The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Stycze 19 2019 12:59:28   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Tamten świat 5
Akirin podszedł do Gahalana, który leżał skulony pod ścianą, z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie ruszał się. Dotknął jego ramienia, wtedy tamten szarpnął się, skulił jeszcze bardziej.
- Nie bój się, to tylko ja – powiedział książę łagodnie.
- Czego jeszcze chcesz? – wycharczał morderca. – Mało ci, że mnie pokonałeś?! Chcesz jeszcze podrwić ze mnie?! Proszę bardzo, drwij do woli! – podniósł się do pozycji siedzącej odsłaniając jednocześnie twarz. Pusty oczodół ociekał krwią. – Byłem postrachem innych, mordowałem kogo chciałem, brałem co chciałem i kiedy chciałem, a teraz zostałem pokonany przez jakiegoś młokosa. Stałem się żałosnym ślepcem! No, czego się nie śmiejesz?! Przecież to takie zabawne!
Akirin nic nie powiedział tylko mocno objął bandytę. Ten na chwilę znieruchomiał, jednak po chwili zaczął bić młodzieńca po plecach, próbując się uwolnić. Jednak im mocniej on bił, tym mocniej książę go trzymał, mimo piekącego do granic szaleństwa bólu pleców. W pewnym momencie morderca przestał, siedział zrezygnowany.
- Dlaczego? – wyszeptał. – Nie dość ci, że mnie pokonałeś? Chcesz jeszcze upokorzyć pokazując swoją litość?
- To nie litość – odparł książę. – Wiem, że mnie nienawidzisz za to co ci zrobiłem, sam się nienawidzę, ale to nie litość mną kieruje. Odkąd pamiętam, uczono mnie by nie odwracać się od tych co potrzebują pomocy.
- Nie potrzebuję twojej pieprzonej pomocy – warknął Gahalan i szarpnął się, ale Akirin wciąż ciasno go trzymał.
- Zawsze mnie to wkurzało, bo nieraz widziałem, jak pomoc otrzymują ci, którzy moim zdaniem na nią nie zasługiwali. Ale pewien mądry człowiek powiedział: „nigdy nie wiesz co skłoniło człowieka do takiego a nie innego zachowania. Nie oceniaj nikogo dopóki nie poznasz prawdy”. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że jak zawsze miał rację. Wiesz, on czasami jest naiwny i zbyt miękki, ale cały czas wierzy, że nikt nie rodzi się zły i że w każdym jest jakieś ziarnko dobra, które tylko trzeba wydostać na wierzch. Myślę, że to właśnie dlatego wszyscy tak go kochają. I chociaż wiecznie się na niego wściekam, to jednak chciałbym kiedyś być taki sam jak on, mądry i dobry.
- Idealistyczne mrzonki – prychnął Gahalan. – Widać od razu, żeś paniczyk z bogatego domu.
- Z bardzo bogatego, ale to nie zmienia faktu, że nie chcę być taki jak inni i przekreślać cię z powodu tego co robiłeś, co próbowałeś mi zrobić. Chcę cie poznać.
Gahalan milczał. Akirin wiedział, że mężczyzna walczy sam ze sobą, czuł jak trzęsie się w niemym płaczu, jaz bezsilnie zaciska pięści. W końcu odezwał się, a w jego głosie nie było już tej wcześniejszej złości, a jedynie smutek.
- Przez czterdzieści pięć lat nie słyszałem większej bzdury niż to, co właśnie powiedziałeś.
Akirin cicho zaśmiał się.
- Nic na to nie poradzę, już taki jestem. Więc jak, pozwolisz bym ci pomógł?
- Znienawidzą cię przez to. – Gahalan wciąż się opierał, jednak widać było, iż robi to z coraz mniejszym przekonaniem.
- Nie dbam o to. Wielu jeszcze takich będzie i nie zmienię tego, choćbym nie wiem jak się starał. Najważniejsze jest żebym ja sam miał szacunek do siebie. Więc jak?
- A rób jak chcesz. To już nie ma znaczenia. Jestem nikim.
Akirin w końcu puścił bandytę. Podszedł do trupa, wyciągnął z niego nóż i wprawnie poodcinał z jego koszuli różnej wielkości kawałki materiału. Następnie podszedł do stojącego pod kratami wiadra, w którym zazwyczaj dostawali wodę do picia. Na szczęście na dnie było jej jeszcze trochę. Zmoczył jedną ze szmat i podszedł do Gahalana. Obmył krew, która zaczęła już powoli zastygać, ściągnął skórzaną opaskę z lewego oka i obwiązał oczy kawałkiem materiału, jednocześnie przykładając do pustego oczodołu kawałek złożonego materiału.
- Niestety tylko tyle mogę zrobić. Mam nadzieję, ze rana zagoi się i nie wda się żadna choroba, która mogłaby doprowadzić do śmierci.
- Może to by było lepsze niż egzystowanie na łasce innych – mruknął zrezygnowany Gahalan. – I nie myśl, że ci za to podziękuję, albo ukorzę przed tobą.
Akirin zaśmiał się.
- Ani przez chwilę nie pomyślałem o niczym takim. Ale widzę, że jednak nie poddałeś się całkowicie. To dobrze. Jeśli chcesz, to dam ci powód do życia.
- Niby jaki? – prychnął ślepiec.
- Możliwość zabicia mnie – książę przysunął się bliżej, tak że prawie stykali się twarzami. – Co ty na to?
Gahalan roześmiał się.
- Niby jak ty to sobie wyobrażasz? Nie mogę nawet łyżką do miski trafić, a co dopiero trafić w ciebie mieczem.
- Więc ja nauczę cię, jak to zrobić, jak sprawić, by ślepota stałą się twoim atutem, a nie przekleństwem. Co ty na to?
- Dlaczego to robisz? Dlaczego chcesz pomóc człowiekowi, który nienawidzi cię tak bardzo, że gdyby mógł, to wbiłby ci nóż w plecy?
- Już ci mówiłem, tak mnie wychowano i taki jestem. Więc jak, podejmiesz wyzwanie, czy tchórzysz bez walki?
- Nie jestem tchórzem! – wrzasnął Gahalan i zamachnął się pięścią. Trafił Akirina w ramię i chociaż nie było to zbyt precyzyjne uderzenie, przez co straciło na sile, to mimo to książę i tak musiał rozmasować miejsce po uderzeniu.
- No proszę, jednak jeszcze masz jaja. Nawet udało ci się mnie trafić. Rozumiem więc, że podejmiesz wyzwanie? – spytał na wpół kpiąco.
- Niech cie cholera weźmie gówniarzu – syknął wściekle Gahalan. – Z prawdziwą przyjemnością. A potem wbiję ci nóż w plecy.
Akirin roześmiał się tryumfalnie.
- Świetnie. W takim razie zaczniemy od jutra. A teraz wybacz, ale muszę iść. Nie mam już siły, rany na plecach znowu mi się otworzyły.
Nie czekając na odpowiedź wrócił na swoje miejsce. Z ogromną ulga położył się na zatęchłej słomie i zamknął oczy. Dopiero teraz, kiedy zeszło z niego całe napięcie, dotarło do niego jak bardzo bolą go plecy. Oczy zaszkliły się. Ułożył ręce inaczej, tak by inni nie widzieli jego twarzy i pozwolił popłynąć łzom. W pewnym momencie poczuł jak ktoś kładzie mu mokrą szmatę na plecy.
- Dziękuję – wybąkał szybko ocierając łzy.
- To ja powinienem ci podziękować – usłyszał głos Sarlena, a chwilę potem poczuł jak kładzie się obok niego.
Otworzył oczy i zobaczył mężczyznę leżącego na plecach tak blisko niego, ze prawie mógł wyczuć ciepło jego ciała.
- Za co – zdumiał się. – Nic takiego nie zrobiłem.
- Zrobiłeś i to wiele. – Sarlen westchnął. – To więzienie odbiera ludziom resztki godności. Nie wiem czy wszystkie takie są, czy może inne, ale faktem jest że tutaj ludzkie życie nie ma żadnej wartości. Im dłużej tu jesteś, tym bardziej upodabniasz się do zwierzęcia, jedynym co pragniesz jest przeżycie. Zupełnie zapomniałem jaki kiedyś byłem, zapomniałem, ze kiedyś miałem ludzkie uczucia. Ty mi o tym przypomniałeś. – Mężczyzna odwrócił głowę spoglądając na księcia. – I za to ci dziękuję.
- To nic takiego – mruknął wyraźnie zawstydzony książę. – Ja po prostu byłem sobą.
- Mam nadzieję, że zawsze taki będziesz, że nie dasz się złamać.
- Chciałbym w to wierzyć, ale nigdy nie wiadomo co nam przyniesie jutro.
- Masz rację – odparł Sarlen i zamilkł wpatrując się w sklepienie celi.
Akirin nie miał już ochoty na rozmowy, więc przymknął oczy. Chwilę potem spał. Obudziło go brutalne kopnięcie w bok. Odruchowo poderwał się, gotów rzucić się na intruza.
- No proszę, jednak truchło z martwych wstało – usłyszał kpiący głos, a gdy mroczki przed oczami zniknęły, także zobaczył właściciela tego głosu. Waramin.
- Masz szczęście, że masz za sobą ludzi – syknął książę – bo inaczej przetrąciłbym ci kark.
- Tak ci śpieszno na tamten świat? – zakpił Waramin, a stojący za jego plecami dwaj żołnierze parsknęli śmiechem. – Chętnie bym ci w tym pomógł, ale niestety burmistrz ma co do ciebie inne plany.
- Nie obchodzą mnie chore pomysły tego wieprzka – warknął książę, na co żołnierz podskoczył do niego i przyłożył do szyi nóż.
- Uważaj na to co mówisz, bo mogę jednak stracić cierpliwość.
Akirin nie odpowiedział nic, tylko patrzył drwiąco na żołnierza. Ten, widać nieprzygotowany na taką reakcję, nagle zmieszał się, zabrał nóż i złapawszy księcia za rękę pchnął go w stronę krat.
- Wyłaź do roboty. Wszyscy wyłazić! – wrzasnął wściekle, a towarzyszący mu żołnierze zaczęli popędzać więźniów szturchając ich mało delikatnie halabardami, bądź kopiąc.
Akirin bez słowa podniósł się z ziemi i spojrzał w stronę Gahalana. Właśnie jeden z żołnierzy kopnął go, a gdy ten stracił równowagę i upadł na ziemię, zaśmiał się szyderczo i wyciągnął nogę do następnego kopniaka. Jednak kończyna nie dosięgła celu. Napotkała przeszkodą w postaci pośladków Akirina, który pomagając Gahalanowi wstać, ustawił się tak, żeby zasłonić go jak najwięcej. Wściekły żołnierz zamachnął sie drzewcem halabardy i uderzył Akirina w bok. Ten na chwilę stracił równowagę i starając się ją odruchowo złapać, puścił Gahalana, który na szczęście już stał. Kiedy pierwsze zaskoczenie minęło Akirin odwrócił się z wściekłością w oczach i powiedział do żołnierza:
- Twoje szczęście, że masz tą broń, bo inaczej byłbyś już martwy.
Żołnierz, widząc wzrok księcia, cofnął sie parę kroków i chcąc ukryć zmieszanie rzucił się w stronę jakiegoś bardziej opornego więźnia i zaczął go kopać.
- Zabrać mi to ścierwo stąd – krzyknął Warami, wskazując na trupa.
Akirin był z lekka zdziwiony, że nawet nie próbuje się dowiedzieć jak to się stało, że trup leży martwy w kałuży krwi. Jednak po chwili doszedł do wniosku, że takie sytuacje chyba nie są tu rzadkością, a biorąc pod uwagę stosunek żołnierzy do więźniów można było wręcz śmiało sądzić iż są oni zadowoleni, kiedy więźniowie sami się zabijają. Może to nawet i lepiej, że nie przykładają do tego takiej wagi, przynajmniej będzie mógł zatrzymać ten zdobyczny nóż, obecni spoczywający w cholewie jego prawego buta.
- Ty lepiej uważaj co mówisz i do kogo – powiedział Gahalan, kiedy prowadzony przez Akirina, ostrożnie stawiał kroki. – Bo to się może obrócić przeciwko tobie. Kiedyś.
- Wiem o tym. – Akirin westchnął. – Ale nic na to nie poradzę, że czasami nie mogę się opanować.
Kiedy wyszli na dziedziniec, oczom Akirina ukazał się długi drabiniasty wóz, na który zaczęli wsiadać więźniowie. Bez słowa poszedł za nimi, trzymając wciąż za ramię Gahalana. Jednak tuż przed wejściem na wóz zatrzymali ich strażnicy.
- A ty dokąd? – warknął jeden z nich odpychając ślepca tak, że poleciał na ziemię.
Stojący wokół żołnierze wybuchnęli śmiechem.
- Tam gdzie wszyscy – odparł Gahalan wyjątkowo spokojnie, próbując podnieść się.
Akirin podbiegł do niego i podtrzymując za ramię pomógł wstać. Popatrzył z nienawiścią na żołnierza, na co ten tylko pogardliwie splunął i podszedłszy bliżej zapytał:
- Masz coś do mnie, śmieciu?
- Będziesz drugim, którego zabiję – wysyczał książę.
Żołnierz roześmiał się drwiąco. Nagle przestał i drzewcem włóczni uderzył młodzieńca w brzuch. Akirin zgiął się zaciskając zęby. Podniósł głowę i wysyczał kpiąco:
- Tylko na tyle cię stać? Jeżeli tak, to zabicie ciebie będzie dla mnie niczym rozgniecenie karalucha.
Wściekły żołnierz wyciągnął miecz z pochwy i już chciał się rzucić na pyskatego więźnia, gdy nagle do uszu wszystkich dobiegł groźny głos:
- Co to się, do cholery ciężkiej wyprawia?
- Waramin – wyszeptał Gahalan. – Gdzie on jest?
- Idzie tutaj – odparł cicho Akirin uważnie obserwując nadchodzącego dowódcę.
- Módl się żeby był w dobrym humorze, bo twoje życie skończy się tutaj.
- Zobaczymy – mruknął.
- Więc? – warknął Waramin podchodząc bliżej. – Ktoś mi powie, czy może chcecie wszyscy poczuć mój bicz? – dopiero teraz Akirin zauważył przytroczony do pasa bicz z rzeźbioną rączką i przytwierdzonym do niej pękiem skórzanych pasów.
- Pokazywałem więźniowi gdzie jego miejsce – mruknął żołnierz, który wcześniej „rozmawiał” z Akirinem.
- Tak? Jakoś tego nie widzę, skoro więzień jeszcze stoi na własnych nogach – warknął Waramin i zamachnął się biczem.
Akirin odruchowo odwrócił się do niego plecami, jednocześnie zasłaniając ślepca. Drugie uderzenie otworzyło świeżo zasklepione rany i sprawiło, że młody książę oparł się o Gahalana. Kolejne uderzenie odebrało siłę w nogach i Akirin powoli osunął się na ziemię. Na szczęście następne uderzenie nie nadeszło.
- Zaąłdujcie to ścierwo na wóz – syknął Waramin.
- Kapitanie, a co z nim? – zapytał niepewnie jeden z żołnierzy wskazując na Gahalana, który próbował podnieść młodego księcia.
- Skoro tak go broni, to skujcie ich razem, a nadzorcy w kamieniołomie powiedzcie, że ma on wyrobić podwójną normę, za siebie i za tego ślepego – o czym Waramin odszedł.
Akirin i Gahalan zostali brutalnie wrzuceni na wóz i w końcu ruszyli.
- Dlaczego to robisz? – Do uszu Akirina dobiegł zdumiony głos Salresa. – Dlaczego jesteś gotów poświecić życie dla kogoś takiego jak Gahalan?
- Już ci mówiłem – odparł spokojnie Akirin próbując się podnieść do pozycji siedzącej. – Cholera, plecy mnie bolą. W ten sposób to się nigdy nie zagoi.
- Na twoim miejscu, młodzieńcze, nie stawiałbym się strażnikom, wtedy może w końcu twoje plecy zagoją się – powiedział Bergan.
- łatwiej mówić, trudniej wykonać –mruknął bardziej do siebie nić do innych Akirin. – Wszystko w porządku? – zwrócił się do Gahalana.
Morderca siedział zrezygnowany ze spuszczoną głową.
- Oni mają rację – odezwał się zrezygnowany. – Nie powinieneś bronić kogoś takiego jak ja. Jestem tylko nic nie wartym śmieciem, kiedyś postrach całego miasta, a teraz ślepiec niezdolny do niczego.
- Rany, znowu zaczynasz? – westchnął cierpiętniczo książę i przejechał dłonią po twarzy. – Możesz mi powiedzieć gdzie się podziała cała twoja buta i hardość?
- Odeszła wraz ze wzrokiem. Teraz jestem tylko nieszczęsnym ślepcem, który w dodatku cię nienawidzi. Dlaczego chcesz poświecić za mnie swoje życie?
- No cóż, może po prostu jestem niespełna rozumu? – mruknął książę i zamyślił się. Właśnie, dlaczego tak postępuje? Czyżby prawdą było, to co zawsze mu powtarzano, co zawsze mówił król? Dziwne, po raz pierwszy nie pomyślał o nim „stary cap”, „zboczony erotoman”, czy też „przemądrzała parafina”. Po raz pierwszy jego wspomnienie wywołało w sercu cieplejsze uczucia. Co to znaczyło? Nie potrafił tego zrozumieć.

***

Król szedł powoli pałacowymi korytarzami. Był tak zamyślony, że zupełnie nie zwracał uwagi na klękających przed nim poddanych. Tak naprawdę, to nie zwracał uwagi na nic i gdyby nie idący obok doradca o imieniu Danao, zapewne nieraz by wpadł na ścianę czy zleciał ze schodów, co w jego wieku było raczej dość niebezpieczne. Na szczęście Danao w odpowiednim momencie łapał króla za łokieć i albo kierował w odpowiednią stronę, albo ostrzegał o zbliżających się schodach.
W pewnym momencie na końcu korytarza ukazał się medyk.
- Wasza wysokość… - Konas skłonił głowę, a gdy nie otrzymał odpowiedzi, popatrzył zaniepokojony na władcę. – Wasza wysokość? – powtórzył, tym razem z niepokojem i dotknął ramienia króla.
Dopiero wtedy Akirin się ocknął i rozejrzał w koło.
- To już doszliśmy? – zdziwił się.
- Jeszcze nie, wasza wysokość – odparł spokojnie Danao zza pleców króla.
- O, Konas – Akirin wyraźnie ucieszył się. – Właśnie do ciebie szedłem. Chyba się po drodze trochę zamyśliłem.
- Wasza wysokość… – medyk popatrzył z wyrzutem na króla. – Będę wdzięczny jeżeli wasza wysokość nie będzie więcej przyprawiał mnie o atak serca.
Akirin roześmiał się.
- Dziękuję Danao, możesz odejść, nie będziesz mi już dzisiaj potrzebny – król odwrócił się do doradcy, na co ten bez słowa ukłonił się i odszedł. – Chciałem się dowiedzieć, Konas, jak idzie naszemu młodemu buntownikowi.
- Właśnie w tej sprawie szedłem do waszej wysokości.
- Czyżby coś się stało? – król wyraźnie zaniepokoił się.
- To już wasza wysokość samo oceni.
- W takim razie chodźmy – król ruszył o wiele żwawszym krokiem, a za nim posłusznie medyk.
- Jak wasza wysokość widzi, nie jest najlepiej – powiedział Konas, kiedy już po zobaczeniu tego co miała im do powiedzenia magiczna kula, siedzieli sypialni Konasa i popijali czekoladę.
- Myślę, że jest idealnie – król uśmiechnął się znad filiżanki.
- Wasza wysokość? – zdumiony medyk o mało nie wypuścił z rąk filiżanki. – Nie rozumiem. Przecież młody książę o mało co nie umarł, jego plecy, to jedna wielka blizna, a na dodatek zabił współwięźnia.
- Wiesz Konas, w moim świecie jest takie powiedzenie „ co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Jak widzisz, przetrwał i ma się dobrze. To fakt, ze jest traktowany jak śmieć, ale właśnie dzięki temu szybko doceni to co ma. No i nauczy się życia. Tego prawdziwego. A to jest najważniejsze żeby mógł mądrze rządzić. Mnie było o tyle łatwiej, że ja byłem wychowywany zupełnie inaczej niż on, nieraz dostałem manto, obracałem się wśród zwykłych ludzi borykających się ze zwykłymi problemami. Nasze światy tak naprawdę niewiele się różnią. Poza tym mój wysłannik jest już na miejscu, wiec nie ma się o co martwić. Chociaż musze przyznać, ze stosuje on dość dziwne metody. – Umilkł na chwilę by podelektować się smakiem napoju. – A swoją drogą muszę uważniej przyjrzeć się temu burmistrzowi – mruknął. – Nie podoba mi się to co się tam dzieje i jak jestem oszukiwany. Będę miał dla ciebie zadanie, Konas.
- Co tylko wasza wysokość każe – medyk z pokorą schylił głowę.
- Ponieważ jesteś jedyną osobą, która wie o wszystkim, wiec tylko tobie mogę powierzyć to zadanie. – odstawił filiżankę na stół i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej niewielki pierścień z czerwonym kamieniem. – Taki sam pierścień ma mój człowiek, który ma czuwać nad Akirinem. Wie, że człowiek z tym pierścieniem jest moim wysłannikiem. Udasz się do miasta Porones i przekażesz mu, iż dodatkowo ma dla mnie sporządzać codziennie raporty z postępowania burmistrza i jego ludzi. Ustalisz sposób ich odbierania, tak żeby go nie zdemaskować. Do mnie mają trafiać najpóźniej następnego dnia z rana. Zrozumiałeś?
- Oczywiście, wasza wysokość – medyk pokiwał twierdząco głową. – Tylko dobrze by jeszcze było żebym znał imię człowieka z którym mam się spotkać.
Król uśmiechnął się jakoś tak dziwnie i nachyliwszy się do ucha medyka, jakby bał się, że ktoś ich podsłuchuje, wyszeptał imię pod którym ukrywał się jego człowiek.
Konas popatrzy ł zdumiony na króla. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał









Komentarze
Floo dnia marzec 19 2012 12:52:26
Ojeeej robi się coraz ciekawiej ;]
Zastanawiam sie czy przypadkiem pan z biczykiem to nie jest ten co ma sie opiekować książątkiem? Rany WuWu uchyl rąbka tajemnicy bo mnie skręca z ciekawości smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

wietne! wietne! 100% [3 Gosw]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [adnych gosw]
Dobre Dobre 0% [adnych gosw]
Przecitne Przecitne 0% [adnych gosw]
Sabe Sabe 0% [adnych gosw]
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum