The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Czerwiec 25 2019 23:55:47   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Kwestia honoru 2

Bergen zeskoczył ciężko z wozu i podciągnął spodnie. Uśmiechnął się szeroko na widok przysadzistego mężczyzny o gęstej, rudej brodzie i ruchliwych, czarnych oczach.
- Radeg, kopę lat – trzasnął niższego mężczyznę w plecy, aż huknęło.
- Bergen – odparł tamten spokojnie, zerkając ciekawie na szczupłego, czarnowłosego chłopaka, który zeskoczył z konia. - To ten twój nowy pomocnik, jak mniemam?
- Słyszałeś o nim? Ano, skarb nie chłopak! Szczęście mi z nim nie lada dopisało. Esz, Varro, pościągaj no tu skrzynie z kminkiem i szafranem, my się tutaj dogadamy.
- Szczęście, mówisz? - mruknął rudobrody, w zamyśleniu nakręcając na palca imponujący wąs. - Ano, to je kwestia sporna. Chodź no, Bergen, napijemy się, pogadamy. Nowiny mam dla ciebie.
Kupiec chętnie na to przystał i po chwili siedzieli we dwójkę w niewielkiej, ciemnej izdebce i opróżniali systematycznie kufle z piwem.
- A więc ten chłopak... Varro... skąd jest? - zaczął wypytywać Radeg po długiej chwili milczenia.
- Nie pytałem. Dobrze się sprawuje, to niech se będzie skąd chce – wzruszył ramionami blondyn. - Co cię on tak ciekawi?
- Widzisz... - Radeg napił się solidnego łyka i starł łokciem pianę z wąsa. - niedawno zjawił się u mnie pewien mężczyzna. Wypytywał o ciebie, bo słyszał że podróżuje z tobą ten chłopak. Z tego co zrozumiałem, bardzo mu na nim zależy. A brzydko mu z oczy patrzało, to na pewno. Powiedziałem, że nie wiem gdzie cię szukać, ale on wie z kim współpracujesz. Wie z kim lubisz robić interesy, gdzie lubisz sypiać. Jeśli został wysłany za tym dzieciakiem, to go znajdzie. I na twoim miejscu, byłbym wtedy jak najdalej od niego.
- Faktycznie Varro jest dość... nietypowy – przyznał Bergen po chwili zastanowienia. - Niby mądry chłopak, a czasem całkiem prostych rzeczy nie potrafił, ognia rozpalić, rondla zawiesić. Od początku mie się coś widziało, że to szlachcic jaki, ale se myślałem, co by szlachcic na kupieckim wozie chciał robić?
- Wiesz jak to bywa z tymi młokosami – Radeg machnął ręką, na znak że przyjaciel nie powinien się przejmować. - Trzyma się ich w złotych klatkach, na uwięzi, to uciekają. Chcą skosztować wesołego życia najemników, zabawić się, ot co. Pewnie najgorsze co mu grozi to powrót na marmurowe salony – dodał pocieszająco, chociaż sam nie do końca w to wierzył. Bergen jednak wyglądał na szczerze zaniepokojonego.
- Nie wyglądał na takiego – pokręcił głową. - Widywałem już takich buntowników, głośni są, aroganccy, głupi. On jest inny całkiem. Taki spokojny. Smutny jakiś. I te koszmary, ciągle budzi się zlany potem, rozdygotany, przerażony. Myślę, że przed czymś ucieka.
- Wygląda na to, że to coś go złapie – mruknął rudy kupiec, nie widząc już sensu w udawaniu że chłopakowi nic się nie stanie. - Wiem, że się łatwo przywiązujesz... taka już z ciebie stara pierdoła – dodał, lecz nie bez sympatii w głosie. - Ale musisz puścić tego chłopaka. Tak bardziej mu pomożesz, zyska kilka dni nim tamten asasyn zorientuje się, że nie ma go z tobą.
- Myślisz, że da radę umknąć?
Radeg westchnął. Nie mógł okłamać przyjaciela.
- Marne – przyznał. - Ten który go ściga... jest jak sama śmierć. Blady, czerwonowłosy, na wielkim karym wierzchowcu, taki zimny i beznamiętny, że aż dreszcze przechodzą. Dla takich liczy się tylko zadanie do wykonania, jakby rodzili się bez duszy.
- Szkoda dzieciaka – szepnął Bergen głucho, czując jak z żalu ściska mu się serce. - Taki dobry chłopak...
- W paskudnych żyjemy czasach – stwierdził rudzielec sentencjonalnie i wzniósł oczy ku brudnemu sufitowi.
*
Varrander głębiej nasunął kaptur na twarz i mocniej owinął się płaszczem. Silny wiatr przejmował chłodem do szpiku kości, a zimny deszcz przemaczał ubranie i osiadał na twarzy nieprzyjemną warstwą wilgoci.
Nie miał pojęcia jaka była pora dnia, bo słońce przysłaniały ciężkie, szare chmury, a na tutejszych mokradłach nawet ptaki milczały. Był jednak bardzo zmęczony, buty zapadały mu się w grząskiej ziemi i przemakały. Zdawało się, że każdy krok trwa wieczność. Nie mógł jednak pozwolić sobie na podróżowanie wygodnym traktem, gdzie mógłby zostać zauważony.
Nie spodziewał się, że ktoś będzie go ścigał. W zasadzie zdążył się już poczuć bezpiecznie, bo kto mógłby go szukać na drugim końcu świata. Kto, a przede wszystkim – po co. Nie miał wątpliwości, że podczas zamachu na króla miał zginać także on, jako prawowity następca, ale w momencie gdy dzięki pomocy Edwina wylądował tutaj, w niewielkim, wschodnim państewku Lork, zdawało się, że niebezpieczeństwo minęło. Ktoś wyraźnie sądził, że miał zamiar odzyskać tron. Był w głębokim błędzie, ale chłopak wątpił, aby uwierzono mu na słowo.
Zastanawiał się, czy ucieczka ma jakiś sens. Udało mu się dowiedzieć co nieco o tym asasynie i wyglądało na to, że nie należał do takich, co łatwo rezygnują. Zastanawiał się, czy dałby mu radę w walce. Tamten był podobno nieludzko szybki i silny, ale ludzie mieli w końcu tendencję do wyolbrzymiania, szczególnie jeśli byli o włos od śmierci, a inni bezmyślnie powtarzali takie plotki. Cóż, zresztą jeśli tak dalej pójdzie, sam będzie miał możliwość sprawdzenia ile w nich prawdy. Nie może wiecznie błąkać się po bagnach, nawet jeśli uda mu się na jakiś czas zmylić trop, to asasyn znów go wywęszy. Zdecydował, że kiedy to nastąpi, będzie na niego czekał.

*
Był mglisty poranek, szary i głuchy. W przepełnionym wilgocią powietrzu rozlegał się tylko mlaszczący odgłos końskich kopyt zapadających się w rozmokłej ziemi i senne nawoływania młodej dziewczyny karmiącej kury w zajeździe. Vargo wolno wjechał między ptaki, kołysząc się miarowo w siodle. Ostatnie dni dały mu w kość. Varrander odłączył się od kupca i przepadł, jak kamień w wodę. To oczywiste, że trzymał się mało uczęszczanych traktów, ale nie mógł ukrywać się w nieskończoność. Przecież w końcu będzie musiał ruszyć do królestwa, a póki co wygląda, jakby planował zapuścić korzenie gdzieś w głębokim lesie.
Mężczyzna zgrabnie zsunął się z siodła, a jego kary ogier zarżał na to cicho z aprobatą, po czym dał się poprowadzić w stronę stajni. Drzwi pomieszczenia zaskrzypiały niechętnie, wpuszczając ich do środka, wprost w objęcia ciepłego, pachnącego sianem i zwierzętami powietrza. Już po kilku krokach Vargo natknął się na leżącego na ziemi w rozchełstanej koszuli blondwłosego chłopaka. Niewiele myśląc szturchnął go czubkiem obitego żelazem buta. Dzieciak podskoczył jak oparzony i zmierzył przybysza niechętnym spojrzeniem spod słomianej czupryny.
- Powinieneś zająć się moim wierzchowcem – oznajmił mężczyzna chłodno, rzucając stajennemu lejce. Chłopak powstrzymał zwykłą chęć odpyskowania nieznajomemu i posłusznie skinął głową. Znany był z buntowniczej postawy ale w sylwetce przybysza była jakaś milcząca groźba. Przetarł więc tylko zaspane oczy i niezgrabnie podniósł się na nogi.
Vargo ściągnął z dłoni czarne rękawiczki bez palców i wsunął je z szeroki pas, po czym odrzucił w tył obszerny, czarny kaptur. Kątem oka wyłapał zainteresowane spojrzenie blondyna.
- Na co się gapisz? - warknął nieprzyjemnie.
- Czy ty jesteś... Ty też szukasz tego chłopaka? - wybąkał niepewny, czy dobrze robi zwracając na siebie uwagę. Mężczyzna podszedł do niego hipnotyzującym, kocim krokiem.
- O jakim chłopaku mówisz?
- Młody, czarnowłosy. Szlachetna uroda i postawa. Północny akcent – wyrecytował drżącym głosem. Vargo zaklął pod nosem, ale po chwili wsunął stajennemu w dłoń srebrną monetę.
- Mów co wiesz. Na twoim miejscu dobrze bym się skupił. Skąd o nim wiesz? Kto jeszcze go szuka?
- Trzy dni temu przybyła tu grupa najemników. Nie karczemnych zbójów, prawdziwych. Uzbrojonych, konnych. Dowodził nimi dziwny mężczyzna, mówili na niego Shirkhem. Przyjrzałem mu się trochę kiedy kłócił się z właścicielem na zewnątrz. Jest niezbyt wysoki i chudy, ogoloną głowę ukrywa pod czerwonym kapturem i szpeci go paskudne poparzenie na twarzy. Nie nosi broni, ale pozostali chyba się go boją. Też mówi z akcentem, ale innym, chyba z południa. Mówił o tym chłopaku, że to bardzo ważne. I mówił, że może o niego wypytywać potężny, czerwonowłosy... mężczyzna – w ostatnim momencie powstrzymał się przed zacytowaniem słowa „kundel”. - Zabronił z tobą rozmawiać, a najlepiej cię zabić. Obiecał karczmarzowi tu wrócić i zapłacić za twoją głowę, lub uciąć jego własną gdyby pisnął ci chociaż słowo.
- Czy karczmarz miał informacje o chłopaku?
- Raczej nie. Nikogo takiego tu nie widzieliśmy, ale plotki krążą. Szczególnie dużo można usłyszeć gdy wszyscy uważają, że od siedzenia z końmi postradałeś rozum. Ci co krzyczą najgłośniej, najczęściej kłamią, a widziano go podobno w połowie okolicznych miasteczek. Gdybyś chciał panie jednak znać moje zdanie, to jeśli wie że jest ścigany i ktoś dał mu mapę, to zmierza na południowy-zachód. Na bagnach pościg traci przewagę dzięki koniom, liczebność z zalety staje się wadą, a wytropić na podmokłych terenach graniczy z niemożliwością. Jeśli jest mądry, szukaj go tam.
*
Książę często uczestniczył w polowaniach. Na północy nie były może tak popularne jak w innych krajach, ale tak jak wszędzie była to typowa dla szlachciców rozrywka. Nigdy jednak nie występował jako ofiara, a teraz dokładnie tak się czuł. Jak łowna zwierzyna, żałośnie umykająca myśliwemu. Zdawało mu się, że niemal czuje jego oddech na karku. W ciągu krótkich chwil gdy pozwalał sobie na odpoczynek, ze snu wyrywało go poczucie, że ziemia trzęsie się od zbliżającego się tętentu kopyt.
Mimo że poruszał się najszybciej jak potrafił, bez wierzchowca nie miał zbyt dużych szans, chociaż na bagnach udało mu się zyskać trochę czasu i zmylić trop, asasyn znów pochwycił jego ślad i podążał za nim ślepo jak jeden z ogarów należących do ojca. Bez wytchnienia, z dzikim uporem bestii złaknionej krwi.
Varrander wiedział, że dalsza ucieczka nie miała sensu, prędzej padnie z wyczerpania niż zdoła zgubić swojego prześladowcę, dlatego jedyną szansą były doprowadzenie do konfrontacji i wygranie jej. Zaletą było to, że mógł jeszcze wybrać gdzie do niej dojdzie i miał zamiar to wykorzystać.
*
Bagna faktycznie okazały się dobrym posunięciem ze strony księcia. Vargo zgubił trop i stracił wiele czasu wyciągając konia z mokradeł, a do tego należało przyznać, że pogoda poważnie wdała mu się we znaki. Wszechobecna wilgoć, stęchłe powietrze i przeszywający chłód, który miał jednak swoje dobre strony. Mniej komarów. Chociaż i tak nawet gdy zostawił to paskudne miejsce daleko w tyle nie mógł pozbyć się uporczywego brzęczenia, wciąż rozlegającego się w głowie, a kilka pamiątkowych ukąszeń jeszcze przez długi czas swędziało uciążliwie.
Ale to nie miało znaczenia, bo teraz ponownie podchwycił ślad. A tu, na otwartej przestrzeni chłopak nie miał szans podróżując na piechotę. Zresztą zdawało się, że nawet już nie próbował, prawdopodobnie starał się tylko doprowadzić wojownika w miejsce dogodne do zmierzenia się z nim.
Bardzo dobrze. Gra zaczęła się na poważnie.
*
Po kilku dniach uciążliwego marszu znalazł odpowiedni punkt. Wzniesienie, niezbyt wysokie lecz na tyle strome, że aby się na nie dostać asasyn będzie musiał zejść z siodła. Ponadto z jego szczytu książę nieźle widział okolicę, więc o tym, że przeciwnik jest blisko dowie się z wyprzedzeniem. Nierówność terenu także mógł obrócić na swoją korzyść, jeśli dobrze to rozegra. Teraz pozostało mu tylko czekać, a był pewien, że nie będzie musiał czekać długo. Miał przeczucie, że czerwonowłosy jest nie dalej niż pół dnia drogi w tyle i niewiele się pomylił. Tuż przed zmrokiem dostrzegł w oddali potężną sylwetkę jeźdźca na galopującym rumaku. Sprawdził, czy miecz gładko wysuwa się z pochwy i wyprostował się dumnie.
*
Vargo ściągnął wodze na widok smukłego cienia wyodrębniającego się na tle szybko szarzejącego nieba.
„Wzgórze. Mądrze”, pomyślał i zszedł z siodła. Wolał pozostawić wierzchowca trochę dalej, żeby mieć czas dobrze go uwiązać. Nierozważnie byłoby zajmować się takimi rzeczami, mając nad głową zapędzonego w kozi róg młodzika. Dlatego też bez zbędnego pośpiechu wojownik upewnił się że koń wraz z bagażami nie wybiorą się nigdzie podczas jego nieobecności i poprawił ekwipunek.
Potem podszedł spokojnym krokiem do księcia, ostrożnie wspinając się po dość stromym zboczu. Starał się trzymać ręce na widoku, a gdy znalazł się już dość blisko, wolno zsunął kaptur.
- Znam cię – oznajmił chłopak marszcząc brwi, a jego dłoń drgnęła lekko na głowicy miecza. - Widziałem cię na dworze.
- Nazywam się Vargo Dreikhennen i nie mam zamiaru cię skrzywdzić – czerwonowłosy zajrzał głęboko w oczy rozmówcy, starając się wzbudzić zaufanie. - Edwin wysłał mnie za tobą, panie, w roli eskorty.
- Jakiej eskorty? - odwarknął. - Niby gdzie?
- Moim zadaniem jest bezpiecznie odtransportować cię do stolicy i osadzić na tronie, jako prawowitego władcę.
Oczy Varrandera zrobiły się nagle wielkie ze zdziwienia. Zaskoczony cofnął się kilka kroków, zaraz jednak opanował emocje. Wolno wydobył miecz z pochwy, co na mężczyźnie nie zrobiło najmniejszego wrażenie. Nie oderwał nawet pustych, lodowato zimnych oczu od twarzy chłopaka, jakby klinga w jego dłoni była zupełnie niewarta uwagi.
- A co jeśli nie zechcę? - zapytał książę hardo.
- To twój obowiązek, panie.
- Szczam na mój obowiązek! - krzyknął. - Zmusisz mnie siłą?
- Przyznaję, że nie brałem tego pod uwagę, ale jeśli zostanę do tego zmuszony... Myślę, że jednak mnie to tego nie zmusisz- odparł po prostu.
- No to się mylisz – syknął Varrander i wyszarpnął zza pasa nóż. Vargo spodziewał się tego, ale i tak zareagował z szybkością niemal nieosiągalną dla człowieka. Zawirował w uniku i będąc wciąż w ruchu wydobył z pochwy półtoraręczny miecz, jakby był wykałaczką. Książę, nie tracąc czasu, zaszarżował na niego z furią, ale ostrze z brzękiem odbiło się od ukośnej parady. Wojownik niezwykle zwinnie wywinął się unikając drugiego ciosu, pewnie stawiając stopy na nierównym gruncie. Gdy ich miecze skrzyżowały się po raz kolejny, mocno naparł na przeciwnika barkiem, wytrącając go z równowagi, następnie wykorzystując to, zdołał chwycić jego prawy nadgarstek, niemal miażdżąc go w stalowym uścisku i zmuszając zaskoczonego bruneta do upuszczenia broni.
Tamten jednak ryzykując przekonanie, że najemnik nie może zrobić mu krzywdy, w mało honorowy sposób kopnął go kolanem w krocze i runął nań całym ciężarem. Vargo mimo masywnej postury zaskoczony nieoczekiwanym atakiem runął na ziemię i razem z chłopakiem potoczyli się w dół zbocza. Varrander wylądował na szerokiej piersi czerwonowłosego najemnika i chociaż kręciło mu się w głowie, a ciało miał obolałe po upadku od razu zamachnął się nań pięścią. Tamten jednak także szybko doszedł do siebie, więc zdążył ją chwycić, nim go dosięgnęła. Varrander zdawał się tym niezrażony i uderzył go w twarz czołem. Krew natychmiast ciepłym strumieniem zalała usta i brodę Vargo, ale chwycił wolną dłonią przydługie włosy na karku chłopaka i odwdzięczył się tym samym, także rozwalając przeciwnikowi nos. Jego chwilowe zamroczenie wykorzystał do zepchnięcia go z siebie i już po chwili przygniatał drobniejszego chłopaka całym ciężarem ciała. Tamten jednak mimo że znalazł się na wyraźnie przegranej pozycji nie dawał za wygraną i przez dłuższy czas szamotali się jeszcze po ziemi, klnąc i parskając krwią na wszystkie strony, dopóki zirytowany już Dreikhennen potężnym ciosem nie pozbawił Varrandera przytomności.
*
Ocknął się w nienaturalnej i wybitnie niewygodnej pozycji, z rękami mocno spętanymi na plecach i policzkiem przyciśniętym do wilgotnej trawy. W powietrzu czuć było wieczorne ochłodzenie.
Chłopak jęknął cicho i spróbował zmienić ułożenie, żeby ulżyć zdrętwiałym mięśniom. Sporo wysiłku kosztowało go podniesienie się do siadu, a gdy w końcu mu się to udało spotkał przenikliwe spojrzenie swojego oprawcy, który kilka kroków dalej ostrzył miecz.
- Dobrze, że się obudziłeś. Powinniśmy ruszać – oznajmił łagodnym, lecz nieznoszącym sprzeciwu głosem.
- Dlaczego uważasz, że po tym jak mnie sprałeś po mordzie zmieniłem zdanie i zechcę z tobą iść? - warknął Varrander.
- Nie interesuje mnie czy zechcesz. Moim obowiązkiem jest bezpiecznie odstawić cię do kraju. Jeśli nie dasz mi powodów, żebym rozwiązał ci ręce i oddał broń to po prostu przerzucę cię przez siodło jak worek kartofli. Tak czy inaczej dotrzemy na miejsce, twój komfort nie jest priorytetem.
Chłopak nie potrafiąc znaleźć żadnych argumentów rzucił tylko kilka przekleństw, po czym na powrót zapadła cisza, przerywana tylko nużącym brzęczeniem owadów i zgrzytem osełki o klingę miecza. Vargo cierpliwie kontynuował pracę, a Varrander mimo wcześniejszego postanowienia aby go całkowicie ignorować zaczął z nudów obserwować jego ruchy i wciąż nieporuszoną twarz. Był pewien, że widywał go kiedyś na dworze, nie zwracał na niego zbyt dużej uwagi ale Dreikhennen miał na tyle charakterystyczną urodę, że nie sposób całkiem wyrzucić go z pamięci. Już same włosy, krótko przystrzyżone po bokach i dłuższe na środku o intensywnie czerwonym kolorze nie zdarzały się często, do tego imponujący wzrost i postawa czyniły go trudnym do przeoczenia. Chłopak jednak szczególnie zapamiętał te oczy, gdyż był pewien że przynajmniej kilka razy został obrzucony ich chłodnym spojrzeniem. Czerwonowłosy patrzył na niego wtedy dokładnie tak jak teraz na klingę miecza, obojętnie lecz z pełną koncentracją, szukając najmniejszej skazy. Wcześniej kojarzył tylko uczucie towarzyszące byciu przyszpilonym tym wzrokiem, teraz wreszcie miał okazję dostrzec szczegóły – te bezwzględne oczy miały podłużny kształt i zdawały się wiecznie przymrużone, nadając mu wygląd groźnego skupienia. Spod lekko opuszczonych powiek lśniły w cieniu absurdalnie długich rzęs bystre jak u drapieżnika tęczówki, o barwie niezwykle ciemnego granatu, niczym najgłębsze otchłanie Morza Północnego. Kiedy to spojrzenie podniosło się znowu na chłopaka przez chwilę poczuł się jakby znów walczył nocą ze sztormem. Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że mimo wcześniejszych postanowień od dłuższego czasu gapi się na najemnika i co gorsza został na tym przyłapany. Ze złością odwrócił głowę przywołując na usta kpiącą minę.
- Teraz naprawdę musimy już ruszać, panie – oznajmił Vargo wstając z miejsca i mocując miecz z powrotem na plecach.
- Teraz? Przecież zapada noc – warknął jadowicie książę.
- Musimy znaleźć bardziej osłonięte miejsce na nocleg. Powinniśmy zdążyć zanim całkiem się ściemni.
- Przecież już skończyliśmy się gonić, więc po co dalej chcesz się ukrywać?
- Wydawałeś mi się trochę bystrzejszy – odparł najemnik podchodząc do więźnia i szybkim ruchem rozcinając mu więzy. Chłopak został tym stwierdzeniem na tyle wybity z równowagi, że na razie nawet nie przyszło mu do głowy aby wykorzystać niespodziewaną wolność, roztarł tylko odruchowo nadgarstki i zmarszczył gniewne brwi.
- Co masz na myśli? - zapytał obserwując nieufnie jak Vargo sprawdza coś przy uprzęży swego potężnego karosza.
- To co powiedziałem. Że wydawałeś mi się bardziej rozgarnięty – powtórzył wciąż obojętnie. - A z twoich słów wnioskuję, że nie zorientowałeś się, że ktoś poza mną cię ściga. I oni, w przeciwieństwie do mnie, nie mają pokojowych zamiarów – to mówiąc odwrócił się znów w stronę chłopaka i rzucił mu jakąś wilgotną szmatę. Brunet złapał ją i spojrzał na niego tępo. Nowe informacje sprawiły, że nagle zapomniał o głębokim postanowieniu bycia wyniosłym i ironicznym akceptując wyraz zbaranienia na swojej twarzy. Na dodatek w żaden sposób nie potrafił sobie wytłumaczyć owej szmaty, dopiero gdy Vargo wskazał na swój nos, chłopak zrozumiał i ostrożnie przejechał nią nad górną wargą. Znalazł ślady zakrzepłej krwi, pamiątki po ostatniej szarpaninie, więc przez jakiś czas w milczeniu czyścił skórę. Następnie najemnik odebrał od niego skrawek materiału i pomógł mu dosiąść swojego wierzchowca, co Varrander chwilowo uczynił bez sprzeciwu. Następnie czerwonowłosy usadowił się za nim i ruszyli wolnym stępem.
- Kto mnie ściga? - zapytał w końcu książę zerkając kątem oka na jadącego za nim mężczyznę.
- Nie wiem dokładnie. Mówi ci coś imię Shirkhem?
Brunet pokręcił głową i wlepił wzrok w łęk siodła na którym kurczowo zaciskał palce. Nagle poczuł się strasznie głupio, jak dziecko. Uczucie to potęgowały silne ramiona, które aby sięgnąć uzdy oplatały go w talii, które nagle, w całkowicie idiotyczny sposób dały mu poczucie bezpieczeństwa. Po tak długiej ucieczce czuł się wyczerpany, zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. Więc póki co postanowił przyjąć za dobrą kartę to, że teraz ktoś inny miał zamartwiać się tym, czy przeżyje.
- Na razie wiem tylko, że kogoś wynajął. Jeśli się uda, po prostu ich zgubimy, nie ma sensu ryzykować konfrontacji gdyby mieli okazać się groźnymi przeciwnikami – głos Vargo wciąż był głęboki i lekko zachrypnięty, lecz już nie tak ostry jak poprzednio. Varrander nie odpowiedział i znów pogrążyli się w milczeniu. Chłopak długo rozmyślał o tym dziwnym uczuciu ulgi – w końcu jeszcze niedawno chciał zamordować swojego rzekomego „wybawcę”. Może po prostu chwilowo był zbyt zmęczony na mordercze myśli? Całkiem prawdopodobne. Ciche odgłosy nocy i łagodne kołysanie w siodle coraz bardziej go usypiały. Ostatnimi dniami zawsze w połowie czuwał, nasłuchując zbliżającego się prześladowcy. Teraz gdy silne ramiona najemnika przytrzymywały go w siodle nie miał się czego bać i po jakimś czasie przymknął powieki, po czym nieświadomie oparł głowę o tors mężczyzny za nim, aby zapaść w głęboki i nad wyraz spokojny sen.
Vargo zanotował to z lekkim zdziwieniem – chłopak który za wszelką cenę chciał mu roztrzaskać czaszkę- i to po tym, jak dowiedział się, że jest on tu w roli eskorty – teraz całkiem rozluźnił się w jego ramionach. Najemnik przelotnie zerknął na twarz Varrandera – na regularne, godne szlachcica rysy, w końcu wygładzone. Bez zaciętości wyrysowanej na kształtnych wargach i złego błysku w teraz przymkniętych oczach wreszcie zaczął wyglądać na swój wiek i status. Dopiero gdy zasnął nabrał cech dwudziestoparoletniego, urodziwego panicza a nie dzikiego mężczyzny którego postawa sprawiała, że wyglądał jakby wieki spędził błąkając się po bezdrożach. Po ustach najemnika przebiegł ironiczny uśmiech, zaraz jednak znów przybrał obojętną minę i wpatrzył się w gęstniejący przed nim mrok. Do wieczornych odgłosów dołączył teraz równomierny oddech chłopaka tuż przy jego uchu.











Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum