The Cold Desire
   Strona Główna FORUM Ekipa Sklep Banner Zasady nadsyłania prac WYDAWNICTWO
Padziernik 16 2019 06:53:43   
Nawigacja
Szukaj
Nasi autorzy
Opowiadania
Fanfiki
Wiersze
Recenzje
Tapety
Puzzle
Skórki do Winampa
Fanarty
Galeria
Konwenty
Felietony
Konkursy
ŚCIANA SŁAWY
Tutaj będą umieszczane odnosniki do stron, na których znalazły się recenzje wydanych przez nas książek









































POLECAMY
Pozycje polecane przez naszą stronę. W celu zobaczenia szczegółów należy kliknąć w dany banner





Witamy
Strona ta poświęcona jest YAOI - gatunkowi mangi i anime ukazującemu relacje homoseksualne pomiędzy mężczyznami. Jeśli jesteś zagorzałym przeciwnikiem lub w jakiś sposób nie tolerujesz homoseksualizmu, to lepiej natychmiast opuść tę witrynę - resztę naszych Gości serdecznie zapraszamy
Brzmienie fortepianu
I
Dzień był wyjątkowo mroźny, w małym, skromnym domku na przedmieściach Londynu coś się działo. Wszyscy przechodzący spoglądali z zaciekawieniem i odrobiną trwogi na budynek. Jakaś kobieta krzyczała, nie był to krzyk bólu zadanego przez kogoś...Tak, na świat przychodziło dziecko państwa Stone’ów. Przy łóżku w sypialni uwijały się siostry pani domu z ręcznikami i ciepłą wodą i lekarz. Obok kobiety na krześle siedział pan Stone, trzymał żonę za rękę.
- Już prawie, zaraz będzie po wszystkim kochanie...- szepnął do niej i uśmiechnął się lekko gładząc ją po włosach.
- Wiem...- kobieta odwzajemniła nikły uśmiech i ścisnęła mocniej dłoń męża.
Służąca podała czyste ręczniki lekarzowi. Po chwili rozległ się z początku cichy, lecz z każdą chwilą nabierający na sile płacz. Kobieta odetchnęła i zaśmiała się przez łzy.
- Gratuluję, maja państwo ślicznego synka.- lekarz podał matce jej nowonarodzone dziecko.
- Och, Scott spójrz, jaki on śliczny...- uśmiechnęła się gładząc małego po policzku.
Chłopczyk od razu zaczął domagać się mleka. Matka nie czekając przystawiła go do piersi.
- Kirsh, nasz syn jest tak podobny do ciebie...- Scott patrzył na dziecko z uśmiechem.
- Do ciebie też jest podobny...- Kirsh pocałowała męża w dłoń.
Scott pochylił się nad nią i pocałował w czoło.
- Odpoczywaj kochanie...potem zajrzę do ciebie...- wstał i wyszedł z lekarzem i szwagierkami.
- Dobrze...- Kirsh ułożyła się wygodniej kładąc obok uśpionego malucha.
Chłopczyk miał delikatne wręcz dziewczęce rysy. Bujna czuprynka jasnych włosków nie poddawała się usilnym zabiegom matki, ciągle sterczały po swojemu. Jego wielkie błękitne oczy zawsze z fascynacją spoglądały na otaczający go świat i ludzi.



Jednak jego szczęśliwe dzieciństwo miało się szybko skończyć...


Rodzice chcąc dać mu szczęśliwe życie wydawali ogromne ilości pieniędzy. Popadali w coraz większe długi.


*


- Tato! Tato!- mały Karen rzucił się na szyje wracającego z pracy ojca.
- Cześć synku...- Scott uśmiechnął się słabo.- Puść mnie na chwilkę...muszę porozmawiać z mamą...- postawił Karena na ziemi i poszedł do domku.
- Kirsh kochanie...- podszedł do niej i pocałował w policzek.- Mamy poważne problemy.
Kirsh odwróciła się do niego z zaniepokojeniem.
- Coś się stało?
- Tak, nie mamy już pieniędzy, nie mam, czym spłacić długów...wiesz, co to oznacza?
Kobieta zakryła usta dłonią, łzy zalśniły - w jej błękitnych oczach.
- Zabiorą cię?- pokręciła desperacko głową.– Nie! Nie mogą mi ciebie zabrać!
- Kirsh, nie chodzi tylko o mnie...oni chcą zabrać też ciebie...
Kirsh spojrzała na niego ze strachem.
- W to samo miejsce, co ciebie?
- Nie wiem, możliwe...
- A co z Karen’em? Nie chcę żeby trafił do sierocińca...
Scott zamyślił się.
- Może twoja ciotka go weźmie...?
- Ciotka Pelagia?- Kirsh skrzywiła się lekko.- Nie wiem czy to dobry pomysł...
- Nikogo innego tu nie mamy...Wiesz o tym...
Kirsh przytaknęła.


Tak właśnie skończyło się szczęśliwe życie Karena.




**


Karen, tuż przed aresztowaniem jego rodziców trafił do domu swojej ciotki. Miał wtedy zaledwie czternaście lat.
Była to straszna kobieta. Uwielbiała grać na pianinie, wiec robiła to przez cale dnie i noce.
Karen przyjechał do niej wieczorem, od progu słyszał pianino.
Zapukał niepewnie, gra ustała. Po chwili rozległy się szybkie kroki i drzwi otworzyła starsza kobieta.
Miała siwe włosy upięte w ciasny kok na czubku głowy. Na orlim nosie spoczywały okulary, które dodawały tylko grozy w jej wyglądzie. Ubrana była w długą ciemnofioletową suknię.
- Karen Stone?- zmierzyła go zimnym spojrzeniem unosząc lekko brew.
- Tak proszę pani.- Karen kiwnął lekko głową.
- Wejdź.- Odsunęła się od drzwi by mógł wejść.
Karen przekroczył próg jej domu. Rozejrzał się ostrożnie.
Dom był skromny i dość mały. Ale urządzony w dobrym guście. Ciotka Pelagia zaprowadziła go na górę do jego pokoju.
Pomieszczenie przypominało raczej schowek na brudna bieliznę, ale Karen nie zwykł narzekać. Jedno, co mu się nie podobało i przyprawiało go o zawroty głowy to był brud, pajęczyny i liczne robactwo.
- Rozpakuj się i zejdź na dół na kolację, za...jakieś piętnaście minut.
- Oczywiście proszę pani...
Pelagia wyszła zamykając drzwi. Karen został sam.
Szybko się rozpakował i jako tako usunął brud. Po tym wszystkim zszedł na dół do ciotki.
Pelagia siedziała przy stole zastawionym kanapkami.
- Jedz, musisz być głodny...
Karen usiadł i wziął sobie kanapki.
- Powiedz mi Karen, grałeś kiedyś na jakimś instrumencie?
- Nie proszę pani, nigdy...- chłopiec pokręcił przecząco głową.
- Więc zaczniesz grać, na pianinie.
- Pianinie?- Karen spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Tak, twoja matka bardzo dobrze grała. Mam nadzieję, że odziedziczyłeś po niej talent.- zmierzyła go ostrym i krytycznym spojrzeniem.- Wygląd na pewno masz po niej, zupełnie nie jak mężczyzna...
Karen spuścił głowę, nie lubił jak ludzie mówili o nim jak o dziewczynie. Ale już się do tego przyzwyczaił, nie reagował agresją, wszystkie uwagi na ten temat spływały po nim jak woda.
- Jutro od rana zaczniesz ćwiczyć, jak urośniesz musisz na siebie zarabiać, nie będę cię wiecznie utrzymywać a muzyka to dochodowy środek na życie.
- Oczywiście proszę pani...- Karen modlił się by ciotka wreszcie przestała gadać.
Zjadł szybko i uciekł do pokoju. Musiał wypocząć, czuł, że jutro będzie ciężki dzień.
Padł na śmierdzące stęchlizną posłanie i zasnął szybko.


Tak jak przypuszczał dzień od początku był okropny. Pobudka nastąpiła o piątej rano. Była dość brutalna...


- Wstawaj chłopcze!- Pelagia załomotała w drzwi.- Umyj się szybko i schodź na dół!
Karen usiadł gwałtownie wyrwany ze snu.
- O rany...-odetchnął głęboko.- Oczywiście proszę pani...
Zwlókł się z łóżka i wszedł do brudnej, śmierdzącej łazienki. Skrzywił się ale jakoś wytrzymał. Po kilku pobytach w łazience nauczył się błyskawicznie myć. Zszedł do kuchni, czuł cudowny zapach jajecznicy. Uśmiechnął się wesoło i usiadł przy stole.
- Jedz szybko, zaraz zaczniemy naukę, jesteś już trochę za duży ale ja nauczę cię grać, jeśli tylko masz dar po matce...
Dla Karena zabrzmiało to jak groźba, wiec przyspieszył i po chwili był już gotowy.
Ciotka zaprowadziła go do salonu gdzie stało pianino.
- Siadaj.- rozkazała wskazując na taboret obity skórą.
Karen usiadł i spojrzał z dezorientacją na instrument.
Pelagia zdjęła osłonę z klawiszy.
- Znasz nuty?
- Oczywiście, mama mnie nauczyła...
- To masz...- dala mu jakiś utwór- Zagraj to.
Karen przyjrzał się nutom i niechętnie zaczął. Od razu wyszło źle.
- Nie, nie tak!- ciotka zepchnęła jego ręce z klawiszy- Mój Boże ty nigdy nie grałeś na pianinie!
- Przecież mówiłem...
Uciszyła go gwałtownym gestem. I zagrała cały utwór.
- Teraz ty, tylko się postaraj...- pochyliła się i wzięła do ręki jakiś długi przedmiot.
Karen spojrzał na nią i aż jęknął, ciotka trzymała w dłoni bambusową cieniutka rózgę. Karen przełknął ślinę i zaczął grać, miał wyśmienitą pamięć słuchową wiec udało mu się zagrać prawie jak Pelagii.
- No, wyśmienicie. Teraz spróbuj ten utwór...- podała mu kolejne nuty.

Chłopak wziął je i zaczął grać, trochę nie czysto ale jak na początkującego i tak dobrze.


***


Jednak nie to było najgorsze. Ciotka nie mogła się napatrzeć na jego dziewczęcą urodę, drażniło ja, że Karen jest chłopcem.
Pewnego dnia gdy Karen wrócił ze spaceru, zastał ciotkę kompletnie pijaną. Po cichu doszedł do schodów, wszedł na kilka pierwszych stopni, gdy nagle...
- Karen! Chodź tu natychmiast!
Karen skrzywił się i poszedł do salonu.
- Tak proszę pani?
- Podejdź bliżej...
Karen niepewnie podszedł, stanął tuż przed Pelagią. Ciotka zmierzyła go wzrokiem, nagle złapała za rękę i okręciła dookoła.
- Tak, idealnie...idealnie- zacmokała, wstała i zaciągnęła go za sobą do swojego pokoju.
Karen wystraszył się nie na żarty, wiedział jak reagowały na niego dziewczęta...ale żeby ciotka...
Jednak okazało się, że sytuacja jest jeszcze gorsza. Ciotka wyciągnęła z szafy jakąś starą, jadowicie różową sukienkę. Odwróciła się do niego i uniosła ją, jakby chciała na oko sprawdzić jak Karen będzie w niej wyglądał.
Chłopak wywalił na nią oczy. Cofnął się odrobinkę w stronę drzwi, miał ogromną ochotę uciec.
- Stój! Gdzie się wybierasz?!
Karen aż podskoczył. Pokiwał gorliwie głową i stanął bez ruchu.
- Rozbieraj się! Ale już!
- Ale...po co?- chłopak patrzył na nią z przerażeniem.
- Bez dyskusji! – nagle w jej dłoni pojawiła się bambusowa rózga, świsnęło i Karen’owi aż zawirowało w głowie od bólu.
Posłusznie zdjął koszule i spodnie. Czuł się poniżony i osaczony jak zwierze w klatce.
Pelagia spojrzała na niego uważnie. Karen w każdym calu swojego ciała był idealny, delikatny. Jednak jedno psuło ten efekt, rozległe blizny na plecach. Ale tego ciotka nie zauważała...
- Zakładaj!- rzuciła mu sukienkę, nadal dziwnie na niego patrząc.
Karen stał chwilę patrząc się na strój, który trzymał w dłoniach. Był całkowicie zagubiony...Pierwszy raz od dawna zatęsknił za mamą i ojcem. Łzy napłynęły mu do oczu.
- Zakładaj! Na co czekasz! Od dzisiaj w moim domu masz właśnie tak wyglądać!
Spojrzał na nią błędnym wzrokiem i wolno wciągnął przez głowę obrzydliwą sukienkę.
Jedyne, o czym teraz myślał to, to, że ciotka mogłaby wybrać coś innego koloru i jeszcze te bufiaste rękawki i falbany!
Gdy ją założył, ciotka zaczęła cmokać, oglądać go ze wszystkich stron i obmacywać poprawiając ułożenie sukienki.
- Tak, przecudnie. Tylko jedno mi tu nie pasuje...- Podciągnęła do góry sukienkę.- Bez tego byłoby jeszcze lepiej. Czemu jesteś cholernym chłopczyskiem?!- Spojrzała na Karena z furią.
Chłopiec wystraszył się jej. Bał się, że ciotka zrobi mu krzywdę.
- „Oby tylko nie zrobiła najgorszego”- oblał się zimnym potem.
Pelagia schwyciła długie i ostre nożyczki do cięcia materiału, leżące na półeczce koło lustra.
- Zaraz poprawimy to, co jest źle!- wychrypiała z obłędem w oczach.
- Ciociu! Nie rób tego!- Karen ze strachem skulił się i zacisnął powieki.
Ciotka zamachnęła się, ale w tej samej chwili Karen odsunął się nieznacznie. Dzięki temu Pelagia nie trafiła gdzie zamierzała.
Chłopiec poczuł rozdzierający ból w udzie. Otworzył załzawione oczy i aż krzyknął, nie tyle z bólu, co z zaskoczenia. W jego nodze tkwiły nożyczki. Przebiły nogę na wylot. Karen jęknął i spojrzał niepewnie na ciotkę. Coraz bardziej zaczynał się jej bać i utwierdzał się w przekonaniu, że ta kobieta oszalała.
Pelagia w złości zdarła z niego sukienkę i uderzyła rózgą, raz, drugi, trzeci... Nie było końca uderzeń.
Karen w końcu upadł, ból był nie do zniesienia. Poczuł jak stróżki ciepłej krwi spływają mu po bokach.
Wydawało mu się, że ciotka bije go całe wieki. Zaczął tracić przytomność. Ból stawał się mniejszy, ręce drżały pod ciężarem wiotczejącego ciała.
Nagle ból ustał. Karen uniósł głowę i pojrzał na ciotkę. Obraz rozmazywał mu się lekko, wirowało w głowie.
- Znikaj mi z oczu! Idź do siebie i mi się nie pokazuj!- wydarła się dysząc ciężko.
Usłuchał. Wstał i kuśtykając ruszył do siebie. Zamknął za sobą drzwi i padł na łóżko. Wlepił niewidzące spojrzenie w nogę i sterczące z niej nożyczki. Załkał cicho i usiadł. Złapał je oburącz i ostrożnie pociągnął. Wywołało to nową falę bólu. Karen rozpłakał się na dobre, ale w końcu zacisnął zęby i przez łzy wyszarpnął nożyczki. Zawiązał nogę jedną ze swoich koszul i zacisnął mocno. Wstał wolno i zszedł na dół. Wiedział gdzie ciotka trzymała spirytus i wódkę. Otworzył szafeczkę i wyjął butelkę spirytusu, usiadł na krześle i zdjął z szyjki korek. Wciągnął głęboko powietrze i przechylił butelkę. Jak tylko pierwsze krople spadły na ranę, Karen zawył z bólu wgryzając się w swój sweter. Gdy tylko był już pewien, że odkaził ranę wrócił na górę i ponownie opadł na łóżko dysząc i łkając. Nie miał nawet siły zmyć z siebie krwi. Tak bardzo chciał teraz być z rodzicami...Tak bardzo tęsknił za mamą. Był taki samotny i opuszczony.
Czuł się brudny wewnętrznie i zgwałcony nie tyle fizycznie, co psychicznie. Brzydził się ciotki...brzydził się siebie.


****


I tak zlatywały dni, Karen ciągle grał albo przebierał się, gdy Pelagia sobie popiła. Palce mu zupełnie drętwiały, bolały go plecy i nogi. Ale musiał grać, inaczej, gdy skończy osiemnaście lat zostanie bez jedzenia i dachu nad głową. Czuł do siebie wstręt i wiedział, że póki będzie w tym domu, to uczucie będzie się tylko pogłębiać.
Gdy po kilku miesiącach ciotka dała mu do zagrania trudniejsze utwory, zaczęły się problemy.
Pewnego razu, gdy Karen grał po raz setny jednego dnia, był już tak wykończony, że pomylił klawisze.
- Co ty robisz!? Tyle czasu uczysz się grać i nadal takie błędy?!- znów znajomy świst i Karen poczuł rozdzierający ból na plecach.
Skrzywił się, ale był przyzwyczajony, po licznych błędach zostawały mu blizny. Znowu świst i przeszywający ból. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy. Karen poczuł jak ciepła krew spływa mu po plecach. Jedyne, co teraz myślał to, to, że będzie zmuszony dłużej pozostać w cuchnącej łazience.
- Graj od początku! Ma być bezbłędnie!
- Oczywiście proszę pani...- zaczął od nowa.
Tym razem mu się udało, zagrał czysto i bez błędnie.
- No, wystarczy odrobina zachęty i już jest lepiej...- Pelagia uśmiechnęła się okrutnie.-Możesz już iść...
Karen miał ochotę ją zabić. Nienawidził ją całą duszą. Postanowił, że jak tylko znajdzie pracę to wyniesie się od tej jędzy. Wstał szybko i wyszedł, założył płaszcz i ruszył do miasta.
Codziennie chodził do pubów i restauracji, chciał znaleźć pracę. Ale nigdzie nie było wolnych miejsc.
Nagle, gdy mijał jakiś tani burdel, zauważył kartkę:


„Potrzebny pianista. Dokładniejsze informacje u właściciela.”



Karen chwilę stał i zastanawiał się czy to dobre miejsce. Zacisnął z determinacją dłonie i wszedł do środka. To, co tam zobaczył przeraziło go, ten pub to była istna mordownia. Wszędzie leżeli zapici faceci, w kątach słychać było jęki rozpusty. Wszędzie unosił się odór potu, tytoniu i wódki.
Chłopak ruszył do pokoju właściciela i zapukał ostrożnie.
- Wejść...- rozległ się zachrypnięty i zapity glos.
Karen wszedł.
- Dzień dobry, ja w sprawie pracy.
- Pianista?- facet spojrzał na niego uważnie.
Chłopak czuł się bardzo źle w tym miejscu, ale nie miał wyjścia, potrzebował tej pracy.
Właściciel nazywał się Jack Rubbins. Wyglądał jak zwykły żul wyciągnięty ze slumsów. W brudnej i podartej koszuli, ze śmierdzącym na odległość oddechem.
Karen nie mógł tego dłużej znieść.
- Tak, pianista.
- Wiec niech pan się zgłosi do barmana, on panu pokaże pianino.
- Oczywiście, a mogę spytać ile wynosi wynagrodzenie?
- Na początek dwadzieścia funtów, potem zobaczymy...- Jack czknął donośnie.- Jeśli spodoba się twoja gra klientom to podniesiemy ci pensje.
Karen uśmiechnął się lekko i kiwnął głową.
- Dziękuję bardzo, do widzenia.- poszedł do barmana.
Mężczyzna zaprowadził go do pianina. Karen usiadł i od razu zaczął grać.
W całej spelunie zrobiło się na chwilę cicho. Karen rozejrzał się niepewnie, czyżby coś było źle?
Jednak po chwili wszyscy zaczęli wiwatować i bić brawo. Wszystkim spodobał się nowy pianista.
Karen uśmiechnął się, był szczęśliwy. Po raz pierwszy nie został skrytykowany.
Po kilku miesiącach pracy zarobił już na tyle dużo, że wyprowadził się od ciotki.
Pelagia, gdy powiedział gdzie pracuje wyzwała go od najgorszych i wyrzuciła na bruk.
Karen znalazł tani hotelik, w którym właściwie tylko sypiał. Cały czas grał w spelunie.
Zarabiał przyzwoicie, wystarczało mu na jedzenie, opłacenie pokoju i jeszcze na czarną godzinę.
W wieku siedemnastu lat był już całkowicie samodzielny. Układał własne utwory i grał coraz lepiej. Praca w pubie był dla niego idealnym miejscem by zaszaleć, stworzyć coś zupełnie nowego i nikomu to nie przeszkadzało.


II
W tym samym czasie, gdy rodził się Karen, na świat przyszedł inny chłopiec- Cody.
Jego rodzina mieszkała w centrum Londynu w bogatym dworze.
Matka Vivien i ojciec, Terry Harves’owie, oboje pochodzili z zamożnych rodzin.
Dwór, Terry odziedziczył po swoim ojcu. Ziemie należące do szlacheckiego rodu rozciągały się hektarami poza granicami miasta. Rodzina często wyjeżdżała tam na całe lato.
Cody rozwijał się w otoczeniu nauczycieli i możnych osobistości.
Chodził do znakomitych uczelni. Miał wielu przyjaciół, był miłym i ułożonym chłopcem.
Jednak wyróżniał się spośród innych chłopców. Nigdy się nie bił, uwielbiał literaturę piękną, czytał ją z zamiłowaniem.
Wyróżniał się również wyglądem. Jego duże błyszczące, ciemne oczy, długie, związane w kitkę czarne włosy, przykuwały uwagę dziewcząt. Ale i pod tym względem Cody był inny. Dziewczyny zupełnie go nie interesowały. Często sam włóczył się po ulicach, pomagał żebrakom. Całe miasto znało go jako czternastoletniego dobroczyńcę o twarzy anioła.
Zawsze mógł liczyć na świeże jabłko od staruszki na bazarze, ciepłą bułkę od piekarza. Ale najczęściej zjadał je ktoś inny, ktoś, kto tego potrzebował.


***

W wieku osiemnastu lat skończył szkołę z wyróżnieniem. Miał być prawnikiem, jak ojciec.
Rodzice przygotowywali się już do wydania syna za jakąś odpowiednio urodzona dziewczynę.
Ale za każdym razem, gdy zapraszali znajomych z córkami, Cody uśmiechał się grzecznie i nawet nie spoglądał na dziewczęta.
Rodzice zaczynali się zastanawiać, co jest nie tak. Bali się ze ich syn zostanie na zawsze sam.
Cody uwielbiał chodzić swoimi ścieżkami, w miejsca, o których tylko on wiedział. Znikał na całe dni a gdy wracał nie chciał powiedzieć gdzie był. Dla rodziców był jedną wielką zagadką, wiedzieli, że jej nie rozwiążą


*

Cody uwielbiał słuchać muzyki, zwłaszcza fortepianu czy pianina. Uwielbiał siedzieć w klubach i w samotności wsłuchiwał się w muzykę.

Pewnego razu, gdy przechodził obok jakiegoś niezbyt przyzwoitego klubu, usłyszał najpiękniejsze brzmienie pianina, na jakie kiedykolwiek się natknął. Zatrzymał się i chwilę wsłuchiwał w idealne tony. Nie był pewien czy chce tam wejść, ale musiał, po prostu czuł, że musi.
Otworzył ostrożnie drzwi i wszedł do środka. Od razu uderzył go zapach potu i papierosów.
Znalazł jakiś wolny stolik niedaleko pianina, podszedł i usiadł. Spojrzał z zaciekawieniem w stronę pianina i skamieniał. Osoba, którą zobaczył, była najpiękniejszym zjawiskiem na świecie. Patrzył na młodego chłopaka, mniej więcej w jego wieku. Jego jasne potargane włosy lśniły jakby swoim własnym światłem.
- Musze go poznać osobiście, taki talent w spelunie...- Cody pokręcił z niedowierzaniem głową.
Został aż do zamknięcia pubu. Ciągle słuchał gry nieznajomego.
Gdy wreszcie ludzie zaczęli wychodzić, a młody pianista wstał, Cody wyszedł czekając aż jego ideał również opuści pub.
Długo nie musiał stać pod drzwiami. Chwilę po nim wyszedł Karen.
- Masz niesamowity dar...
Karen się wystraszył. Spojrzał ze zdziwieniem na Cody’ego.
- Bez przesady. Jakbym miał dar to nie grywałbym w spelunie...
- Wybacz, nie przedstawiłem się.- Cody uśmiechnął się przepraszająco.- Jestem Cody Harves.- wyciągnął do niego dłoń.
- Miło mi poznać.- Karen uścisnął jego dłoń.- Karen Stone, pianista w burdelu...
Oboje zaśmiali się wesoło.
- Mogę cię zaprosić na kawę?- Cody chciał porozmawiać z Karen’em, poznać go bliżej.
- Jasne, i tak nie mam, co robić.
Poszli do miłej kawiarni.
- Jeśli chcesz to mogę ci pomóc znaleźć lepszą pracę, w jakiejś znanej restauracji...
Karen patrzył na niego ukradkiem. Cody bardzo go fascynował, był inny, zupełnie inny. Ledwo go poznał a czuł się w jego towarzystwie całkowicie rozluźniony, jakby znał Cody’ego od lat.
- Chętnie bym skorzystał, ale przecież ja cię nie znam. Nie mogę póki, co skorzystać.
- Rozumiem, mam nadzieję, że poznamy się lepiej.- Cody przechylił się przez stół i spojrzał w oczy Karen’owi.- Jesteś niesamowity, naprawdę...
Karen zmieszał się i zarumienił.
- Musze już iść, jutro od rana gram...
- Ach, zatem do jutra..- Cody uśmiechnął się lekko.
- Jutra?- Karen spojrzał na Cody’ego ze zdziwieniem.
- Tak, będę w klubie...Lubię słuchać jak grasz.
Karen kiwnął lekko głową i wyszedł z kawiarni. Pech chciał, że zaczął padać deszcz. Przyspieszył i skręcił w uliczkę prowadzącą do jego mieszkania.
Było małe, ale dość przytulne, nie licząc kilku zadomowionych w nim szczurów, które jednak po odrobinie okazanej sympatii stały się mniej dokuczliwe.
Karen zamknął za sobą drzwi i zrzucił z siebie mokry płaszcz. Nacisnął na włącznik światła, ale ku jego zdziwieniu nic się nie stało.
- Co do kurwy nędzy....?- bez skutecznie naciskał na włącznik.
W końcu dał za wygraną i zszedł do portiera.
- Em...chciałbym się dowiedzieć, czemu w piątce nie ma prądu?..- oparł się o ladę.
Portier, zagrzybiały i obleśnie cuchnący potem staruch, spojrzał na niego żując tani tytoń. Wyszczerzył brązowe zęby.
- Nie zapłacił pan rachunku z zeszłego miesiąca, więc prądu nie ma...
- Ile?
- Hm...- staruch zniknął na chwilkę i po chwili wrócił z wydrukiem.- To będzie dwadzieścia funtów...
Karen jęknął cicho, szykowało mu się życie na chlebie i wodzie aż do kolejnej wypłaty. Wyjął portfel, w którym tkwiły dopiero, co zarobione pieniądze. Odliczył z nich dwadzieścia funtów i oddał portierowi.
- Zaraz włączę panu światło...
- Mam taką nadzieję...- Karen załamany wrócił do siebie.
Na szczęście dostał dziesięć funtów podwyżki, to dawało mu szanse na kupno chleba i mleka. Zajrzał do lodówki, była prawie pusta, zostało w niej trochę sera i kilka plastrów wędliny. W szafce było jeszcze pół bochenka chleba.
Karen westchnął ciężko i położył się spać. Jutro kolejny dzień w pracy, może ktoś się nad nim ulituje i da, chociaż flaszkę...
Noc miał niespokojną, śniły mu się koszmary, to wszystko zapewne z głodu.


**

Rano wstał kompletnie wyczerpany, umył się w jak zawsze zimnej wodzie. Zjadł skromnie dwie kromki z masłem i resztką sera i wyszedł do pracy. Od razu uderzył w niego lodowaty podmuch wiatru. Pożałował, że nie ubrał się cieplej. Opatulił się w poły płaszcza i ruszył ulica w stronę burdelu. Zanim tam doszedł ręce mu skostniały. W ciągu jednej nocy zrobiło się strasznie zimno, ale w końcu nadchodziła zima.
Wszedł do pubu z wielka ulgą, bo wreszcie było ciepło. Zdjął płaszcz i usiadł przy pianinie. Roztarł dłonie żeby przypadkiem czegoś nie popsuć.
Rozejrzał się po sali, właściwie nie wiedząc, po co...Ale gdy znalazł to, czego podświadomie szukał na jego zmęczonej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Cody siedział w przy zacienionym stoliku z tyłu sali. Gdy dostrzegł jego spojrzenie dyskretnie mu pomachał i wyszczerzył białe zęby. Karen odwrócił się do pianina i zaczął grać pierwszy lepszy utwór.
- Chcesz się napić?
Spojrzał za siebie, stał tam Cody z dwoma drinkami.
- Skoro już przyniosłeś...- wziął od niego szklankę i postawił sobie na pianinie.
- No, nie będę już przeszkadzał. Do zobaczenia potem...
- Aha, na razie.
Karen łyknął sobie i kontynuował grę. Dla pełnego szczęścia brakowało tylko czegoś do jedzenia.
Gdy zrobił sobie chwilkę przerwy podeszła do niego jedna z pracujących tu dziewczyn.
- Cześć Karen...- uśmiechnęła się powabnie.
- Cześć Sally, co cię do mnie sprowadza?
Dziewczyna bez ogródek podeszła i pocałowała go namiętnie.
Cody widząc to zmarszczył brwi i odwrócił wzrok. Dziwnie się poczuł, wiedział, że to zazdrość.
Karen odsunął ją od siebie ostrożnie. Nie wiedział, czemu pomyślał o Codym i poczuł się winny tego, że całował tę dziewczynę.
- Sally daj spokój.- skrzywił się lekko.- Ja chcę tu spokojnie odwalić swoją robotę i wrócić do domu.
Sally westchnęła i zrezygnowana odeszła. Nie mogła rozgryźć Karen’a co ja strasznie męczyło.
Zaczynała nawet podejrzewać, że Karen nie jest do końca normalny, może to wina jakiś przeżyć z dzieciństwa...?Nie wiedziała i najprawdopodobniej nigdy się nie dowie.

Karen był wyczerpany, nic nie jadł od rana i z biegiem czasu dawało mu się to we znaki. Musiał coś zjeść. Jego ręce zaczynały odmawiać posłuszeństwa, coraz częściej się mylił.
Cody szybko wyczuł, że coś jest nie tak. Muzyka stawała się coraz mniej czysta, Karen potykał się, mylił. Cody wstał i podszedł do niego.
- Co jest Karen? Coś się stało?
- Nie, nic...dzięki za troskę.- Karen nie chciał pomocy od Cody’ego, był przy nim skrępowany.
Cody zrobił lekko urażoną minę. Podszedł jednak bliżej i przyjrzał się Karen’owi.
- Źle wyglądasz, jesteś chory?
- Nie jestem...proszę daj mi w spokoju skończyć....
- Dobra...- Cody odsunął się trochę.- Pod jednym warunkiem...- uśmiechnął się lekko.
- Jakim?- Karen nawet na niego nie spojrzał.
- Że zgodzisz się iść ze mną do restauracji...
Karen odchrząknął i poruszył się niespokojnie. Propozycja była bardzo kusząca...Pod jednym warunkiem...Że to Cody zapłaci rachunek.
- Dobra, ale ty stawiasz...no i nie na długo.
- W końcu cię zapraszam. To logiczne, że płacę...Więc zobaczymy się jak skończysz pracę.- Cody odwrócił się wolno i odszedł.- Tylko nie uciekaj...
- Nie mam zamiaru...- „W końcu jestem głodny”- pomyślał.
Teraz jego myśli zaprzątał tylko posiłek, nic więcej. Ale ta myśl go uspokoiła. A może nie posiłek tylko...Właśnie tylko, co? A może, kto...?
- Cody...- szepnął sam do siebie.
- „Nie rozumiem, co się ze mną dzieje...”-westchnął i kontynuował grę.
Ludzie jak zawsze ignorowali go zajęci rozpustą i piciem. Bolało go to, ale nic nie mógł zrobić. Najważniejsze były pieniądze na życie.
Wszechobecny śmiech, dzisiaj drażnił go jak nigdy. Jeszcze gorsze były jęki i westchnienia oddających się gdzie popadnie kobiet. Zamknął oczy, cały drżał. Błagał w duszy by to się wreszcie skończyło.
W końcu usłyszał upragniony głos szefa.
- Koniec na dziś mili goście! Zobaczymy się jutro, dajcie odpocząć moim dziewczętom i pianiście!- krzyknął z uśmiechem.
Od razu zrobiło się cicho. Kobiety uciekły ze śmiechem i pobiegły na górę do swoich pokoi. Karen uśmiechnął się radośnie i odszedł od pianina.
- Wreszcie...- odetchnął.
- Gotowy na kolację?
- Tak!- krzyknął z uśmiechem zanim zdążył się opanować.
- Proszę, proszę...Jaki entuzjazm...- Cody zaśmiał się wesoło.- Chodźmy, więc...
Oplótł Karena ramieniem i pociągnął do wyjścia.
- A może zjemy u mnie? Moja gosposia cudownie gotuje...
- U ciebie...?- Karen zająknął się. – Czy ja wiem?..Nie chce przeszkadzać....
- Mieszkam sam od jakiegoś czasu. Nikomu nie będziesz przeszkadzał....Wręcz przeciwnie...No, więc?
Karen zarumienił się mocno, ale kiwnął głową na znak, że się zgadza. Razem ruszyli ulicą w stronę posiadłości Cody’ego. Ulice były całkowicie puste. Rozjaśniało je słabe światło lamp.
Serce Karen’a biło jak oszalałe.
Im dłużej szli tym większe i bogatsze domy mijali. Karen rozglądał się ciekawie, jednak nadal był onieśmielony bliskością, Cody’ego.
W końcu stanęli przed dużym białym domem. Był dwupiętrowy z ogromnym ogrodem. Rosły w nim drzewa i krzaki pięknych czerwonych jak krew róży. Wszędzie unosił się upajający zapach kwiatów.
- No to jesteśmy. Zaraz moja cudowna gosposia coś upichci. Masz na coś szczególnie ochotę?
- Nie...Zjem cokolwiek...Dzięki.
- Zatem wejdźmy.
Poprowadził Karen’a przez ogród do domu. Upajająca woń róż działała na nich odprężająco. Otworzył mu drzwi i obaj weszli do środka
- Betty! Przyrządziłabyś coś dobrego dla dwóch osób?
Pulchna kobieta pojawiła się w drzwiach niedalekiej kuchni. Przyjrzała się uważnie Karen’owi i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
- Oczywiście, zaraz coś przygotuję.
- Cudownie.- Cody spojrzał na Karen’a.- Chodźmy, więc do salonu. Chcesz może wina?
- Chętnie, jeśli można...
Weszli do dużego pokoju z kamiennym kominkiem. Nad nim wisiały liczne trofea i obrazy rodzinne. Naprzeciwko kominka stały dwa obite w skórę fotele, trochę z boku sofa.
Cody podszedł do szafeczki stojącej w kącie, wyjął z niej dwa kieliszki i karafkę z winem.
- Pamiętasz moja propozycję?- podał mu kieliszek.
- Jasne...
- Przemyślałeś ją?
- Jestem w trakcie...- łyknął wina.- Byłoby mi ciężko grać wśród ludzi zamożnych...Nie wiem czy bym potrafił.
- A czemu nie? Codziennie słyszę jak grasz, nie nadajesz się do tej speluny. Przyjmij propozycję.
- Nie jestem pewien...
- Dostaniesz należyte wynagrodzenie. Poprawisz sobie życie.
- Daj mi jeszcze trochę czasu.- Karen wypił wino.
- Dobra...Jestem cierpliwy.
Po chwili weszła Betty, z wózeczkiem, na którym ustawione były różne smakołyki. Pieczone udka, różne sałatki, owoce i świeżutkie bułeczki.
- Proszę bardzo panie Cody...- zatrzymała przed nimi wózek.- Jakby jeszcze coś było potrzebne to proszę krzyknąć.
- Dziękuję Betty.- Cody uśmiechnął się do niej.
Gosposia wyszła zostawiając ich samych.
Cody dolał wina i obaj zajęli się jedzeniem, które było naprawdę wyśmienite.
Po chwili niczego, prócz wina, już nie było. Karen uśmiechnął się zadowolony.
- Twoja gosposia naprawdę świetnie gotuje.
- Wiem, inaczej by tu nie pracowała.
Siedzieli tak przez dłuższy czas popijając wino, które w końcu zaczęło trochę działać.
Cody ośmielony przysunął się do Karena.
- Odkąd cię poznałem...Moje dotychczasowe życie legło w gruzach.- szepnął.
Karen siedział sztywno i gapił się tępo przed siebie. Zrobiło mu się dziwnie gorąco.
- Jesteś naprawdę wyjątkowy- ostrożnie dotknął jego policzka.
Karen spojrzał na niego zmieszany.
- Ja nie jestem wcale wyjątkowy...tylko całkiem normalny i pospolity.- wybąkał.
Cody uśmiechnął się do niego. Przysunął bliżej.
- Dla mnie jesteś. Dlatego bardzo bym chciał mieć cię przy sobie...
Pochylił się nad zdezorientowanym Karen’em, ujął jego twarz w swoje dłonie i pocałował go delikatnie.
Karen zadrżał, serce zabiło mu jak oszalałe, gdy poczuł jego gorące usta przy swoich. Przymknął oczy, było mu dobrze. Myślał już tylko o Codym, tylko on się liczył, nic prócz niego nie było teraz ważne. Nie zastanawiając się długo nad tym, co robi, pocałował Cody’ego jak najlepiej potrafił.
Cody uśmiechnął się w duchu. Wreszcie się udało, zdobył zaufanie i samego Karena. O tym marzył, tego pragnął najbardziej.
- Zostaniesz na noc...?- szepnął do niego.
- Nie mogę...
- Czemu?
- Jutro pracuję i muszę sprawdzić pocztę...
- Sprawdzisz jutro...Więc zostaniesz?
- O rany, zostanę...
- Cudownie...
Cody zaprowadził Karen’a do swojej sypialni. Nadal nie mogli się od siebie oderwać.
W pokoju było ciemno i przytulnie. Na środku stało duże łoże z ciemnoczerwonymi kotarami i drewnianymi, rzeźbionymi kolumnami. Po bokach łóżka znajdowały się dwa ogromne okna, przez które wpadało nikłe światło gwiazd i księżyca. Pokój nie był zbyt duży, w rogach stały krzesła a po lewej stronie łóżka przy ścianie mała garderoba.
Karen nie zdążył się bliżej przyjrzeć, Cody pociągnął go za sobą w stronę łóżka.
- Nie jestem pewien czy to dobry pomysł...- wybąkał.- Prawie się nie znamy....
- Znamy się dostatecznie długo...
- Tyle, że ja...ja nigdy...
Cody zakrył mu delikatnie usta dłonią.
- Nic już nie mów i o nic się nie martw...- Cody pocałował go delikatnie i położył na miękkich atłasowych poduszkach.
Karen był spięty, czuł się bardzo nieswojo. Ale chciał być blisko Cody’ego, ubóstwiał jego dotyk, jego pocałunki, pragnął ich....pragnął go.
Poczuł jak Cody wolno zdejmuje z niego koszulę, czuł jego gorący dotyk, pocałunki.
Potem Cody wolno ściągnął z niego spodnie, jego ręce wędrowały po całym ciele. W tym momencie Karen poczuł się dobrze. Nie był już spięty jak na samym początku. Zaczął ściągać z Cody’ego ubrania, całował go namiętnie. Pachniał tak ładnie, muskał delikatnie ustami jego nagi tors.
Włosy Cody’ego długie i rozpuszczone delikatnie go łaskotały.
Gdy Cody okręcił Karena na brzuch, jego palce natrafiły na długie blizny przecinające jego plecy na całej długości. Zawahał się chwilę a jego serce ścisnął żal.
- ,„Kto ci to zrobił Karen...?”- pomyślał ze smutkiem i złością, że ktoś mógł tak skrzywdzić tak delikatną i piękną istotę jaką był Karen.
Wtedy jego kochanek poruszył się lekko i okręcił odrobinę by pocałować Cody’ego. To przełamało chwilę zwątpienia. Cody przesunął się i zaczął całować Karena od szyi. Schodził coraz niżej i niżej. Czuł jak Karen drży z podniecenia. Badał całe jego ciało delikatnym dotykiem.
W końcu przylgnął do niego, nadal całując. Karen był taki ciepły i przecudnie miękki.
Cody zdawał sobie sprawę z tego, że dla jego kochanka to pierwszy raz. Był najdelikatniejszy jak tylko mógł.
Pieścił go i całował ograniczając większe zbliżenia do minimum. Nie chciał wystraszyć Karena.
Ale ten chciał więcej. Był łakomy na wszystkie ruchy Cody’ego. W końcu sam chcąc się odwdzięczyć za pieszczoty okręcił się i usiadł na Cody’m. Pocałował go namiętnie i zsunął się niżej. Starał się jak mógł. Zapamiętał wszystkie ruchy Cody’ego i postępował podobnie. Wolne i namiętne pieszczoty wywołały w końcu pożądaną reakcję. Cody jęknął cicho i nie mogąc już dłużej wytrzymać złapał Karena i delikatnie przycisnął do siebie. Teraz ponownie on przejął dowodzenie. Już nie był tak delikatny, po prostu już nie mógł nad sobą zapanować.
Zaczęli się namiętnie kochać. Każdy z nich tego pragnął. Karen wzdychał co chwilę, wpijał paznokcie w pościel. Cody splótł swoje palce z jego dłońmi i delikatnie przygryzł mu szyje.
Przez prawie całą noc nie mogli się od siebie oderwać. Wzajemne pieszczoty, pocałunki były rozkoszą, bliskość upragnionego ciała przyprawiała o dreszcz podniecenia i pożądanie.
Dopiero gdy zaczęło świtać oboje zasnęli zakopani w atłasową pościel i wtuleni w siebie.


***

Karen obudził się gdy pierwsze promienie słońca wpadające przez odsłonięte okno zaświeciły mu prosto w twarz. Skrzywił się i okręcił zasłaniając twarz ramieniem. Spojrzał na śpiącego obok Cody’ego i uśmiechnął się. Był szczęśliwy i czuł, że właśnie tego chciał, tego mu brakowało. Delikatnie odgarnął włosy z twarzy kochanka, był taki spokojny i delikatny...
Karen wstał i syknął z bólu. Ostatnia noc może i była przyjemna ale teraz odczuwał jej bolesną stronę. Jednak musiał iść do siebie sprawdzić pocztę, a potem do pracy. Ubrał się jak najciszej umiał, spojrzał jeszcze raz na śpiącego Cody’ego. Znalazł swoje buty i wyszedł z pokoju.
Na dole natknął się na Betty. Gosposia uśmiechnęła się do niego miło.
- Dzień dobry, jak się panu spało?- podeszła do niego.- Może zje pan śniadanie?
- Dzień dobry...przykro mi ale nie mam czasu. Mogłaby pani pozdrowić Cody’ego i podziękować za gościnę, w moim imieniu?
Betty kiwnęła głową i weszła do kuchni żeby przygotować śniadanie.


***

Karen wyszedł na ulicę i żwawo ruszył przed siebie. Był szczęśliwy i czuł, że już zawsze tak będzie. Przez całą drogę nucił jakieś skoczne piosenki zasłyszane na ulicach Londynu. Od czasu do czasu podskakiwał wesoło. Ludzie spoglądali na niego jak na szaleńca, ale on się tym nie przejmował.
Wbiegł do kamienicy w której mieszkał i ruszył do skrzynek na listy.
Pierwszym co zauważył gdy podszedł do skrzynki, była ogromna ilość listów. Zdziwiło go to ponieważ zwykle dostawał same rachunki, a tych nie było aż tak dużo. Otworzył skrzynkę i wyjął całą korespondencje, wszedł do domu i rzucił listy na stół. Zrobił sobie wodnistej kawy i ukroił kilka kromek czerstwego chleba. Usiadł przy stole i przejrzał listy. Tak jak przypuszczał były to rachunki za prąd, wodę i gaz. Ale jeden był inny. Karen zmarszczył brwi i rozerwał kopertę. List przyszedł od notariusza. Umarła ciotka Pelagia...i zostawiła mu spadek.
Karen wytrzeszczył oczy i dokładnie przeczytał list. Dostał od ciotki 20 000 funtów....długu!
Nie mógł w to uwierzyć, przeczytał list ponownie i jeszcze raz...
- Nie wierze...jak ona mogła?- osunął się na ziemię.- Jak ja to spłacę?..
W zamyśleniu otworzył kolejny list. Był od rodziców, z zakładu karnego. Kaucja wzrosła a matka zachorowała. Byli tam już tak długo, Karen miał nadzieje, że już niedługo zobaczy swoich rodziców całych i zdrowych.
- Czemu to musi się przytrafiać akurat mi?!- załamany schował twarz w ramionach.
Nie chciał nigdzie dzisiaj wychodzić, nie chciał grać ani widzieć kogokolwiek. Siedział nieruchomo pod ścianą i tępo patrzył na coraz bardziej wydłużające się cienie.

Gdy na ulicach zabłysnęły lampy, do jego drzwi ktoś ostrożnie zapukał. Karen milczał, nie chciał nikogo widzieć. Nagle drzwi skrzypnęły cicho.
Karen zbeształ się w duchu, że nie zamknął drzwi. Podniósł głowę i wytężając wzrok spojrzał w stronę drzwi. Usłyszał ostrożne kroki, pstryknął włącznik światła. Karen zmrużył oczy oślepiony nagłą jasnością.
- Nie było cię w pubie. Coś się stało...?- Cody pochylił się nad nim.
- Tak...- jęknął Karen.- Moje życie się zawaliło.
Cody podniósł listy leżące na podłodze i przejrzał je uważnie. Z wrażenia aż zacmokał.
- Karen, pomogę ci. Spłacę ten dług i wyciągnę twoich rodziców.
- Nie no, co ty...Przecież to kupę forsy.- pokręcił głową.- Nie mogę cię o to prosić.
- Ale nie prosisz, to mój pomysł.- podniósł delikatnie twarz Karen’a by ten na niego spojrzał.- A ty w zamian przemyślisz propozycję pracy...i...- rozejrzał się.-... przeprowadzisz się do mnie.
- Cody, za dużo dla mnie robisz...ja...
- Nic nie mów, chodź, wszystko załatwimy...- zakrył mu usta palcem.- Ty teraz tylko myśl o swojej przyszłości.
- Już ją przemyślałem, skorzystam z twojej oferty. Potrzebuje pieniędzy i muszę zatroszczyć się o rodziców, zapewnić im dobre warunki życia.
- Więc masz już nową pracę. Jutro zaprowadzę cię do mojej restauracji i zobaczysz jak będziesz się w niej czuł. Sądzę, że ci się spodoba. A teraz zabieraj potrzebne rzeczy i wracamy do mnie, a po drodze złożysz rezygnację w tym burdelu.
Karen kiwnął głową i wstał. Poszedł do sypialni i spakował swoje najlepsze ubrania. Cody zajrzał mu przez ramię.
- Jeszcze zakupy nas czekają, musisz się dobrze prezentować przy fortepianie...
Karen spłonął rumieńcem, było mu głupio, że Cody wszystko robi za niego.
- Fortepian...Nie mówiłeś, że mam grać na fortepianie...
- Czy to źle?- Cody trochę się wystraszył.
- Nie, ależ skąd. Zawsze chciałem na nim grać.
- No to cudownie.
Gdy Karen już upchnął rzeczy do torby, obaj zeszli na dół.
Karen zadzwonił na portiera. Gdy staruszek pojawił się przy ladzie, oddał mu klucz.
- Uregulowałem wszystkie płatności, moje mieszkanie jest już wolne, wyprowadzam się.
- Wspaniale...może zamiast pana trafi się osoba która spłaca rachunki w terminie...- mruknął i zniknął w drzwiach za lada.
- Stary gbur...
Cody uśmiechnął się do niego i oplótł ramieniem. Wyszli na ulicę i skierowali się w stronę pubu. Wieczorem nie była to przyjemna okolica, pełna złodziei i nieprzyjemnych typków którym lepiej nie wchodzić w drogę.
W końcu zatrzymali się przed drzwiami do pubu. W środku jak zawsze było głośno, ale brakowało brzmienia pianina. Karen zatrzymał się przed wejściem. Tyle miłych wspomnień łączyło się z tym miejscem.
Cody położył mu dłoń na ramieniu.
- Nie możesz marnować życia z powodu kilku miłych chwil...Pamiętaj o rodzinie, a tutaj możesz zawsze wpadać i grać w wolnych chwilach.
- Tak, wiem.- Karen pchnął drzwi i wszedł do środka.
Od razu ruszył do szefa. Wspiął się po drewnianych schodach. Ruszył korytarzem z czerwonym dywanem. Zapukał do drzwi na jego końcu.
- Wejść!- rozległ się znajomy podpity głos Jacka Rubbinsa.
Karen wszedł niepewnie i zamknął drzwi.
- Wreszcie jesteś! Gdzie się podziewałeś przez cały dzień!?
- Byłem w domu...- Karen odetchnął przygotowując mowę.- Przyszedłem tylko po to żeby złożyć rezygnację...
- Rezygnację?! O czym ty mówisz Karen!? Chcesz odejść?!
- Dostałem propozycję pracy, lepiej płatnej...mam teraz dużo problemów i potrzebuję więcej pieniędzy...Ale jak tylko będę mógł to mogę przychodzić i grać...
- Więc odchodzisz. Skoro tak to się stąd zabieraj i nie wracaj, nie chcę cię tu więcej widzieć!- Jack wstał gwałtownie i uderzył pięścią w stół.
Karen’a zaskoczył ten wybuch. Miał nadzieję, że szef zgodzi się by mógł czasem tu grać.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, osoba nawet nie czekała na odpowiedź, po prostu weszła. Był to Cody.
- Dzień dobry panie Rubbins. Przyszedłem po Karena i po jego dokumenty. Nazywam się Cody Harves, jestem jego nowym pracodawcą.- lekki, jakby kpiący uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Jack zmierzył Cody’ego niemiłym wzrokiem. Bez słowa wyjął teczkę Karena i rzucił na biurko.
Karen spojrzał niepewnie na Cody’ego który z uśmiechem poszedł po papiery.
- Dziękuję ślicznie.- pokłonił się trochę przesadnie i ruszył do wyjścia.- Do widzenia panie Rubbins...
Po drodze złapał Karena za dłoń i wyprowadził.
- No więc po sprawie...idziemy do domu.
- Nie wiem czemu mam wyrzuty sumienia...
- Minie ci gdy dostaniesz pierwszą wypłatę w nowej pracy.
Cody uśmiechnął się do niego wesoło i poprowadził do drzwi. Gdy wyszli Karen’owi od razu ulżyło. Już mu nie zależało na tym by grać w tej spelunie. Chciał robić to co kocha, ale za odpowiednim wynagrodzeniem.
Cody poprowadził go inna drogą. Szli aleją przez park. Było to zdecydowanie przyjemniejsze miejsce niż ulica którą zwykle chodzili. Po bokach świeciły jasne latarnie. Jednak w parku było upiornie, nadchodziła zima i drzewa straszyły nagimi koronami. Było zimno i pochmurno.
- Lepiej się pospieszmy. Może padać...- Cody przyspieszył.
- Tak, i jest zimno.- Karen cały dygotał.
- Zaraz będziemy w domu....- Cody oplótł go ramieniem śmiejąc się cicho.
- No co...?- Karen spojrzał na niego urażony.
Cody pokręcił tylko głową i pociągnął go szybciej w stronę posiadłości. Zanim doszli do końca parku zaczął prószyć śnieg. Chwilę potem zerwał się lodowaty wiatr. Karen i Cody przyspieszyli i po kilku minutach byli już pod drzwiami domu. Otrzepali kurtki ze śniegu i weszli do środka.
- Bety! Możesz nam podać ciepłej herbaty?
- Oczywiście proszę pana, już podaje....
Cody pociągnął Karena do pokoju i nie zważając na to, że w każdej chwili mogła wejść tam Bety, pocałował go namiętnie.
Karen odsunął się jednak szybko.
- Cody nie teraz...
Cody westchnął i usiadł prosto. Strasznie nie lubił gdy go tak odrzucano. Lubił dostawiać to co chciał, ale wcale nie dlatego, że był samolubny. Nigdy nie myślał tylko o sobie, zawsze inni byli ważniejsi.
Betty przyniosła herbatę i lampkę whisky, uśmiechnęła się do Karena i wyszła. Dobrze wiedziała o skłonnościach jej pracodawcy.
- Cody...chcę póki co oddzielny pokój...- Karen wbił wzrok w podłogę.
- Oddzielny? Czemu...- Cody spojrzał na niego ze smutkiem.
- No bo w sumie to...musimy się trochę lepiej poznać. Nie chcę wyglądać na jakiegoś łatwego.
- Ale przecież my już...
- No i co z tego? Nie chcę się spieszyć...
- Dobrze...skoro tego chcesz, to ja poczekam...
Karen uśmiechnął się z ulgą, bał się, że Cody się zdenerwuje, a tego nie chciał. Postanowił, że przez jakiś czas będzie traktował Cody’ego jak przyjaciela...tylko przyjaciela.
- Powiedz mi...co to za restauracja w której mam grać?
- Ach...jedna z tych należących do mojego ojca...czyli i do mnie. Jest bardzo przyjemnie, mamy tam stałych klientów, którzy uwielbiają muzykę i potrafią docenić czyjś talent. Potem, kto wie, może będziesz grał w filharmoniach na całym świecie?- Cody uśmiechnął się do niego.
- Jasne...już to widzę...
- Pesymista. Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju...- Cody wstał.
- Byłoby miło, jestem zmęczony...- Karen ruszył za nim.
Pokój który dostał Karen był naprzeciwko tego w którym spał Cody. Oba pokoje był podobne, wielkie łóżko po środku, z boku garderoba. Nawet podobne kolory ścian i pościeli.
- Więc, dobranoc...Cody...- Karen stanął w drzwiach.
- Tak, miłych snów...- Cody poszedł do siebie.
Rzucił się na łóżko i wbił wzrok w sufit. Nie rozumiał czemu Karen tak nagle go odtrącił. Czy ostatniej nocy zrobił coś źle...?A może Karen ma rację i faktycznie to wszystko działo się zbyt szybko...
Te myśli skutecznie odganiały sen. Cody tak bardzo chciał by Karen zmienił zdanie, by wrócił. Chciał zrozumieć co się stało, ale nie był w stanie. W końcu zawinął się w kołdrę i zasnął. To wszystko go zmęczyło...
Karen zasnął dość szybko, ale przed snem również nękały go męczące myśli, nie był pewien czy postępuje słusznie. Ale jego poczynania co do Cody’ego były z góry zaplanowane. Chciał sprawdzić co właściwie Cody do niego czuje i czy przypadkiem nie traktuje go jak jakiejś przelotnej miłostki.
Sam również nie bardzo wiedział jak traktuje ten związek. Chciał się przekonać czy takie życie jest dla niego. Chciał poznać swoje uczucia do Cody’ego bez zbyt bliskich stosunków, które mogły zaburzyć prawdziwy obraz związku. Jednak nie wiedział ile wytrzyma, pokusa była tak silna...Od pełni szczęścia, może nie tyle duchowego co cielesnego, dzieliły go zaledwie drzwi pokoju. Za każdym razem, gdy tylko myślał o tamtej nocy, przechodził go dreszcz podniecenia.


III

Następnego dnia rano, gdy tylko zjedli śniadanie, Cody wyciągnął Karena do sklepów. Odwiedzili krawca który uszył Karen’owi kilka garniturów. Karen czuł się strasznie, Cody płacił za wszystkie rzeczy dla niego, a on nie dawał mu nic w zamian. Gdy już wyszli, poszli po krawaty i buty.
- Cody ja tak nie mogę...to jest za drogie. Nie chcę cię wykorzystywać.
- Daj spokój, jesteśmy kwita.
- Przecież ja ci nic nie dałem, wiec nie gadaj głupot.- Karen obruszył się.
- Dałeś więcej niż mógłbyś się spodziewać. Dałeś mi swoje towarzystwo i najwspanialszego pianistę dla klientów z mojej najlepszej restauracji. Dziś wieczorem będziesz tam po raz pierwszy, spodoba ci się.
Karen nerwowo przeczesał włosy, denerwował się. Gdy pomyślał, że może się pomylić, dostawał gęsiej skórki.
- Nie bój się, wszystko pójdzie świetnie.- Cody uśmiechnął się pokrzepiająco i objął Karena ramieniem.
- Łatwo się mówi...
Gdy skończyli zakupy, poszli do kawiarenki, tej samej co przy pierwszym spotkaniu.
- Opowiedz mi coś o sobie Karen. Nic o tobie nie wiem.- Cody spojrzał na niego znad filiżanki kawy.
- Urodziłem się na przedmieściach. Moimi rodzicami są Kirsh i Scott Stone. By zapewnić mi szczęśliwe dzieciństwo rodzice popadli w długi i w wieku czternastu lat trafiłem do ciotki Pelagii. Była dla mnie okropna. A moim przekleństwem stał się dość delikatny i kobiecy wygląd.- Karen skrzywił się.
- Czemu? Przecież jesteś naprawdę przystojny. A ta delikatność tylko dodaje ci uroku.
Karen zarumienił się lekko. Zawsze peszył się gdy mówiono o jego urodzie.
- Ciotka piła. A gdy była pijana...- urwał na chwilę.
- Biła cię, tak?- Cody zrobił smutną minę.
- Skąd wiesz?
Cody uśmiechnął się lekko.
- Podczas wspólnej nocy dużo się poznaje. Zwłaszcza jeśli tak piękna i delikatna osoba ma całe plecy przeorane bliznami, łatwo je wyczuć.
- No tak...faktycznie.- Karen znów się zarumienił.- ale nie tylko na biciu się kończyło. Ona mnie przebierała za dziewczynkę. Kazała tak chodzić po domu. Wiesz jakie to było poniżające, gdy ktoś przyszedł?
- Domyślam się. Ona była chyba nienormalna...
- Tak odbiło jej gdy straciła córkę. Dziewczynka miała czternaście lat, czyli tyle ile ja gdy przyjechałem. Pelagia zastąpiła sobie córkę mną.- Karen aż się wzdragnął na samo wspomnienie tamtych lat.- No i w sumie to tyle o mnie.- wzruszył ramionami.- Moje dzieciństwo było ubogie. Ciągle tylko grałem na pianinie.
- Wiesz, może to głupio zabrzmi...i proszę nie gniewaj się, ale za jedno możesz być wdzięczny ciotce.
Karen uniósł pytająco brew.
- No w końcu to dzięki niej tak cudownie grasz.- Cody był całkiem poważy.- Ale oczywiście nie miała prawa zabierać ci dzieciństwa. Wiesz, nadrobimy to wszystko!- uśmiechnął się do Karena.- Co ty na to?
- Jak mamy to nadrobić?
- Hm...W wolnych chwilach będziemy się bawić. Często chodzę na bankiety, będziesz chodził ze mną. Wyrwiemy się na jakąś wycieczkę.
- Sam nie wiem...
- No nie odmawiaj, będzie fajnie.
- A moi rodzice? Długi?
- To już nie nasza działka. Zajęli się już tym moi prawnicy.
Karen spojrzał na niego z wdzięcznością. Cody tyle dla niego robił, a on nie dawał nic w zamian.
- Cody, tak mi głupio teraz. Nadal twierdze, że robisz dla mnie za dużo.
- Daruj sobie już te jęki. Ja niczego od ciebie nie wymagam, wystarczy, że jesteś ze mną. Wypij to pójdziemy do tej restauracji. Zobaczysz ja w środku.
- Dobrze...- Karen przechylił filiżankę do końca.- No, już...
Wyszli z kawiarni. Do restauracji było dość daleko, a ponieważ byli pieszo, Cody złapał taksówkę. Wyjechali z dzielnicy mieszkalnej i skierowali się prostą drogą do centrum. Cody przyglądał się z zainteresowaniem wielkim i zadbanym budynkom hoteli, restauracji czy banków.
Taksówka zatrzymała się przed budynkiem w stylu renesansowym, pomalowanym na śnieżnobiało. Przed wejściem leżał czerwony dywan a nad nim zamontowano złotoczerwoną markizę. przy drzwiach Karen zauważył dwóch boy’ów. Pod oknami rosły róże we wszystkich kolorach. Wszędzie panował nienaganny porządek, wokół restauracji nie można było dostrzec nawet jednego papierka. Budynek miał trzy pietra. Ramy okien były pozłacane a szyby przyciemnione.
- I jak ci się podoba?- Cody uśmiechnął się do Karena i wysiadł z samochodu.
- Jest...przecudna.- wybąkał.- Ja tu chyba nie pasuję...- wyszedł za nim.
- Jeszcze parę razy to powtórzysz to ci każę język wyrwać...- Cody burknął już trochę zdenerwowany.- Masz talent i będziesz tu grać chodź byś nie wiem jak bardzo tego nie chciał. Zrozumiano?
- Jasne...- Karen westchnął ciężko.
Cody ruszył do środka, pianista zawlókł się za nim.
W środku restauracja była jeszcze piękniejsza niż na zewnątrz. W oknach wisiały atłasowe zasłony koloru wina. Stoliki wykonane z ciemnego drewna i krzesła obite podobnym materiałem do tego z którego wykonano firany. Między stołami uwijało się kilku kelnerów. Wszędzie siedzieli eleganccy ludzie.
Cody poprowadził Karena dalej aż na sam koniec sali.
- Tutaj jest restauracja. Piętro wyżej kasyno, na samej górze organizujemy bankiety a dach zmieniliśmy w ogród, na którym w ciepłe wieczory odbywają się różne wykwintne kolacje. Wszędzie jest jeden fortepian, czyli będziesz miał okazję grać w różnych okolicznościach.
Cody wszedł po schodach na górę.
- Teraz dwa piętra są nieczynne bo kasyno otwieramy wieczorem a bankietów póki co nie ma. A dach jest zamknięty na zimę. Możesz sprawdzić jak ci się będzie grało. Chcesz?
- Jeśli można to chętnie.
Weszli na trzecie piętro i Cody pokazał Karen’owi fortepian. Było idealnie wykonane. Białe i lśniące. Na klapie zamykającej klawisze widniał złoty napis „Stainway” .
Karen usiadł przy nim i ostrożnie przesunął dłonią po idealnie gładkiej powierzchni. Westchnął ciężko.
- No dalej, zagraj coś...- Cody uśmiechnął się siadając z boku.
Karen podniósł klapę fortepianu i położył dłonie na klawiszach. Chwilę zastanawiał się, co zagrać, wybrał swój ulubiony utwór Beethovena „Dla Elizy”.
Gdy zaczął grać, Cody przymknął oczy i uśmiechnął się lekko. Na fortepianie muzyka Karena brzmiała jeszcze cudowniej. Idealnie rytmiczna i czysta. Przez jego ciało przeszedł dreszcz, czuł całym sobą, że Karen gra z głębi duszy. Miał taką ochotę po prostu go złapać i wtulić w niego. Nie zdążył się powstrzymać. Szybciej niż sam zrozumiał co robi, już stał za Karen’em. Pochylił się i pocałował go w szyję. Potem szybko objął i przycisnął do siebie.
- Karen ja już nie mogę. Czemu mi to robisz...?
Karen przerwał grę i chwilę patrzył tępo w jeden punkt. Serce biło mu jak oszalałe. W końcu westchnął ciężko i odwrócił się do Cody’ego.
- Ja też nie mogę Cody...- złapał go za koszulę, przyciągnął do siebie i pocałował.
- Nawet nie wiesz jak na to czekałem...- zamknął klapę pianina i oparł się o nią jedną ręką, podczas gdy drugą objął Karena w pasie i przycisnął do siebie.
- Cody...nie tutaj...bez przesady...- odepchnął go dość brutalnie i wstał z zalotnym uśmiechem.- To, że mówię, że nie mogę już wytrzymać nie znaczy, że ci się oddam Bóg jeden wie gdzie...
Ruszył do schodów i zbiegł z nich szybko. Nie odwrócił się ani razu i wybiegł na zewnątrz. Zatrzymał się dopiero przy ulicy, odwrócił w chwili gdy Cody go dopadł.
- Więc chcesz wrócić do domu, tak...?- Cody zdyszany uśmiechnął się do niego.
- Nie chcę wracać. Chce iść do sklepu. I potem zabierz mnie na obiad.
- Jaki wymagający się zrobiłeś. Skoro chcesz, dobrze idziemy na zakupy ale pod warunkiem, że ja kupuję.
- Jasne, że ty. Ja nie mam pieniędzy.
Oboje zaśmiali się wesoło i wsiedli do taksówki.
Pojechali do dzielnicy z samymi sklepami. Cody ze śmiechem patrzył na różne damskie stroje.
- Karen, zobacz.- wskazał na wystawę i kolekcje gorsetów.
- O! Kup mi ten czarny!- Karen wskazał na gorset najbliżej szyby.- Przebiorę się dla ciebie!
Cody spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Żartujesz, nie?
- Nie, mówię serio. Kup go to się będę dla ciebie ubierał.- Karen uśmiechnął się wesoło do niego.
Cody przez chwilę gapił się to na gorset, to na Karena, aż w końcu wszedł do sklepu. Na oko ocenił rozmiar Karena i kupił gorset.
Gdy wyszedł uśmiechnął się do niego i wręczył mu torebkę.
- Trzymam za słowo. A teraz idziemy na obiad.
- Jeszcze dzisiaj przymierze.
Na posiłek poszli do jednej z restauracji Cody’ego.
Gdy wracali było już dość późno. Karen nie lubił chodzić po Londynie w nocy. Wiedział co dzieje się po zmroku w niektórych zakątkach miasta. Przylgnął do Cody’ego całym ciałem.
- Coś się stało Karen?- Cody spojrzał na niego uważnie.
- Nie nic, po prostu czuję się niepewnie po zmroku...możemy się pospieszyć?- chłopak uśmiechnął się do towarzysza błagalnie.
- Jasne, już prawie jesteśmy. Chodź...
Przyspieszyli i po paru minutach stanęli przed bramą posiadłości Cody’ego. Jednak coś było inaczej. Na podwórzu stał czarny mercedes.
Cody zmarszczył brwi i trochę zbyt mocno pociągnął Karena za sobą.
Gdy tylko przekroczyli próg domu, Cody wiedział co, a raczej kto na niego czeka.
- Mamo? Tato?- zatrzymał się zaszokowany w drzwiach salonu.- Co tu robicie?
- Witaj synku...- matka uśmiechnęła się do niego blado.
Ojciec siedział sztywno w fotelu i patrzył tępo na Karena.
- Musisz wyjaśnić mi kilka spraw synu...- w końcu odezwał się spoglądając groźnie na syna.
- Jakich?- Cody skrzywił się i puścił dłoń Karena.
- Usiądź.- ojciec był wyraźnie zły. Cody nieczęsto widywał go w takim stanie.
Cody zerknął na Karena dając mu znać by na wszelki wypadek poszedł na górę. Karen spojrzał na niego z mieszaniną smutku i strachu po czym pobiegł na górę.
Cody wszedł do pokoju i usiadł jak najdalej od rodziców.
- Kto to jest?- spytał beznamiętnie Terry.
- Miłość mojego życia, czy coś nie tak?- syknął z dziką satysfakcją Cody.
Rodzice wymienili spojrzenia. Matka zdziwione ale pełne miłości, ojciec wypełnione wściekłością.
- Co?! Oszalałeś?! Zależy ci tylko na tym żeby zniszczyć moją reputację?!- wrzasnął na syna.
- Ojcze, świat nie kręci się tylko wokół ciebie. Ja kocham Karena i mam gdzieś co ty o tym sądzisz. Jestem samowystarczalny, mam pieniądze by utrzymać siebie i jego.- Cody mówił spokojnie patrząc prosto w oczy rodziciela.- A, był bym zapomniał...jestem również pełnoletni.
- Kochasz go?! Nie sądziłem, że z mojej krwi wyrośnie coś takiego! To jest chore! Nienormalne!- Terry zerwał się z miejsca wymachując rękoma. Dopadł do syna i potrząsnął nim mocno.
- Terry! Na miłość boską! Puść go!- matka szarpnęła go za ramię odciągając od syna.- Co w ciebie wstąpiło?!
- Dopiero teraz zauważyłaś, że jak jego kariera jest zagrożona to potrafi zrobić wszystko.- Cody rozcierał obolałe ramiona.
Matka spojrzała na niego ze smutkiem. Wiedziała, że ojca często ponosiło.
- Nie chcę więcej widzieć tego...tego kogoś w twoim towarzystwie!- ojciec w końcu uwolnił się z objęć żony.
- Nie będę spełniał twoich zachcianek!- Cody podniósł nieznacznie głos.- A teraz wyjdźcie już, jestem zajęty i nie mam ochoty na głupie rozmowy.
Ojciec spiorunował go wzrokiem. Bez słowa złapał matkę za rękę i wyciągnął z domu trzaskając drzwiami.
Cody westchnął poirytowany i pobiegł do Karena. Gdy pchnął drzwi w pokoju było zupełnie cicho i ciemno.
- Karen? Jesteś tu?- Cody przeszukał cały pokój zanim dostrzegł słabe światło wydobywające się zza drzwi łazienki.
Odetchnął głęboko i zapukał.
- Zaraz! Chwileczkę!- dobiegło ze środka.
- Dobra...wystraszyłem się tylko...
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Stanął w nich zdziwiony Karen owinięty ręcznikiem frotte wokół bioder.
- Wystraszyłeś? Czym?- podszedł do Cody’ego, wspiął się na palce opierając dłońmi o jego ramiona. Spojrzał mu prosto w oczy i czekał na odpowiedz.
- Że usłyszałeś te brednie które wygadywał mój ojciec...- chłopak westchnął i wbił spojrzenie w ścianę.
Po chwili do uszu Cody’ego dotarł dźwięczny śmiech Karena. Zamrugał i przeniósł wzrok na rozbawionego kochanka.
- No co...?
- Nie nic...tylko zapamiętaj, że póki ty mi nic nie powiesz, ja cię nie zostawię.- Karen pogładził go po policzku i musnął wargami jego usta.
Cody od razu przygarnął go do siebie i wtulił się w jego pachnące, drobne ciało.
- Kocham cię, wiesz?
- Jasne, że wiem...- Karen oplótł jego szyję ramionami i pocałował Cody’ego w ucho.- Mam tylko nadzieje, że nie będę powodem waśni rodzinnych...
Cody pogładził go po włosach, tuląc do siebie.
- Waśnie między mną a moim ojcem były zawsze, bo jemu zależy na reputacji a ja nigdy nie byłem normalnym i grzecznym dzieckiem...Mój ojciec nie potrafi mnie zaakceptować.
- Więc ja się tobą zajmę, jeśli chcesz...
- Chcę. Bardzo.
Karen uśmiechnął się radośnie i wpił w usta Cody’ego. Po chwili odsunął się i wybiegł z pokoju.
- Ej, dokąd idziesz?!- Cody rzucił się za nim o mały włos nie wpadając na zamykające się drzwi. Zbiegł na dół i zauważył Karena przy fortepianie.- Będziesz teraz grał?
- Nie wiem jeszcze.
Cody podszedł do chłopaka i objął go. Karen zaczął grać, delikatnie i cicho. Dźwięk niósł się echem po domu. Karen oddał się muzyce, zamknął oczy i palce same odnajdywały odpowiednie klawisze.
Cody stał jak zaczarowany, nie mógł się ruszyć. Czuł jak przez jego ciało przepływa fala gorąca. Gra Karena zawsze tak na niego wpływała. Teraz pochylił się i delikatnie pocałował kark pianisty.
- Karen...
- Tak?
- Przestań już grać, proszę...
Muzyka od razu ucichła. Karen odwrócił się do Cody’ego i od razu napotkał jego usta. Poczuł jak ramiona oplatają go i unoszą. Po chwili pianista siedział na już zamkniętej klapie klawiatury.
Cody przyjrzał się uważnie kochankowi. Jak zawsze miał zaróżowione policzki, ciągle uciekał wzrokiem gdzieś w bok.
- Intryguje mnie twoje zachowanie...- wymruczał Karen’owi do ucha.
- C-co?
- Już dość długo jesteśmy razem, a ty ciągle zachowujesz się tak jakby to był pierwszy raz.- zaśmiał się cicho.
Karen zarumienił się mocniej i próbował wyrwać Cody’emu. Ten jednak przycisnął go mocniej do fortepianu.
- C-cody...puść. Niewygodnie mi...- Karen próbował usadowić się wygodniej.
Uścisk odrobinę zelżał. Cody objął pianistę i posadził go na fortepianie.
- Cody, on się zawali!
- Nie dramatyzuj...Jest solidnie wykonany.- Cody dołączył do Karena.
Karen nie wyglądał na przekonanego ale nie miał ani siły ani ochoty na walkę z Codym.
Objął go nogami w pasie i przyciągnął do siebie za koszulę.
- Mam ochotę na małe urozmaicenie...skarbie.- uśmiechnął się leciutko.
Nie czekając na odpowiedź naparł na Cody’ego i usiadł na nim wygodnie. Widząc zdziwioną minę partnera zaśmiał się wesoło.
- Coś nie tak?
- Nie...chyba nie. Zastanawiam się tylko co kombinujesz...
- Nic takiego...- Karen pochylił się i pocałował Cody’ego mocno przy okazji rozpinając mu koszulę.
Pianista nie chcąc tracić czasu ściągnął z kochanka również spodnie i bieliznę. Spojrzał w oczy Cody’emu z rumieńcami na policzkach, oddech przyspieszył.
Dał się przyciągnąć i oddał pieszczotom. Pod dotykiem zaczął wić się i nie mogąc już wytrzymać szarpnął się mocno próbując wyswobodzić.
- Ej, nie uciekaj mały...
Karen fuknął coś cicho i ponownie szarpnął.
Cody zaśmiał się i okręcił na pianistę przyciskając go całym ciałem do fortepianu.
Coś nagle zaczęło niebezpiecznie trzeszczeć ale żaden tego nie usłyszał przez śmiechy i żartobliwe docinki.
Instrument przechylił się niebezpiecznie w bok. W chwili gdy Karen ponownie odzyskał miejsce na górze, fortepian trzasnął, coś w nim załomotało.
- Co to było do...- Cody nie zdążył dokończyć. Fortepian runął na podłogę przy akompaniamencie szurania i uderzania młoteczków o struny.
Karen rozejrzał się przerażony, nie bardzo wiedział co się stało.
- Nic ci nie jest?- Cody który właśnie zrzucił z siebie resztki instrumentu spojrzał na niego uważnie.
- Nic, ale fortepian...
- Kupię nowy, lepszy...ten był już stary.- pogłaskał Karena po włosach i podciągnął za sobą do góry.
Karen westchnął i wplątał palce we włosy Cody’ego.
- Ale nie wyszło oryginalne miejsce...- zaśmiał się cicho.
- No, nie bardzo...- Cody przygarnął go do siebie i pocałował.- Ale, może wystarczy trochę mniej oryginalne?
Gdy Karen spojrzał na niego pytająco, jedyne co zrobił to pociągnął go za sobą do jadalni.
- O nie...nie myślisz chyba o tym?!- Cody w odpowiedzi uśmiechnął się diabelsko.- Ty zboczeńcu...
Cody zamknął mu usta pocałunkiem i nie czekając na żadną reakcję posadził na stole.
Nie przestając całować, zaczął delikatnie pieścić najwrażliwsze punkty ciała kochanka.
Karen’owi w tej chwili było już wszystko jedno gdzie jest, przestał myśleć racjonalnie.
Przyciągnął Cody’ego do siebie i oplótł w pasie udami.
- Ymm, pewniejszy siebie, co?
Karen od razu się zarumienił i stracił werwę.
- Ej, nie chciałem cię zniechęcić.- Cody pocałował Karena delikatnie.- Karen, proszę cię...
- No czego znowu...mógłbyś się zająć tym co zacząłeś a nie nawijać bez sensu...- pianista ugryzł go delikatnie w ucho i przesunął dłonią po plecach Cody’ego odszukując jego punkty erogenne.
Cody jęknął i wciągnął głęboko powietrze. Przylgnął ustami do szyi Karena, zmuszając go by odchylił głowę do tylu.
- Potrafisz człowieka zmobilizować.
- Wiem o tym...- pianista przygryzł dolną wargę, gdy Cody zjechał z pocałunkami niżej. Mocniej schwycił jego włosy w dłonie. Drobne ciało poddało się pieszczotom.- Cody...
- Hm?- Cody zerknął na niego całując jego delikatny brzuch.
- Ja...ja cię chyba kocham.
Cody oderwał się od niego na chwilę. Uśmiechnął się wesoło.
- Szkoda, że pojawia się to „chyba”, ale może kiedyś zniknie. Bo ja kocham, ubóstwiam cię bez chyba.- pocałował zaszokowanego Karena w usta, długo i namiętnie.- Postaram ci się to udowodnić. Ciągle będę ci udowadniał…
Karen jęknął i wyprężył się. Cody objął go w pasie i przylgnął do partnera ciągle całując po szyi, policzkach, ramionach...
- Co-cody, ja....ja cię kocham! Kocham! Kocham!- Karen powtarzał to ciągle, jakby dopiero odkrył, że to słowo istnieje. A Cody, napawał się jego ciałem i głosem dopóki starczyło im sił.



Komentarze
Aquarius dnia padziernik 10 2011 12:54:32
Komentarze archiwlane przeniesione przez admina

Amiko (Brak e-maila) 22:14 24-01-2007
Świetne opowiadanie! Naprawdę strasznie mi się podobało! Co prawda przeczytałam to już jakiś czas temu, ale dopiero teraz komentujesmiley Niesamowity pomysł. Chłopak z dobrego, bogatego domu i drugi ubogi, doskonały pianista, który gra w burdelu... no po prostu nie mam słów xD
Visitor (Brak e-maila) 21:05 05-05-2007
Piękne i wzruszające opowiadanie. Szkoda tylko, że życie to nie bajka...
ale chyba warto wierzyć w takie cuda...pozdrawiam
Yan (Brak e-maila) 21:35 29-12-2007
Super! Przeczytałam jednym tchem. *-*
Azira (Brak e-maila) 03:22 17-01-2008
Dzięki za ciepłe słówka!smiley szczerze mówiąc sądziłam,że wyjdzie mi tego opa trochę więcej..no ale plany nie zawsze się udająsmiley

Shana (yaoi-by-chanelle.blog.onet.pl) 14:27 24-09-2008
Tak. Uwielbiam takie, z nutk± klasyki w tle... A na fortepianie sama gram, więc wiem, jak to na ludzi potrafi działać. Ale mimo wszystko... na fortepianie nie będę się raczej kochała, bo o ile ja jestem drobna, to mój facet raczej nie xD
(Brak e-maila) 00:37 04-06-2009
Waiiii świetne naprawde mi się podobało no może niezbyt realistyczna opowiesc no bo watpie zeby kiedys takie cos sie stalo ale wrto wierzyc ze sie stanie xDD czekam na wiecej twoich noci
Dodaj komentarz
Zaloguj si, eby mc dodawa komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostpne tylko dla zalogowanych Uytkownikw.

Prosz si zalogowa lub zarejestrowa, eby mc dodawa oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Uytkownika

Haso



Nie jeste jeszcze naszym Uytkownikiem?
Kilknij TUTAJ eby si zarejestrowa.

Zapomniane haso?
Wylemy nowe, kliknij TUTAJ.
Nasze projekty
Nasze stałe, cykliczne projekty



Tu jesteśmy
Bannery do miejsc, w których można nas też znaleźć



Ciekawe strony




Shoutbox
Tylko zalogowani mog dodawa posty w shoutboksie.

Myar
22/03/2018 12:55
An-Nah, z przyjemnością śledzę Twoje poczynania literackie smiley

Limu
28/01/2018 04:18
Brakuje mi starego krzykajpudła :c.

An-Nah
27/10/2017 00:03
Tymczasem, jeśli ktoś tu zagląda i chce wiedzieć, co porabiam, to może zajrzeć do trzeciego numeru Fantoma i do Nowej Fantastyki 11/2017 smiley

Aquarius
28/03/2017 21:03
Jednak ostatnio z różnych przyczyn staram się być optymistą, więc będę trzymał kciuki żeby udało Ci się odtworzyć to opowiadanie.

Aquarius
28/03/2017 21:02
Przykro słyszeć, Jash. Wprawdzie nie czytałem Twojego opowiadania, ale szkoda, że nie doczeka się ono zakońćzenia.

Archiwum