The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Czerwiec 25 2019 12:11:17   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Running away 9


Rozdział 9

- Casius Seanán – usłyszałem nagle swoje nazwisko, wypowiadane przez głos, którego brzmienie zdawało mi się obce. Odwróciłem się, żeby dowiedzieć się co to za osobnik. Przede mną stał postawny mężczyzna o ciemnobrązowych włosach. Jego twarz była oszpecona kilkoma bliznami. Twarz trudna do zapamiętania, pusta i nijaka. Ubranie wskazywało, że jest wędrowcem lub kupcem. Uśmiechał się na wpół złośliwie, na wpół wesoło.
- Czy my się do cholery znamy? -zapytałem z powątpiewaniem.
- Nie do końca. - odparł nieznajomy, szczerząc się do mnie jeszcze szerzej.
- Wybacz, ale nie mam szczęścia do przygodnych znajomości. - syknąłem pod nosem i upiłem łyk swojego wina. Było kiepskiej jakości, a na dodatek strasznie drogie.
- Mnie to akurat nie obchodzi. - ciągnął dalej mężczyzna.
- Rozbolała mnie głowa od twojego gadania. - powiedziałem bardzo poważnie. On przez chwilę stał i przyglądał mi się z wielką ciekawością. Po chwili jednak zabrał kielich z moich rąk i odstawił go na stół, po czym złapał mnie jedną ręką za włosy, drugą za kołnierz mojej kurtki i pociągną ku wyjściu. Tuż przed drzwiami wyszarpałem się z jego uścisku.
- Czyś ty oszalał! - zawołałem, cofając się.
- Mam zlecenie, więc je wykonuję! - odparł brązowowłosy i jednym, sprawnym ruchem wypchnął mnie za drzwi. Upadłem dobry metr od niego, tuż obok kamiennych schodów, prowadzących do gospody. Nieznajomy nie tracił czasu. Podszedł do mnie i kopnął mnie w brzuch z całej siły. Zajęczałem z bólu.
- Co ty robisz, do cholery – syknąłem, próbując się podnieść.
- Gadaj, gdzie jest amulet! - krzyknął, unosząc mnie z ziemi, jakbym nic nie ważył. Jego siła była przerażająca.
- Jaki amulet? - zawołałem, szarpiąc się.
- Dobrze wiesz, Seanán! Gadaj, to może oszczędzę ci coś ważnego... - wycedził przez zęby.
- Pieprz się.
Uderzył mnie w twarz z całej siły. Zdołałem unieść się na ramionach. Próbowałem się podnieść, ale moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa.
- Gadaj, szczurze! - wrzasnął i zaczął kopać mnie po nerkach. Nie wiem, ile czasu się ze mną zabawiał, ale prawie nie widziałem na oczy, kiedy przestał. Nie wiem, co się ze mną działo, bo straciłem przytomność.
Obudziłem się z wielkim bólem głowy. Przedziwne, ale od jakiegoś czasu dręczyły mnie one dosyć często. Otworzyłem oczy, by za chwilę je zamknąć. Światło wpadające przez okna było oślepiające. Ktoś mocno ściskał moją dłoń. Poruszyłem się i stwierdziłem, że to był wielki błąd. Całe ciało mnie bolało, łącznie z końcówkami włosów.
- Casius? - znajomy głos. Cholernie znajomy. Zmusiłem się do otworzenia jednego oka.
- Rainamar... - powiedziałem, a brzmiało to bardziej jak przekleństwo.
- Do cholery, myślałem, że zabiję tego śmiecia! - warknął pod nosem, jeszcze mocniej ściskając moją rękę. Syknąłem, a on natychmiast mnie puścił. - Chcesz się napić? - zapytał z troską w głosie. Skinąłem głową. Woda smakowała mi jak nigdy w życiu.
- Co robiłeś z tym człowiekiem? - zainteresował się półork, obserwując moją twarz. Musiałem wyglądać tragicznie.
- Powinieneś zapytać raczej, co on robił ze mną! Podszedł do mnie w karczmie i bezceremonialnie wyciągnął mnie z niej na zewnątrz! A przecież co dopiero wyzdrowiałem! - odparłem, próbując odwrócić głowę. - Nie mogę się ruszać.
- Ciesz się, że niczego ci nie złamał.
- Jakby było się z czego cieszyć. - odpowiedziałem ledwie słyszalnie.
-Nie mów tak, do cholery, bo dostaniesz ode mnie! - zagroził Rainamar, uśmiechając się lekko.
- Wiesz, czego chciał? - zacząłem bardzo poważnie. - Chciał wiedzieć, gdzie jest amulet.
- Na wszystkich potępionych, myślałem, że mamy to za sobą! - zawołał mój narzeczony i zerwał się z krzesła. Podszedł do okna i oparł się ciężko o parapet.
- Myślisz, że będą ścigać Leitha? - zapytałem.
- Już raz skradziono mu wisiorek sprzed nosa. Myślisz, że to się nie powtórzy?
- Dlaczego miałoby się powtórzyć? Ludzie uczą się na błędach. - odparłem, nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi.
- On popełnił o jeden błąd za dużo. Ma cholerne szczęście, że to się skończyło w taki sposób. Teraz nie wiemy, gdzie jest. Może już dawno go dopadli i poderżnęli mu gardło... - zastanawiał się półork.
- Nie doceniasz go.
- Może – uciął krótko Rainamar i zaczął chodzić po pokoju. Po chwili zaczęło mnie to niemożliwie denerwować. Wodziłem za nim wzrokiem w te i z powrotem. On wyglądał, jakby nad czymś się zastanawiał.
- Rainamar, na wszystkich wieszczów, usiądź! - zawołałem wreszcie. Szczęka także mnie bolała. Jęknąłem cicho, zamykając oczy. - Byłem pijany! Gdyby nie to, gość leżałby w rowie!
- Oczywiście! - odparł Rainamar, strasznie rozbawiony moim stwierdzeniem .
- Nie wiem, dlaczego się tak cieszysz. - rzuciłem, racząc go miną cierpiętnika.
- Rozbrajasz mnie, kochany – powiedział, siadając z powrotem na krześle, które zaskrzypiało niemiłosiernie.
- Jesteś szczery jak zawsze. - odparłem. Nie wiedzieć czemu, zrobiłem sie nagle strasznie zmęczony. - Rainamar, dziękuję... – dodałem. On tylko spojrzał na mnie zabawnie i zaśmiał się.
- Zrobiłbyś to samo.
Zapadła błoga cisza, przerywana cichym śpiewem ptaków. Nadchodziła wiosna, choć śnieg przykrywał gdzieniegdzie ziemię cienką warstwą. Jasne i ciepłe światło wypełniało izbę.
- Może nie powinienem, ale martwię się tym starym czarownikiem.
- I tak nie możemy nic zrobić... - odparł ściszonym głosem półork.
- O ile znów sie tu nie pojawi! On nie wie, co to jest niebezpieczeństwo. - jęknąłem, próbując przekręcić się na łóżku. Brakowało mi do szczęścia jeszcze pobicia. Prognozowałem, że następny dzień także spędzę na leżeniu i liczeniu pęknięć w suficie. Westchnąłem głośno, żeby wyrazić swoją dezaprobatę.
- Powiem karczmarzowi, żeby przysłał ci coś do jedzenia.
- Już idziesz?
- Mam cholernie dużo pracy. Gustav poważnie myśli o moim awansie. - oznajmił mi Rainamar. Dobrze wiedziałem, że pękał z dumy. Uśmiechnąłem się słabo.
- Gratuluję. Należał ci się. Jak mam się do ciebie zwracać? Kapitanie? - zaśmiałem się.
- Mówiłem ci... - zaczął, ale zamiast pogrążyć się w rozmowie, podszedł do mnie i pocałował mnie mocno.
- Przyślę tu teraz kogoś. Wrócę po ciebie wieczorem. - rzekł. Zanim zdążyłem odpowiedzieć już go nie było.
Po prostu wspaniale! Wylądowałem tu na dobre! Bolało mnie całe ciało a na dodatek miałem pełny pęcherz. Życie jest cudowne, doprawdy! Wszystkimi dostępnymi mi siłami zwlokłem się z łóżka i podążyłem do pomieszczenia, które spełniało rolę łazienki.
- Nie będę więcej pić kiepskiego wina, kurwa! - przekląłem pod nosem, opierając się o ścianę.

***

- Czerwony Demon kręcił się niespokojnie, próbując odpędzić natrętną muchę, która zakłócała jego święty, koński spokój. Poklepałem go po boku, na co szturchnął mnie pyskiem i zaczął obwąchiwać kurtkę w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Tuż obok niego stał Kryształ i próbował go skubać.
- Wszystko mnie boli! - jęknąłem, sięgając po wodze. Z niebywałą trudnością wlazłem na koński grzbiet, ześlizgując się przy tym co najmniej dwa razy. Mój koń zarżał niezadowolony z takiego obrotu sprawy i pokręcił łbem.
- Spokojnie, malutki – pogłaskałem go wzdłuż pyska, przyciskając się do końskiej szyi. Ten gest wyraźnie go ułagodził. Rainamar wyszedł z karczmy, żegnany przez szynkarza w wielu wylewnych słowach. Podziękował gospodarzowi za opiekę i siłą wcisnął mu pieniądze. Gdy mężczyzna zniknął za drzwiami przybytku, mój narzeczony postanowił do mnie dołączyć.
- W porządku, Casii? - zapytał z troską w głosie. Przyznam szczerze, że miałem tego dosyć. Nie byłem wątłą panienką, rozpieszczaną w domu ojca- szlachcica, ale byłym żołnierzem i pełnoprawnym myśliwym. Westchnąłem głośno, pełen dezaprobaty dla jego nastawienia. Pogłaskał Czerwonego Demona i uraczył go jakimś frykasem, który wyjął z kieszeni żołnierskiego płaszcza. Koń otarł się o jego ramię i zaczął węszyć w poszukiwaniu kolejnej porcji.
- Możemy wracać? - zapytał.
- Owszem – odparłem niechętnie.
- Skąd ten zły nastrój? - Rainamar jednym, zgrabnym ruchem dosiadł Kryształa. Obaj skierowaliśmy się na trakt.
- Wszystko mnie boli – powtórzyłem swoje niedawne spostrzeżenie i skrzywiłem się. Mój narzeczony tylko się uśmiechnął.
- Nic dziwnego. - rzekł spokojnie.
- Mój piękny, już trzy dni minęły od tego feralnego zdarzenia a mnie jeszcze boli! - narzekałem dalej, wbrew swoim wcześniejszym myślom.
- Przejdzie ci. Stary Philus dał mi jakieś specyfiki i wyraził troskę o ciebie. - poinformował mnie półork, zmuszając konia do kłusa. Czerwony Demon, zachęcony piękną pogodą oraz wyczynami Kryształa podążył w jego ślady. Chwilę później, koń podskakiwał wesoło, trzęsąc mnie niemożliwie.
- O Stwórco! - krzyknąłem, ściskając się za brzuch. Natychmiast ściągnąłem wodze, prawie zatrzymując konia.
- Przepraszam, kochany – zawołał Rainamar, zawracając konia. Podjechał do mnie, starając się zobaczyć, co się stało.
- Uspokój się! Po prostu jestem jeszcze obolały, a Czerwony Demon ma tendencję do nieostrożnej jazdy.
- Jeżeli chcesz możemy się zamienić, albo możesz jechać ze mną. - zaproponował.
- Zwariowałeś?! - zapytałem z niedowierzaniem. Teraz naprawdę robi ze mnie cnotkę. Obrzuciłem go najbardziej urażonym spojrzeniem, jakie byłem w stanie zaimprowizować. On ściągnął wodze i Kryształ cofnął się lekko.
- Jak chcesz. - odpowiedział nie bez złości.
Większość drogi spędziliśmy w milczeniu. Rainamar jechał z przodu, mrucząc coś do Kryształa. Kiedyś zastanawiałem się, dlaczego on wciąż mówi do zwierząt, ale teraz dałem sobie z tym spokój. To było jeszcze jedno z dziwactw orkowej rasy, którego nie zamierzałem eksplorować. Las pachniał wiosną i świeżością. Lada moment a zapełni się zwierzyną najróżniejszej maści, co pozwoli mi na spędzanie długich godzin na polowaniu, z dala od denerwujących ludzi.
- Kessel wspominał, że zamówiłeś u niego miecz. - zagadnąłem go, przypominając sobie słowa kowala. Rainamar zwolnił i zrównał się ze mną.
- Tak, zgadza się. - potwierdził, a jego bursztynowe oczy zabłyszczały. - Generał mi polecił zebranie nowego ekwipunku. - dodał, nie bez dumy w głosie.
- Ewidentnie coś się święci. - zaśmiałem się, szturchając go lekko w ramię. - To mi przypomina, że mam coś dla ciebie, do tego nowego ekwipunku. Przyszło mi na myśl, kiedy rozmawiałem z Kesselem.
- Rainamar spojrzał na mnie dużymi ze zdziwienia oczami.
- Nie musisz mi nic dawać, kochany. - upewnił mnie, uśmiechając się przy tym słodko.
- Owszem, nie muszę, ale chcę. Do tego wiem, że ci się przyda, bo przy tym nowym pasie jest miejsce na sztylet. - oznajmiłem mu z błyskiem w oku.
- Uch... nie wiem, co powiedzieć. - odrzekł, uciekając wzrokiem.
- Nic nie mów. To prezent... - powiedziałem i zastanowiłem się chwilę - ...zaręczynowy. - dodałem, szczerząc się.
- Cholera! - prawie wykrzyknął – Przypomniałeś mi, że mam obrączki.
- Zaręczynowe? - zapytałem dziwnym tonem. - Ach tak, oczywiście! - uprzytomniłem sobie. To było częścią orkowej tradycji, że narzeczeni nosili zaręczynowe obrączki. Widziałem je u Amiry i tego brzydala. - Kiedy mi je pokażesz – dopytywałem się.
- W domu, kochany, nie bądź taki niecierpliwy. - zaśmiał się. - Mogę cię prosić o coś jeszcze? - zapytał, lekko wychylając się z siodła w moją stronę. Przytaknąłem, zastanawiając się o co mu chodzi. - Pocałuj mnie.
- Zastanowię się nad tym – uśmiechnąłem się – Od kiedy to pytasz mnie, jeżeli chodzi o takie sprawy?
- Od kiedy jesteś tak poobijany, że nie wytrzymujesz końskiego kłusa – odparł złośliwie. Nie odpowiedziałem, a zamiast tego przyciągnąłem go jeszcze bliżej i pocałowałem. Przesunąłem rękę wyżej, wplątując się w jego czarne włosy. Pocałunek trwał długo i wyraźnie to ja przejąłem nad nim kontrolę. Wsunąłem język do jego ust, a on westchnął głośno. W końcu przerwaliśmy. Patrzył na mnie mało przytomnie spod wpół przymkniętych powiek i uśmiechał się głupio.
- Patrz na drogę – upomniałem go, niezwykle z siebie zadowolony. Kryształ podrzucał łbem i rwał się do kłusa. Rainamar nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechał, teraz bardziej do swoich myśli, niż do mnie.
- Pamiętasz Lilię Tavir? - zapytał w końcu, po długiej chwili milczenia.
- Lilijka? Oczywiście, że ją pamiętałem. Twarda dziewczyna, bezkompromisowa i pewna siebie. Władała mieczem nie gorzej niż nie jeden królewski wojownik. Kilka lat temu wyjechała z ojcem na zachód Imperium i od tamtej pory nie miałem o niej wieści. Była w moim wieku, dlatego jako dzieci bawiliśmy się razem z nią, Amirą i kilkoma chłopcami.
- Oczywiście. - odparłem, wyraźnie zaintrygowany.
- Otóż ona wróciła. Mało tego, generał Gustav przyjął ją do wojska. Mówi się, że ma wielkie szanse na awans. Szkoliła się w Elenoir. - wyjaśnił mi półork.
- Lilia? Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś? - zapytałem z wyrzutem.
- Sam wcześniej nie wiedziałem! - bronił się Rainamar – Spotkałem ją w koszarach. Była w pełnym umundurowaniu. Dasz wiarę, że nie poznałem ją w pierwszym momencie! Zawsze była ładna, ale teraz... - zamyślił się, kręcąc głową.
- Powinieneś był ją zaprosić – powiedziałem mu, ignorując jego komentarz o urodzie Lilijki.
- Zrobiłem to! Wyjaśniłem jej, jak trafić do naszej myśliwskiej chaty.
- Wspaniale! - ucieszyłem się. Bardzo chciałem zobaczyć moją dawną towarzyszkę zabaw. Miała chyba osiemnaście lat, jak stąd wyjeżdżała, albo jeszcze mniej.
- To jest postęp. Generał przyjmuje do woja kobiety. Pomyśl tylko, że jeszcze dziesięć lat temu byłoby to nie do pomyślenia.
- W Elenoir już od prawie stu lat taka sytuacja ma miejsce! - odparłem – Dowodzi to tylko naszego zacofania.
- Być może. - zastanowił się.
Droga do domu zajęła mam dłużej niż zazwyczaj. Musiałem jechać ostrożnie, bo każdy szybszy bieg konia sprawiał mi ból. Ten facet niesamowicie mnie poobijał. Z tego co wiem, trafił do aresztu, uprzednio poturbowany przez Rainamara. Ponoć kilku ludzi musiało ich rozdzielać. Nieznajomy jednak zaciął się na dobre i nie zamierzał mówić czegokolwiek na temat ataku na mnie. Ja też postanowiłem nie wspominać tego nikomu prócz mojego narzeczonego.

***


Następnego ranka obaj siedzieliśmy przy śniadaniu. Rainamar uśmiechał się szeroko, bardziej do swoich myśli niż do mnie. Ja z kolei wpatrywałem się w swoją świeżo zaparzoną herbatę a w głowie wirowały mi przeróżne myśli. Wczorajszy wieczór spędziliśmy na przytulaniu i całowaniu, zważywszy na mój stan. Srebrna obrączka błyszczała na moim palcu, odbijając blade, poranne słońce. To całe pobicie odsunęło ode mnie moją niedawną niepewność, ale teraz, wróciła ze zdwojoną siłą. Przed oczami stanął mi śliczny blondyn, który przyklejał się do mojego narzeczonego. Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale zaraz uświadomiłem sobie, że mam pustkę w głowie. Upiłem łyk herbaty i w końcu milczałem dalej. Ogary wylegiwały się na kuchennej podłodze, rozleniwione na tyle, że musiałem im podetknąć pod nos miskę z jedzeniem. Zastanawiało mnie, czy będą jeszcze zdolne do polowania. Na szczęście wciąż wykazywały niezmordowaną chęć uganiania się za kotami, które przez omyłkę zbłądziły w lesie.
Rainamar kończył właśnie którąś z kolei kanapkę, popijając ją czarną kawą. Spojrzałem na niego, a on na mnie. Zmarszczył brwi i przymknął oczy.
- Chcesz mnie o coś zapytać? - rzucił, podpierając łokcie na stole. Przewróciłem oczami, ale przytaknąłem. On czekał w milczeniu, dając mi wolną rękę. Przeczesałem włosy palcami, nagle zdając sobie sprawę, że są już za długie, jak na mój gust.
- Więc... widzisz...
- Ciebie – dokończył z rozbawieniem. Spojrzałem na niego z dziwną miną, ale nie skomentowałem tego. Utrudniał mi właściwe ubranie w słowa moich myśli.
- Zamknij się na moment – odparłem z lekką irytacją w głosie. Pokiwał głową. - Darramon Faith mówił, że generał Gustav wspomógł się najemnikami – zacząłem, starając się brzmieć jak najbardziej obojętnie. Rainamar przytaknął.
- Tak, to prawda. Dopiero niedawno dowiedział się, ze królewska gwardia wymówiła mu posłuszeństwo. Możni zamierzają zwołać jakieś spotkanie czy zjazd, któż ich wie. Generał w każdym razie rozważa, czy wybrać się na niego osobiście, czy posłać delegację. - wyjaśnił mi. Nie uśmiechał mi się wykład o polityce, ale potakiwałem grzecznie, słuchając go.
- Widziałem cię z jednym z nich. - ciągnąłem dalej, ostrożnie – Jasnowłosy w zbroi ozdobionej dzikimi pnączami. Północne Landy, jak dobrze pamiętam?
- Dobrze.
- A on... kim jest?
- Gdybym cię nie znał, powiedziałbym, że jesteś zazdrosny – zażartował mój narzeczony, szczerząc się do mnie w złośliwym uśmieszku. Skrzywiłem się.
- Pytam po prostu. - warknąłem pod nosem.
- Skoro jesteś taki ciekawy, dlaczego sam go nie zapytasz.
- To twój towarzysz – odgryzłem się gniewnie. Odsunąłem krzesło i wstałem. - Mam trochę pracy – powiedziałem, wychodząc z kuchni. Psy z trudnością podniosły się z podłogi i podążyły za mną. Nałożyłem kurtkę i wyszedłem na zewnątrz. O tej porze dnia było jeszcze zimno, ale dzień zapowiadał się piękny. Resztki śniegu zdążyły stopnieć w ciągu kilku dni. Trawa zieleniła się w bardziej nasłonecznionych obszarach, powodując radość nawet okolicznych chłopów.
- Casius – odwróciłem się, słysząc moje imię wypowiadane przez Rainamara. Stał w otwartych drzwiach, opierając się o futrynę. Jego czarne włosy spływały mu na ramiona. Uśmiechał się, wpatrując się we mnie.
- Czego chcesz?
- Jesteś zazdrosny, przyznaj się. - niezmiernie go to bawiło.
- Tylko zapytałem– syknąłem wściekle i zacząłem iść przed siebie. Psy podążyły za mną, machając ogonami i podgryzając klamry moich wysokich butów.
Ten facet był całkiem przystojny, o delikatnych północnych rysach. Do tego miał jasne włosy, jaśniejsze nawet niż Leitha, co było w tych stronach rzadkością. Nie wiem, skąd nagle wzięło się we mnie to niedorzeczne uczucie, ale trudno mi było nad nim zapanować.
- Nie zaczynaj kłótni z takiego powodu! - usłyszałem za sobą jego krzyk, ale tylko machnąłem ręką. Obaj byliśmy uparci, ale czasem któryś z nas musiał przesadzić...
Podążyłem do stajni, gdzie w jednej z pustych zagród trzymałem swój sprzęt. Wszystko utrzymane było w najlepszym porządku. Po kilku chwilach siedziałem już przed domem i zajmowałem się zakładaniem cięciwy na łuk. Przez ten czas, kiedy leżałem pobity mój sprzęt leżał bezużytecznie. Nie pozwoliłem oczywiście Rainamarowi tknąć łuku, chociaż potrafił się nim posługiwać. Byłem jednak niższy od niego o kilkanaście centymetrów i łuk dopasowany był do mnie. W końcu cięciwa znalazła się na właściwym miejscu. Obejrzałem jedno z drzew po czym wziąłem strzałę i obliczyłem odpowiednią odległość. Naciągnąłem cięciwę wraz ze strzałą. Powietrze lekko zatańczyło w moich włosach. Wycelowałem i wypuściłem strzałę. Z szelestem piór wbiła się w drzewo, dokładnie tam, gdzie chciałem ją posłać. Uśmiechnąłem się do siebie.
Rainamar właśnie wychodził z domu i uraczył mnie jednym z najbardziej urażonych spojrzeń, jakie tylko zdołał zaprezentować. Wziąłem łuk ze sobą i podążyłem za nim. Poszedł do stajni, żeby przygotować Kryształa do drogi.
- O co tym razem chodzi? - zapytał, nawet się nie odwracając.
- Rainamar, przestań. - jęknąłem, próbując go zatrzymać.
- W czym widzisz problem, Casii? Ja nie zacząłem tej bezsensownej słownej przepychanki.
- Wiem, wiem, moja wina, jak zwykle, ale postarałbyś się chociaż mnie zrozumieć! - odparłem, ciągnąc go za rękaw jak małe dziecko.
- Nie ufasz mi?
- Oczywiście, że ci ufam! - zawołałem z lekką irytacją. - Nie bądź na mnie zły, mój piękny.
- Stwórco, tylko nie mój piękny – zaśmiał się i objął mnie niespodziewanie. - Cóż to za dziwny pomysł przyszedł ci do głowy. Ci żołnierze to moi towarzysze broni, wszystko.
- Cóż, ja także byłem żołnierzem swego czasu. - przypomniałem mu.
- To co innego. Z resztą ludzie są zazwyczaj mało atrakcyjni – skrzywił się. Ku mojemu zdziwieniu zauważyłem, że mówił szczerą prawdę. Zapatrzyłem się na niego z niedowierzaniem.
- Chcesz powiedzieć, że bardziej podobają ci się te paskudne... - zacząłem, ale reszta zdania nie przeszła mi przez gardło.
- Właściwie najbardziej podoba mi się mój narzeczony.
- Śmieszne – powiedziałem bardziej do siebie – Nigdy bym się nie spodziewał. Cholernie mnie zaskakujesz, Rainamar.
- To chyba dobrze. - zastanowił się na głos.
- Owszem – przyznałem. Wspiąłem się na palce i pocałowałem go w policzek.
- Chyba się starzeję, bo coraz większą przyjemność sprawiają mi te wszystkie oznaki czułości z twojej strony. - powiedział z namysłem mój narzeczony.
- Stwórco, jaki ty jesteś dziwny – westchnąłem, przytulając się do niego.
- Jedziesz dziś do tej szlachcianki? - zapytał w końcu.
- Taki mam zamiar. - odparłem, zastanawiając się o co może mu chodzić.
- W takim razie przyjedź później do Aeral. Znajdziesz mnie w koszarach. Może postawię ci obiad...
- Może? - zapytałem z przekorą – Cóż, jest jeszcze kilka innych rzeczy, które mógłbyś zrobić specjalnie dla mnie.
- Co na przykład? - zapytał z uśmiechem.
- Zdam się na twoją inwencję, kapitanie.
Zmrużył oczy i pocałował mnie lekko.
- Kapitan – powtórzył i pokręcił głową. - Muszę się zbierać. - zakomunikował, ściskając mnie raz jeszcze po czym zajął się siodłaniem Kryształa, który przywitał go rżeniem.
- Witaj, przyjacielu – rzekł półork, głaszcząc konia po chrapach.
- Skoro jedziesz do miasta, zabiorę się z tobą – powiedziałem, próbując rozmasować sobie ramię. Cholerny kryminalista! Do tego bije niewinnych ludzi.
- Spiesz się – ponaglił mnie Rainamar.

***


- Nazywają mnie Nolan Raighne – przedstawił się jasnowłosy, podając mi rękę. Uścisnąłem mu dłoń, starając się ukryć moje zaskoczenie widokiem mężczyzny. Z bliska był jeszcze bardziej przystojny niż gdy go zobaczyłem po raz pierwszy. Jasne włosy zaplecione miał na północną modłę. W jego dużych, zimno-niebieskich oczach trudno było odczytać jakiekolwiek uczucia ale było w nich dziwne piękno.
- Casius Seanán – odwzajemniłem się. - Jeżeli wolno mi zapytać, po co tu jesteście?
Rainamar zmierzył mnie wzrokiem. Nolan zdawał się jednak tego nie zauważyć.
- Cóż, z dyplomatycznego punktu widzenia lepiej jest, by władcą został ktoś spośród możnych lub aby rządy przejęła córka króla. Północne Landy nieoficjalnie zajęły już stronę w tym sporze – rzekł najemnik.
- Rozumiem. - odrzekłem, krzyżując ręce – Od dawna pomagacie generałowi?
- Nie. Jesteśmy tu tylko od dwóch miesięcy.
„Dwa miesiące” – przeszło mi przez myśl, ale nic nie powiedziałem. Rainamar nawet nie raczył mnie poinformować o tych ewidentnych zmianach.
Usiedliśmy przy stole. Raighne zaczął mówić coś o zawiłościach polityki Północnych Landów, swoim niedawno zmarłym księciu Janne i tym podobnych sprawach najwyższej wagi. Zawsze bardzo nudziły mnie rozprawy o polityce, ale Rainamar słuchał swojego nowego kompana z uwagą. Nie podobało mi się to, jak na niego patrzył ani to w jaki sposób z nim rozmawiał. Nie lubiłem już sir Nolana Raighne, chociaż starał się być miły i uśmiechał się. Nie wysiliłem się nawet na to, by ukryć moją niechęć. Zręcznie poruszał się w prawie każdym temacie i zdawał się być bardzo inteligentny. Do jasnej cholery, kim ja byłem przy tym ideale?!
Obaj byli tak zajęci rozmową, że zdawali się zapomnieć o mojej obecności. Popijałem kiepskie wino i wpatrywałem się w dno kubka, po czym dolewałem sobie kolejną porcję. Po kilku kolejkach zdecydowałem, że muszę się przewietrzyć. Chłód nocy otrzeźwił mnie nieco, ukazując mi w kałuży po wiosennych roztopach moją żałosną twarz. Uśmiechnąłem się gorzko. Na pewno przesadzam. Przecież Rainamar ma prawo mieć swoich przyjaciół, nie tylko kompanów z wojska, ale również... Pieprzony najemnik! Moje zachowanie było godne pożałowania. Zmąciłem wodę w kałuży. Kręgi zniekształciły mój obraz odbijający się w wodzie. To, co czułem było śmieszne i niczym nie uzasadnione, dlaczego więc nie chciało mnie zostawić w spokoju?! Wiem, sam w przeszłości nie zachowałem się wzorowo, jeżeli chodzi o przygodę z Cahanem, ale to była całkiem inna sytuacja! A może tylko sobie to wmawiam, żeby odjąć sobie nieco winy. Co prawda, wciąż czułem się dziwnie na wspomnienie czarownika, ale do niczego między nami nie doszło i nie dojdzie. Coś takiego jak silna wola jeszcze u mnie istniała. Ten cały Nolan jednak skutecznie wyprowadził mnie z równowagi samym swoim widokiem. Nie znałem go przecież, ale... O Stwórco, pomóż mi!












Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum