The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Marzec 19 2019 08:40:49   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Running away 7


Rozdział 7

- Rainamar, to nie jest tak...
- A niby jak? Patrzył na ciebie z takim pożądaniem... Pocałował cię, do jasnej cholery! - krzyknął mój partner, spoglądając na mnie ze złością malującą się w jego bursztynowych oczach.
- On... Rainamar. Ja cię bardzo kocham.
- Słyszałem to już. Do rzeczy, Seanán!
- Rainamar, uspokój się. - próbowałem załagodzić całą sytuację, ale wiedziałem, do czego to wszystko zmierza. Prawdę mówiąc, nie widziałem innego rozwiązania. To ja zawiniłem, ja muszę zapłacić za swoje błędy. - Kochanie, chcę porozmawiać.. - zacząłem, patrząc mu w oczy. On zaczął chodzić w te i z powrotem, jak to miał w zwyczaju robić, kiedy się denerwował. - Kochany?
- Słucham cię. - odrzekł sucho.
- Cahan mi pomógł... Kiedy zniknąłeś...ja... sądziłem, że to moja wina. Szukałem cię... To wszystko było takie dziwne... ja sam nie potrafię zrozumieć.
- Dokładnie tak samo jak ja. Z twojej gadaniny nic nie wynika. Powiedz mi proszę, dlaczego ten mężczyzna poważył się, żeby cię dotknąć? Nie szanuje partnerstwa? Odpowiedz! - krzyknął.
- On... Rainamar...
- Powiedz mi wreszcie, do cholery, czy ze sobą spaliście?
- Zwariowałeś, do cholery? - wykrzyknąłem ze złością. To, ze ja nisko się ceniłem, nie oznaczało automatycznie, że on także musi tak mnie osądzać. - Pocałował mnie parę razy, to wszystko!
- To wszystko? Czy ty siebie słyszysz, Seanán? - warknął w odpowiedzi. To mnie całkiem wyprowadziło z równowagi.
- Nie mów do mnie po nazwisku, ty durny orku! - syknąłem.
- Pozwoliłeś mu na to! Znaczy, że tego chciałeś! Odpowiadaj, na pieprzonych wieszczów!
- Zwariowałeś do szczętu? Czy przypadkiem nie tobie deklarowałem miłość?
- Szybko ci się zmienia, Casius. - rzucił, krzyżując ręce na piersi. Nie wiedziałem co odpowiedzieć na coś takiego. Obraził mnie, skurczysyn, nie mając większych podstaw. Dobrze wiedział, że jest oprócz niego z nikim nie uprawiałem seksu.
- Skoro tak uważasz... - odparłem zrezygnowany. - Dobrej nocy.
- Idź, jak chcesz, pieprzony tchórzu.
- Zidiociały skurczysyn! Masz balistę zamiast mózgu! Jak ją uruchomisz, to pieprzysz bez sensu i bez opamiętania! - krzyknąłem, patrząc mu prosto w oczy. On zawarczał ostrzegawczo, oddając moje spojrzenie.
- Idźcie od razu do łóżka, rozładujcie sytuację i nie zamęczajcie postronnych obserwatorów! - zawołał Leith Daire, przybierając zbolałą minę, dla podkreślenia swojej sytuacji. Przewróciłem oczami w geście rozpaczy.
- Rainamar.
- Czego chcesz? - rzucił z irytacją. Cała ta sytuacja wydała mi się komiczna. Gdyby mi tak bardzo na nim nie zależało, zapewne zaczął bym sie teraz śmiać.
- Kochany...
- Daj mi spokój! - warknął i poszedł w tylko sobie znanym kierunku. Usiadłem na ziemi i wbiłem wzrok w trawę. Jakiś podejrzany robal zbliżał się w moją stronę. Odepchnąłem go ręką na bezpieczną odległość. Leith Daire tymczasem ze wszystkich sił starał się ukryć swój chichot.
- Temperamencik... - rzucił i roześmiał się w głos – Pasujecie do siebie, na Stwórcę! - dodał, ocierając łzy z policzków.
- Odpuść sobie, Daire! - odparłem znużony.
- Cahan jest trudny, przyznam... Cóż, mnie również ciężko uwierzyć, że nie doszło do niczego między wami. Zwłaszcza, gdy porównam Rainamara z naszym drogim magiem. Nie ubliżając twojemu potworkowi...
- Zmilcz, Leith! - uciszyłem go. On usłuchał, ale zaśmiał się znów. Podejrzewałem, że zrobił to specjalnie.
Reszta wieczora minęła spokojnie, nie wliczając w to nastroju Rainamara, który wściekał się na wszystko i wszystkich. Nie zmierzałem nawet zamieniać z nim słowa, a co dopiero go uspokajać. Zgłosiłem się na ochotnika, aby objąć pierwszą wartę. Nie mogłem zasnąć, więc wolałem jakoś spożytkować ten czas. Siedziałem właśnie na zwalonej kłodzie, a Czerwony Demon szturchał mnie łbem w plecy.
- Wszystko w porządku, przyjacielu – uspokoiłem go – Znów jesteś tu ze mną i Kryształem. Koń nie przejął się jednak moją gadaniną i kontynuował swoją próbę uprzykrzania mi życia.
- Casius... - usłyszałem głos Rainamara. Usiadł obok mnie, wpatrując się zawzięcie w przestrzeń przed sobą.
- Słucham cię?
Przez chwilę milczał. Zastanawiałem się, czy nie zraził go mój ironiczny ton, ale rozpoczęcie kłótni byłoby bardziej prawdopodobne w tym wypadku. Pogłaskałem konia po łbie. Kompletna cisza. Słyszałem jego równomierny oddech, szum liści. Nie chciał się odzywać, proszę bardzo. Nie miałem zamiaru zaczynać z nim jakiejkolwiek bezcelowej gadki.
- Do jasnej cholery, człowieku... - zaczął w końcu. Nie był to szczyt jego elokwencji, ale nie wtrącałem się. - Jesteś ze mną...
- Cóż za spostrzeżenie! - wtrąciłem, ale zgromił mnie jednym spojrzeniem. Zamknąłem się więc i pozwoliłem mu mówić.
- Nie wiem, jak to ci wytłumaczyć. Nie chcę wyjść na zazdrośnika, ale ten człowiek przesadził. Ty także. - oznajmił dziwnie łagodnym tonem.
- Więc mnie ukarz. - zaśmiałem się.
- Kto tu jest zboczony... - rzucił, szturchając mnie w bok.
- Przeszło ci? Chcesz może mnie przelecieć, że tak nagle ci się odmieniło?
- Casius... - zawołał zirytowany Rainamar. Chwila i wybuchnie na nowo, tym razem zapewne niszcząc wszystko dookoła. Zastanawiające było to, co działoby się, gdyby był magiem. Chyba nie chciałem nawet o tym myśleć...
- Słucham?
- Nie rozumiesz? Na wszystkich wieszczów Imperium! Spójrz na mnie! To chyba całkiem naturalne, że spodobał ci się ten... czarownik. Ja wiem, że odziedziczyłem sporo cech po matce, po człowieku, ale..
- Cóż za absurdalny pomysł? - zapytałem wielce zaskoczony jego spostrzeżeniami.
- Przyznasz, że to jest całkiem uzasadnione...
- Zwariowałeś, głupi orku? Jeśli chcesz, możemy to zrobić oficjalnie, z przysięgą i przy świadkach. - zaproponowałem, wpatrując się w niego. Jego oczy rozszerzyły się w wielkim zaskoczeniu.
- Czy ty... mi się oświadczasz? - zapytał takim tonem, jakby był to najbardziej bezsensowny pomysł w moim wykonaniu. Zaczynałem już wątpić w sensowność tej sytuacji. On jednak objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Rzadko kiedy pozwalał sobie na czułość, więc nic już nie powiedziałem, w obawie, że zepsuję tą chwilę. Czułem jak całuje moje włosy.
- Nie trzeba mi żadnej przysięgi, Casii. Wiem, że moje zachowanie świadczy o czymś innym, ale ufam ci. - stwierdził Rainamar. Wtuliłem się w niego jeszcze bardziej. Pachniał lasem. Uwielbiałem ten zapach.
- Nie chciałbyś? - zapytałem go, chcąc się upewnić.
- Czego? - zapytał, gładząc mnie po policzku.
- Partnerstwa? Oficjalnie... - mówiłem niepewnie. Nie odpowiedział. Prawdę mówiąc nie sądziłem, że mogę spodziewać się czegoś więcej.
- Może masz rację. - zaśmiał się – Przyda mi się jakieś zabezpieczenie.
- Dobrze wiesz, że nie o tym myślę! - oburzyłem się, odsuwając się od niego, żeby móc się mu przyjrzeć. Uśmiechał się krzywo, prezentując ostre kły, odziedziczone po Derisie.
- Kocham cię – rzucił, całując mnie w nos. Przyznam, że poczułem się co najmniej dziwnie. Mimo to spodobał mi się ten gest.
- Ja ciebie bardziej.
- Żołnierzu... - rzucił i pokręcił głową. - Zbudź mnie za jakiś czas. Zmienię cię na straży. - zaoferował. Sam nie wiem dlaczego, ale pocałowałem go w policzek. Niewinnie, słodko, jak zakochany dzieciak. Uśmiechnął się na ten gest.
- Idź lepiej spać, Rainamar.
Wspaniale mi się spało. Nie chciałem się budzić, jeszcze nie teraz. Poczułem jednak, jak ktoś całuje mnie po twarzy i szyi. Jęknąłem, ale mimo to próbowałem odepchnąć intruza.
- Rainamar, przestań...
W odpowiedzi usłyszałem tylko złośliwy śmiech. Oczywiście mój kochany nie miał zamiaru sobie przerywać. Zastanawiało mnie tylko, czy nie przejmuje się obecnością dwóch mężczyzn, z czego jeden nie był mi całkiem obojętny, ale Rainamar nie musiał o tym wiedzieć. Otworzyłem oczy.
- Kochany, przestań. To nie jest odpowiednie miejsce.
- Casii, zamknij się na moment. - uciszył mnie mój partner, po czym mocno pocałował. Przyznam, że to mnie skutecznie zamknęło na chwilę. On zaczął mnie całować wzdłuż linii mojej szczęki, potem po szyi. W końcu zajął się rozpinaniem mojej koszuli. Całował mnie i lizał po klatce piersiowej, przesuwając się coraz niżej. Dostawałem szału z powodu tego, jak wolno to robił. Dawał sobie czas, drażnił się ze mną. Wypchnąłem biodra ku górze, mając nadzieję, że zorientuje się, o co mi chodzi. Niestety, on dobrze to wiedział, ale wolał realizować swój podstępny plan.
- Rainamar, skończ to! - rozkazałem mu drżącym z pożądania głosem.
- Nie chcesz? - zaśmiał się, pieszcząc przez spodnie moją męskość. - Jesteś cały gorący, Casii.
- Zamknij się!
- Znam pewien sposób, żeby mnie skutecznie uciszyć. - ciągnął dalej, próbując rozpiąć moje spodnie. Do cholery, zwariuję przez niego! Nagle nabrałem ochoty, żeby mnie zerżnął, szybko i mocno. Przestałem dbać o to, co pomyśli Leith czy Cahan.
Krzyknąłem, kiedy wziął mnie do ust, lecz zaraz się opanowałem. Wnętrze jego ust było takie gorące, nie mogłem trzeźwo myśleć. Słyszałem swój głos, to jak jęczałem. Przerwał i oparł się na ramionach, całując mnie mocno. Nie dał mi jednak chwili wytchnienia, zaczynając się o mnie ocierać. Chciałem poczuć go w sobie.
-Rainamar, nie baw się ze mną. - wyszeptałem ledwie słyszalnie.
- Wiesz jak wyglądasz teraz? - zapytał, uśmiechając się czule – Twoje oczy płoną.
- Z chęcią tobie coś podpalę! Dokończ, co zacząłeś! - wysyczałem przez zaciśnięte zęby, co wywołało tylko jego śmiech.
- A cóż pomyślą sobie nasi towarzysze? - zapytał, szczerząc się do mnie jak wredne dziecko.
- Zapewne będą chcieli się przyłączyć. - odparłem, zamykając oczy. Doskonale wiedziałem, że kontynuowanie rozmowy z nim daleko mnie nie zaprowadzi. - Strasznie dużo gadasz podczas seksu.
- I kto to mówi!? - odgryzł się Rainamar, znów zaczynając mnie całować po szyi. - Chcesz mnie, prawda?
- Tak, tak, zrób to wreszcie, do cholery!
On znów się zaśmiał. Cóż, od kilku chwil nie robił nic prócz śmiania się. Miałem już poważny zamiar uderzenie go w tę jego uradowaną twarz. Spoważniał nagle, a ja nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Wtedy poczułem jego palce w sobie.
- Bez ostrzeżenia! - wydyszałem, próbując złapać powietrze. Starałem się rozluźnić, ale zrobił to tak nagle, że nie dał mi nawet czasu na przygotowanie się.
- Kochany. - wyszeptał, całując mnie lekko.
- Już jest dobrze... po prostu mógłbyś mi powiedzieć.
- Wybacz.
Chwilę zabrało mu, żeby mnie przygotować. Był przy tym delikatny, jak zawsze, nie licząc tego, co zrobił przed chwilą. Rozpiął spodnie, ale nie pofatygował się nawet, żeby je do końca zdjąć. Pocałował mnie raz jeszcze, długo i namiętnie. Poczułem jak we mnie wchodzi, powoli, centymetr po centymetrze. Zawsze dziwiło mnie, jak taki facet potrafił być tak delikatny podczas seksu.
- Rainamar...
- Kocham cię – wyszeptał mój partner – I uwielbiam to z tobą robić.
Rainamar zaczął się poruszać, najpierw bardzo powoli. Doprowadzał mnie tym do szału. Chciałem go już, teraz, szybko.
- Ja ciebie kocham bardziej.
Spoważniał nagle i przestał się poruszać. Na wszystkich wieszczów Imperium, co do jasnej...
- Tak i udowadniasz to, całując się z obcym mężczyzną.
To było gorsze niż cios wymierzony w twarz. Dlaczego on mówi mi to w takiej chwili. Obaj wymieniliśmy spojrzenia. Całe podniecenie uleciało ze mnie. Jedyną emocją, która mnie teraz wypełniła, była złość. Odepchnąłem go od siebie i wstałem, zabierając swoje spodnie.
- Pieprz się – syknąłem i ubrałem się pospiesznie.
Rainamar był wściekły, doskonale to wiedziałem. Patrzył na mnie spod półprzymkniętych powiek, oddychając szybko. Nie raczył nawet odezwać się słowem.
Tak, wiem, miał prawo być zły, ale do cholery, dlaczego zrobił coś takiego? Nie sądzę, żeby to planował, ale... Nie potrafiłem wytłumaczyć tego przed samym sobą. Poszedłem prosto do Czerwonego Demona, żeby przygotować go przed jazdą. Próbowałem się uspokoić, ale ręce mi drżały, co skutecznie uniemożliwiło mi założenie siodła.
- Nie najlepiej wyglądasz, chłopcze! - zauważył Leith i oparł się o drzewo.
- Bo nie najlepiej się czuję. - odparłem od niechcenia. Byłem gotów swoją złość o frustrację wyładować na tym człowieku. Powstrzymałem się jednak. To była moja sprawa i moja wina. Nie widziałem powodu, żeby mieszać w to Daire.
- Może chcesz porozmawiać?
- Może nie. - syknąłem.
Czerwony Demon wyczuł moje niezadowolenie. Jemu także udzieliły się te emocje. Podrzucił niespokojnie łbem.
- Spokojnie, spokojnie...
- Widzisz, nawet twój koń mówi mi, że coś jest nie tak!
Cóż, nie musiałem tłumaczyć czarownikowi o co chodzi. Jego uwagę przyciągnął Rainamar, spacerujący wokół wygasłego już ogniska. Jego czarne, długie włosy opadały mu na twarz. Całą scenę obserwował Cahan, który siedział na swoim posłaniu, oparty o złamany konar drzewa.
- To trudniejsza sprawa, niźli myślałem. - przyznał Daire.
- Czasem myślę, że my do siebie po prostu nie pasujemy. Może to cholerne przyzwyczajenie? Wychowywaliśmy się razem od kiedy skończyłem cztery lata. Może po prostu nie wyobrażał sobie życia beze mnie i wmówił sobie, że to jest cholerna miłość.
- A ty go kochasz, chłopcze? - zapytał bardzo poważnie Leith. Nie pasowało to do niego.
- Tak. - odparłem bez namysłu. Zabawne, ale naprawdę cholernie kochałem tego upartego, emocjonalnie rozchwianego półorka.
- Przeproś go. Uraziłeś jego dumę, jako mężczyzny. To przecież nie jest żadna wielka filozofia wschodu czy południa! Przyznaj przed sobą, jak ty czułbyś się, gdybyś ty był na miejscu Rainamara. Świadomość tego, że ktoś go dotykał i całował przepełniałaby cię wielką radością? - zapytał na wpół złośliwie.
- Przeproś... - On chyba do szczętu stracił zmysły! Ja mam go teraz przepraszać, po tym, co mi zrobił przed chwilą. A niech idzie, dokąd chce! Mam to wszystko gdzieś! Spokojne życie i Rainamar! Te słowa się nie znają!
Całą drogę powrotną nie odzywaliśmy się do siebie. Leith komentował jakąś sytuację polityczną w kraju, ale nikt tak naprawdę go nie słuchał. Rainamar udawał, że nie istnieję i nie zamienił słowa z nikim, prócz Daire, któremu delikatnie kazał się odwalić. Ja natomiast starałem się skupić na znalezieniu jak najkrótszej drogi powrotnej przez las.
- Nie wrócę do wioski – powiedział nagle Cahan. Spojrzałem na niego zaskoczony. Prawdę mówiąc, nie powinno mnie to dziwić, zwłaszcza po tym, jak dowiedział się, że starsi go okłamują.
- Wiesz, co robisz. - odparłem.
- Cóż, zastanawiałem się nad wizytą w klasztorze. Nie byłem tam od bardzo dawna.
- Jeżeli tego chcesz, czemu nie.
- A ty? Co ty będziesz robił? - zapytał, uśmiechając się przy tym dziwnie.
Spojrzałem na Rainamara. Zadziwiającym trafem od uniósł wzrok na mnie w tym samym momencie. Nie było to czułe spojrzenie zakochanego mężczyzny, ale wyzwanie, rzucone przez wściekłego wojownika. Owszem, miałem ochotę mu przyłożyć. Nie zawahałbym się ani sekundy. To jednak wiązało się z tym, że moje starania zostaną odwzajemnione. Rainamar przewyższa mnie o głowę, poza tym jest znacznie silniejszy. Wszelkie znaki na niebie i ziemie mówiły mi, że to się dobrze nie skończy. Poza tym już po chwili przeszła mi ta chęć. Kochałem tego popieprzonego półorka, nawet teraz, kiedy patrzał na mnie w ten sposób.
- Zapewne będę dalej polował. Jestem myśliwym, tylko to potrafię.
- Zostaniesz z nim? - zapytał, wskazując dyskretnie na mojego partnera.
- Zapewne. - oznajmiłem mu.
- Jak tylko znajdziemy się poza lasem, opuszczę was! - rzekł uroczyście Leith Daire.
- Skoro się tu znalazłeś, nie powinieneś mieć problemów z drogą powrotną! - rzuciłem.
- Powinienem, nie powinienem... Zawsze lepiej mieć towarzystwo w takiej gęstwinie! - odrzekł ze śmiechem. Medalion błyszczał na jego szyi i kołysał się w rytm kroków, które stawiał. Jeżeli nosił go tak wcześniej, nie dziwię się, że ten półgłówek Kerr Laurent mu go skradł.
- Może was odwiedzę... kiedyś... - zamyślił się Leith.
Zapadła cisza, przerywana tylko odgłosem naszych kroków i lekkim szumem liści. Drzewa rosły już coraz rzadziej, ustępując ostatnim promieniom jesiennego słońca, które wpadały do lasu, oświetlając nieco drobne roślinki na ściółce. Niedługo potem ujrzałem niewyraźny zarys wioski, która znajdowała się przed lasem. To tam zostaliśmy ugoszczeni przez starszą kobietę, która ostrzegała nas przed gęstwiną.
- Cóż. Oto jesteśmy. - zachwycił się nie wiadomo czym Daire, po czym dosiadł konia. - Tu was pożegnam. Wybaczcie, że nie zostanę na gościnę, ale obowiązki są dziś ważniejsze niż przyjemności. Do zobaczenia, bo nie wiem, czy jeszcze się nie spotkamy! - zawołał i pogonił konia.
- Dziwny człowiek. - zamyśliłem się. Cahan spojrzał na mnie wyraźnie zakłopotany, po czym przeniósł wzrok na Rainamara.
- Ukradł mi konia! - jęknął, robiąc minę cierpiętnika. Rainamar zaśmiał się, lecz spoważniał nagle, jakby wymyślił coś genialnego.
- Pojedziemy do miasta. Tam dostaniesz konia, miejsce do spania czy cokolwiek sobie zamarzysz. - zaproponował.
- To brzmi jak dobry plan. - zgodził się czarownik.
- Weź Kryształa. - rzekł półork i podszedł do mnie. - Pojedziemy razem.
Cóż, nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy płakać. Nie miałem jednak innego wyjścia. Wpakowałem się na mojego konia, a Rainamar usiadł za mną, obejmując mnie mocno w pasie. Przecież jesteśmy obrażeni! Nie rozmawiamy ze sobą!
Droga do miasta minęła nam w spokoju i kompletnej ciszy. Cahan i Kryształ zaprzyjaźnili się tak, jak tylko człowiek może zaprzyjaźnić się z koniem półorka, który jest mu nieprzychylny. Mało powiedziane! Rainamar chciał jak najszybciej pozbyć się czarownika. Gotów był nawet do tymczasowych poświęceń.
- Piękne to miasto – stwierdził Cahan, po tym jak przekroczyliśmy bramę główną.
Owszem, rynek i budowle wokół niego były bardzo reprezentatywne. Kamieniczki z czerwonej cegły otaczały pierścieniem wybrukowany plac. W szczególności wyróżniał sie na ich tle ratusz, który był siedzibą władz miejskich. Tam też znajdowała się kwatera generała Gustava.
- Tam jest karczma. Dowiesz się w niej wszystkiego. - rzucił Rainamar i zeskoczył z konia. Podążyłem tuż za nim. Cahan pożegnał się z nami i udał się do poleconego przez Rainamara miejsca.
- Mogłeś być bardziej taktowny.
- Powinieneś się cieszyć, że byłem tak uprzejmy dla twego niedoszłego kochanka! - syknął ze złością.
- Powiedziałem ci, że między nami nic nie było i nie będzie! Myślałem, że wyjaśniliśmy sobie wszystkie te rzeczy, ale widzę, że ty nadal nie możesz tego zapomnieć! Doprawdy, gdyby coś naprawdę się wydarzyło, miałbyś powody!
- Proszę bardzo! Pójdę teraz i zacznę się całować z którymś z żołnierzy! To przecież nie są powody do jakichkolwiek obaw! - odparł z ironią w głosie mój partner.
- Przestań! Dobrze wiesz, że nie o tym mówię! Stało się, pocałowałem go, żałuję! Nie widzisz, że żałuję? Kocham ciebie! Przepraszam! - powiedziałem wreszcie, jakby kosztowało mnie to użyciem nadludzkiej siły.
- Chcę, żebyś był szczęśliwy ze mną.
- Jestem, wyłączając te momenty w których kłócisz się ze mną bez żadnych podstaw, jesteś złośliwy, wściekasz się bez powodu, jesteś zazdrosny! Ty ciągle jesteś zazdrosny! Nawet o Jethro!
- Daj sobie spokój z Jethro! Wcale nie jestem zazdrosny! - oburzył się mój partner. - Jesteś głodny, czy możemy wracać do domu?
- Wracajmy. - zgodziłem się – Chcę tylko pożegnać się z Cahanem.
Nie mogę powiedzieć, że pogodziliśmy się, ale przynajmniej ze sobą rozmawiamy. Obaj nie potrafimy pójść na kompromis, stąd ciągłe napięcia. Jesteśmy razem od przeszło roku, to nie jest wiele czasu. Owszem, mieszkaliśmy wcześniej razem, ale to jednak nie było to, co mamy teraz. Trudno jest nam zbudować tą bliskość, ale wiem, ze nie potrafiłbym żyć bez niego. O Stwórco...












Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum