The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 16 2019 02:35:03   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Niebo nad nami 2
Część pierwsza: Niebo nad Nowym Jorkiem
Rozdział drugi

Spojrzał na małą, białą karteczkę z koślawo zapisanym adresem, po czym przeniósł wzrok na to, co rozpościerało się przed przednią szybą jego Passata. A później jego wzrok znów zjechał na karteczkę i teraz jeszcze bardziej badawczo przyglądał się temu, co było na niej nabazgrane. Może nie rozczytał tego prawidłowo? Może świnia napisała mu zupełnie inny adres? Może ta nieforemna literka, która wydawała mu się być „a” tak naprawdę jest „e”?
Przecież ten budynek, który znajdował się za ogrodzeniem nie mógł należeć do takiej świni. Przecież takie budynki widywało się jedynie na filmach, nie w rzeczywistości.
Widoczny zza niego wielki, jasny budynek miał trzy piętra, ogromny ogród oraz dziedziniec z fontanną na środku. Pod dwuskrzydłowe frontowe drzwi, poprzedzone trzema półokrągłymi schodkami prowadził podjazd od automatycznej bramy, obok której ustawiony był słupek z czarnym ekranikiem, głośnikiem oraz białym przyciskiem. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, nacisnąć owy biały guzik, który aż prosił się o naciśnięcie, i czekać. Czekać, co pojawi się na ekranie. Zobaczy w nim lokaja, tak jak to zazwyczaj bywa w tych wszystkich Hollywoodzkich produkcjach?
Nacisnął na guzik, uparcie wpatrując się w słupek.
Sekunda, dwie. Nikt nie odpowiada. Trzy, cztery. Na ekranie pojawia się twarz starszego mężczyzny, z białym wąsem i w okularach. Przerażające. Może naprawdę znajdował się w jednym z tych filmów? Pewnie mają tam jeszcze pokojówki w czarnych sukienkach i białych fartuszkach, kucharza używającego francuskich zwrotów, z nierozłączną czapką kucharską na głowie i młodego, przystojnego ogrodnika w zielonych spodniach na szelkach.
– Rezydencja państwa Connell, w czym mogę pomóc? – zapytał lokaj. Musiał być lokajem, bo kim innym? Wyglądał, jak żywcem wyjęty z filmu.
– Dean Ferrey. Byłem umówiony na dziesiątą z panem Adolfem Connellem – powiedział, wciąż nie spuszczając wzroku z ekraniku.
Lokaj coś jeszcze odpowiedział. Jakieś „pan Connell na pana czeka”, czy coś w tym stylu, ale Dean nie zwrócił na to uwagi, bo był zbyt wpatrzony w powoli otwierającą się bramę, ukazującą mu posiadłość Connellów w całej okazałości. Wydawała się jeszcze piękniejsza i jeszcze bardziej zapierająca dech w piersiach, niż zza bramy. Gdy ruszył samochodem brukowaną dróżką, prowadzącą prosto na dziedziniec, zaczął czuć się przytłoczony. Nawet trawa była tu idealna. Soczysta i zielona, niezadeptana. Ptaki śpiewały, a wielka willa, na tle błękitnego nieba i w blasku słońca, wyglądała jak z obrazka. Kolumny w stylu rzymskim przy wejściu dodawały jej powagi, kwiaty w oknach były aż nienaturalnie czerwone. Woda jaka wypływała z fontanny wydawała się krystalicznie czysta. Całość w zasadzie przypominała mu bardziej dworek.
Dean podjechał pod wejście swoim zdezelowanym, starym Passatem, który ni w ząb nie pasował do długiej, błyszczącej, czarnej limuzyny, która stała tuż przy schodkach prowadzących do rezydencji.
Zaparkował swojego Passata przy fontannie, której poświęcił chwilę uwagi. Była biała. Idealnie biała, bez żadnych zabrudzeń, bez glonów i zacieków. Przedstawiała chłopca z wazą, z której wypływała woda i małego pieska tuż obok nóg dziecka. Otoczona czerwonymi, pięknymi różami idealnie pasowała do tej willi.
Za dużo tu było tej perfekcji. Wszystko było takie piękne, aż do obrzydzenia. Nic nie miało wady, nawet jeżeli próbował się ich doszukać. Cholera, nawet brukowana dróżka była idealna!
Dwuskrzydłowe brązowe drzwi otworzyły się, a w ich progu stanął ten sam mężczyzna, którego Dean widział na ekraniku. Czarny surdut, biała koszula, czarna mucha i… no a jakżeby inaczej – białe rękawiczki. A więc jednak lokaj. Chociaż myślał, że będzie wyższy.
To nie żart? Bo ma wrażenie, że tak.
– Zapraszam, zapraszam! – powiedział miły, starszy lokaj. Dlaczego lokajami zawsze muszą być mili staruszkowie z szarymi włosami? Dlaczego nie może nim zostać młody, piegowaty chłopak z rudymi lokami? Albo kobieta. Dlaczego na słowo „lokaj” nigdy nie myśli się o kobiecie?
Dean ruszył w stronę schodów. Marmurowych. Lśniących i błyszczących w południowym słońcu. Idealnych.
Kamerdyner przepuścił go w drzwiach i po chwili znaleźli się w wielkim, przeraźliwie wielkim, holu. Ze schodami wyłożonymi czerwonym, a nie… bordowym dywanem. Z piękną, prawdopodobnie ręcznie rzeźbioną balustradą z licznymi zawijasami. No i oczywiście znowu motyw filmowy – schody rozgałęziały się u góry na dwie strony.
Wszystko tu lśniło. Jasne kafelki, jakieś niezrozumiałe dla niego obrazy, które wydawały mu się jedynie bazgorołami – nigdy nie lubił sztuki – oprawione w złote ramy i rzeźba. Chyba marmurowa ze złotymi wstawkami, prezentująca… Dean musiał się przyjrzeć… kobietę? Nie był pewny. Ale z pewnością było to coś podobnego do człowieka.
– Czy mogę zabrać pańskie okrycie, panie Ferrey? – Czy ten lokaj przez cały czas coś mówił, gdy on oglądał wystrój pomieszczenia? Zwrócił na niego zdziwione, niebieskie spojrzenie. Ach, tak. Kurtka. Zamrugał, wbijając wzrok w kamerdynera.
Lokaj stoi z wyciągniętą ręką, czekając na ubranie, a on ściąga swoją marną, dżinsową kurtkę, która nawet nie była markowa i podaje mu. Lokaj odbiera i dystyngowanym gestem zaprasza go do jakiegoś innego pomieszczenia. Co Dean ma zrobić? Nic, tylko dać się prowadzić i podziwiać ten dom. A przy okazji czuć się niezwykle przytłoczony bogactwem, jakie z niego emanuje i perfekcją. Nudną już perfekcją. Nawet podłoga nie jest brudna, a przecież pokrywają ją bardzo jasne płytki.
I kolejne idealne pomieszczenie. Z idealnie położonym parkietem, z idealnie białym, puszystym chodniczkiem pod idealnie czystym, dębowym stolikiem do kawy. Z idealnie białymi, skórzanymi sofami i kominkiem. Marmurowym? Pewnie tak. W środku perfekcyjnie poukładane, rzecz jasna nie podpalone, drewno. Była wiosna. Za ciepło na palenie w kominku. Z wielkiego okna rozprzestrzeniał się widok na basen. Woda mieniła się w słońcu, chociaż nie było możliwości, aby się w niej zanurzyć – jeszcze było zbyt zimno na takie kąpiele… Dlaczego więc w basenie jest woda? Po co marnować pieniądze? Pewnie dla wyglądu. Bo tu wszystko musi być doskonałe.
Connell siedział na białym, skórzanym fotelu, oczywiście ubrany w idealnie skrojony garnitur. Podniósł się z szerokim uśmiechem i podał Deanowi swoją pulchną łapę. Dean ją uścisnął. Nie dość, że pulchna, to jeszcze spocona.
– Dzień dobry, panie Connell – przywitał się grzecznie, z lekkim uśmiechem.
Uśmiech na twarzy Adolfa tylko się powiększył, ukazując równe, białe zęby. Musiał sporo wydać na dentystę i wybielanie, bo jego uśmiech kłócił się z wyglądem spasłej świni.
– Dzień dobry, Dean! Mogę po imieniu?
– Oczywiście – Pokiwał głową.
– Siadaj, Dean, siadaj – powiedział, najwidoczniej wczuwając się w rolę gospodarza. – Herbaty? Kawy?
– Wody – odparł, siadając na jednej z tych idealnie białych sof. I dopiero teraz zauważył wielkie akwarium wbudowane w ścianę. Zmarszczył brwi, przyglądając się egzotycznym rybom, których nigdy na oczy nie widział. Rozpoznał tylko błazenki. Ciekawe, jak karmią te ryby, skoro akwarium wbudowane jest w ścianę, zastanawiał się.
– Charlie? Wody dla gościa! – Świnia opadła na fotel, który wydał dziwny dźwięk. – Piękne, prawda? – zapytał. – Ryby są miłością Juliette. Wszystko, co tam widzisz to jej zasługa.
Dean znów pokiwał głową, ale w międzyczasie zastanawiał się, ile pieniędzy trzeba wydać, żeby mieć takie akwarium. Na pewno niemało.
– Piękne – przyznał.
– Zaraz przyjdą moi synowie i córeczka.
Charlie postawił szklankę na stoliku z cichym „podać coś jeszcze?”. Dean odmówił.
– Trochę cierpliwości, lubią się spóźniać - dodała świnia.
– Oczywiście, nic nie szkodzi.
Przez następne kilkanaście minut zmuszony był prowadzić nudną, niezobowiązującą rozmowę ze świnią. W pewnym momencie chciał nawet wstać, wsiąść do – dzięki ci, Boże! – nieidealnego Passata i odjechać do swojego brudnego, małego mieszkania. Do Diabła, który z pewnością sprawiał więcej kłopotów niż te nudne, ale piękne ryby w akwarium. I na którego wydawał znacznie mniej pieniędzy, nawet jeśli był rasowy.
Rozmawiali o tych nudnych rybach. O ich rasach i wymaganiach, aż w końcu w drzwiach pojawiły się dwie postacie z zakłopotanymi uśmiechami. Wysoki blondyn i szczupła brunetka.
– No! W końcu! – powiedział Adolf, wstając. – Kazaliście naszemu gościowi czekać!
Blondyn podszedł do Deana, który wstał automatycznie. Przystojny, młody mężczyzna z burzą krótkich, ale kręconych włosów uśmiechnął się do niego. Dean niemal od razu zauważył, że chłopak był również dobrze zbudowany, co zdradzały zarysy mięśni odznaczające się pod obcisłym, szarym T-shirtem. Szerokie ramiona i wzrost także robiły wrażenie.
- Brandon Connell – przedstawił się, wyciągając do Deana dłoń. Ten uścisnął ją z lekkim, wymuszonym uśmiechem.
- Dean Ferrey.
- Juliette – powiedziała dziewczyna, która stała obok brata. Równie wysoka co on, z równie zniewalającym uśmiechem. Była piękna. Dziwne, że taka świnia miała tak ładne dzieci. A może one nie były jego?
Byli doskonali. Brandon i Juliette wyglądali jak modele. Mieli idealne sylwetki. Juliette szczupła i wysoka, a Brandon wysportowany. Pasowali do tego perfekcyjnego domu. Nawet ubrani byli nienagannie. Ona miała na sobie beżową spódniczkę do kolan i białą bluzeczkę z bufkami. On koszulkę, która z pewnością była markowa i ciemne, świetnie dopasowane dżinsy.
Zbyt dużo tej perfekcji. Miał już jej dosyć, a przecież to dopiero początek.
- Pracował pan w FBI? – zapytał Brandon.
- Wystarczy Dean. – Sięgnął po szklankę wody. Chciałby mieć już to wszystko za sobą.
- Więc Dean, pracowałeś w FBI? Nie jesteś na to za młody?
- Miałem trzydzieści lat, jak zacząłem. Teraz jestem trochę starszy. – Uśmiechnął się.
- W takim razie młodo wyglądasz – wtrąciła Juliett, siedząca na sofie obok brata. Świnia siedziała na swoim fotelu, z rękoma złożonymi na wystającym brzuchu i przysłuchiwała się rozmowie.
- Dziękuję. – Przecież wypada podziękować za komplement. – Pan Connell mówił mi, że ma trójkę dzieci... Gdzie jest…? - nie pamiętał imienia – Colin?
- Keith – poprawiła Juliett z uśmiechem. Deanowi nie podobało się to, że nie spuszczała z niego bacznego spojrzenia. Dziwnie się czuł. – Keith, to Keith. – Machnęła ręką. – Przyzwyczaisz się. Bardzo możliwe, że nawet się nie pojawi. – Wzruszyła ramionami.
Cudnie, naprawdę. Ale jeszcze mógł zrezygnować i nie pakować się w pracę niańki.
- Nie obgaduj mnie. – Za plecami Deana rozległ się zaspany głos, ale zanim zdążył się odwrócić usłyszał słowa padające z ust Adolfa:
- Na miłość boską, Keith! Jak ty wyglądasz?
W końcu coś nieidealnego, pomyślał z ulgą Dean, kiedy obrócił się w stronę wysokiego chłopaka z rozwianymi włosami, w rozdartych na lewym kolanie, czarnych spodniach i w wygniecionej bluzce. Wysoki wzrost był chyba cechą dziedziczną w rodzinie Connell.
- Ja? – Wskazał na siebie. – No, dopiero wstałem. – Ziewnął na potwierdzenie swoich słów. Naprawdę wyglądał, jakby dopiero wstał. Jakby nawet nie przejrzał się w lustrze, tylko założył na siebie co popadnie albo po prostu zszedł na dół w ubraniu, w którym spał.
- Przepraszamy za niego – odezwała się Juliett z niemrawym uśmiechem, a Dean dziękował w myślach za wygląd Keitha. Wariował przez ten idealny dom i przez to idealne rodzeństwo.
- Nic się nie stało.
- A co miało się stać? – prychnął Keith, jednak zaraz się uśmiechnął. – Przecież będzie naszym ochroniarzem i będzie miał okazję zobaczyć cię w różnych nieciekawych sytuacjach, Juli.
Miłość braterska jest naprawdę piękną rzeczą. Dobrze, że jestem jedynakiem, pomyślał Dean.
Adolf wzdychał co chwilę i kręcił się na swoim fotelu, po czym potaknął. Potaknął drugi raz, jakby chciał się w czymś upewnić. Dopiero kiedy się upewnił, odezwał się:
- Więc co, mogę podpisać umowę z panem Ferrey, czy chcecie się jeszcze czegoś dowiedzieć? – zapytał. – Zostanie pan na początek przyjęty na okres próbny – zaznaczył.
- Ile ludzi zamknąłeś, jak pracowałeś w tym FBI? – zapytał Keith, ciągle stojąc w progu.
- Keith, nie błaznuj – warknęła Juliet.
- Ja ich nie zamykałem, sąd to robił.
- A widziałeś dużo trupów?
- Keith! – Tym razem odezwał się Adolf.
- Nie byłem od tego.
- A od czego?
- Wydaje mi się, że możesz podpisać z Deanem umowę – powiedział Brandon, który nie brał udziału w rozmowie Keitha z ojcem. Wydawał się najnormalniejszy z całej rodziny.

***

Zaparkował swojego Passata tuż pod szarą kamienicą, która była podzielona na cztery segmenty. Nie prezentowała się zbyt okazale. Właściwie to wyglądała strasznie z koszami pełnymi śmieci tuż przy schodach, z zabitymi deskami drzwiami wejściowymi w jednym z segmentów. Z zaciągniętymi żaluzjami w oknach oraz odpadającym tynkiem i krzywym napisem „chuj” zaraz przy krzywym „NY giants”, nazwie nowojorskiej drużyny futbolowej na elewacji.
Mieszkał w Bronx, jednej z najgorszych dzielnic w Nowym Jorku. Kradzieże, zepsuta młodzież, narkotyki? Tak, witamy w Bronx. Ale oczywiście dało się tu żyć, nawet mógłby powiedzieć, że nie jest tak źle, jak mówili ludzie. Nigdy nie został okradziony, wychodzi wieczorami i wraca do domu cały. Parkuje swojego marnego Passata tuż pod kamienicą i jeszcze nigdy nic mu się nie stało.
Nigdy nic nie stało się też Carmen, nawet jeżeli wracała późno w nocy i była skazana iść tymi ciemnymi uliczkami. Ale może po prostu mieli szczęście? Albo nie zasmakowali jeszcze życia w Bronx?
Ulica Longfellow też nie była taka zła. A przynajmniej nie aż tak zła, jak co niektóre ulice we wspomnianej dzielnicy. Co prawda zdarzały się tu zamieszki. Kiedyś nawet złapano tu dilera narkotykowego. Ale Dean nie narzekał. Carmen też nigdy nie narzekała, chociaż mogła w każdej chwili poprosić o zmianę adresu zamieszkania. Dlaczego? Bo mieszkanie było tanie. Bo razem je stworzyli. Wszystko było wspólne. Carmen projektowała wnętrze, on kładł kafelki, malował ściany i ustawiał meble. A później, gdy zaczęły się jej problemy ze zdrowiem nie było już czasu na myślenie o przeprowadzce. Wszystko potoczyło się tak szybko, że - dopiero niedawno zdał sobie sprawę z tego - tak właściwie to na nic nie mieli czasu.
Wysiadł z samochodu i niemal od razu dobiegły go odgłosy ulicy Longfellow. Krzyki dzieciaków, które całymi dniami oblegały schody kamienic i ich matek, które wychylały się z okien i darły się na nie, jak na psy. Zwierzęta. Nic nie warte zwierzęta. To wszystko był początek marginesu społecznego. Bo przecież tutaj on się rozpoczynał, na Longfellow. A te dzieciaki z tymi matkami go tworzyły.
Oprócz krzyków było coś jeszcze, miauczenie kotów, których tutaj było pod dostatkiem. Były wszędzie. Koło kubłów na śmieci, obok których Dean teraz przechodził, na schodach, po których się wspinał, aż w końcu w korytarzu jego kamienicy. Tak, były nawet tutaj i było to czuć. Zapach kocich szczyn nieprzyjemnie unosił się w powietrzu i drażnił zmysł węchu.
Biały kot z czarną łatką na uchu spojrzał na mężczyznę swoim przeszywającym na wskroś wzrokiem. Mała Mi, kot starej emerytki z parteru.
Mała Mi tak naprawdę powinna nazywać się Mały Mi, ale emerytka najwidoczniej nie zdawała sobie sprawy, że jej ulubienica jest kocurem. Dużym kocurem, trzeba dodać. I grubym, bo emerytka z parteru uwielbia go dokarmiać, a później wypuszczać na korytarz. A co tam, niech kot załatwi tu swoje potrzeby, a później niech Dean wstrzymuje oddech.
Trzask drzwi rozległ się po całej klatce, a następnie dało się słyszeć szybko, prawie że nerwowo stawiane kroki. Ktoś zbiegał ze schodów i najwidoczniej chciał zrobić to jak najszybciej. I po chwili oprócz kroków rozległy się kolejne odgłosy, tym razem krzyki. Histeryczne, równie nerwowe co tupanie schodzącej osoby.
- Wracaj tu! Słyszysz?! – darła się kobieta, a Dean wiedział już, kim ona jest. Westchnął jedynie, wspinając się na drugie piętro. Do swojego mieszkania, do Diabła.
Niezbyt wysoki, młody ciemnoskóry mężczyzna łypnął na niego wściekle, po czym wyminął go, potrącając ramieniem. Dean aż zrobił krok do tyłu, cudem nie spadając ze schodów.
- Uważaj, kurwa! – krzyknął do ciemnoskórego, góra dwudziestokilkuletniego chłopaka. Ten obejrzał się, wymamrotał krótko: „sorry, kurwa” i zbiegł na dół. A później trzasnął drzwiami wejściowymi. I tyle go Dean widział.
Najwidoczniej mama chłopaka także dała sobie spokój, bo Dean nie słyszał już jej krzyków z czwartego piętra. W kamienicy nastała błoga cisza.

***

Wszedł do mieszkania. Cudownie spokojnego mieszkania. Swojego nieidealnego, brudnego mieszkania.
Nie to, co idealna willa Connellów. Jego dzielnicy, kamienicy, a nawet mieszkaniu daleko było do idealności. Ale on cieszył się w tym momencie, że tu wrócił. Do swojego nieidealnego, ale niestety pustego bez Carmen życia.
Zdjął buty i nie minęła chwila, a podbiegł do niego Diabeł. Dean już miał się schylić i przywitać z nim. Już miał poklepać go po grzbiecie ze słowami: „dobry potwór” na ustach... jednak tego nie zrobił, bo zobaczył w pysku zwierzęcia zdjęcie. Zdjęcie jego i Carmen. Z okresu studiów. Z okresu, kiedy dopiero zaczynali się w sobie zakochiwać.
Zamarł. Wydawałoby się, że przez chwilę serce przestało mu bić. Wstrzymał oddech, wpatrując się w Diabła. Tą czarną, słodką kuleczkę, machającą ogonkiem i trzymającą w pysku zdjęcie.
A później jego tętno przyspieszyło. Wpadł w furię. Jedyne takie zdjęcie. Nie ma odbitki! Nie było robione cyfrówką!
Złapał psa za kark, wyrywając mu z pyska fotografię. Przestraszone zwierzę zapiszczało, ale on nawet tego nie zarejestrował, gdyż dostrzegł kolejne pogryzione zdjęcie, leżące w progu salonu. Odepchnął przerażonego Diabła i pobiegł do pokoju dziennego.
I gdy zobaczył album, ich album, ze zdjęciami na środku pomieszczenia. Pogryziony, zaśliniony. Z fotografiami porozrzucanymi po całym pokoju. Coś w nim pękło. Nigdy jeszcze się tak nie czuł. Nie był sobą.
Carmen, stracił Carmen z okresu studiów. Teraz, bez tych fotografii zapomni o niej. Zniknie z jego pamięci tak, jak te zdjęcia.
Pies podszedł do niego. Błąd. Nie powinien podchodzić. Głupi kundel. Głupia bestia. Miał ochotę go kopnąć. Walnąć. Zrobić mu coś, żeby czuł się tak jak on. Złapał szczeniaka za futro, zaciskając na nim dłoń z całej siły.
Głośny, przerażający pisk go otrzeźwił. Zamrugał i spojrzał już widzącymi oczami na szczeniaka wiszącego w jego stalowym uścisku. Na jego drżące ciało i rozbiegane spojrzenie.
Zamknął Diabła w łazience. Tak będzie lepiej. Na chwilę. Bo jeszcze mu coś zrobi.

***

Sprzątanie strzępków zdjęć okazało się być bardzo trudnym zadaniem dla Deana. Nie potrafił ot tak złapać za pół fotografii, na której znajdowała się przedarta twarz Carmen i jej wyrzucić. I nie wyrzucił. Włożył każdy strzęp albumu do kartonu, choć dobrze wiedział, że nadawało się to jedynie na śmietnik.
Złość na Diabła już odeszła. Daleko. Zastąpiły ją wyrzuty sumienia i złość na samego siebie. Bo przecież to nie była wina szczeniaka, to była wina jego – zostawił ten album na kanapie i Diabeł z łatwością go ściągnął. Był jeszcze przecież mały. Był dzieckiem i dopiero wszystkiego się uczył.
Usiadł na kanapie i przetarł zmęczoną twarz. Ciche skomlenie dobiegało zza zamkniętych drzwi łazienki, niczym wyrzuty sumienia. Miał tylko nadzieję, że Diabeł po tym wszystkim dalej będzie Diabłem. Że nie zniszczył kruchej, szczenięcej psychiki swoim wybuchem złości.
Wstał i z sercem w gardle podszedł do drzwi. Przeklinał siebie w myślach za to, co zrobił. Jeżeli Diabeł się zmieni, to prawdopodobnie wyrzuty sumienia nigdy nie znikną.
Kiedy naciskał klamkę i otwierał drzwi wydawało mu się, że czas jakby zwolnił, a jego tętno na chwilę zwolniło. Wstrzymał oddech, czekając na reakcję psa.
Jednak Diabeł po raz kolejny pokazał, że nie jest normalny i wyskoczył z łazienki prosto na niego, ciesząc się tak, jakby dwadzieścia minut temu nic się nie stało. Dean poczuł, jak coś ciężkiego spada mu z serca. Jak oddech powraca do normy razem z tętnem. Ukucnął, przytulając do siebie radosnego Diabła, który wydawał się zapomnieć o wszystkim. Czy człowiek potrafiłby coś takiego zrobić?
- Przepraszam, potworze – powiedział, pozwalając, aby pies lizał mu policzki. – Nigdy więcej, okej? To był ostatni raz, obiecuję, mała gnido. – A Diabeł w odpowiedzi jeszcze szybciej zamachał ogonkiem i z nową werwą zaczął oblizywać mu twarz.

***
Wybrał się z Diabłem na długi, popołudniowy, a przy tym pojednawczy spacer. Nawet pozwalał wąchać mu każdy krzak i witać się z każdym przechodzącym psem. A Diabeł był szczęśliwy, tak jak zawsze zresztą. Bo to zwierzę ciągle było szczęśliwe, ciągle miało chęci na bieganie i ciągle sprawiało mu kłopoty. I zazwyczaj Dean złościł się na niego za złe zachowanie, ale dzisiaj było inaczej. Dzisiaj Dean z uśmiechem przyglądał się tym kłopotom i próbował go oduczyć złego zachowania bez żadnej niechęci. Bez żadnego skrzywienia. ponieważ to, co zrobił dzisiaj temu psu, powracało do niego jak bumerang, jak wyrzut sumienia. Nie był sobą, jeżeli chodziło o pamiątki po Carmen.
Bał się, że wspomnienia szybko znikną. A jedynym sposobem na zatrzymanie tych wspomnień były przecież fotografie. Musiał zapamiętać Carmen. Jeżeli on o niej nie będzie pamiętał, to kto?
Wracali z długiego spaceru pomiędzy uliczkami Bronx. Zmęczeni nauką chodzenia przy nodze i nieciągnięcia na smyczy. Zmęczeni budowaniem więzi pan-pies.
Dean miał ochotę wziąć szybki prysznic i pójście spać. Diabeł zapewne miał ochotę wychłeptać całą miskę wody, najeść się tak, że aż uszami mu będzie wypływać i dopiero wtedy położyć się na swoim niebieskim kocyku w żółte kaczuszki, poprzegryzać sobie jeszcze gumową, czerwoną kostkę i zasnąć z nią w pyszczku.
Kiedy weszli do klatki, Dean wziął Diabła na ręce, gdyż ten jeszcze niezbyt dobrze radził sobie ze schodami. A teraz, kiedy był zmęczony, mogły one stanowić dla niego prawdziwe wyzwanie. Podszedł do ściany i ramieniem nacisnął przełącznik światła, gdyż na korytarzu było przeraźliwie ciemno.
Minęła chwila, kilka sekund, nim światło zapaliło się i oświetliło schody, na których siedział ten sam czarnoskóry mężczyzna, który rano potrącił Deana.
Dean już miał go wyminąć, nie przejmując się zupełnie chłopakiem, który zapewne miał sporo problemów z prawem. Ale jego uwagę przyciągnęła biała szmata nasiąknięta krwią, w którą owinęła była dłoń czarnoskórego.
- Hej – powiedział, trzymając w ramionach dwunastokilowe cielsko Diabła, który ułożył wygodnie łeb na jego piersi i najwidoczniej zasypiał. – Ja bym coś z tym zrobił. Zakażenie się wedrze, ręka ci spuchnie, i później możesz ją stracić. – Wzruszył ramionami, po czym wyminął go i kiedy już był na półpiętrze chłopak się odwrócił i zawołał go. Obrócił się mimowolnie i na krótką chwilę złapał z nim kontakt wzrokowy. Musiał przyznać, że brązowe oczy czarnoskórego nawet jeśli wyglądały na zmęczone, były ładne.
- To co mam z tym zrobić?
- Może szpital? – odparł obojętnie i już chciał ponowić swoją wspinaczkę na drugie piętro, jednak chłopak znów mu w tym przeszkodził. Wstał i przyciskając wciąż krwawiącą dłoń, co Dean zauważył po powiększającej się plamie na szmacie, wyprostował się. Był średniego wzrostu. Może tylko trochę niższy od Deana, ale z pewnością był lepiej od niego zbudowany, a widać to było nawet pod szeroką, granatową bluzą z kapturem, która miał na sobie. Czarne włosy powiązane miał w warkoczyki sięgające karku, co tylko jeszcze bardziej uwydatniało jego szeroką szczękę.
- Szpital? Jest kilkanaście ulic stąd!
Dean ponownie wzruszył ramionami. Nie obchodził go ten chłopak i jego krwawiąca ręka. To nie był jego problem.
- No to trudno. – I zaczął się wspinać na drugie piętro, ze śpiącym Diabłem w ramionach.










Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum