet w mieszkaniu chodziła na obcasach. Dziwne, że nie zabiła się jeszcze o dywan.
- Nie, nie mam. - Wkroczyłem w jasną przestrzeń kuchni, próbując ignorować wszelkie niechciane bodźce w postaci złośliwie mrugającej żarówki, czy ogólnego zniechęcenie na myśl o zmywaniu. Z sypialni matki usłyszałem śmiech Kuby oglądającego jakiś film animowany. Miałem się do niego dołączyć, ale zapomniałem.
- Na pewno nie masz, Mikołaj? Idź sprawdź, żeby potem nie było, że nie masz skarpetek na zmianę albo majtek.
- Mamo, nie mam - powiedziałem z naciskiem, odkręcając wodę i próbując uregulować odpowiednią temperaturę. Niestety kran był zepsuty i ciężko było ustawić go tak, aby nie poparzyło w łapy, albo nie zaatakowało mroźną falą. Spokojnie, spokojnie, nie denerwujemy się pierdołami i marudzącą matką. Wyłączyłem umysł, który próbował się buntować przed tym wszystkim, a w szczególności przed zmywaniem. Miło wspominam naszą zmywarkę, jeszcze w starym mieszkaniu. Tak samo masę innych przedmiotów, które ułatwiały życie.
Kroki matki rozbrzmiały donośnie, kiedy przebyła odległość między łazienką i kuchnią. Stuk, stuk, stuk i cisza, kiedy odsunęła jedno z krzeseł i usiadła na nim bez słowa. Nie widziałem jej, odwrócony plecami, próbowałem doszorować biały garnczek po ryżu. Zaszeleściły gazety, zaszemrało radio. Jedna stacja, druga i ciężkie westchnienie matki.
- Zmieniałeś mi kanał? - spytała podejrzliwie, zaskoczona, że nie słyszy tego co lubi. Czyli jakiś smętów z radia religijnego.
- Pewnie Kuba się bawił - zwaliłem na syna, chociaż przyznaję, że rano w przypływie nagłej chęci na rockowe brzmienia ustawiłem odpowiednie fale na chwilowe umilenie sobie śniadania. I tak jak myślałem, matka pokusiła się tylko o parę niezrozumiałych słów pod nosem, zagłuszonych dodatkowo przez dźwięki z radia. W końcu udało się jej znaleźć to co chciała i kuchnia rozbrzmiała męskim, grubym głosem księdza.
- A co tam u Anety?
Tym razem to ja miałem ochotę sapnąć rozgoryczony. Też jej się zebrało na wypytywanie. Zwłaszcza, że ten wątek był już dawno nieaktualny.
- Nie wiem.
- Nie jesteście już razem?

Tak jak myślałem, w jej głosie usłyszałem żal. Lubiła Anetę. Chociaż w zasadzie jak można kogoś polubić, kiedy widziało się go może dwa razy? Raz kiedy przyszedłem z nią bo zapomniałem portfela. Drugi, gdy matka uparła się, abym zaprosił ją na obiad w weekend. Paranoja. Matka traktowała naszą znajomość poważniej niż my sami. A potem musiałem słuchać jak Aneta śmieje się, próbując przewidzieć, kiedy moja matka zabierze ją na zakupy by szukać sukni ślubnej. To było nieprzyjemne. Za dużo sobie pozwalała tym żartobliwym tonem, nawet jeśli sam nie byłem zadowolony z zachowania matki. W głębi widziałem, że po prostu cieszy się, kiedy jestem z kimś. Tyle razy mi to mówiła.
- Tak, zerwaliśmy.
- Tak już definitywnie? Mikołaj wydawała się porządną dziewczyną. Miłą, ładną i widać, że z przyszłością. Nie to co ta... Jessika.
A teraz usłyszałem w jej głosie pogardę. Na myśl o Jessice i ja czuję jakiś niesmak, chociaż nie umiem tak całkowicie jej znienawidzić, jak najwidoczniej uczyniła moja matka.
- Tak. Definitywnie. Ona tak zadecydowała. - Miałem nadzieję, że zabrzmiałem przekonująco, z namaszczeniem układając pierwszą parę głębokich talerzy na suszarce. I znowu skłamałem, co przyjąłem z ciężarem. Serio nie lubię tego. To ja zerwałem z Anetą. Ale wolę nie zdradzać tego przed rodzicielką, mogłaby to opacznie zrozumieć. Zaraz by się posypały zalety z posiadania przy boku takiej kobiety jak Aneta, a potem teksty, że powinienem o nią walczyć. Na końcu usłyszę, że tak bywa, że znajdę inną.
- O coś konkretnie poszło? - Matka złagodniała. Zobaczyła mnie jako ofiarę. Poczułem, jak dotknęła moich pleców w geście wsparcia. Zapach wanilii natychmiast mnie otoczył, jak przezroczysta, migocząca chmurka. Woń matki. Coś przyjemnego i uspokajającego. Do pewnego momentu. Wzruszyłem ramionami.
- Nieważne mamo. Po prostu nie wyszło.
- Kochałeś ją?
Spojrzałem na nią, dostrzegając w piwnych oczach jakiś cień zrozumienia, troskę i żal. Na powrót zajmuję się szorowaniem talerzy, dziwnie poddenerwowany tym, co usłyszałem. Nie odpowiedziałem, bo z jednej strony czułem się skrępowany (rzadko rozmawiam z rodzicielką o uczuciach), a z drugiej było mi głupio. Moja mama serio jest taka naiwna? Nie, nic nie czułem do Anety. Chodziło o przeklęty seks i tylko o to.
- Nie musisz mówić kochanie. - Objęła mnie i pocałowała w skroń, a ja z trudem się pohamowałem, aby się nie odsunąć. Przełknąłem ślinę, próbując opanować własne myśli i ciało, które w wyniku tej nieciekawej sytuacji odruchowo chciało uciec. Uratował mnie Kuba.
- Mamo! Mamo!
- No co tam słoneczko?
Odsunęła się, a ja mimowolnie odetchnąłem z ulgą, zły, że cała twarz mnie pali. Matka odebrała to jako wyraźny wyraz moich uczuć względem Anety, a ja po prostu nie chciałem wyjawić przed nią prawdziwych powodów. Oj mamo, jakaś ty naiwna.
Zostawili mnie samego, wraz z naręczem emocji, które przybyły z ożywieniem wspomnień o byłej dziewczynie. Lubiłem ją, chociaż więcej było tej sympatii dla jej cech zewnętrznych niż wewnętrznych. Podobały mi się jej oczy, niebieskie tak bardzo, że aż raziły. Ale kiedy pojawiała się w nich ironia, zazdrość i masę innych wkurzających emocji, miałem ochotę zamknąć powieki i na nią nie patrzeć. Lubiłem jej śmiech, zwłaszcza jak próbowałem ją połaskotać, a ona uciekała. Ale głosu złości nie lubiłem, napęczniałego od pretensji, których źródła nie rozumiałem. Oczywiście wskazywała mi palcem, gdzie się ono znajduje - we mnie. Ale to niczego nie ułatwiało. Najbardziej jednak zadurzałem się w jej cielesności, co na dłuższą metę okazało się zgubne. Jak człowiek sobie coś wmawia, to w sumie to działa, ale tylko przez jakiś czas. Wierzyłem w to, a nawet byłem co do tego pewny, że seks z Anetą był tym, czego chciałem. Muszę jednak przyznać, że im bardziej w to brnąłem, tym do dziwniejszych wniosków dochodziłem. Nawet nie chcę ich przytaczać, to jak przyznanie się do czegoś, o czego istnieniu powinienem zapomnieć. Chociaż czy mogę zakopać w odmętach umysłu pociąg do własnej płci? Pocieszałem się myślą, że może i z Anetą nie szło od tej strony dobrze, ale z Jessiką było pod tym względem odmiennie. Moja matka poczułaby się zbulwersowana, znając moje główne powody do bycia z dziewczynami.
Jezu, koniec tego zmywania. Zakręciłem kran i sięgnąłem po ścierkę, aby wytrzeć blat z wody. W zasadzie nie mam za sobą wielu związków. Z Anetą było tak na dłużej, chociaż z perspektywy czasu gdybym wiedział, jak będzie wyglądać nasze zerwanie, pewnie nie zdecydowałbym się na wchodzenie w tą relację. Aneta w pracy narobiła niezłego zamieszania. Było ono na tyle dla nas obojga nieprzyjemne, że zdecydowała się odejść do innego sklepu, w innej części Poznania. To była w sumie ulga. Spotykanie jej każdego dnia, znoszenie spojrzenia pełnego wyrzutu, chamskich docinków sprawiały, że jeszcze trochę i sam bym się zdecydował na ten krok. Aneta potrafiła być strasznie zawistna i zazdrosna, nawet po zerwaniu. Przez parę tygodni żyła w przekonaniu, że rzuciłem ją dla naszej wspólnej znajomej z pracy, Wioli. Tak, muszę przyznać, że ją lubiłem, dobrze się nam gadało, zwłaszcza na krótkich przerwach na papierosa. Okazało się, że Wiolka jest z mojej starej budy, więc było coś przyjemnego w obgadywaniu nauczycieli i wymienianiu doświadczeń związanych z nimi. Aneta od samego początku za dużo sobie dopowiadała.
- I dobrze, że cię nie ma. - Ulga w moim głosie i uśmiech na twarzy. Sięgnąłem w stronę szafek i wyciągnąłem swój kubek. Zdecydowałem zrobić sobie herbaty i wrócić czym prędzej do czytania. Chyba, że matka znalazłaby mi nowe zajęcie, ale słyszałem, że coś tłumaczy Kubie.
Raz matka spytała mnie o moją idealną dziewczynę, że niby jak sobie ją wyobrażam. Nie miałem pojęcia, co jej powiedzieć. Bo to było jednak głupie zdradzać przed własnym rodzicem takie wyobrażenia. Ja jednak takiego nawet nie posiadam. Myślę, że jak się pojawi odpowiedni wzorzec, to po prostu go pochwycę. Pochwycę tę osobę spojrzeniem, dotykiem i koniec. Wchłonę.
Nie chciało mi się czekać na herbatę. Woda wydawała się nieznośnie długo gotować, a czas za szybko pędzić. Wymknąłem się z kuchni. I to na palcach. Panele w przedpokoju strasznie skrzypią, ale nauczyłem się chodzić po nich tak, aby nie zdradzać własnej obecności. Poczułem się jak mały chłopiec. Zabawne wrażenie.

***


Wracał z pracy, jak zwykle w pośpiechu przemykając uliczkami, niechętny spotkaniom z ludźmi, niechętny kontaktowi. Pogoda względnie dopisywała i miał niemały dylemat, czy skusić się na jazdę tramwajem i przebywać w ludzkiej ciżbie krótko, chociaż blisko, czy też przejść się na piechotę, co jednak wydłużało znacznie czas, jaki zajmowało mu dotarcie z pracy do domu. Wybrał drugą opcję, starając się jak najszybciej dotrzeć do swojego mieszkania.
Obecność ludzi męczyła go, unikał ich spojrzeń i dotyku, mając wrażenie, że każda napotkana osoba wysysa z niego energię. Muzyka sącząca się ze słuchawek tylko odrobinę łagodziła ostrą niechęć, jaką czuł wobec natarczywego, ekstrawertycznego świata, pchającego mu się do oczu z każdej strony, atakującego, bezlitośnie narzucającego się. Wepchnął mocniej nieposłuszną słuchawkę do ucha, wsadził dłonie głęboko w kieszenie dżinsów, garbiąc się mocniej i usiłując nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego. Nie zawsze się to udawało, i sytuacje te budziły w Miłku skrępowanie.
Muzyka sprawiała, że nie słyszał ludzi tłoczących się obok, i nawet jeśli mówiono do niego, mógł ignorować to, bo przecież nic nie słyszał. To było bardzo wygodne, szczególnie w przypadku aktywistów Green Peace`u, religijnych agitatorów czy dziadków o podejrzanej reputacji, zbierających na tak zwany chleb. Mógł wyłączyć wszystkie dźwięki i przynajmniej udawać, że jest sam ze sobą. Niecierpliwie oczekiwał, kiedy znajdzie się w swoim mieszkaniu, zamknie za sobą drzwi i w końcu odpocznie po tak wyczerpującym, dziewięciogodzinnym kontakcie z ludźmi. Oczyma wyobraźni widział już, jak robi sobie kawę, jak siada z nią w swoim fotelu, sięga po gazetę i przegląda ją niespiesznie w absolutnej ciszy.
Przyspieszył kroku, niemal wbiegając po schodach prowadzących do bramy parku. Minął cokół z dumnym popiersiem Wilsona, szturmem oblegany przez kaczki i gołębie, od razu kierując się na lewo, w stronę drugiej bramy parkowej, naprzeciwko której znajdowała się jego kamienica i jego mieszkanie. Obiecywał sobie, że skoro jest piątek, cały weekend spędzi sam ze sobą schowany w domu, i nic ani nikt nie zmusi go do wyjścia. Był skłonny wyjeść wszystko, co miał w lodówce, byle by tylko nie musieć wychodzić. Czuł, że po całym tygodniu pracy bardzo, ale to bardzo potrzebuje naładować akumulatory, wypocząć. A najlepiej i najefektywniej odpoczywało mu się w samotności.
Od upragnionej bramy parku dzieliło go zaledwie kilka metrów, gdy niespodziewanie dla samego siebie zobaczył na mostku wiodącym na drugą część parku nie kogo innego, jak Mikołaja, kumpla Wojtka. Rozpoznał go od razu ze względu na płomienny kolor włosów. Przystanął i zbeształ się za to, już zamierzając wyminąć chłopaka, udać, że wcale go nie widzi, kiedy zorientował się, że Mikołaj nie jest sam. Kuba stał obok niego z zapłakaną twarzą, czerwony na buzi i mokry, nie odzywając się do Mikołaja i patrząc w ziemię z zaciętą miną. Chłopak starał się coś tłumaczyć dziecku, kucał przy nim, a po jego minie Miłko odczytał, że stało się coś nieprzyjemnego i Mikołaj niekoniecznie sobie z tym razi. Gdyby nie Kuba, nie czułby się w obowiązku by do niego podchodzić, ale widok małego, spłakanego dziecka robił z jego sercem coś, co nie pozwalało mu przejść obojętnie.
Zbliżył się powoli, dając chłopakowi czas na wcześniejsze zauważenie go, jednakże Mikołaj zdawał się nie dostrzegać świata poza Kubą. Już z daleka widać było, jak bardzo podobni są do siebie.
- Cześć - przywitał się, podchodząc bliżej i zwracając na siebie uwagę Mikołaja. Obok chłopaka stał wypchany, szkolny plecak. - Stało się coś? Mogę jakoś wam pomóc? - spytał, modląc się w duchu, by nie wyjść na nachalnego. Oczy Mikołaja zdawały się wyrażać zdziwienie, utrzymał z nim kontakt wzrokowy, już na wstępie obawiając się tego, co właśnie chłopak sobie pomyślał. Wcisnął mocniej dłonie w kieszenie spodni, starając się przybrać neutralny wyraz twarzy.
- Och... hej... - Mikołaj wpatrywał się w niego przez chwilę, szybko jednak wracając do Kuby, który załkał głośno. - Kuba, no już, spokojnie - przemówił cicho, lecz z wyraźnym zdenerwowaniem i zmęczeniem w głosie. Przysunął syna do siebie, obejmując go i podnosząc się z nim. - Mała awaria - zwrócił się do Miłka zakłopotany.
- Może… mógłbym jakoś pomóc? Mały jest chyba nie w humorze - powiedział mężczyzna, przypatrując się im odrobinę skrępowany. Nie wiedział, jak powinien zachować się w takiej sytuacji. Nie byli przecież żadnymi kolegami, raczej znajomymi, i to bardziej na stopie naukowej niż towarzyskiej.
- Nieporozumienie w przedszkolu - wyjaśnił krótko Mikołaj i nawet jeśli chciał rozwinąć myśl, nie zrobił tego, bo przerwało mu coś niespodziewanego. - O nie... - szepnął z rezygnacją, a Kuba na jego rękach zapłakał głośniej, wtulając się w niego silniej. Mikołaj przygryzł dolną wargę, na chwilę przenosząc wzrok gdzieś w dal, próbując się uspokoić. Czuł wyraźnie wilgoć na spodenkach syna, co mogło znaczyć tylko jedno, malec zmoczył się z zdenerwowania. Ukucnął ponownie odsuwając go, mimo wyraźnego oporu z jego strony. Obecność mężczyzny nie pomagała, jeszcze mocniej peszyła Mikołaja, kiedy zdał sobie sprawę jak nieporadnie wygląda.
- Mieszkam tu… bardzo blisko. Jeśli… jeśli potrzebujesz. - Miłko westchnął, starając się nie zauważać tego, co właśnie się stało, a czego był świadkiem. Coraz silniej odczuwał, jak obcy i zbędny jest w tym towarzystwie, nie mógł jednak przejść obojętnie, kiedy widział jak Kuba cierpi. Zirytował się na siebie, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów do wyrażenia własnych myśli. - Jeśli czegoś potrzebujesz. To dwa kroki stąd. Kuba może uspokoi się w… w ciszy.
- Z chęcią skorzystamy - zgodził się Mikołaj po krótkim namyśle, dochodząc do wniosku, że tak będzie najlepiej. Przynajmniej w spokoju zdoła przebrać malca, bez uczucia, że ktoś mu się przygląda i ocenia jego umiejętności ojcowskie. Podniósł Kubę, który nie przestawał popłakiwać, zaczerwieniony ze stresu.
- Umm… ok - przytaknął Miłko, prowadząc ich za sobą i co rusz oglądając się na Mikołaja. Nie był pewien, czy nie idzie zbyt szybko, czy chłopakowi nie jest za ciężko albo zwyczajnie dziwnie. Stanęli na pasach, czekając kilka minut na zmianę świateł. Miłko nacisnął kilka razy przycisk zielonego światła. Jego gesty świadczyły o nerwowości, mimo że bardzo starał się opanować. Nie wiedział, czy proponując chłopakowi pomoc nie robi czegoś zdrożnego. Jak zawsze wszystko zbyt mocno analizował. Tuż za pasami weszli w podwórze między kamienicami, i Miłko poprowadził ich do swojej sutereny, której małe okienka od strony podwórza wpuszczały do mieszkania odrobinę rozmytego światła. Puścił gości przodem, zapalając światło. W mieszkaniu było bardzo cicho i ciepło. Folia malarska i puszki z chemikaliami tworzyły pachnący intensywnie, remontowy krajobraz. Jedynie pokój był już wykończony i nie straszył nadmiernymi zapachami. - Tu jest łazienka. Chcesz jakiś… ręcznik? - spytał, patrząc na Mikołaja wzrokiem bez wyrazu.
- Tak. - Mikołaj kiwnął głową, próbując za długo nie patrzeć na mężczyznę. Mimo że sytuacja była dość specyficzna, nie potrafił trzymać na wodzy swoich nawyków przyglądania się ciekawym twarzom. Rozejrzał się ukradkiem po mieszkaniu, dochodząc do wniosku, że jest tu na swój sposób przytulnie, pomimo widocznych prac remontowych.
Miłko wrócił po chwili z ręcznikiem i podał go Mikołajowi, zakłopotany wizytą pierwszych gości w swoim nowym mieszkaniu. Nie przepadał za odwiedzinami, najchętniej spędzał czas samotnie. Teraz jednak sytuacja była dosyć wyjątkowa. Wrócił do pokoju, próbując ogarnąć jako tako bałagan, który zostawił rano. Otworzył okna, chcąc wywietrzyć zapach schnącej farby. Przypuszczał, że może to być nieprzyjemne dla dziecka. Wyciągnął z lodówki wczorajszą kanapkę, chcąc zjeść cokolwiek, nim Mikołaj z synem sobie pójdą. Pokój był dosyć przestronny jak na tak małe mieszkanie, co skutkowało zmniejszeniem powierzchni łazienki i aneksu kuchennego. Nie przeszkadzało mu to jednak, i już teraz, mimo że mieszkanie ciągle wymagało pracy, czuł się tu jak u siebie. Stonowany beż ścian i cała gama brązów, szarości i czerni sprawiała, że mógł tutaj spokojnie wypoczywać. Spojrzał tęsknie na swoje łóżko okryte dużym, kudłatym kocem, nie mogąc się doczekać, aż będzie mógł się położyć. Jednocześnie wiedział, że musi pomóc chłopakowi. Nie mógłby postąpić inaczej.
Minęło sporo czasu nim drzwi łazienki otworzyły się ponownie z charakterystycznym sobie skrzypnięciem. Mikołaj zgasił światło i niepewnie skierował się do głównego pokoju, na rękach trzymając Kubę, który z miną nieszczęśnika zaciskał kurczowo palce na jego bluzie. Chłopak musiał przebrać syna, umyć, co okazało się znacznie cięższe niż się spodziewał. Kuba w stanie podenerwowania był oporny do wykonywania jakiejkolwiek czynności, więc nakłonienie go do czegokolwiek było mozolną pracą. Nie była to jednak pierwsza taka sytuacja, gdyż po rozwodzie rodziców i zmianie przedszkola zdarzyło się to już dwukrotnie. Mikołaj jednak zawsze wpadał w panikę, nie do końca będąc pewnym co zrobić, aby malec się uspokoił. To, że musiał polegać na kimś obcym dodatkowo go krępowało.
- Sorry... mały nie chciał za bardzo współpracować - odezwał się, czując się w obowiązku by wytłumaczyć, czemu tak długo siedzieli w łazience. Sam również musiał się przebrać, a mokre rzeczy upchnąć do plecaka.
- W porządku. Kuba ma się już lepiej? - spytał mężczyzna, odkładając na bok gazetę i wstając z fotela. Przybrał uprzejmy wyraz twarzy, nie chcąc dodatkowo stresować dziecka ani peszyć Mikołaja. Rozumiał doskonale, jak ciężko musi być chłopakowi.
- Nie za bardzo... - Mikołaj przełknął ślinę i na chwilę spuścił wzrok, czując się skrępowany tym, że musi jeszcze o coś prosić. Nadużywanie gościnności było ostatnią rzeczą jakiej pragnął. - Mogę zrobić mu gorzkiej herbaty? - spytał, będąc przekonanym, że musi to brzmieć idiotycznie. Spojrzał na Miłka, mając nadzieję, że za dużo sobie nie pozwala. - Kubę zawsze brzuch boli z nerwów - dodał szybko.
- Usiądź… usiądźcie, rozgośćcie się - Miłko wskazał kanapę, wsuwając dłonie w kieszenie spodni i popatrując to na Mikołaja, to na Kubę. Skrępowanie chłopaka sprawiała, że sam czuł się trochę pewniej. - Chcesz czegoś się napić? Dla Kuby herbata, oczywiście.
- Też herbatę... poproszę. - Mikołaj zawahał się przez sekundę, ale w końcu usadowił się na kanapie. Chciał odmówić, ale palce u rąk miał tak zgrabiałe z zimna, że zapragnął się jakoś ogrzać. Bluza niestety nie dawała za dużo ciepła, ale chociaż Kuba grzał jak mały piecyk, kiedy ułożył go sobie wygodnie na kolanach. Już go ścisnęło w żołądku, kiedy pomyślał, ile zajmie mu czasu wmuszenie w niego herbaty. Zwłaszcza, że będzie podawał ją chłopcu łyżeczką.
- Słodzisz? - spytał Miłko, nalewając wody do czajnika. Uśmiechnął się do chłopaka przelotem, wyciągając z szafki trzy białe, porcelanowe kubki. Z całych sił starał się robić dobre wrażenie, głównie ze względu na Kubę, który wyglądał na mocno przestraszonego. - Wybacz, że taki bałagan. Cały czas zmagam się z malowaniem. Nie spodziewałem się gości - zaśmiał się cicho, wrzucając do kubków po saszetce Liptona, a do ostatniego wsypując dwie łyżeczki Maxwell House. Czuł, że potrzebuje dobrej, mocnej kawy.
- Jedną łyżeczkę. - Mikołaj odruchowo również się uśmiechnął, odbierając to za znak, że mężczyźnie nie ciąży aż tak ich obecność. Przesunął wzrokiem po wnętrzu, dopiero teraz mając chwilę, aby przyjrzeć mu się lepiej. - Jest ok, przytulnie - ocenił dość nieporadnie, doskonale wiedząc, że nie jest mistrzem konwersacji, zwłaszcza z osobami, które były mu obce. Nawet jeśli znał go sprzed dwóch lat, kiedy Miłko udzielał mu korepetycji, nie zmieniało to faktu, że nie czuł się przy nim swobodnie. Właśnie tego uczucia Mikołaj nie znosił, kiedy poznawał się z nowymi ludźmi. Jakby mu brakowało języka w buzi, a zasób słów gwałtownie się zmniejszał. - Dużo jeszcze zostało do poprawek? - zapytał, nie chcąc, aby zapadło milczenie.
- Umm, myślę, że skończę w ciągu tygodnia. Sam widzisz, jaki jest tu... PRL. A wierz mi, że było jeszcze gorzej - uśmiechnął się lekko, opierając się o futrynę drzwi prowadzących do maleńkiej kuchni. Na ścianie obok wisiał nieoprawiony, czarno-biały plakat w stylistyce lat pięćdziesiątych, przedstawiający dziewczynę w białym stroju kąpielowym siedzącą na plaży w dużym, wiklinowym koszu. U jej stóp zanurzonych w piasku leżał mały terier. Wydął lekko wargi, patrząc w kąt pokoju pustym spojrzeniem. - Gdybym nie chodził do pracy, byłoby szybciej. Ale wtedy nie mógłbym kupić tego mieszkania. Kwadratura koła. - Usłyszeli, jak czajnik z wodą wydaje z siebie kliknięcie, i Miłko zniknął za drzwiami by zalać kubki wrzątkiem. Aromat mocnej kawy dał się poczuć nawet w pokoju.
- Proszę - powiedział, wracając po chwili i stawiając obie herbaty przed Mikołajem. Popatrzył na Kubę z cieniem uśmiechu na ustach. - Małemu chyba kleją się oczy.
Mikołaj skierował wzrok na syna, orientując się, że ten już nie płakał, a cicho tulił się do niego. Zaczerwienienia na policzkach powoli znikały. Mikołaj pogładził malca po buzi, odgarniając z czoła niesforny kosmyk.
- Hej, napijesz się herbaty? - spytał spokojnie, nie przestając go delikatnie gładzić go po plecach. Kiedy syn kiwnął nieznacznie głową na znak, że się zgadza, zwrócił się do mężczyzny - Rzu... znaczy poda... Mogę prosić o łyżkę? - odkaszlnął, próbując zatuszować swoją wypowiedź, początkowo chcąc użyć sformułowania, którym posługiwał się raczej w obecności Wojtka i znajomych. A potem po prostu się zaplątał, dochodząc do wniosku, że również i druga propozycja nie pasuje. Miał ochotę strzelić sobie w głowę za to, jak się gubił we własnych wypowiedziach. Uśmiechnął się nieporadnie, nie zatrzymując spojrzenia na Miłku dłużej niż parę sekund.
- Oczywiście - odparł mężczyzna, ignorując zamotanie chłopaka, mimo że doskonale zdawał sobie z niego sprawę. Wrócił szybko ze wspomnianą łyżką. Nie mógł nadziwić się podobieństwu pomiędzy Mikołajem a Kubą. Z drugiej strony było to dosyć oczywiste, biorąc pod uwagę to, jak blisko byli ze sobą spokrewnieni. - Poradziłeś sobie z tym… z tym wszystkim - powiedział, siadając z powrotem na swoim fotelu. Mikołaj już dwa lata wcześniej wyznał mu prawdę. Łatwo mógł zrozumieć, że chłopakowi brakuje kogoś, kto by go wysłuchał.
- Co? Znaczy... - rudzielec spojrzał na niego lekko zmieszany, nie mając pojęcia o co jest pytany. - Kuba już raz tak miał, więc... mniej więcej wiem, jak go uspokoić - odparł z wahaniem, zastanawiając się, czy o to chodziło. Nabrał na łyżkę ciepłego napoju i podmuchał parę razy, aby malec nie poparzył języka. - Do tego jeszcze jedno z dzieci go uderzyło, więc podwójna masakra.
- Chodziło mi o to, że dobry z ciebie… opiekun - powiedział Miłko, bawiąc się bezmyślnie skrawkiem poduszki. Pochylił się do przodu, chowając na moment twarz w dłoniach. Przy kimś takim jak Mikołaj czuł się jeszcze starszy, niż był w rzeczywistości. Materiał dżinsowych spodni opiął się mocno na jego kościstych, ostrych kolanach. - Widzę, że wspaniale opiekujesz się… bratem. Jak to się stało, że znaleźliście się w parku? Nie powinniście być o tej porze już w domu?
Mikołaj zanim odpowiedział podał Kubie jeszcze jedną łyżeczkę, uważając, aby nic się nie rozlało. Kuba popijał wolno i dość niechętnie, znużony dzisiejszym dniem.
- Dzięki - mruknął Mikołaj, szczerze zaskoczony poruszonym tematem i samą oceną jaką mu wystawiono. W zasadzie na swoją opiekę synem patrzył bardziej przez pryzmat obowiązków oraz tego, że jest po prostu ojcem Kuby, więc nie mógł postępować inaczej. - Chciałem, żeby się uspokoił. Hałas ulicy źle na niego działa - wytłumaczył, przerywając pojenie herbatą i sięgając po swój kubek. - Zwłaszcza, jak jest zdenerwowany.
- Dzieciaki potrafią być okrutne… Szczególnie dla nowych. Może chcesz rurkę? Nie musiałbyś… z tą łyżeczką - powiedział nieskładnie, wskazując dłonią na trzymany przez Mikołaja sztuciec.
- Och... w sumie racja. To poproszę.
- Jesteście do siebie bardzo podobni. Silne, rude geny - zażartował mężczyzna, podając Mikołajowi plastikową, niebieską rurkę do napojów. Sam nie wiedział, skąd je ma. Przypuszczał, że Wojtek mógł wcisnąć mu je przypadkowo podczas pakowania tych nielicznych rzeczy, które miał w starym mieszkaniu. Książek ze studiów nie przetransportował do tej pory. Zbyt wiele tego było. - Pamiętam, jak był takim zupełnym maluchem. Teraz to już młody dżentelmen - dodał, uśmiechając się do Mikołaja zachęcająco, a jednocześnie będąc pełnym uprzejmego dystansu.
Chłopak uśmiechnął się szerzej, rozbawiony słowami Miłka, nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego. Pierwszy raz poczuł się dobrze z myślą, że ma syna. Zawsze na pierwszym miejscu stawiał obowiązek bycia ojcem, nie zastanawiając się, czy kryje się pod tym coś jeszcze.
- Może niech nie dziedziczy wszystkiego - powiedział weselszym tonem, odnosząc się tutaj do wczesnego ojcostwa. Wrzucił słomkę do kubka Kuby i trzymając ją podsunął pod buzię malca. Widząc, że rozwiązanie picia herbaty nie zostało odrzucone przez chłopca, odetchnął. - Szybko rośnie i strasznie mnie wykorzystuje. - Zerknął w stronę mężczyzny, chcąc się upewnić, czy temat Kuby nie jest nużący dla niego. W końcu przyjęło się w społeczeństwie, że to kobiety potrafią w kółko mówić o dzieciach. - Co tam? - zwrócił się do Kuby, który uniósł do góry rączkę, trącając brodę brata. Nachylił się do niego, bo słów, które padły z dziecięcych ust w ogóle nie zrozumiał.
- Piosenka... - wymamrotał niewyraźnie chłopiec, popatrując na Mikołaja spod przymkniętych powiek, co zapowiadało u niego chęć na drzemkę.
- Jaka piosenka? - Mikołaj uniósł wymownie brwi, czując ukłucie zdenerwowania na myśl, że miałby robić z siebie pajaca przed Miłkiem i próbować śpiewać.
- Iskerka.
- Kuba, to jak wrócimy do domu - powiedział wolno, pełen opanowania, zdając sobie sprawę, że nie może się na to zgodzić. Widząc, jak malec wykrzywia płaczliwie buzię, przełknął ślinę w zdenerwowaniu. - Kuba, zaraz będziemy w domu... - zapewnił, mając nadzieję, że nie stanie się to co czuł podskórnie, że się wydarzy. Nie zdążył nic dodać, kiedy Kuba poczerwieniał i zapłakał, pozwalając łzom spłynąć po pulchnych policzkach.
- Właśnie widzę, że umie postawić na swoim - zakpił Miłko, nie mogąc nadziwić się przewrotności chłopca. - Skoczę do łazienki, a wy bawcie się ładnie - powiedział, nie chcąc krępować Mikołaja swoją obecnością. Wiedział, że dla chłopaka musi być trudne zajmowanie się dzieckiem, tym bardziej że sam był jeszcze przecież bardzo młody. Nie chciał mu utrudniać i tak zawiłej i nieprzyjemnej sytuacji.

Mikołaj zmarszczył brwi, nagle zły na Kubę, że nie może nad nim zapanować. Męczyło go to wszystko, chciał wrócić do domu, odpocząć, poczytać książkę, posłuchać Adriana Von Zieglera. Weź się w garść, pomyślał, nie chcąc poddać się zniechęceniu jakie rosło z każdą minutą, wraz z natężeniem płaczu Kuby.
- Dobrze, zaśpiewam - zgodził się w końcu zrezygnowany, mając na uwadze nieobecność gospodarza. Przynajmniej zażenowanie będzie mniejsze. Malec umilkł, jakby tylko czekając na te słowa. Mikołaj odstawił kubek, dochodząc do wniosku, że jeśli syn uśnie, to może łatwiej minie im podróż do domu. Chociaż wątpił. Odkaszlnął, zapobiegawczo zerkając w stronę łazienki, aby się upewnić czy Miłko będzie świadkiem tej kompromitacji od początku. Na szczęście jeszcze nie wrócił, więc objął Kubę i przysunął usta do jego ucha.
- Z popielnika na Kubusia iskiereczka mruga - zaczął cicho, próbując nie skupiać się na barwie własnego głosu, który z powodu zdenerwowania dodatkowo drżał, a na słowach piosenki. Zamknął oczy, próbując dodać sobie tym odwagi, nie zastanawiając się, czy Miłko może go słyszeć, nawet jeśli śpiewał cicho, jedynie do ucha malca. - Chodź opowiem ci bajeczkę. Bajka będzie długa. Była sobie raz królewna, pokochała grajka, król wyprawił im wesele i skończona bajka. - Znał piosenkę na pamięć, była częścią jego dzieciństwa, fragmentem, którego nie sposób wymazać. Matka często mu ją nuciła, zwłaszcza w takich momentach, jakie obecnie przeżywał Kuba. Strach, smutek, czy bolesne uderzenie po upadku, piosenka zawsze działała magicznie na wszystkie te odczucia. - Była sobie Baba Jaga, miała chatkę z ciasta, a w tej chatce same dziwy, cyt! Iskierka zgasła. - Odruchowo kołysał synem w powolny rytm piosenki. Matka i Kubie śpiewała tę kołysankę, przy okazji ku uciesze malca zmieniając imię głównej postaci na jego. W końcu zamilkł po paru minutach, pozwalając ostatnim słowom ulecieć w ciszę, która opadła na nich niespodziewanie. Uniósł powieki, czując jak palą go policzki, ale nie wiedział, czy to z powodu skrępowania, czy może ciepła, które zapłonęło mu w piersi podczas śpiewania. Zerknął na Kubę wtulonego w i uśmiechnął się nieznacznie. Spał, cichutko oddychając i rozluźniając rączki, które wcześniej zaciskał.
- Artystyczna dusza - szepnął Miłko, wracając do pokoju. Po jego minie trudno byłoby stwierdzić, czy słyszał cokolwiek z wykonanej przez Mikołaja piosenki. - Mógłbyś zawodowo usypiać dzieci. Widać, że mały to kocha.
Mikołaj drgnął, zaskoczony jego nagłym pojawieniem się w pomieszczeniu, zwłaszcza że nie słyszał skrzypnięcia drzwi od łazienki. Spuścił wzrok, przez chwilę zapominając co chciał odpowiedzieć.
- Nic specjalnego - odparł, sięgając po swoją herbatę, mając cichą nadzieję, że rumieniec na jego twarzy już zniknął. - Taką mam rolę.
- Masz wspaniałą rolę. - Miłko uniósł kącik ust w uśmiechu, pokazując jeden, słabo wykształcony dołeczek w policzku. Rozejrzał się nieśmiało po pokoju, co najmniej jakby nie był u siebie. - Niejeden facet by ci zazdrościł. Wybacz, że spytam... ale czemu nie zabrałeś małego do domu? To chyba odpowiedniejsze miejsce dla zdenerwowanych dzieci niż park?
- Zapomniałem kluczy od domu i musieliśmy gdzieś poczekać, aż matka nie wróci z pracy. Park wydawał się najrozsądniejszy, przy okazji nikomu byśmy nie przeszkadzali.
- Mmm, rozumiem... Możesz poczekać tu, jeśli masz takie życzenie... Jesteś głodny? Ja umieram z głodu - powiedział mężczyzna, przyglądając się nienachalne obrazkowi, jaki stanowił Mikołaj z Kubą. Światło palące się w pokoju sprawiało wrażenie, że zapada już zmierzch. Niewiele słońca wpadało przez małe okienka na poziomie chodnika.
- Nie chcielibyśmy przeszkadzać - wyraził swoje obawy Mikołaj, mówiąc stosunkowo cicho, aby nie zbudzić syna. Nie umiał się znaleźć w tej nowej sytuacji, przeważnie przyzwyczajony do tego, aby nie zawracać ludziom głowy swoją i malca obecnością. Każdy tolerował dziecko, dopóki było spokojne i siedziało w miejscu, w innych wypadkach takie towarzystwo było źle widziane. Ale mężczyzna działał na przekór wcześniejszym doświadczeniom Mikołaja.
- Chyba już bardziej przeszkadzać nie możesz - odparł Miłko, wyciągając z torby paczkę papierosów. Nie mógł zdecydować, czy woli najpierw zapalić, czy zjeść. Zreflektował się, widząc niepewną minę Mikołaja. - To znaczy... Mmm, nie przeszkadzasz mi. Nie to chciałem powiedzieć. Szkoda dręczyć małego. Niech śpi. Chodź może do kuchni? Nie będę przy nim palił.
- Yhm... ok - zgodził się odruchowo Mikołaj, nadal nieprzekonany, czy Miłko nie ma nic przeciwko. - A...a mogę prosić... o koc?
- Leży na łóżku, poczęstuj się - mruknął Miłko z papierosem w ustach, znikając za drzwiami .
Mikołaj ostrożnie ułożył Kubę na jednej z poduch leżących na kanapie i okrył szczelnie kocem, cały czas uważając, by malec nie obudził się przy tym. Spał głęboko, oddychając równomiernie i jak przewidywał Mikołaj, mógłby tak przespać parę godzin. Uniósł się i ostatni raz zerknął na malca, by ruszyć w końcu do kuchni wraz z porzuconymi kubkami. Musiał przyznać, że krępował się rozmową z mężczyzną, nie umiał jednak wytłumaczyć, skąd bierze się ta obawa. Może chodziło o wiek Miłka, albo sam fakt, że Mikołaj dwa lata temu powiedział mu o swoim ojcostwie. Powiedział, nieco się przy tym rozklejając.
Przekroczył próg kuchni, kierując wzrok na wysoką sylwetkę gospodarza. Miłko był w jakiś sposób eteryczny, jakby ciałem żył tu, w otoczeniu szarej rzeczywistości, a duchem znajdował się gdzieś poza tym wszystkim. Nie miał pojęcia, skąd takie porównanie przyszło mu do głowy, tak abstrakcyjne i zapewne nie odnoszące się do prawdziwego obrazu mężczyzny. Było w tym jednak coś pociągającego, tak silnie, że Mikołaj miał ochotę to narysować.
- To... to tak z godzinę posiedzimy, a potem będziemy się zmywać - przemówił pierwszy, chcąc tym samym odciąć się od swoich spostrzeżeń.
- Chcesz zapalić? - spytał Miłko, zaciągając się z lubością i przysłaniając twarz dłonią z papierosem. Dym wylatywał powoli przez małe okienko w równie malutkiej kuchni. - Nie wiem, może za mocne dla ciebie - wyciągnął do Mikołaja otwartą paczkę czerwonych L&Mów.
- Dzięki, chyba dam radę. - Mikołaj poczęstował się i już po chwili zaciągnął głęboko. Odrobinę go zemdliło, ale udało mu się to ukryć. Odkaszlnął i rozejrzał się po pomieszczeniu. - Trochę ciemno w tym mieszkaniu... - stwierdził, zastanawiając się, czy był to świadomy wybór gospodarza.
- A czego spodziewałeś się po suterenie? Rzęsistego oświetlenia? - zakpił Miłko, popatrując na niego znad papierosa. W jego oczach czaiło się coś niebezpiecznego, co jednak zniknęło szybko, gdy mężczyzna przymknął powieki zaciągając się dymem.
Mikołaj wzruszył ramionami, trochę zbity z tropu tą odpowiedzią, nie wiedząc czym sobie zasłużył na ironię. Niektórzy tak po prostu mają, pomyślał, wsuwając dłoń pod bluzę na prawym ramieniu i ugniatając obolałe miejsce.
- Jakby poszerzyć okna, to kto wie - zażartował niepewnie.
- Nie widzę potrzeby. Dobrze mi tak, jak jest. Pieprzone słoneczko nie razi w... a mniejsza z tym - westchnął, petując do zlewu. Wydawał się być dziwnie poirytowany. - Usiądź. Chcesz coś zjeść? Wybacz, to nie jest mój najlepszy dzień. Ale mam kanapki - uśmiechnął się oszczędnie, zaduszając dogorywającego peta.
- Jedna kanapka wystarczy - zapewnił chłopak, przysiadając na wolnym krześle i popadając w głębsze skrępowanie, nie wiedząc jak sobie tłumaczyć zachowanie gospodarza. Ogarnęła go chęć usunięcia się z pola, jakby podświadomie odczytywał, że może mieć wpływ na poirytowanie mężczyzny. Albo być jednym z wielu powodów. Dopił swoją herbatę, która była jeszcze ciepła, pocierając nerwowo skroń i zaciągając się papierosem. - Jak było za granicą? - zapytał, znając jedynie ten fakt o mężczyźnie.
- Życie jak wszędzie. Nic szczególnego - skwitował Miłko, pochylając się do małej lodówki i wyjmując z niej ingrediencje do zrobienia kanapek. Nie było tego zbyt wiele, ale nie było również przesadnie biednie. - Poszedłeś na studia? Uczysz się dalej? - spytał, zerkając krótko na swojego gościa. Wyciągnął z szafki bochenek białego, krojonego chleba i zaczął sprawnie przygotowywać kanapki.
Nieprzyjemny uścisk pojawił się w piersi Mikołaja. Gdyby mógł, nie odpowiedziałby na te pytania. Temat nauki był tym, o którym nie miał szczególnie ochoty mówić. Niegrzecznie jednak by było jakby próbował go ominąć. Westchnął ciężko, zaglądając na dno kubka, szukając odpowiednich słów.
- Niee... - mruknął ze znużeniem w głosie. - Matura poszła mi kiepsko.
- Nie żartuj. Robiłeś duże postępy z angielskim. - Miłko zapatrzył się na niego z zastanowieniem, oczekując odpowiedzi chłopaka. - Nie chciałeś studiować? Czy... nie zrobiłeś matury w ogóle?
- Z angielskim poszło mi dobrze, z resztą gorzej. Na studia medyczne raczej nie miałem co startować. - Mikołaj nie patrzył na niego zajęty kubkiem, ukrywając jednak niezdecydowanie co do rozwijania tego tematu. Dobrze pamiętał plany rodziców odnośnie jego studiów, a potem samej przyszłości. Rzeczywistość okazała się niestety zgoła inna.
- Wydawało mi się, że wybierasz się raczej na ASP - zaryzykował niepewnie Miłko, wracając do smarowania chleba margaryną. Obszerny t-shirt nie ukrywał tego, jak bardzo był szczupły. A przecież jadał całkiem normalnie. - To skąd ta medycyna?
- Znaczy, rodzice chcieli, żebym poszedł na medycynę. Noo... ojciec prowadzi zakład stomatologiczny, więc... miałem iść w jego ślady - wytłumaczył niechętnie Mikołaj, czując jak robi mu się gorąco na myśl o ojcu. Chciał wyglądać na rozluźnionego, ale nie potrafił pozbyć się zdenerwowania. - Na ASP to taka... moja... myśl. Tylko myśl.
- Nie chcesz spróbować? Przecież jesteś... bardzo młody. Jeszcze nic nie przegapiłeś. Rodzice nie zawsze muszą mieć rację - powiedział Miłko, stawiając przed nim biały, porcelanowy talerzyk z dwoma kanapkami z szynką, goudą i sałatą. - Kawy?
- Nie, dziękuję. - Chłopak uśmiechnął się do niego lekko i sięgnął po pierwszą z brzegu kanapkę. Ugryzł kęs, dopiero teraz czując jaki jest piekielnie głodny. - Yhm... to raczej niemożliwe. Matka mówi coś o płatnej lingwistyce, więc pewnie tym się zajmę. Na ASP trzeba się przygotować. Wszyscy kandydaci pewnie łażą na jakieś kursy przygotowawcze, a ja nie mam czasu ani kasy - mruknął smętnie, nigdy wcześniej nie myśląc o tym na poważnie. Nie czuł takiej potrzeby, kiedy w ogóle nie wierzył w urzeczywistnienie tego.
- Możesz później tego żałować. Nie martwi cię to? - spytał mężczyzna, samemu wgryzając się w swój chleb. Był już bardzo głodny i nie mógł czekać, aż Mikołaj sobie pójdzie, by zjeść w spokoju. Nie lubił jeść przy ludziach, krępowało go to, ale w obecnej sytuacji nie miał większego wyboru. - Pewnie znalazłby się ktoś, kto mógłby ci pomóc. Kwestią są twoje chęci i zapał.
- Chyba już się przyzwyczaiłem do myśli, że to raczej nierealne. Jak się zapalę, to porażka będzie gorsza do zaakceptowania.
- Wygodnicki. No proszę. A wydawało mi się, że jest w tobie krztyna ambicji - sarknął Miłko, popatrując na niego z cieniem wyzwania w oczach.
- To nie o to chodzi... - odburknął Mikołaj po przełknięciu kolejnej porcji kanapki. Spojrzał na mężczyznę, marszcząc jasne brwi. - Nie mogę myśleć o sobie, kiedy muszę... mieć na uwadze i Kubę i matkę. Jestem im to winien... - dodał ciszej.
- Naprawdę chcesz budować swoje życie na poczuciu winy? Nie chcę udawać mądrego, ale nie wydaje mi się... żeby twoje poczucie winy mogło przysłużyć się twojej mamie. Albo Kubie. Często krzywdząc siebie, można skrzywdzić swoich bliskich.
Przez twarz Mikołaja przemknęło wyraźne zdumienie. Otworzył szerzej oczy, przyglądając się mężczyźnie w milczeniu. Słowa które padły zaniepokoiły go, nigdy bowiem nie patrzył tak na swoje życie. Po prostu dostosował się do tego, czego od niego oczekiwano, jak zatem mógł kogoś tym krzywdzić? Zgiął palce, spuszczając wzrok na połyskującą powierzchnię talerza.
- Nie rozumiem... - zdołał wykrztusić, przy okazji zastanawiając się, czy właśnie nie odznaczył się jawną głupotą. - Jak można... kogoś krzywdzić, kiedy robi się tak... no tak, jak on chce? To bez sensu.
- Ewolucyjnie rzecz biorąc już wystarczająco zaspokoiłeś ambicje swojej matki - zakpił mężczyzna, bawiąc się składaniem kuchennej ściereczki. - Będziesz pewnie nieszczęśliwy. Pragnienia, które nie są realizowane skutkują frustracją. Prędzej lub później wyjdzie to z ciebie. Ludzie zaczną się dziwić, gdzie podział się ten miły, uczynny chłopak. Postępując wbrew sobie nagromadzisz jedynie żal i gniew, które kiedyś użyjesz... jako oręża... przeciwko drugiej osobie. - Miłko westchnął cicho, patrząc niewidzącym spojrzeniem pod swoje nogi. Wydawał się być pochłonięty rozmyślaniami. - A może się mylę. Może jesteś stworzony do autodestrukcji.
- Nie, wcale nie - zaprzeczył żywo chłopak, czerwieniąc się na policzkach, oszołomiony lekko nagłym zwrotem tej rozmowy. - Zawsze się z czegoś rezygnuje, ale nie znaczy to, że… to co dostajemy w zamian jest gorsze. Próbuję zajmować się Kubą i on sam... przecież nie powiesz mi, że jest czymś... no gorszym od mojego... - sapnął, próbując złapać własne myśli, które spadły na niego gwałtownie. Wśród nich pojawiła się i taka, gdzie padło pytanie: po co ja mu to mówię? - … od pragnienia studiowania na ASP.
- Spokojnie... Nie musisz się... unosić - powiedział wolno mężczyzna, obserwując Mikołaja z kamienną twarzą. - Nie powiedziałem, że Kuba jest gorszą alternatywą dla studiów. Dla studiów nie ma alternatywy. Po to masz rodziców, żeby ci pomagali. Mógłbyś pogodzić... przyjemne z pożytecznym.
- Yhm... przepraszam... po prostu... z nikim o tym nigdy nie rozmawiałem - wyjaśnił Mikołaj spokojniejszym głosem, w którym słychać był również szczery żal oraz zakłopotanie. Chłopak odkaszlnął, garbiąc się i zaciskając palce na kolanach. Nie miał pojęcia, po co padają te wszystkie słowa, jego własne przemyślenia. Przecież ponad wszystko cenił sobie postępowanie według reguł, które od jakiegoś czasu stworzył. Dawało mu to jako taką kontrolę nad własnym życiem. - Mam pewne zasady - wyznał, nie wiedząc czemu zwierza się z tego Miłkowi. Może powodem było przekonanie, że kolejna taka sytuacja się nie zdarzy, przecież byli sobie prawie obcy. Istniało małe prawdopodobieństwo, że dojdzie do podobnego spotkania. Mikołaj był pewny, że gdy tylko opuści mieszkanie mężczyzny, już raczej tu nie wróci, bo nie wiąże ich nic, co mogłoby to zmienić. - Jak zmienię jedną, to reszta się posypie. - dokończył i spojrzał na gospodarza, jak zwykle zatrzymując wzrok dłużej na jego twarzy, którą Mikołaj określił już mianem fascynującej. Próbował zapamiętać szczegóły, aby móc w domu odtworzyć je na kartce papieru.
- I pierwsza zasada mówi, że twoje tak zwane szczęście liczy się najmniej, tak? - ironizował Miłko, zerkając mu krótko w oczy, świdrująco, przenikliwie. Zaraz uciekł jednak spojrzeniem na ścianę, unosząc brwi w wyrazie zdziwienia. - Mmm, to trochę... nienaturalne. Jesteś za młody, żeby zamieniać swoje życie w... w egzystencję. Kuba nie ucierpi, jeśli zaczniesz się realizować. I tak największą krzywdą jaką mu wyrządzasz jest okłamywanie go. Kiedyś sam ci to powie.
- Jak go niby okłamuję?
- Udając jego brata? - prychnął Miłko, patrząc na niego bez zrozumienia.
- Ale... ja mam zamiar mu powiedzieć prawdę, kiedy będzie starszy. - Mikołaj przełknął ślinę, czując jak robi mu się chłodno, a dłonie zaczynają lekko drżeć. Uspokój się, pouczył się w myślach, woląc aby mężczyzna nie dostrzegł jaki ma na niego wpływ ta cała rozmowa. - A jak coś zmienię, zapragnę, to... to pojawią się inne pragnienia, które teraz hamuję.
- Apetyt rośnie w miarę jedzenia - zaśmiał się cicho gospodarz, samemu dziwiąc się, że chłopak brnie dalej w taką dyskusję o własnym życiu. On by sobie na coś takiego nie pozwolił. - To nic złego mieć... potrzeby. Pragnienia. Taka jest konstrukcja ludzkiej natury. Gdyby nie łakomstwo, nie byłoby po co żyć.
- Ale trzeba mieć umiar. - Mikołaj westchnął, myśląc o swoim biseksualizmie i o tym, co by spowodował, gdyby wyszedł na jaw. Dlatego postanowił, że musi się hamować, aby w dniu, kiedy wyzna Kubie, że jest jego ojcem, nie męczył się ze sobą jeszcze bardziej. Ojciec gej, nigdy w życiu, pomyślał z goryczą, pozwalając sobie na milczenie. Zwrócił wzrok na kubek i niedokończoną kanapkę, czując się nagle potwornie zmęczonym.
- To... smutne, że myślisz w ten sposób. Jesteś przecież bardzo młody, a mówisz jak ktoś, kto przeżył już... bardzo wiele - odparł gospodarz. Pomyślał mimochodem o własnym życiu, o tym wszystkim, czego doświadczył będąc młodszym jeszcze niż Mikołaj, o całym balaście negatywnych doświadczeń, jakie ze sobą dźwigał. Nie zamierzał dzielić się z nim tymi wspomnieniami. - Może powinieneś pomyśleć czasem o sobie? Życie z założenia nie jest pasmem udręk i obowiązków - uśmiechnął się uprzejmie, pokrzepiająco. Tym czego najbardziej chciał uniknąć, było wpadanie w moralizatorski ton.
Mikołaj zapatrzył się w oczy mężczyzny, dziwnie poruszony tymi słowami. Zdał sobie nagle sprawę, że do tej pory nikt nie myślał o jego potrzebach. On sam nawet nie brał tego pod uwagę, zakładając, że bliscy wiedzą o tym lepiej. To spostrzeżenie mocno nim wstrząsnęło. Spuścił wzrok, wpatrując się we własne zaróżowione dłonie. Serce zabiło mu mocniej, gdy naraz zobaczył swoje dotychczasowe życie jak małą klatkę, której ścian nie sposób było dostrzec. Poczucie winy przysłaniało mu wszystko. Uśmiechnął się nerwowo, wplatając palce we włosy.
- Dziwne uczucie... - mruknął. - Takie oczywiste...
- Moja mama powiedziałaby teraz coś w stylu: „uszy do góry, wszystko się ułoży” - zażartował mężczyzna, mnąc kuchenną ścierkę i obdarzając ją cierpliwym spojrzeniem. Mogłoby się wydawać, że nie ma z nim kontaktu , bo duchem znajduje się gdzieś daleko. Nie było to jednak prawdą. - Zawsze mogę pomóc ci z językiem, jak... jak kiedyś. Gdybyś potrzebował, oczywiście.
- Dzięki. Chociaż bardziej to modela do rysunków bym potrzebował... - zaśmiał się niepewnie chłopak, nie myśląc poważnie o tej propozycji. Raczej czuł się bardziej skrępowany tym co zaszło, czego się dowiedział i do czego doprowadziła ta rozmowa. - Ale dzięki. Muszę wszystko przemyśleć.
- Wojtka spytaj. Jak go znam, byłby zachwycony robiąc za... modela. Musiałbyś pilnować, żeby nie chodził cały czas ujarany, ale poza tym model jak znalazł. - Mężczyzna zawtórował mu śmiechem, wyobrażając sobie poważną, pełną samozadowolenia minę młodszego brata. Na pewno mile połechtałoby to jego ego.
- Wojtek? Przecież on nie usiedzi nawet pięciu minut, chyba, że postawię przed nim kompa! - Mikołaj spojrzał na niego nieprzekonany tą kandydaturą, ale rozbawiony wizją kumpla, który chociaż przez chwilę siedziałby w miejscu i się nie ruszał. Było to mało prawdopodobne.
- Mmm... Wydaje mi się, że ma tak zwane „twarzowe”... Daj mu komputer, puść jakieś teledyski 50 Centa, zajmie się sobą, a ty będziesz mógł pracować. Nie wolałbyś mieć... modelki? Kobietę chyba łatwiej byłoby namówić na pozowanie. Kobiety nie obawiają się, że ich próżność zostanie odebrana jako coś... przegiętego.
- Yhm. - Mikołaj zmieszał się, zastanawiając się czy może zostać to źle odebrane. Nie chciał się zdradzać ze swoim zainteresowaniem facetami. A teraz, kiedy pomyślał o Wojtku w samej bieliźnie, zorientował się, że mogło by mu być co najmniej ciężko skupić się na rysowaniu, nawet jeśli już dawno temu uporał się z pociągiem do niego. - Nie pomyślałem o tym... - przyznał się nieśmiało.
- Oczywiście generalizuję. Nie przejmuj się. Jeśli wygodniej jest ci rysować mężczyzn, to jestem pewien, że znajdziesz jakiegoś modela. Wiesz, internet i te sprawy... Kto by się skupił na rysowaniu, mając przed nosem damski biust - zażartował, zagapiając się gdzieś na swoje nogi i splatając przedramiona na piersi. Nie miał żadnego interesu w pomaganiu Mikołajowi, ale skoro ten musiał jeszcze u niego poczekać, wolał zabawić go rozmową niż trwać w niezręcznej ciszy. Nie mogło być chyba nic gorszego.
- Właśnie... - przyznał mu rację Mikołaj, kiwając lekko głową i zastanawiając się nad kolejnymi słowami. Pomimo zmęczenia, które ciężko opadało mu na umysł, próbował je przegonić, aby nie robić kłopotu gospodarzowi. - Na takich zajęciach z rysunku są przeważnie różni modele. No ale jak czytałem to w większości babki, i raczej niemłode. Więc może skuszę się na Wojtka - zaśmiał się cicho, nie umiejąc wybić sobie z głowy obrazu kumpla w akcie. Aż mu pokraśniały policzki, ale miał nadzieję, że nie na tyle, aby mocno rzucało się to w oczy.
- Wydaje mi się, że nie będziesz miał problemu, by go namówić. Jest przecież sobą zachwycony - sarknął mężczyzna, kręcąc głową. Nie mówił tego, żeby zrobić bratu na złość. Często drażnili się ze sobą w ten sposób, i ktoś postronny mógłby pomyśleć, że nie przepadają za sobą. - Powiedz mu tylko, że chcesz szkicować jego bicepsy. Zaraz wyskoczy z ciuchów - zaśmiał się już otwarcie, wyobrażając sobie przejętą minę Wojtka.
- Jakbym wiedział o tym wcześniej … - zasępił się z udawanym smutkiem Mikołaj, podpierając brodę o dłoń. Zmarszczył brwi. - No ale jak na razie to on ma maturę.
- Uczy się chociaż? Za każdym razem, gdy go widzę jest ujarany albo z piwem - mruknął Miłko, poważniejąc zupełnie. Było oczywiste, że martwi się o brata. - Mi nic nie powie, ale może ty... coś więcej wiesz.
- Nie no, uczy się na swój sposób. Wasza matka nie pozwala mu zapomnieć o matmie, skarżył mi się na to. Wręcz lamentował, no ale uczy się, uczy. Chociaż jak każdy maturzysta czuje przegrzanie mózgu taką ilością materiału. - Mikołaj wzruszył ramionami, wodząc spojrzeniem po policzkach mężczyzny, to znów nosie czy zgięciu powieki.
- Obawiam się, że Wojtek nie ma pojęcia, co to prawdziwy egzamin. Ma dużo szczęścia. Liczę, że to mu pomoże, bo z jego obowiązkowością bywa... różnie. - Miłko zapatrzył się w małe okienko, przybierając standardową minę nie wyrażającą absolutnie żadnych uczuć. - Mam coś na twarzy? - wypalił w końcu, nie mogąc znieść takiego przyglądania mu się. Było to więcej niż krępujące. Nie cierpiał być w centrum czyjejś uwagi.
Serce Mikołaja podskoczyło gwałtownie, a on sam poczuł jak robi mu się gorąco z zażenowania, że został przyłapany. Ja pierdolę, przeklął w duchu, odruchowo siadając bokiem by mieć bezpośredni widok na kuchenne szafki. Zrobił to dość gwałtownie i już się zganił za ten pośpiech, będąc przekonanym, że może być to co najmniej podejrzane.
- Sorry... - wykrztusił, mając nadzieję, że Miłko nie odbierze tego dwuznacznie. Wszak podstawą tego były jedynie jego artystyczne zapędy, jak to sobie tłumaczył. - To takie chyba... zboczenie artystyczne. Lubię patrzeć na twarze... - wyjaśnił pokrętnie, już widząc jak dziwacznie musi to brzmieć. Rzucił mężczyźnie szybkie spojrzenie, chcąc dodać kolejne uzasadnienie. - Znaczy, nie że coś... no ten seksualnego...Tylko no taka... ciekawość konstrukcją, ułożeniem...wszystkimi tymi, takimi... szczegółami. - Spuścił wzrok na swoje zaciśnięte kurczowo palce, nie chcąc wiedzieć, jak musi idiotycznie wyglądać.
- Acha - powiedział Miłko zupełnie nieprzekonany, unosząc wysoko brwi. - Świetnie. To skoro już wiesz, że mam nos tam gdzie inni ludzie, możesz zająć wzrok czymś innym - syknął, zaciskając nerwowo usta. Widać było jak na dłoni, że nie jest zadowolony. Odwrócił się i wyjął z szafki szklankę, by nalać sobie trochę wody z kranu. Nie zapytał nawet, czy Mikołaj nie ma ochoty się napić. Stał chwilę odwrócony tyłem, upijając kilka powolnych łyków. Wszystko, byle się czymś zająć. Nie znosił takich sytuacji. - Pogadaj z Wojtkiem - odchrząknął, odwracając się wolno i posyłając mu nic nie mówiące, obojętne spojrzenie. - On lubi takie nieseksualne popatrywanki - dodał, kładąc akcent na wspomnianym przez Mikołaja aspekcie seksu. Doskonale pamiętał sytuację sprzed dwóch lat, kiedy zapomniał o korepetycjach i Mikołaj, wpuszczony do mieszkania przez matkę, niemal przyłapał go w łóżku z chłopakiem. Momentalnie zrobiło mu się gorąco na to wspomnienie, nic jednak nie dał po sobie poznać. Nie umiał pohamować własnej złośliwości.
Mikołajowi naraz zrobiło się nieprzyjemnie duszno, zalany od środka wyrzutami sumienia, to znów złością, że został źle zrozumiany.
- Tłumacz to sobie jak chcesz - powiedział cicho, zdenerwowany, mając ochotę wyjść. Ucieczka kołatała mu kusząco w myślach. Nienawidził jakichkolwiek stresujących sytuacji, a tym bardziej, kiedy ludzie oceniali go ot tak, bez zastanowienia się czy mają rację. - Powiedziałem szczerze, że po prostu lubię twarze u ludzi i tyle. Lubię je rysować, ot co cała filozofia. I nie chciałem naruszyć... twojej prywatnej... przestrzeni. - Przymknął powieki, wpatrując się uparcie w swoje ręce, nie mając sił patrzeć na mężczyznę. Widział, że nie powinien dodawać tej całej wzmianki o seksualności, bo jedynie rzucił na siebie podejrzenia. - Przepraszam.
Miłko przewrócił oczyma, nie mając ochoty dalej brnąć w tą dyskusję i komentować zachowania Mikołaja. Jeszcze nie daj Boże powiedziałby za dużo. Nie miał potrzeby tłumaczyć mu się ze swojego życia.
- Nie przejmuj się tak wszystkim. Nie tłumacz się. Nie chcę, żebyś mi się tu kajał. Nie ubyło mi... nosa od twojego patrzenia - zakpił, mając nadzieję, że Mikołaj zrozumie jego poczucie humoru. Często bywało tak, że nie rozumiano jego żartów.
Mikołaj zerknął na niego, rozerwany gdzieś między niepokojem a zmęczeniem. Ciężko było mu pojąć zmianę nastroju mężczyzny, to jak szybko przeszedł w żart i ironię. Czuł się idiotycznie, że tak łatwo dał się wyprowadzić z równowagi.
- Dobrze wiedzieć - zmusił się do wypowiedzenia tych paru słów, sięgając po niedokończoną kanapkę, o której zapomniał podczas rozmowy.
- Chcesz się jeszcze czegoś napić? Coś zjeść? Wybacz, kiepski ze mnie gospodarz - powiedział Miłko, sięgając po leżącą na talerzyku cytrynę i wyciskając kilka kropel soku do resztki wody w swojej szklance. - Rzadko przyjmuję gości.
- Nie, dzięki.
Miłko westchnął, pozwalając sobie na kilka długich, ciężkich minut ciszy. Dlatego lubił swoją samotność. Ludzie zwyczajnie nie potrafili go zrozumieć. Zapalił w milczeniu kolejnego papierosa, nie pytając już, czy Mikołaj ma ochotę. Otworzył szerzej okienko i oparł się ponownie o kuchenny blat, zapatrując się w widoczny skrawek chodnika i stopy przechodniów pojawiające się na nim co rusz. Mógł wydawać się zrelaksowany i zupełnie nonszalancki, wewnątrz jednak czuł się już bardzo znużony i modlił się wręcz, żeby wizyta Mikołaja dobiegła końca. W życiu jednak nie powiedziałby tego na głos, ani nie dał by tego po sobie poznać.
- Co u ciebie poza Kubą? Praca, dziewczyna? - zagadał, chcąc przerwać męczącą ciszę.
Musiał poczekać nim otrzymał odpowiedź od swojego gościa. Mikołaj zastanawiał się, czy w ogóle podjąć temat, wyraźnie wyczuwając, że Miłko po prostu chciał czymś zająć czas. W pierwszej chwili miał ochotę powiedzieć mu, że nie musi się wysilać i mogą pomilczeć. Doszedł jednak do wniosku, że mogłoby to zabrzmieć niegrzecznie, a on nie miał sił na kolejne, dziwne reakcje mężczyzny.
- W pracy jak w pracy - odparł, opierając głowę o dłoń, odwrócony bokiem do gospodarza. - Przekładanie towaru, wymienianie towaru, ustawianie i tak w kółko - wzruszył ramionami, wodząc wzrokiem po podłodze. - A dziewczyna była i się zmyła. Nie przepadała za Kubą.
- Dobrze, że masz jasne priorytety. Dziewczyna jeszcze znajdzie się niejedna, a o taki... skarb jak Kuba mogłoby być ciężko - powiedział z uprzejmym uśmiechem, starając się nie wychodzić z roli gościnnego gospodarza.
- Ciężko? To znaczy?
- Może za wcześnie to ciebie trafiło... To wspaniale mieć dziecko. Uważam, że wiele tracisz, udając jego brata. Nie zrozum mnie źle... Mikołaj - odparł, wolno ważąc każde słowo. - Gdyby mówił do ciebie: tato, i obdarzał cię całą tą dziecięcą czułością i ufnością zarezerwowaną dla rodzica, byłoby ci łatwiej... się w tym odnaleźć.
Chłopak zerknął na niego, nie wiedząc co powiedzieć. Odwrócił wzrok, podświadomie nie chcąc znowu drażnić Miłka.
- Najpierw sam muszę do tego sam dojrzeć.
- Spokojnie, tak tylko mówię... Zapominam, że nie każdy posiada tak zwany... instynkt rodzicielski.
- Za dużo przymusu było na początku.
- Dobrze... - powiedział powoli Miłko, zerkając z przepraszającym uśmiechem w stronę podłogi. Obecność chłopaka, który z całych sił komunikował mu, jak jest na niego obrażony powodowała, że czuł się zaszczuty we własnej kuchni. Dawno już jednak nauczył się nie okazywać takich emocji. - Posiedź sobie lub idź do Kuby. Na mnie chyba czeka gazeta - rzucił, odbijając od blatu i ewakuując się z pomieszczenia. Wszystkie jego ruchy i gesty nosiły w sobie znamię absolutnego flegmatyzmu.
Mikołaj uniósł na niego zdziwione spojrzenie, nie wiedząc jak ma sobie tłumaczyć zachowanie mężczyzny. Nie miał jednak sił zastanawiać się, czy coś się pod tym kryje, czy nie. Siedział w bezruchu, wpatrując się we wskazówki małego zegarka, jaki stał na blacie kuchennym. Do wyjścia zostało mu dobre czterdzieści minut, co w tej sytuacji wydawało się męcząco długo. Przymknął oczy i potarł je, pozwalając sobie na głębokie ziewnięcie. Marzył, aby w końcu znaleźć się w domu, położyć się i jutro przemyśleć rozmowę z Miłkiem. Tkwienie w pomieszczeniu, z którym nic go nie łączyło było mocno krępujące. Podniósł się w końcu i ruszył do pokoju. Nie zwracając uwagi na gospodarza podniósł śpiącego Kubę i sam się położył na kanapie. Malca przytulił do siebie, czując jak ten odruchowo zaciska małe paluszki na jego bluzie. Wcześniej wyciągnął telefon i ustawił alarm za pół godziny, mając nadzieję, że po tym czasie poczuję się znacznie lepiej.
Miłko popatrzył na chłopaka znad gazety, uśmiechając się pod nosem. Odrobinę zazdrościł mu posiadania dziecka. Sam czuł się więcej niż gotowy by założyć rodzinę, nie było jednakże ku temu odpowiedniej kandydatki. Dokończył czytany artykuł i złożył delikatnie dziennik wydrukowany na szeleszczącym, szarym papierze, nie chcąc obudzić Kuby. Nie wiedział, czy Mikołaj już śpi, ale uznał, że nie ma ochoty zwlekać dalej z prysznicem. Udał się do łazienki, zostawiając Mikołaja i Kubę samych.



Wstał z nieukrywaną niechęcią, mając ochotę spać nadal na kanapie, o dziwo bardzo wygodnej. Sięgnął po telefon, który głośnym alarmem informował go, że czas się zbierać do domu. Kuba nawet nie drgnął, wtulony w oparcie kanapy jakby się do niej przykleił. Mikołaj przyglądał mu się przez chwilę, przecierając zaspane oczy i zastanawiając się, czy droga powrotna minie im w spokoju. Mógł go nie budzić całkowicie. Syn na wpół śpiący na pewno sprawiałby mniej kłopotów. Nagle przypomniał sobie słowa Miłka o tym, ile Kuba by zyskał, gdyby wiedział kto jest jego ojcem. Może i miał rację, ale Mikołaj obawiał się, że malec mógłby nie do końca pojąć tej nagłej zmiany.
Uniósł głowę i rozejrzał się po pokoju, zauważając ze zdziwieniem, że po gospodarzu nie ma ani śladu. Dopiero hałasy wydobywające się z łazienki poinformowały go, że Miłko przebywa nadal w mieszkaniu. Mikołaj podniósł się ociężale i wyprostował plecy, wzdychając przy tym głęboko. Przeciągnął się parę razy, aby na dobre odegnać sen i w końcu zabrał się za wybudzanie Kuby. Usiadł z powrotem na kanapie i zaczął delikatnie, ale stanowczo potrząsać nim.
- Hej Kuba, wake up - połaskotał go po szyi i podźwignął do pozycji siedzącej, mimo że chłopiec miał nadal zamknięte oczy. - Kuba, wstajemy dzieciaku.
Cichy protest wydobył się z ust malca, kiedy próbował na nowo się położyć. Był kompletnie nieprzytomny, osuwał się na rękach Mikołaja, marszcząc jasne brwi.
- Śpiochu, idziemy do domu. Mama pewnie już wróciła.
Powieki dziecka w końcu drgnęły i uniosły się leniwie. Mikołaj uśmiechnął się do syna, cały czas do niego przemawiając, widząc, że ten prawie nie kontaktuje w takim stanie. Stawał się jak przytulanka, można było go przekładać z jednego miejsca w drugie, a on nadal spał.
Minęła chwila, nim z łazienki wyszedł Miłko, wypuszczając za sobą kłęby pary. Wentylacja w kamienicy nie działała najlepiej. Ciało pod materiałem szarego t-shirta miał jeszcze wilgotne, o czym świadczyły mokre ślady na koszulce. Jego włosy również były niezupełnie suche. Przystanął, patrząc jak Mikołaj zakłada Kubie kurtkę. Dziecko było wyraźnie rozespane i lało się przez ręce.
- Mały dżentelmen już się obudził? Mam nadzieję, że dobrze się spało - powiedział, uśmiechając się pogodnie ni to do dziecka, ni to do Mikołaja. Skórę miał zaróżowioną i lekko napuchniętą od gorącej wilgoci. Wepchnął dłonie do kieszeni spodni, patrząc na swoich gości z bezpiecznego dystansu.
- Aż nie chce się obudzić - odparł Mikołaj, próbując wsunąć synowi buty, kiedy ten oparł się o jego ramię i znowu zamykał oczy.
- Nie dziwię mu się. Spał tak dobrze, że zrobiłem się senny od samego patrzenia.- Mężczyzna zaśmiał się cicho, nie ruszając się ze swojego miejsca przy framudze drzwi. Zamierzał iść spać, jak tylko Mikołaj sobie pójdzie. Co prawda pierwotne plany obejmowały dalsze malowanie, ale patrząc na śpiącego chłopaka i Kubę poczuł narastające zmęczenie. Nie potrafił odmówić sobie takiej drobnej przyjemności jak drzemka.
- Młody to teraz będzie pełen energii jak się już przebudzi. - Mikołaj odsunął malca od siebie, patrząc jak robi niezadowoloną minę, że nie dają mu spać. Podniósł się na nogi przytrzymując go za ramiona, aby nie stracił równowagi. W końcu złapał go pod pachy i usadził z powrotem na kanapie. - Nie śpij, Kuba - polecił, sięgając po swoje trampki.
- Może ma ochotę na coś słodkiego? Powinienem mieć coś jeszcze - powiedział Miłko, rozglądając się bezradnie na boki, jakby odpowiedź co do upodobań dziecka była wypisana na ścianach. Nie chciał proponować słodyczy bezpośrednio samemu Kubie. Nie wszyscy rodzice dawali dzieciom słodkości, a on nie chciał wtrącać się w metody wychowawcze stosowane przez Mikołaja i jego matkę.
- Yhm... możesz mu dać, pewnie i tak jest głodny - zdecydował Mikołaj, posyłając mu zachęcający uśmiech. Ziewnął i w tym samym momencie jego komórka rozdzwoniła się głośno. Szybko sięgnął po nią, od razu też odbierając. - Mamo, będziemy za jakieś dwadzieścia pięć minut. A ty już jesteś?
Kuba przesunął spojrzenie zaspanych oczu z Miłka na brata, ożywiony wiadomością o słodyczach, czy też tym, że dzwoni mama.
Miłko zniknął na moment w kuchni, by wrócić po chwili z batonikiem Kinder Bueno w białej czekoladzie. Podał go Mikołajowi, nie chcąc za bardzo peszyć dziecka.
- Mam nadzieję, że lubisz - powiedział do Kuby, uśmiechając się przyjaźnie, kiedy Mikołaj odwijał słodycz z papierka.
- U brata Wojtka - rozmawiał dalej Mikołaj, podając malcowi wyczekiwany batonik. - Mamo, pogadamy w domu noo...
Kuba przyjął go ostrożnie i tak samo leniwie wsunął do budzi, ssąc słodką czekoladę. Uniósł spojrzenie piwnych oczu i uśmiechnął się lekko do mężczyzny. W pewnym momencie wskazał paluszkiem na jego koszulkę, nie przerywając konsumowania batonika. Zamachał nóżkami i wymamrotał coś niewyraźnie.
- Co Kuba? Nie podoba ci się potwór? - spytał Miłko, spoglądając na swoją szarą koszulkę z czarnym nadrukiem wielkiej, krokodylej paszczy. Uśmiechnął się szeroko, patrząc na przejęcie malujące się na twarzy dziecka, umorusanej już roztopioną czekoladą.
- Gawron! - Radość w głosie malca była bardzo wyraźna, kiedy z przejęciem wpatrywał się w obrazek swojego ulubionego zwierzaka. Zsunął się na ziemię pokracznie, ale Mikołaj złapał go zwinnie z obawy, że syn się przewróci.
- Dobrze, pa - pożegnał się z matką i odłożył telefon widząc co stało się obiektem zainteresowania Kuby. Nie potrafił pohamować uśmiechu, rozbawiony spostrzegawczością malca.
- Chyba jednak krokodyl, ale mogę się mylić - zażartował mężczyzna, stojąc cierpliwie i prezentując na sobie dużą, gadzią mordę. Zerknął na Mikołaja, czekając na rozwój wypadków. Nie był pewien, czy reakcja chłopca była w stu procentach pozytywna, czy może powinien jak najszybciej pozbyć się koszulki.
- Uwielbia krokodyle - wyjaśnił mu gość, uśmiechając się pogodnie. Malec szarpnął się w jego uścisku, niezadowolony, że się go przytrzymuje. - Jego maskotka-krokodyl nosi imię Gawron. Nie mam pojęcia dlaczego. Ej Kuba, spokojnie...
- Puść. - Chłopiec zmarszczył brwi, cały chmurniejąc na buzi, próbując wszelkimi sposobami uwolnić się. Kiedy brat go puścił, szybciutko podbiegł do Miłko, zatrzymując się jednak parę kroków przed nim i wpatrując się w niego niepewnie. Batonik nawet w połowie nie zniknął w jego buzi.
- Podoba ci się, Kuba? Ja też lubię krokodyle - powiedział powoli, przypatrując się dziecku z uśmiechem. Koszulka nie była już pierwszej nowości, i nosił ją głównie po domu, ale miał do niej pewien sentyment, głównie przez skojarzenia z Iloną, swoją byłą dziewczyną, która sprawiła mu ją całe trzy lata wcześniej.
Chłopiec pokiwał głową i uniósł rączkę zbliżając się do mężczyzny. Mikołaj podniósł się z kanapy, chowając telefon do kieszeni spodni.
- Kuba, masz całe łapy w czekoladzie. Ubrudzisz... - urwał, sięgając po plecak, chcąc dogrzebać się do chusteczek. - … wujka.
- Widziałeś prawdziwe krokodyle, Kuba? Takie żywe, w zoo? - zapytał Miłko, zupełnie nie przejmując się zbliżającym się zagrożeniem w postaci umorusanych rączek. - Są jeszcze fajniejsze niż na obrazku.
- Niee, a ty widziałeś? - spytał z przejęciem chłopczyk. Senność całkowicie go opuściła.
- No jasne, są w Nowym Zoo. Musisz poprosić brata, żeby cię tam zabrał - odparł, posyłając Mikołajowi rozbawione spojrzenie zabarwione nutką złośliwości. - Mają tam piękne, duże krokodyle. Na pewno by ci się spodobały.
- O tak - rzucił Mikołaj z przekąsem, przewracając oczami.
- Yhm. - Malec przysunął się jeszcze bliżej mężczyzny i uniósł rączki w jego stronę.
- Widzisz, Mikołaj się zgadza. - Miłko schylił się nieznacznie i chwycił pewnie Kubę, by podnieść go na ręce. Twarz wypogodziła mu się zupełnie, kiedy patrzył z bliska na ufną, małą buzię. - Niedługo będą ciepłe dni i pojedziecie oglądać krokodyle - zagadał, trzymając dziecko w ramionach. Widać było, że sprawia mu to radość.
- Jesteś ekspe... ekspeltem od krokodyli? - Kuba wpatrywał się w niego z przejęciem, zaciskając palce na ramieniu mężczyzny. Na szczęście ta rączka była czysta, w przeciwieństwie do drugiej ręki. Mikołaj podszedł do nich z lekkim wahaniem, będąc zaskoczonym, jak syn szybko przekonał się do Miłka. Przeważnie dłużej zajmowało mu polubienie kogoś, zwłaszcza kiedy tak krótko się znali.
- Rączka, młody - rozkazał uprzejmym tonem.
- Może nie ekspertem, ale coś tam o nich wiem. Mogę ci kiedyś o nich opowiedzieć - powiedział cały zadowolony, poprawiając sobie Kubę na rękach. Rzucił pytające spojrzenie Mikołajowi, nie będąc pewnym, czy nie spoufala się za bardzo z jego synem.
- Pójdziesz z nami do zoo? - Kuba pozwolił bratu wyjąć sobie z rączki batonik oraz wytrzeć pobrudzone paluszki.
- Może kiedyś, jeśli będziesz bardzo grzeczny - odparł mężczyzna, zerkając niepewnie na Mikołaja. W głębi nie wyobrażał sobie takiej wycieczki. Byłaby to dla niego katorga.
- Zawsze jestem grzeczny! - zapewnił go malec, wpatrując się w niego z ożywieniem, zdradzając duże zainteresowanie nowym wujkiem.
- Jasne, kłamczuchu. Zwłaszcza, jak nie musisz jeść marchewki, co? - Mikołaj szturchnął go w bok z uśmiechem, na co syn zapiszczał wesoło, próbując uciec i tym samym mocniej wtulając się w mężczyznę.
- Słyszysz Kuba? Musisz jeść marchewkę, wtedy brat zabierze cię do krokodyli - zaśmiał się pogodnie, mimo że jego oczy wyrażały zupełną niepewność. Uczucia wyraźnie manifestowały się na jego twarzy, silnie kontrastując z kamienną, niewzruszoną miną, którą zwykle przybierał.
- Nie!
- Tak bardzo nie lubisz marchewki? - spytał, nie przejmując się specjalnie wybuchem Kuby. Przypuszczał, że dziecko jest nerwowe przez sytuację w domu.
- Nie. Jest bleee. - Malec skrzywił buźkę i dodatkowo pokręcił głową. - Krokodyle nie jedzą marchewki.
- A co dobrego jedzą takie małe krokodyle jak ty?
- Kurczaka! I parówki! Lubisz?
Mikołaj miał ochotę prychnąć, widząc jak Kuba się rozkręca i jeszcze chwila, a zarzuci Miłka masą dziwacznych pytań, jak to mają w naturze trzylatki. Zaczynając od tego, czemu powietrze jest przezroczyste, a kończąc na tym, dlaczego krokodyle nie myją zębów. Zapiął plecak i zarzucił go sobie na plecy.
- Oczywiście, uwielbiam parówki. Krokodyle wiedzą, co dobre - zaśmiał się cicho Miłko, śmielej obejmując dziecko. Świat zdawał się dla niego nie istnieć. Widać było wyraźnie jak dużą radość sprawia mu obcowanie z dzieckiem.
- Dobra, koniec pogawędki. Matka nas zabije, jak się spóźnimy młody - odezwał się Mikołaj, zastanawiając się nad zaangażowaniem gospodarza w konwersację z Kubą. Nie każdy miał ochotę się wysilać na rozmowę z dzieckiem. W duchu musiał przyznać, że Miłko nie wyglądał na pierwszy rzut oka jak fan trzylatków.
- Złaź, maluchu. - Mężczyzna postawił Kubę na podłodze, czochrając mu jeszcze włosy na odchodne. - Fantastyczny dzieciak - rzucił do Mikołaja, zaglądając mu niepewnie w oczy. Nie chciał wydać mu się nachalny. - Taki śmiały.
- Zależy przy kim, ty awansowałeś. - Mikołaj uśmiechnął się pogodnie i przyjaźnie, nie mogąc się powstrzymać, aby nie mrugnąć do niego. Widział wyraźnie to, co działo się na jego twarzy.
- Och... Mmm, czuję się zaszczycony - powiedział, nie wiedząc jak powinien się zachować. Często sprawiało mu to problemy. Zwykle zamykał się wtedy jeszcze mocniej w sobie. - T-shirt odwalił za mnie całą brudną robotę.
- To się nazywa fart. No i młody się uspokoił. - Chłopak odwrócił się w stronę malca, który objął jego nogę i wtulił w nią policzek. Najwidoczniej zmęczenie znowu go dopadło. - Pożegnaj się, młody.
- Ale pójdziemy do zoo? - dziecięce oczy wpatrywały się to w brata, to w Miłka z nadzieją.
- Na pewno wiosną pójdziesz do zoo. Skoro brat ci obiecał. - Miłko popatrzył na chłopaka odrobinę złośliwie. Nie mógł się powstrzymać przed złośliwością.
- A wujek zabierze cię pod same paszcze krokodyli - odparł Mikołaj, unosząc wymownie brwi.
- Supel! - Na pucołowatej buzi Kuby zagościł szeroki uśmiech. Po smutkach sprzed paru godzin nie było już śladu.
- Och... oczywiście - powiedział, nie potrafiąc bezpośrednio odmówić dziecku, nawet jeśli chciał. Oczyma wyobraźni już widział garmażeryjny koszmar w zoo i zwierzęta umęczone w swoich klatkach.
- Kuba, idziemy. Mów papa. - Mikołaj odsunął malca od siebie i pchnął go lekko w stronę drzwi.
- Cześć! - Kuba zamachał energicznie rączką, posyłając mężczyźnie szeroki uśmiech. Widać było, że bardzo się cieszy na wspólne wyjście.
- Cześć, Kuba - mężczyzna uniósł dłoń w geście pożegnania, również uśmiechając się do niego przyjaźnie.
Mikołaj ruszył wraz z synem do wyjścia, chcąc jeszcze tylko się pożegnać i podziękować za udostępnienie im mieszkania. W głębi chciał także wyrazić wdzięczność za rozmowę, ignorując całkowicie jej zakończenie. Spojrzał na Miłka niepewnie, będąc przekonanym, że ten szybko odgadnie prawdziwy powód tych słów. Teraz jednak nie chciał tego rozważać. Otwierał już usta, by się pożegnać, gdy niespodziewanie runął do przodu, potykając się o jedną z puszek po farbie stojącą w przejściu. Od upadku wybawił go sam Miłko, który stanął mu na drodze, odruchowo go chwytając. Mikołaj ku swemu przerażeniu poczuł jak robi mu się gorąco, gdy feralne potknięcie pchnęło go w ramiona mężczyzny.
- Na drugie masz ciamajda? - Mężczyzna spytał gdzieś nad jego głową, zaciskając dłoń na jego ramieniu. Mikołaj wydał mu się dziwnie niski i drobny.
- Sorry, ta puszka... - odparł chłopak nerwowo, rozluźniając palce na przyjemnie ciepłej koszulce. Uniósł głowę i zorientował się, że było to złe posunięcie. Twarz Miłko z bliska wywołała w jego piersi szybsze bicie serca, a na policzkach pogłębiła rumieniec skrępowania.
- Spokojnie... Skoro już stoisz o własnych siłach... - zacisnął mocniej palce na ramieniu chłopaka, nie wiedząc, jak ma go od siebie odsunąć. Z drugiej jednak strony widział na jego twarzy co najmniej dwuznaczne zmieszanie. Uniósł brwi, zerkając na niego z lekkim rozbawieniem.
Mikołaj odkaszlnął i odsunął się ostrożnie, nie chcąc robić tego za gwałtownie. I tak czuł się idiotycznie.
- Dzięki, dzięki za wszystko - zdołał powiedzieć, jedynie ukradkiem patrząc na mężczyznę. W tej chwili chciał się jak najszybciej ulotnić z tego mieszkania. W zdenerwowaniu włożył ręce w kieszenie spodni, robiąc parę kroków w stronę Kuby, który przyglądał się wszystkiemu z rozbawieniem.
- W porządku. Cieszę się, że na coś się przydałem - powiedział ugodowo, uśmiechając się oszczędnie. Zachowanie Mikołaja było dla niego więcej niż oczywiste. Mimo że uważał się za osobę społecznie upośledzoną, był przekonany, że potrafi rozpoznawać czyjeś zainteresowanie swoją osobą. Pożegnał się krótko z Mikołajem, z niejaką ulgą zamykając drzwi za chłopakiem i jego synem. Nareszcie został sam i mógł odpocząć tak, jak tego pragnął.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum