The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Czerwiec 20 2019 00:47:03   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Barowe opowieści 2


Rozdział pierwszy – dziewica


Kiedy go zobaczyłem po raz pierwszy miał w oczach strach i niepewność, chociaż lepszym byłoby stwierdzenie, że sam był jedną wielką niepewnością. Od razu wiedziałem, że jeszcze się nie bzykał. Nadałem mu ksywkę: Dziewica. Kiedy go obserwowałem, zastanawiałem się, dlaczego jest w naszym barze. Czy właśnie odkrył, że jest gejem i zaczyna odkrywać tą stronę przyjemności, czy też może nie jest pewien kim właściwie jest i chce się przekonać. Jedno wiedziałem na pewno: był nieletni. To też się rzucało w oczy, w tej jego niepewności, w jego ubraniu i zachowaniu. I w towarzystwie z jakim tu przyszedł. Wpadli tu całą bandą. Kilku z nich już chyba miało doświadczenie z takimi miejscami, bo zachowywali się swobodnie, kilku było niepewnych, ale spokojnych i wyluzowanych, no i był on. Wyglądał wśród nich jak biedna zakompleksiona myszka. Drobny, krótkie blond włosy, nijakie, przeciętne ubranie i ten niepewny wzrok.
Kiedy tylko weszli, zajęli stolik w samym rogu lokalu, przyciemniając lampkę stojącą na stoliku tak, żeby ogarnął ich półmrok. Śmiać mi się wtedy zachciało. Wyglądało to tak, jakby chcieli się trochę poobmacywać unikając ciekawskich spojrzeń. Ja myślę, że po prostu chcieli dodać odwagi Dziewicy. Zresztą nie oni jedni tak robili. Mnóstwo stolików na sali tonęło w półmroku i przy niejednym z nich można było wypatrzyć obmacujące się pary, jedni robili to ukradkiem, jakby się wstydzili, inni bez skrępowania, czasem nawet nie zawracali sobie głowy wyłączaniem lampki. Byłem ciekaw co oni zamierzają robić, więc obserwowałem ich, a że akurat panował względny spokój, więc mogłem robić to bez żadnych problemów. Żeby jednak nie było, że ich podglądam, udawałem, że jestem strasznie zajęty odkurzaniem szklanek i kieliszków. Niczym rasowy barman z filmów. Na początku tylko siedzieli i rozglądali się ciekawie w koło, rozmawiając i co chwila wybuchając śmiechem. Po pewnym czasie jeden z nich podszedł do baru.
- Tyskie – rzucił ze zblazowana miną.
To był pewnie jeden z tych, co to już odwiedzali gejowskie bary. Popatrzyłem na niego z jeszcze bardziej zblazowaną miną. Aż żałowałem, że nie mam w zębach wykałaczki, tak mnie kusiło by zapozować na barmana ze starych westernów.
- Dowód – mruknąłem chuchając na wyimaginowany brud na szklaneczce. Swoją drogą ciekawe jak długo będę mógł ją polerować zanim mi się nie rozpadnie w rękach z powodu zmęczenia materiału. Trzeba by to kiedyś sprawdzić.
- Człowieku, nie widzisz?! Jestem pełnoletni! – Albo ja źle słyszę, albo on ma skoki nastrojów, bo nagle w jego głosie usłyszałem histerię pomieszaną z irytacją.
Aż przechyliłem się przez kontuar i zlustrowałem go od stóp do głowy. Powoli. Bardzo powoli, z pełną premedytacją. Widziałem, że go to wkurzyło, bo gdy w końcu nasze oczy znalazły się na jednej linii, zauważyłem jak z nerwów drga mu szczęka.
- Dowód – powiedziałem tak samo spokojnie jak wcześniej, po czym wróciłem do czyszczenia szklaneczki, w ogóle na niego nie patrząc, tylko skupiając się na szkle. Olałem go zupełnie. Kiedy oglądałem szklaneczkę udając, że szukam plam, widziałem jak robi się coraz bardziej wściekły. Byłem ciekaw czy zdążę zabrać się za następną szklankę, zanim gówniarz wybuchnie. Nie zdążyłem.
- Słuchaj, ty… - Jego twarz mogła konkurować kolorystyką ze ścianami w Piekle.
Nie miałem zamiaru czekać na epitety, jeszcze by gówniarz sobie pomyślał, że mu wolno nie wiadomo co. Nachyliłem się nad kontuarem i przybierając jedną ze swoich wystudiowanych groźnych min, powiedziałem wyjątkowo lodowatym głosem:
- Słuchaj, smarkaczu, po pierwsze, nie bawiliśmy się w jednej piaskownicy, więc nie życzę sobie tykania, a po drugie, ja tu żądzę i jeśli twierdzę, że dostaniesz alkohol dopiero jak pokażesz mi dowód, to lepiej go pokazuj, albo bierz soczek, jak na grzeczne dziecko przystało i spierdalaj.
Na koniec wróciłem do szklaneczek. A gówniarz aż się zapowietrzył, nie mogąc wymyślić żadnej riposty. Byłem ciekaw ile mu czasu zajmie zanim zrozumie, że nie ma szans. Zdążyłem wytrzeć zaledwie pół szklanki, gdy ze świstem wypuścił powietrze i gniewnym gestem położył na blacie prostokątny kartonik. Odstawiłem szklankę i wziąłem dowód do ręki, po czym podniosłem do palącej mi się za plecami jednej z lampek oświetlających półki z alkoholami. A żeby wkurzyć gówniarza, robiłem wszystko bardzo powoli. Z danych w dowodzie wynikało, że dzieciak skończył osiemnastkę miesiąc temu. No i wszystko jasne, myślał, że jak jest już „dorosły”, to może kozaczyć. Żeby się gówniarz nie zdziwił. Położyłem kartonik powoli na blacie i zapytałem flegmatycznie:
- To co ma być?
- Tyskie.
- Duże czy małe?
- Duże.
Nalałem i postawiłem przed dzieciakiem, jednocześnie inkasując zapłatę.
- O nie, mój drogi panie, pijesz przy barze – powiedziałem, kiedy chciał wrócić do stolika.
- Że co? Ty chyba kpisz?!
Postanowiłem już mu darować to „ty”, ale nie zamierzam pozwalać na robienie mnie w balona.
- Ty myślisz, że ja tu pierwszy dzień pracuję? Nie jesteś pierwszym, który kupuje piwo dla swojego nieletniego kolegi.
- Wcale nie!. Kupuję dla siebie.
- Taaa, a ja jestem baletnica – mruknąłem. – Jeśli to faktycznie dla ciebie, to wypijesz tu przy barze, no chyba chcesz, żeby Guli cię wyprowadził stąd i nigdy więcej nie wpuścił. – Wskazałem głową na stojącego na granicy Nieba i Piekła Guliwera.
Kiedy Guliwer stał się oficjalnie pracownikiem baru, dostał oficjalny uniform ochroniarza: trapery z metalowymi noskami, proste w kroju jeansowe spodnie, szeroki skórzany pas i podkoszulkę bez rękawów, a na zimniejsze wieczory kurtkę. Wszystko to w kolorze czarnym, wprawdzie musiało być szyte na miarę, ale było tak idealnie dopasowane, że w połączeniu z jego gigantycznymi mięśniami, łysą pałą i groźną miną stanowiło piorunujące wrażenie i nieraz studziło zapał niejednego krewkiego klienta. Teraz też nie musiałem długo czekać na efekt, dzieciak aż się wzdrygnął, nerwowo przełknął ślinę i przyssał się do kufla. W takim tempie jak on, to chyba jeszcze nikt tu nie pił, aż się przestraszyłem, że dostanie czkawki. Na szczęście nie dostał. Szybko odstawił kufel i jeszcze szybciej wrócił do stolika. Widziałem jak nerwowo usiadł i zaczął coś szeptać z kolegami, przez cały czas spoglądając w stronę Guliwera.
Skinięciem głowy przywołałem łysola do siebie.
- Co jest?
- Widzisz tamtych dzieciaków? – wskazałem stolik. Guli zerknął przez ramię w tamtą stronę. – Myślisz, że byłbyś w stanie pilnować żeby nikt nie próbował im kupić alkoholu? Niektórzy z nich są nieletni. Ja niestety nie mogę cały czas na nich uważać, a oni mogą próbować kombinować.
- Nie ma sprawy, szefie – odparł tym swoim dudniącym głosem.
- Guli, ile razy już cię prosiłem, żebyś tak do mnie nie mówił? – jęknąłem, a dryblas tylko się uśmiechnął i wrócił na swoje miejsce.
Ja nie rozumiem dlaczego, ale zaraz po tym jak zasugerowałem mu pracę jako ochroniarz, Guli zaczął do mnie mówić „szefie”. Tłumaczyłem mu nie raz, czasami nawet jak upośledzonemu, że nie jestem ani właścicielem, ani chociażby żadnym kierownikiem, na co on zawsze odpowiadał: „okej, szefie”. Dosłownie ręce opadają… Ale przynajmniej miałem pewność, że Guli porządnie wykona swoje zadanie. Czasami miałem wrażenie, że przykładając się do roboty chce udowodnić, że faktycznie się do niej nadaje, jak nikt inny. Chyba przez cały czas się bał, że ta robota też się skończy po miesiącu. Nawet, gdy już dostał umowę na czas nieokreślony, dalej tak się zachowywał.
Obsługując klientów starałem się rzucać spojrzenia w stronę dzieciaków. I widziałem jak siedzą, wciąż między sobą szepcząc. I widziałem jak Guliwer stoi z założonymi rękami i też patrzy w ich stronę. Nie wiem czy oni to też widzieli czy nie, ale, szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodziło. Przynajmniej gówniarstwo nie będzie próbowało nic kombinować, a ja będę miał pewność, że nie narobią nam problemów, że niby sprzedajemy alkohol nieletnim.
Po jakimś czasie dzieciaki w końcu zdecydowały się ruszyć. Trzech z nich podeszło do baru. Nie było wśród nich tego wyszczekanego „dorosłego”, a szkoda, miałem ochotę się nad nim trochę poznęcać. Był za to Dziewica. Jego kumple stanęli tuż przy samym barze, a on tuż za nimi, wciąż taki niepewny, jak wtedy, gdy wszedł do baru.
- Coś podać? – zapytałem. Byłe ciekawy czy będą chcieli spróbować drugi raz tego samego numeru, czy może jednak będę grzeczni.
- Sześć razy cola – powiedział jeden z nich.
- Jest może sok jabłkowy? – zapytał nieśmiało Dziewica.
- Ależ oczywiście. – Uśmiechnąłem się do niego ciepło.
- To ja poproszę.
Nalałem napój do szklanek, dodałem lodu, a do szklaneczki Dziewicy wrzuciłem też fikuśną słomkę. Popatrzył na mnie zdziwiony, gdy odbierał szklankę, a gdy mrugnąłem do niego wesoło, uśmiechnął się niepewnie i wrócił do stolika. Po paru minutach dzieciaki się rozkręciły, zaczęli nawet wygłupiać się na parkiecie, chociaż Dziewica cały czas siedział przy stoliku jak ta wypłoszona z nory myszka i sączył przez słomkę swój sok jabłkowy rozglądając się w koło. Od czasu do czasu nawet zaśmiał się widząc wygłupy swoich kumpli. Obserwując ich zastanawiałem się po co oni tu właściwie przyszli. Widać od razu było, że gnojki to heteryki i tylko popisują się. Na szczęście nie robili problemów innym klientom, ani nie byli zbyt głośni, więc nikt z obsługi nie widział powodów by ich wyrzucać. Albo chcieli się powygłupiać w jakimś barze, a ten akurat był pod nosem, albo poalkocholizować licząc na to, że nikt tutaj nie będzie sprawdzał ich pełnoletności, albo po prostu przyszli tu, by dodać otuchy Dziewicy. Widać był, że chłopaczek jest strasznie skrępowany.
Po jakimś czasie zamówili kolejną kolejkę napojów i coś do przegryzienia. I znowu dołożyłem fikuśną słomkę do szklaneczki Dziewicy. Zastanawiałem się jak długo będą tu siedzieć. Nie chciałbym, żeby okazało się, że będziemy musieli ich wyrzucać, bo się zrobi za późno dla takich dzieciaków. Na szczęście koło dwudziestej drugiej postanowili się zebrać. Widziałem jak wychodząc tłumaczyli coś Dziewicy i poklepywali po plecach i ramionach, jakby chcieli mu dodać odwagi, a on wciąż wyglądał jak jedna wielka niepewność. Chyba pierwsza wycieczka do gejowskiego baru nie bardzo się udała. Nie zdziwiłbym się gdyby dzieciak nigdy już tu nie przyszedł.
Przez następny tydzień miałem urlop, więc nie wiem czy dzieciak przychodził, a nie chciałem pytać chłopaków, bo jeszcze by się zaczęli nabijać, że wpadł mi w oko jakiś dzieciak. No i przede wszystkim zaczęli by gadać, że jednak jestem homo. Jakoś tak wyszło, że na samym początku, jak lokal stał się oficjalnie barem dla gejów, każdy przyznał się do swojej orientacji seksualnej. Każdy, z wyjątkiem mnie, ot tak dla przekory. No i oczywiście zaczęły się spekulacje i zakłady. „Jakiej orientacji jest nasz Cytrusik?” Jeszcze mi dorobili ksywkę „Cytrus”, oryginalnie, cholera. „Kto zgadnie, ten wygrywa miliona!” Z tym milionem to oczywiście przesada, ale założyli specjalną skarbonkę, walnęli na nią napis „Nagroda dla tego, kto zgadnie jakiej orientacji jest nasz barman Cyrus. Tylko udokumentowane zdjęciami” i postawili ją na barze, tak, żeby klienci ją widzieli. Jak można było się spodziewać wszystkim to się spodobało i dorzucali swoje zakłady, licząc na wygraną. Dość szybko puszka zapełniła się, a moja orientacja wciąż była jedną wielką niewiadomą. Wiem, że ci bardziej niecierpliwi próbowali mnie nawet śledzić, ludzie z ekipy wymyślali preteksty żeby tylko wprosić mi się do domu i znaleźć dowody, a bardziej pomysłowi klienci nawet próbowali wyciągać mnie na zwierzenia przy barze. No wiecie, jak to czasami w filmach można zobaczyć: zdołowany klient siedzi nad szklaneczką i wyżala się barmanowi, który go uprzejmie słucha i pociesza. Oni naprawdę za dużo filmów oglądają. Owszem, „pocieszałem” takich przy szklaneczce, czasami nawet wlewałem troszkę więcej alkoholu niż norma przewiduje, ale na zwierzenia dotyczące mojej osoby nie dawałem się naciągnąć. Na początku było to nawet zabawne, ale po pewnym czasie robiło się nużące, jednak dalej się w to bawiłem, bo to oznaczało większą sprzedaż alkoholu, a to były kolejne zyski dla baru. Wiem, nie powinienem się aż tak bardzo przejmować tym jakie są zyski, ale przyznam się szczerze, polubiłem ten bar i nie chciałem żeby splajtował. Polubiłem go nie tylko ze względu na mój sentyment do tego miejsca, pamięć pana Dionizego, czy też całkiem niezłe zarobki, ale dla tych ludzi tworzących ekipę, tego klimatu jaki tu panował, czy chociażby tych facetów, którzy przychodzili tu tak często, że prawie stali się nieodłącznym elementem wystroju. Jak choćby Marek, sympatyczny, przystojny brunet koło trzydziestki, z błękitnymi oczami. Przychodził codziennie wieczorami, gdzieś tak około dwudziestej, siadał przy barze i milcząco sączył tonik aż do północy. Czasami, jak miałem więcej luzu, rozmawialiśmy sobie, a czasami po prostu siedział milcząc i wpatrując się w półki z butelkami. Chyba tylko on jeden nie dokładał się do tego całego cyrku z zakładem, a rozmawiał ze mną na kompletnie neutralne tematy, jak pogoda czy ostatnio obejrzany film. Nie tykaliśmy tylko polityki, obaj nie cierpieliśmy tego tematu.
Kiedy wróciłem po urlopie, spytałem Marka czy widział Dziewicę jak mnie nie było. Tylko jego mogłem spokojnie o to zapytać, on jeden nie dociekał mojego zainteresowana tym dzieciakiem. Odparł, że niestety nie widział. Wychodzi na to, że jednak dzieciak się wystraszył i już więcej nie przyjdzie, a szkoda. Jakoś tak poczułem do niego sympatię i byłem ciekaw czy poradzi sobie ze swoją orientacją seksualną. Już prawie o nim zapomniałem, gdy któregoś dnia znowu się pojawił, tym razem sam. Trochę mnie to zdziwiło, bo wciąż wyglądał jak jedna wielka niepewność. Stanął w wejściu i rozejrzał się w koło mnąc nerwowo brzeg swojej koszuli. Targające nim uczucia widać było jak na dłoni. Z jednej strony niepewność i wymalowane na twarzy pytanie: „Co ja tu właściwie robię?”, z drugiej ciekawość i… dziwna determinacja. Chwilę postał, jakby zastanawiał się, czy jednak nie uciec i w końcu podszedł do baru. Usiadł na stołku.
- Dzień dobry – zaczął nie pewnie.
- Witaj. – Uśmiechnąłem się ciepło, by dodać mu otuchy i postawiłem przed nim szklaneczkę z sokiem jabłkowym. Do tego oczywiście fikuśna słomka.
- Skąd pan wiedział, że właśnie to chcę? – Omal nie parsknąłem widząc zdziwienie na jego twarzy.
- Zapamiętałem jak byłeś tu ostatnio.
- Ale to było dawno temu.
- Zgadza się, ale i tak zapamiętałem.
- Dlaczego akurat mnie? Przecież jest tu tylu ciekawszych ode mnie klientów… - Chyba go to wystraszyło, że ktoś się nim interesuje, wiec postanowiłem go uspokoić trochę.
- A czy ja twierdzę, że jesteś ciekawy? – mruknąłem przygotowując drinka dla stojącego obok klienta. – Po prostu zapadłeś mi w pamięci. Ludzki umysł jest nieobliczalny, nigdy nie wiesz kiedy coś zapamięta. – Odrobina filozoficznej gadki powinna wystarczyć.
- No tak – potwierdził jakoś tak spokojniej i zaczął niepewnie siorbać sok. – Mogę tu siedzieć? – zapytał po chwili.
- No pewnie, przecież to też są miejsca dla klientów, ale nie oczekuj, że będę cię zabawiał rozmową, mam swoją pracę.
- Nie, skąd… - bąknął.
Siedział sącząc swój sok i od czasu do czasu rzucając spojrzenia w stronę sali. I widziałem jak odwracał się zmieszany, gdy jego wzrok natrafił na jakaś całującą się czy obmacującą parę. Wywoływało to wypieki na jego twarzy i zmieszanie, ale jednocześnie fascynowało, bo odwracał się co rusz, by zerknąć w ich stronę. Zastanawiałem się czy dzieciak jest tylko tak cholernie wstydliwy i wciąż niepewny swojej orientacji, że próbuje się czegoś dowiedzieć „podglądając” innych gejów, czy też może należy do tych, których podnieca podglądanie innych.
Zajęty klientami nawet nie zauważyłem kiedy dzieciak się zmył. Została po nim tylko kasa za sok i pusta szklaneczka. Nawet fikuśna słomka zniknęła. Nie był to pierwszy raz, kiedy klient zabierał ze sobą słomkę, ale po raz pierwszy mnie to rozbawiło, sam nie wiem dlaczego.
Przyszedł następnego dnia rano. To była sobota. Tym razem zachowywał się o wiele pewniej, jednak wciąż miał w oczach tę niepewność.
- Dzień dobry. – Nawet uśmiechnął się do mnie jakoś tak pewniej.
- Sok jabłkowy?
- A jest może jakiś inny?
- Jest. Jaki chcesz?
Wybrał z aronii. I znowu siedział przy barze sącząc sok przez fikuśną słomkę.
Ponieważ o tej porze w Niebie jest niewielu klientów, a ja nie muszę udawać zapracowanego barmana rodem z filmów, więc z pełną premedytacją wziąłem się za rozwiązywanie krzyżówek.
- Bartek – odezwałem się do ochroniarza, który z racji tego, że nie miał nic do roboty, bo w Piekle też było niewielu klientów, ledwie paru maratończyków i kilku świeżo zakochanych, siedział przy barze i sączył soczek. – Ty jesteś mózgowiec, więc pewnie będziesz wiedział. Długie stojące lustro, pokazujące całą postać. – To właśnie Bartek był tym ochroniarzem, który należał do Mensy.
- Tremo – odpowiedział równocześnie Bartek i Dziewica.
Spojrzałem zdziwiony na chłopaka. Zmieszał się i bąknął nieśmiało:
- To dość często używane w krzyżówkach hasło.
- Skąd wiesz?
- Też lubię rozwiązywać krzyżówki – wybąkał to tak niepewnie jakby bał się, że go za to wyśmieję.
Nie wyśmiałem, chociaż strasznie mnie to zdziwiło, że chłopak w jego wieku lubi rozwiązywać krzyżówki zamiast namiętnie rozwalać kolejnego przeciwnika w jakiejś odmóżdżającej grze komputerowej.
- To może też wiesz to… - Postanowiłem sprawdzić dzieciaka i wypytywałem go o hasła z którymi miałem trudności. Pewnie po jakimś czasie sam odgadłbym część z nich, bo to była krzyżówka panoramiczna, najprostsza ze wszystkich krzyżówek, ale byłem ciekaw ile on wie. Okazało się, że chłopak wie dość dużo, chociaż niektórych rzeczy on też nie wiedział. Ale wspólnymi siłami jakoś udało nam się rozwiązać parę krzyżówek zanim Dziewica stwierdził, że musi już iść do domu.
Od tego dnia za każdym razem, kiedy przychodził, siadał przy barze i, jak tylko sytuacja mi na to pozwalała, rozmawialiśmy na różne tematy, albo rozwiązywaliśmy wspólnie krzyżówki. Widać było, że dzieciak nabrał pewności siebie, częściej się uśmiechał, a z jego zachowania zniknęła ta początkowa niepewność. Tylko dlaczego on się tak zachowywał tylko wobec mnie?! Jak ktoś inny chciał go zagadać, to nagle się zamykał w sobie i robił dziwnie nerwowy, jakby… coś do mnie czuł?! Cholera, jeszcze mi tylko brakował, żeby jakiś gówniarz się we mnie zakochał.
- Przydałoby się, żeby ktoś go rozdziewiczył w końcu – mruknął Marek któregoś razu. Kurcze, czyżbym aż tak miał te moje rozterki wypisane na twarzy?
Parę dni potem okazało się, że jednak moje przypuszczenia były błędne. To była sobota, Dziewica przyszedł z rana, jak to zwykle w soboty. Był z nim jakiś chłopak. Trochę się tym zdziwiłem, bo sam jeszcze chyba nie uporządkował swojej orientacji seksualnej, a tu nagle chce kogoś wprowadzać w ten świat? Usiedli przy stoliku, Dziewica podszedł do baru i uśmiechając się przywitał.
- Pewnie nie sprzeda mi pan piwa, jeśli powiem, że to nie dla mnie tylko dla kolegi?
- Przykro mi, ale nawet jeśli cię lubię, to i tak nie mogę, dopóki kolega nie pokaże mi swojego dowodu.
- W takim razie poproszę dwie cole.
Nalałem napój do szklaneczek i dołożyłem fikuśne słomki. Dziewica wrócił do stolika. Kiedy nalewałem colę do szklanek, widziałem w jego oczach jakiś taki dziwny błysk, radość. Widziałem to po raz pierwszy, więc mało prawdopodobne żeby się tak cieszył na mój widok. Wniosek nasuwał się sam: Dziewica zakochał się. W tym chłopaku z którym przyszedł. Ich późniejsze zachowanie tylko potwierdziło to przypuszczenie. Siedzieli nachyleni ku sobie, trzymając za ręce, od czasu do czasu tamten całował Dziewicę w policzek czy skroń, albo głaskał po plecach. I chociaż widziałem, że czasami to drobne pieszczoty wywołują zmieszanie na twarzy dzieciaka, to jednak nie odtrącał go, przyjmując je wszystkie. Musiał być naprawdę zakochany.
Spędzili tu kilka godzin, to szeptając coś między sobą, to kiwając się na parkiecie w takt płynącej z głośników muzyki. Nawet zamówili coś do jedzenia. Kiedy już wychodzili i dzieciak przyszedł zapłacić, całe szczęście, że chociaż ten jego chłopak dawał na wszystko pieniądze, puściłem do niego oczko i powiedziałem:
- Powodzenia.
Popatrzył na mnie zdziwiony, ale po chwili chyba zajarzył o co mi chodzi, bo zmieszał się i zapytał:
- To aż tak widać?
- A ty myślałeś że nikt nie zauważy? Widać tak, jak byś miał na plecach neon krzyczący: „uwaga, idzie zakochany”. Ale nie przejmuj się – musiałem go szybko pocieszyć, bo widziałem, że się dziwnie zasępił – każdy zakochany tak ma.
- Naprawdę? – Chyba mi się udało, bo nawet uśmiechnął się.
- Oczywiście.
- Pan też tak miał?
- Jesteś pewien, że chcesz wysłuchiwać opowiastek o moim życiu miłosnym? A co na to twój chłopak?
- A, racja! – zakrzyknął i pobiegł do wyjścia, gdzie tamten już na niego czekał, uśmiechając się ciepło.
Przychodzili średnio co kilka dni, za każdym razem tak samo zakochani. Czasami zostawali w Niebie, czasami szli do Piekła, ale widziałem, że Dziewica raczej nie lubi tamtejszych klimatów i idzie tam tylko po to by zrobić przyjemność swojemu chłopakowi. Już się przyzwyczaiłem, że skończą się te dni, gdy razem rozwiązywaliśmy krzyżówki, gdy nagle, jakoś tak po miesiącu, Dziewica przyszedł sam. Usiadł przy barze i zamówił sok jabłkowy. Siedział dziwnie milczący, wpatrując się w jeden punkt.
- Coś się stało? – Zaniepokoiłem się tym jego zachowaniem.
- Nic takiego – odparł matowym głosem.
- No przecież widzę, dzieciaku, że coś ci leży na wątrobie.
Siedział przez chwilę milcząc, a potem nagle rozbeczał się. W tym momencie zgłupiałem kompletnie. Zdarzało się, że klienci zwierzali mi się ze swoich problemów, ale jeszcze żaden z nich nigdy mi się tu nie rozryczał. Nie wiedziałem co robić. Postanowiłem, że poczekam aż się uspokoi trochę, może wtedy sam mi powie o co chodzi.
- Kamil mnie rzucił – wychlipał w końcu, gdy już nie miał siły ryczeć, a gile zaczęły mu cieknąć z nosa. Całe szczęście, że jako osoba mając wiecznie problemy z zatokami i cieknącym nosem, miałem pod barem zapas chusteczek, bo by mi chyba dzieciak zatopił całe Niebo tymi łzami i gilami.
- Ten twój chłopak? Czemu?
- Bo nie chciałem z nim iść do łóżka – wymamrotał zasmarkując kolejną chusteczkę. – Znaczy chciałem, ale jeszcze nie teraz, bo nie byłem na to jeszcze gotowy, ale on się uparł i był strasznie natrętny, a na koniec się wściekł i powiedział, że sobie poszuka kogoś bardziej chętnego.
No i znowu zaczął ryczeć. Jak tak dalej pójdzie, to mi wysmarka nie tylko cały zapas chusteczek, ale też wszystkie papierowe ręczniki. Trzeba coś z tym zrobić. Zaparzyłem czekoladę, dając dwa razy więcej proszku niż normalnie, żeby było bardziej słodko. Do tego na wierzchu zrobiłem specjalnym szablonem mojego pomysłu malutkiego bałwanka z bitej śmietany, posypanego kakaem. Postawiłem przed nim bez słowa. Aż przestał ryczeć zdumiony. Popatrzył najpierw na filiżankę, potem na mnie, potem znowu na filiżankę, aż w końcu zapytał niepewnie:
- Co to jest?
- Gorąca czekolada, na mój koszt. Na poprawienie humoru. I tylko dla ciebie taka specjalna i dwa razy bardziej słodka niż normalnie.
Aż się zaczerwienił, słysząc to. Wybąkał podziękowanie i zaczął powoli zjadać łyżeczką dekorację z bitej śmietany.
- To jak, opowiesz mi? – spytałem po jakiejś pół filiżanki wypitej czekolady.
- A co tu jest do opowiadania? – mruknął. – Było, minęło, koniec bajki. – I znowu oczy mu się zaszkliły.
Chcąc uratować te nędzne resztki chusteczek jakie mi jeszcze zostały zapytałem szybko:
- Chcesz jeszcze jedną filiżankę czekolady?
Uśmiechnął się półgębkiem i bąknął:
- Nie, dziękuję. – Po czym wrócił do tych resztek czekolady jakie jeszcze mu zostały. – Tylko pan jest dla mnie tak naprawdę miły – rzucił po chwili milczenia.
Z wrażenia aż upuściłem kieliszek, który oczywiście roztrzaskał się w drobny mak. Nie mówcie mi, ze dzieciak chce się przerzucić na mnie.
- Przesadzasz – mruknąłem zamiatając stłuczkę. – Jestem miły dla każdego, chyba że gość zaczyna odstawiać ważniaka. - Lepiej zawczasu ostudzić jego zapały, niż potem kombinować jak tu się wyplątać z niechcianego zauroczenia gówniarza.
- A ja i tak uważam, że pan jest bardzo miły – wybąkał. Oj, ciężko będzie, ciężko.
Ponieważ zaczęli się pojawiać goście, musiałem wrócić do pracy i nie mogłem za bardzo pocieszać dzieciaka. Zresztą on chyba też nie bardzo miał ochotę na jakąkolwiek rozmowę, siedział cały czas ze wzrokiem w bitym w kontuar, obejmując rękami filiżankę. Raz tylko podniósł na mnie wzrok, ale to tylko po to żeby zamówić sok.
Akurat trafił się jakiś podchmielony amator mocniejszych trunków, który postanowił się ze mną wykłócać, nawet sam chyba nie wiedział o co, więc straciłem chłopaka z oczu. Kiedy w końcu złapałem chwilę oddechu, zauważyłem, że jego miejsce jest puste. Pewnie poszedł do domu, no i dobrze. Lubię dzieciaka, ale lepiej niech wypłakuje swoje żale w domu, mnie wystarczy, że muszę się wykłócać z narąbanymi klientami. Szkoda tylko, ze zapomniał zapłacić za sok. No trudno, szczapie go o to następnym razem jak przyjdzie.
Po dziesięciu minutach zachciało mi się do kibla, na dłuższe posiedzenie. Poprosiłem więc Kaśkę, żeby na chwilę stanęła za barem i ruszyłem w stronę toalet. Już od progu usłyszałem jakąś szamotaninę i rozpaczliwy, wręcz płaczliwy głos:
- Proszę, nie! Zostaw mnie!
Ciśnienie aż mi podskoczyło, kiedy zdałem sobie sprawę z tego do kogo należy ten głos. Dziewica w potrzebie! Kurcze, zabrzmiało jak bym był w jakiejś bajce. Ale to nie była bajka, tylko cholerna rzeczywistość. Dość łatwo zlokalizowałem kabinę, z której dochodziły wszystkie te odgłosy. Jak można było się spodziewać, drzwi były zamknięte na zasuwkę.
- Spadaj! – warknął jakiś zachrypnięty i wyraźnie podpity głos, kiedy szarpnąłem za klamkę. W tym momencie głos Dziewicy umilkł jak ucięty nożem, skurwysyn chyba musiał mu zatkać usta ręką. Wkurwiłem się i to podwójnie. Raz, że lubię dzieciaka, a dwa, że nie pozwolę, żeby jakiś dupek wywoływał burdy w moim lokalu. Wszedłem do kabiny obok i podciągnąłem się na rękach. Wprawdzie nie jestem zbytnio wysportowany, ale to jeszcze byłem w stanie zrobić. Przerzuciłem ciało przez ściankę działową i chwilę potem siedziałem na tym draniu. Dosłownie. Kabina była mała, więc musiałem przycisnąć dzieciaka swoim ciałem do rezerwuaru, żeby móc zejść z tej mendy, podnieść go i wziąć odpowiedni zamach, by sprać go po mordzie. Zaskoczony moim nagłym pojawieniem się i zamroczony moim skokiem nie bronił się, tak, że wkrótce trzymałem w rękach mocno broczący posoką kawał ścierwa. Otworzyłem drzwi, całe szczęście otwierały się na zewnątrz, a nie do wnętrza, i wywaliłem go z taka siłą, że aż rąbnął łbem o przeciwległą ścianę. Wyciągnąłem komórkę i zadzwoniłem po jednego z ochroniarzy. Przyszedł Guliwer.
- Wyrzuć śmieci, do takiego kontenera, gdzie największy syf – warknąłem wciąż jeszcze wściekły, pokazując na nieprzytomnego. Guli nic nie powiedział, tylko przerzucił go sobie przez ramię i wyszedł. Wróciłem do kabiny.
Dziewica siedział skulony wciśnięty między kibel a ściankę działową i trząsł się zalewając łzami. Kiedy dotknąłem jego ręki, wzdrygnął się i skulił jeszcze bardziej.
- Proszę, nie krzywdź mnie! – wykrzyknął histerycznie.
- Uspokój się, to ja! – złapałem go za ręce i odsunąłem od twarzy, by na mnie spojrzał.
Spojrzał, a kiedy mnie zobaczył, w jego mokrych od łez oczach zobaczyłem ulgę. Pomogłem mu się wydostać z tej wąskiej przestrzeni w którą wcisnął się jakimś cudem i objąłem mocno. Trzymałem go tak długo aż przestał dygotać i płakać.
- Uspokoiłeś się już? – Pokiwał twierdząco głową, chociaż wciąż jeszcze się do mnie rozpaczliwie przytulał. – To opowiedz mi co tu się stało.
- Zachciało mi się do ubikacji – zaczął urywanym głosem. – Kiedy wychodziłem z baru zaczepił mnie jakiś podpity gościu proponując kasę za zrobienie laski. Powiedziałem mu żeby się odczepił, ale on nie chciał. Wszedł za mną do toalety i rzucił się na mnie. Zaczął zdzierać ze mnie ubranie i gdyby nie pan, to on… to on… - głos mu się załamał i znowu zaczął płakać.
Cierpliwie czekałem aż się uspokoi chociaż troszkę. Wtedy odsunąłem go od siebie i zdjąłem z siebie koszulę.
- Co pan chce zrobić? –zapytał histerycznie widząc moją gołą klatę.
- Uspokój się, nic ci nie zrobię – odparłem, po czym zarzuciłem mu koszulę na ramiona. Jego własna była w dość opłakanym stanie i nie nadawała się już kompletnie do noszenia. Pozapinałem guziki i podwinąłem trochę rękawy. Całe szczęście, że portki miał całe, bo swoich bym mu już raczej nie oddał.
Wyprowadziłem dzieciaka z ubikacji i zaprowadziłem na zaplecze, gdzie pan Wojtek miał małą kanciapę, w której załatwiał wszystkie sprawy związane z barem. Posadziłem dzieciaka na krzesełku i nalałem do szklaneczki płynu ze stojącej na biurku butelki.
- Wypij to.
- Ale ja nie mogę, jestem nieletni – wybąkał.
Aż mi się śmiać zachciało. O mało co nie został zgwałcony przez jakiegoś podpitego skurwysyna, a jedyne o czym myśli to to, że chcę mu dać do picia alkohol?!
- To nie alkohol, tylko coś na uspokojenie. Ziołowe. Potrzebujesz teraz tego, wiec łykaj szybko.
Tak po prawdzie, to nawet dokładnie nie widziałem co to jest. Pan Wojtek się tym wspomagał, kiedy przychodziło do płacenia rachunków. Zawsze wtedy robił przerażoną minę, jakby zaraz miał nadejść koniec świata. To była chyba jedyna rzecz w całym tym zarządzaniu barem w imieniu właściciela, której pan Wojtek nie lubił. A co do tych ziółek na uspokojenie, to nawet kiedyś podał mi ich nazwę, ale że niespecjalnie mnie one interesowały, więc i nie zapamiętałem. Jedno wiedziałem na pewno: nie zawierały alkoholu. Pan Wojtek miał uczulenie na alkohol i nawet po tej niewielkiej ilość, jaką można znaleźć czasami w cukierkach, dostawał wysypki na całym ciele.
- Paskudne – mruknął Dziewica odstawiając pustą szklankę.
- Bo to lekarstwo, a nie soczek – mruknąłem, chociaż nie byłem zbyt pewny co do leczniczych właściwości tego specyfiku, ale skoro pan Wojtek twierdzi, ze mu pomaga, to dzieciakowi tez raczej nie powinno to zaszkodzić. – No dobra, to ty tu poczekaj, ja zaraz wrócę.
Nie zdążyłem zrobić nawet kroku gdy dzieciak uwiesił się mnie z paniką w oczach.
- Proszę mnie tu nie zostawiać samego! – krzyknął histerycznie.
No pięknie, teraz zachowuje się niczym rozhisteryzowana baba. Westchnąłem ciężko.
- A ty myślisz młody, że po co ja wszedłem do tego kibla? Na pewno nie po to by ratować księżniczkę w opałach. Zwyczajnie mi się srać chciało i jak będziesz mnie tak jeszcze dłużej ściskał, to zrobię to tutaj, a nie mam portek na zmianę.
Na szczęście uwierzył mi, bo puścił mnie, ale jakoś tak niepewnie i powiedział:
- To ja pójdę z panem. Boję się zostać sam! – wykrzyknął desperacko widząc moją zdegustowaną minę.
Westchnąłem ciężko. Wyjąłem z kasetki stojącej na biurku niewielki kluczyk i podałem dzieciakowi.
- Zamknij się tu.
Wyszedłem nie czekając na jego reakcję, bo jeszcze trochę a naprawdę bym musiał szukać czystych portek. Odchodząc słyszałem szczęk przekręcanego w zamku klucza. Załatwiłem co miałem załatwić i wróciłem za bar.
- No już myślałam, żeś zapuścił tam korzenie, dłużej nie mogłeś… - zaczęła wściekle Kaśka, ale gdy zobaczyła moją gołą klatę, umilkła, by dokończyć innym tonem: - Coś ty zrobił z koszulą? Nową modę wprowadzasz? A swoją drogą, niezły z ciebie towar…
Cholera, teraz Kaśka się do mnie przyczepi, a akurat szuka faceta, z ostatnim zerwał jakiś tydzień temu.
- Później ci wyjaśnię. Muszę pilnie coś załatwić, ale nie wiem ile mi to zajmie. Możesz przez ten czas postać za mnie?
- No nie wiem… Co będę z tego miała? - zapytała kokieteryjnie.
Normalnie bym pewni poflirtował z nią, ale na zapleczu czekał na mnie rozhisteryzowany dzieciak, więc mruknąłem:
- Satysfakcję.
- Phi, też mi coś – mruknęła i chciała odejść udając obrażoną. Ja naprawdę nie mam czasu na te jej gierki.
- Mały! – krzyknąłem do Guliwera, a gdy przybiegł, spytałem: - zastąpisz mnie przez jakiś czas za barem? Muszę pilnie wyjść coś załatwić.
- Nie ma sprawy, szefie! – odparł wyraźnie zadowolony.
Wiedziałem, że Guli nigdy mi nie odmówi. Wiedziałem też, że swoją posturą za barem może zrobić więcej szkód niż słoń w składzie porcelany. Kaśka też wiedziała i szybko zmieniła zdanie, chociaż jak odchodziłem to widziałem jej naburmuszoną minę.
Wróciłem do kanciapy pana Wojtka.
- Otwórz, to ja! – zastukałem do drzwi. Dzieciak wpuścił mnie szybko.
Kiedy wszedłem, zobaczyłem, że szybko wyciera zapłakane oczy.
- No i czego znowu ryczysz, przecież nic ci nie zrobił, z wyjątkiem podartej koszuli. Jakoś to wytłumaczysz starym.
- Nie o to chodzi…
- A o co?
- A bo jak mnie tam szarpał, to mi słomki połamał! – I znowu się rozbeczał.
Zdębiałem kompletnie.
- Jakie słomki?
Dziewica wyciągnął z kieszeni jakieś nędzne resztki, które kiedyś były fikuśnymi słomkami, jakie zazwyczaj dodaję mu do napojów. Aż się roześmiałem.
- No wiesz, o coś takiego ryczysz?
- A bo ja zbieram słomki – powiedział z zawstydzeniem – i takich jeszcze nie mam.
Jego oczy znowu się zaszkliły.
- Dam ci nowe, tylko mi tu nie rycz, dobra? – Ucieszył się.
Skoczyłem do baru po paczkę słomek. Aż mu się oczy zaświeciły jak ją zobaczył. Już nawet chciał ją rozpakować i oglądać każdą słomkę po kolei, ale go powstrzymałem w ostatniej chwili. Trochę mnie tym zachowaniem rozśmieszył, był niczym małe dziecko. Ale lepsze to niż to jego ryczenie.
– No dobra, co by tu z tobą zrobić… Jedyne wyjście to żebyś wrócił do domu…
- Boję się… - I znowu zrobił te łzawe oczka.
Jasna cholera, teraz mi się rozkleja niczym rozgotowana klucha. Westchnąłem ciężko.
- No dobra, odprowadzę cię. I tak muszę jakoś odebrać od ciebie moja koszulę. Poza tym, miałbym chyba wyrzuty sumienia puszczając cię samego w takim stanie, na dodatek niekompletnie ubranego.
Naprawdę bym miał. To tak jakby podrzucić biedną owieczkę stadu poszczących od miesiąca wilków. Dzieciak wyraźnie odetchnął z ulgą. Okazało się, że mieszka parę ulic od baru, w przeciwnym do mnie kierunku.
- Proszę tu zaczekać – powiedział, kiedy już dotarliśmy pod jego blok. – Zaraz przyniosę panu koszulę. – I pobiegł szybko do domu.
Usiadłem na ławeczce na niewielkim placyku zabaw dla dzieci i rozejrzałem się w koło. Zwykłe bloki, nic ciekawego. Zamknąłem oczy i wystawiłem twarz do słońca. Było nawet całkiem przyjemnie, dawno czegoś takiego nie robiłem. W pewnym momencie usłyszałem damski głos:
- Cześć, opalasz się? – Sądząc po barwie głosu, jego właścicielka musiała być młoda, a jego intonacja świadczyła, że chyba ma zamiar mnie poderwać.
- Aha – mruknąłem i leniwie uchyliłem jedną powiekę. To co zobaczyłem wybitnie mi się nie spodobało. Zbytnio wymalowana i zbyt wyzywająco ubrana, jak na mój gust. To już wolałem umizgi Kaśki. Ona przynajmniej ubierała się z klasą, zarówno do roboty, jak i prywatnie. Do tego dyskretny makijaż. Tak, ona miała klasę, w przeciwieństwie do tej tutaj. Zamknąłem wiec oko, ignorując ją zupełnie. Miałem nadzieję, że może chociaż braki w guście nadrobi inteligencją. Niestety przeliczyłem się. Poczułem jak siada obok mnie. Było to stanowczo zbyt blisko, bo nagle poczułem drażniącą woń jej… perfum? Odsunąłem się odrobinę, żeby chociaż nie ocierała się o mnie. Na szczęście zanim zdążyła cokolwiek zrobić, pojawił się Dziewica.
- Przepraszam, że to tak długo trwało, ale musiałem… się wykąpać – wybąkał z zakłopotaniem oddając mi koszulę.
- W porządku, nic się nie stało. – Na pocieszenie potargałem go po głowie.
- To ty jesteś pedałem? – zapytała dziewczyna z wymalowanym obrzydzeniem na twarzy. – Ohyda. – Po czym odeszła, coś gniewnie mamrocząc. No to podryw mam z głowy.
Dziewica patrzył za nią nic nie rozumiejąc.
- Nie przejmuj się nią, nie warto. Rodzice nic nie mówili na moja koszulę?
- Nie ma ich, są w pracy – wybąkał czerwieniąc się.
- Może to i lepiej – mruknąłem, a na głos dodałem: - Wracaj do domu, zrób sobie do picia coś, co lubisz najbardziej, włącz ulubiony film albo muzykę, albo zrób cokolwiek co lubisz i zupełnie nie myśl o tym co się stało, dobrze?
Pokiwał twierdząco głową, wybąkał „dziękuję” i uciekł. Wróciłem szybko do baru. Na szczęście ludzi jeszcze nie było zbyt wielu, więc Kaśka jakoś panowała nad sytuacją. Ale i tak z prawdziwą ulgą oddała mi moje miejsce pracy.
Byłem pewien, że po tym incydencie Dziewica przez długi czas nie pokaże się w barze, więc nieco się zdziwiłem, kiedy go zobaczyłem nazajutrz. Usiadł na swoim stałym miejscu i zamówił sok.
- Dziękuję za słomki. – Uśmiechnął się. – Żadnej z nich jeszcze nie miałem.
- To miło. A dużo już ich masz?
- Strasznie dużo. Zbieram wszędzie gdzie się tylko da, nawet jak wyjeżdżamy na wakacje. – I zaczął opowiadać o swoim hobby, a oczy świeciły mu się jak nigdy dotąd.
Myślałem, że do końca życia będę już skazany na jego towarzystwo, bo za każdym razem, kiedy przychodził do baru, to siadał przy kontuarze i rozmawiał tylko ze mną, a jak ktoś inny chciał go zaczepić, to kulił się i milkł. Jednak po pewnym czasie nabrał większej pewności siebie, a ten przykry incydent stał się tylko wspomnieniem. Nawet znalazł sobie nowego chłopaka, zresztą całkiem sympatycznego, stałego bywalca naszego baru. Wiedziałem, że porządny z niego chłopak i nie skrzywdzi Dziewicy, ale tak na wszelki wypadek pewnego razu szepnąłem mu na ucho:
- Niech no tylko dzieciak przez ciebie zapłacze, to on się z tobą policzy. - Przez „on” miałem oczywiście na myśli Guliwera.
Jaki był efekt, sami dobrze wiecie. Jeśli chodzi o dalsze miłosne perypetie Dziewicy to już temat na osobną opowieść. Powiem tylko, że od tego dnia było już tylko lepiej.










Komentarze
Leukonoe dnia marzec 09 2013 20:03:11
Gdzieś na początku trafiło się "żądzę" zamiast "rządzę" smiley

A co do samej historyjki, to po prostu urocza, chyba to będzie najlepsze określenie. Ot ciężkie jest życie barmana smiley
Triel dnia marzec 09 2013 22:08:29
Ja powiem tylko tyle warto było czekać cały tydzień na tak wspaniałą historię. Nie sądziłam, że to opowiadanie spodoba mi się jeszcze bardziej. Aż chcę iść na barmankę smiley
Floo dnia marzec 10 2013 23:29:13
Dziewica jest mega słodki i uroczy, a Cyrus chyba może sobie dorabiać jako ochrona ^^ Chociaż lepiej nie bo polubiłam Guliwera smiley Rozdział pokazuje chyba wszystkie niuanse pracy barmana, trzeba mieć oczy dookoła głowy ;/
Opowiadanie wciąga coraz bardziej. Weny życzę smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

wietne! wietne! 67% [2 Gosw]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [adnych gosw]
Dobre Dobre 33% [1 Gos]
Przecitne Przecitne 0% [adnych gosw]
Sabe Sabe 0% [adnych gosw]
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum