Spontaniczna decyzja 12
Dodane przez Aquarius dnia Pa糳ziernik 19 2013 09:16:51


Nie wiedzia艂, ile czasu up艂yn臋艂o od chwili wyj艣cia z domu do powrotu. Nie znalaz艂 Jessie'go. M臋偶czyzna znik艂 jak kamfora. Telefonu nie odbiera艂. Przyrzek艂 sobie, 偶e jak wr贸ci, to otwarcie porozmawiaj膮 i wszystko mu o sobie powie.
Teraz musia艂 za艂atwi膰 sobie jeden dzie艅 wolnego w pracy. G艂upio si臋 czu艂, 偶e po tak kr贸tkim okresie o to prosi, ale nie m贸g艂 pojecha膰 do stadniny i nie czeka膰 na m臋偶a. Zdj膮艂 mokr膮 kurtk臋 i zawiesi艂 na wieszaku, nie przejmuj膮c si臋 kapi膮c膮 z niej wod膮. Wyj膮艂 telefon z kieszeni spodni i zadzwoni艂 ponownie do Jessie'go. Odczeka艂 chwil臋, ws艂uchuj膮c si臋 w g艂uchy sygna艂.
- Odbierz. Kurde, Jessie. - Mia艂 ochot臋 waln膮膰 telefonem o 艣cian臋, kiedy przerwa艂 po艂膮czenie. Partner mia艂 wy艂膮czon膮 poczt臋 g艂osow膮., a teraz by si臋 przyda艂a. Wtedy m贸g艂by nagra膰 mu jak膮艣 wiadomo艣膰. Niby nie powinien si臋 martwi膰. Carson by艂 doros艂ym cz艂owiekiem, ale Colin nie znosi艂, kiedy kto艣 wzburzony opuszcza艂 dom w takim stanie.
Wykona艂, chyba ju偶 z dziesi膮ty raz, telefon do Ethana, ale i on go nie widzia艂. Obieca艂 oddzwoni膰, jak Jessie si臋 z nim skontaktuje lub odpowie na jego telefony.
Colin dryndn膮艂 jeszcze do stadniny i nie mia艂 problemu z uzyskaniem wolnego dnia. P贸藕niej zmieni艂 jeszcze mokre spodnie na jakie艣 stare, powycierane jeansy z dziurami na kolanach. Z艂apa艂 kluczyki od auta. Poje藕dzi po ulicach, mo偶e gdzie艣 go wypatrzy.

***


Park w czasie deszczowej pogody wygl膮da艂 ponuro. Wsz臋dzie wok贸艂 spadaj膮ca z nieba woda sprawia艂a wra偶enie, 偶e ca艂a okolica p艂acze. Grube krople spada艂y z li艣ci drzew, ta艅cz膮c w locie i upadaj膮c na traw臋, deski od pustych 艂awek lub na Jessie'go Carsona.
M臋偶czyzna sta艂 oparty o jedno z drzew. Nie potrafi艂 przebole膰 tego, 偶e Colin okaza艂 si臋 CJ MacGregor'em. Spotkanie tego pisarza by艂o jego marzeniem. Nie zawodowym, ale prywatnym. I teraz to si臋 spe艂ni艂o, ale w taki spos贸b. Colin m贸g艂 mu powiedzie膰. Po prostu m贸g艂. Tamtej nocy, gdy przyni贸s艂 do 艂贸偶ka ksi膮偶k臋, White mia艂 mo偶liwo艣膰 przyzna膰 si臋, 偶e to on napisa艂 powie艣膰. Kolejna osoba go zdradzi艂a, a to bola艂o. By艂 przecie偶 dla niego wa偶niejszy nawet od rodze艅stwa. A teraz kopn膮艂 go w dup臋. Czemu tak mocno boli go serce? Ju偶 wola艂by, aby Colin powiedzia艂, 偶e ma 偶on臋, dzieci.
Kolejny telefon. Nawet si臋 nie ruszy艂, aby chocia偶 odrzuci膰 rozmow臋. Wola艂 sta膰, mokn膮膰 i marzn膮膰, ws艂uchuj膮c si臋 w melodi臋 dzwonka „We are the champions” Freddiego. Coraz bardziej denerwuj膮c膮 melodi臋.

***


Kolejna mini臋ta ulica i nikogo cho膰by troch臋 przypominaj膮cego Carsona. Czasami parkowa艂 w wolnych miejscach i chodzi艂 po chodniku, kieruj膮c oczy w r贸偶ne miejsca. Jessie nie m贸g艂 odbiec daleko. By艂a mo偶liwo艣膰, 偶e wsiad艂 do taks贸wki lub autobusu. Ca艂e szcz臋艣cie, przesta艂o pada膰, wi臋c jak m膮偶 ukry艂 si臋 gdzie艣 przed ulew膮, to teraz mo偶e wyjdzie na zewn膮trz.
Po wyj艣ciu z kolejnego baru postanowi艂, 偶e to koniec poszukiwa艅. Niech Jessie sam sobie radzi. On nie jest jego nia艅k膮. Wsiad艂 do auta i mia艂 odpali膰 silnik, kiedy zadzwoni艂 Ethan.
- Wiesz co艣? - zapyta艂 po odebraniu po艂膮czenia.
- Odebra艂 w ko艅cu m贸j telefon. Park przy sto-si贸demce. To jest naprzeciw starej szko艂y, do kt贸rej chodzili艣my - poinformowa艂 Ethan.
- Nie bardzo si臋 orientuj臋. Jak daleko od naszego mieszkania?
M臋偶czyzna przekaza艂 mu wszystkie wytyczne i doda艂, 偶e Jessie czeka na niego i mo偶e si臋 w艣ciec, 偶e zamiast przyjaciela przyjedzie Colin.
- Spoko. Nic si臋 nie martw, bior臋 go na siebie.
- Nie wnikam, jak to za艂atwicie mi臋dzy sob膮 i o co posz艂o. Sam wiem, 偶e ma艂偶e艅stwo to nie droga us艂ana r贸偶ami. To nara.
- Trzymaj si臋.

Maj膮c w pami臋ci opisane kierunki i numery ulic, z daleka ju偶 ujrza艂 niewielki park. Fakt, Jessie musia艂 czym艣 tu dotrze膰. Prawdopodobnie autobusem, bo obok by艂 przystanek. To by wyja艣nia艂o, dlaczego tak szybko znikn膮艂. Zaparkowa艂 na niewielkim placu przed dawn膮 szko艂膮. Mia艂 nadziej臋, 偶e drog贸wka nie czepi si臋 go, 偶e tu stoi. Inne auta tak偶e zajmowa艂y miejsca. Przeszed艂 przez ulic臋 i ponownie zacz膮艂 si臋 rozgl膮da膰. Wielkie drzewa, kt贸rymi by艂y usiane aleje, nie dawa艂y wspania艂ego widoku. Ruszy艂 deptakiem, wdychaj膮c cudowny zapach ro艣lin tu偶 po deszczu. A偶 si臋 u艣miechn膮艂, kiedy w wyobra藕ni ujrza艂 ogr贸d rodzic贸w. Tam tak samo pachnia艂o. Dochodzi艂y jeszcze kwiaty, jakie mama sia艂a lub sadzi艂a, aby cieszy艂y oczy. Ca艂e dnie sp臋dza艂a nad ich piel臋gnacj膮. To u艣wiadomi艂o mu, 偶e musi si臋 skontaktowa膰 z rodzicami. Andrea przekazywa艂a im wie艣ci od niego, ale to nie by艂o to samo, co us艂ysze膰 g艂os swego dziecka. A i on st臋skni艂 si臋 za nimi.
Nagle przystan膮艂. Po lewej stronie jednej z alei ujrza艂 go. Wygl膮da艂 jak zmok艂a kura.
Tylko brakuje mi twego zapalenia p艂uc, Jessie.
Jakie艣 szcz臋艣cie i troska otuli艂y go, gdy patrzy艂 na niego. Zdecydowa艂 si臋 podej艣膰.
- Jessie.
Przeszed艂 go zimny dreszcz po plecach, kiedy Carson spojrza艂 na niego. W oczach mia艂 wielki zaw贸d i z艂o艣膰. Do tego ca艂y dygota艂. Zdj膮艂 kurtk臋 i poda艂 mu j膮, ale kochanek nie przyj膮艂 ubrania.
- Jak dziecko. Jeszcze gorszy jeste艣 - m贸wi艂 Colin, a jego m膮偶 nic si臋 nie odzywa艂. - Jak mog艂e艣 tak uciec? Nienawidz臋, jak tak ludzie znikaj膮 po k艂贸tniach. - Stan膮艂 naprzeciw niego. - Nie patrz tak. Postanowi艂e艣 milcze膰. Mo偶e by膰, ale pod twoj膮 star膮 szko艂膮 stoi m贸j samoch贸d i masz do niego wsi膮艣膰. Jak tego nie zrobisz, to przerzuc臋 ci臋 przez rami臋 i narobi臋 ci wstydu przy ludziach. A ju偶 wyszli na ulic臋 - rzek艂 twardo.
Jessie zmru偶y艂 oczy i ruszy艂 na prz贸d. Colin nie b臋dzie mu m贸wi艂, 偶e zachowuje si臋 jak dziecko. Jak tak robi, to ma do tego prawo! Jest na niego z艂y i nie ma ochoty si臋 odzywa膰. I nie chce jego pieprzonej kurtki!
- Wiem, 偶e musisz prze艂kn膮膰 sytuacj臋... - White urwa艂, bo partner pos艂a艂 mu spojrzenie typu: „Ju偶 nie 偶yjesz”. Colin przewr贸ci艂 oczami i da艂 m臋偶owi chwil臋 milczenia, obserwuj膮c ca艂膮 jego posta膰.

***


W mieszkaniu trzasn臋艂y drzwi. White nie wytrzyma艂. Chwyci艂 m臋偶a za rami臋 i odwr贸ci艂 do siebie przodem.
- Ma艂y, kapry艣ny, obra偶ony bachor! Ty nie rozumiesz, 偶e kto艣 si臋 o ciebie martwi?!
- Kto?! Widz臋 tylko k艂amc臋! - Odsun膮艂 si臋 na odleg艂o艣膰 kilku krok贸w.
- Nie powinno ci to przeszkadza膰, ca艂y czas k艂amiemy! Martwi艂em si臋, bo nie wiedzia艂em, gdzie znikn膮艂e艣!
- To co innego! Ja nie ukrywam o sobie niczego. Ty tak! I jestem doros艂y. - Mia艂 ochot臋 tupn膮膰 nog膮 o pod艂og臋, ale si臋 powstrzyma艂. Naprawd臋 mog艂o to wygl膮da膰, jak bunt naburmuszonego dzieciaka.
- I tak si臋 w艣ciekasz, obra偶asz, bo ci nie powiedzia艂em, 偶e jestem twoim ukochanym pisarzem. Powiedzia艂bym ci w odpowiednim czasie. A teraz idziemy na g贸r臋. Nalej臋 ci wody do wanny i si臋 wyk膮piesz. Zdejmuj to przemoczone ubranie. - Wskaza艂 palcem na koszulk臋 i spodnie, kt贸re lepi艂y si臋 do cia艂a m臋偶a. W innym wypadku wygl膮da艂oby to seksownie, ale teraz, kiedy odkry艂, 偶e dwudziestoo艣mioletni facet potrafi zachowywa膰 si臋 jak g贸wniarz, jako艣 nie mia艂 ochoty na nic erotycznego.
- Dziecko samo sobie poradzi! Nie zawracaj mi g艂owy!
Colin ju偶 mia艂 co艣 odpowiedzie膰, lecz dzwonek do drzwi mu to uniemo偶liwi艂. Jessie uciek艂 na pi臋tro, a on pospieszy艂 zobaczy膰, kogo licho przynios艂o.
Nacisn膮艂 klamk臋 i uchyli艂 drzwi.
- Cze艣膰. - Na ustach Andrei widnia艂 szeroki u艣miech, a w oczach mia艂a g艂贸d. Wiedzia艂, czego, ale nie by艂 w nastroju na opowiadanie jej o ksi膮偶ce. - Mia艂am samolot wcze艣niej.
Wpu艣ci艂 j膮 do wn臋trza mieszkania i przeczesa艂 w艂osy, burz膮c je jeszcze bardziej.
- Colin, co si臋 dzieje? Znam ci臋. - Zamkn臋艂a drzwi i od艂o偶y艂a parasolk臋 na stojak do tego przeznaczony. Kupili go niedawno z Jessie'm. Cholera, zaczyna艂 inwestowa膰 w ten zwi膮zek. Torb臋 podr臋czn膮 postawi艂a obok. - Zr贸b mi tej kawy, co wy robicie i gadaj. Gdzie tw贸j ma艂偶onek? - Jej oczy lata艂y po ca艂ym pomieszczeniu.
- K膮pie si臋. - Tak膮 mia艂 w ka偶dym razie nadziej臋.

***


Siedz膮c po szyj臋 w gor膮cej wodzie i pr贸buj膮c si臋 ogrza膰, w mi臋dzyczasie stara艂 si臋 st艂umi膰 swe nerwy. Zdawa艂 sobie spraw臋 ze swego zachowania, lecz nie potrafi艂 nic na to poradzi膰. Co艣 w 艣rodku bola艂o w艂a艣nie dlatego, 偶e Colin ukrywa艂 przed nim szczeg贸lnie t臋 prawd臋. To go dr臋czy艂o bardziej ni偶 traktowanie przez rodzin臋. I domy艣la艂 si臋 dlaczego, ale robi艂 wszystko, by tego faktu nie dopu艣ci膰 do siebie. Wszystko to, co si臋 dzieje pomi臋dzy nim, a Colinem to tylko ma艂偶e艅ski kontrakt urozmaicony seksem, nic wi臋cej. Nie chcia艂 wi臋cej. Colin i tak p贸藕niej wyjedzie. Nie b臋dzie go przywi膮zywa艂 do siebie. Zw艂aszcza teraz, kiedy nie m贸g艂 mu do ko艅ca ufa膰. Niby czu艂, 偶e m臋偶czyzna ma jeszcze jakie艣 tajemnice, ale nigdy o nie nie pyta艂. M贸g艂 w tym wzgl臋dzie mie膰 pretensje do siebie. Lecz Colin wiedzia艂, kim jest dla niego autor powie艣ci „Strace艅cy”, „Poszukuj膮c X”, „Kolor lata” i wielu innych pisanych od dziesi臋ciu lat tekst贸w. Wiedzia艂 i milcza艂. I nic, 偶adna inna prawda o Colinie nie b臋dzie tak wa偶na i bolesna, jak to. Kurwa, sam siebie irytowa艂 przez te my艣li. Uda mu si臋 zapanowa膰 nad nimi i nie czu膰 tego 偶alu. Przestanie zachodzi膰 w g艂ow臋, co i jak.
呕eby to by艂o takie 艂atwe.
Wychodz膮c z wanny, zanotowa艂 sobie w g艂owie, 偶e Ethan ma u niego du偶ego minusa. To on mia艂 po niego przyjecha膰, a nie White. Mia艂 stuprocentow膮 pewno艣膰, 偶e przyjaciel przekaza艂 jego m臋偶owi adres parku.

***


Andrea paln臋艂a Colina w ty艂 g艂owy. Wys艂ucha艂a wszystkiego i mia艂a ochot臋 go porz膮dnie nat艂uc.
- Wiedzia艂am, 偶e ten tw贸j durny pomys艂 nie wracania do przesz艂o艣ci w jakim艣 momencie si臋 zem艣ci.
- Wiem, ale wiesz, jak mi by艂o trudno. - Postawi艂 na stole pe艂n膮 szklank臋 kawy. - P贸藕niej jako艣 nie mog艂y mi przej艣膰 przez usta s艂owa, 偶e to ja pisa艂em. Nie wiem, czemu. Mo偶e si臋 ba艂em, 偶e tak MacGregora idealizuje i jak dowie si臋, i偶 to ja, to si臋 rozczaruje.
- G艂upek - stwierdzi艂a. - Potem nagle, ca艂e szcz臋艣cie, odzyska艂e艣 wen臋. I pomy艣la艂e艣 sobie, 偶e wydasz ksi膮偶k臋 i dasz mu prezent, tym samym przyznaj膮c si臋, kim jeste艣 - zakpi艂a sobie z niego. - To g艂upi plan. - Wskaza艂a na niego 艂y偶eczk膮.
- Nie czeka艂bym tyle czasu. Mia艂em da膰 mu gotowego pdfa.
- Nie t艂umacz si臋 mnie, tylko jemu. Podasz mi 艣mietank臋? B臋d臋 tu jakie艣 dwa dni i licz臋 na widok dobrze dogaduj膮cych si臋 facet贸w, a nie zachowuj膮cych si臋, jak dwa obra偶one babsztyle.
- I ty, b臋d膮c kobiet膮, tak m贸wisz? - Opar艂 si臋 ty艂kiem o blat szafki i w艂o偶y艂 r臋ce w kieszenie.
- Jakby艣 mnie nie zna艂. - Obliza艂a 艂y偶eczk臋. - Nie gap si臋 na mnie jak ciele na malowane wrota. Poszed艂by艣 do niego i pogada艂. - Patrzy艂a na niego wr臋cz rozkazuj膮co.
- Mo偶e... Ju偶 nie musz臋 i艣膰 na g贸r臋. - Swoje oczy skierowa艂 ku wej艣ciu do pomieszczenia. Pojawi艂o si臋 w nich co艣 ciep艂ego.
Jessie wszed艂, udaj膮c, 偶e nie widzi m臋偶a. Przywita艂 si臋 z kobiet膮.
- Cze艣膰.
- Cze艣膰. Zostawi臋 was samych, powinni艣cie...
- Sied藕 spokojnie. Nie mam o czym z nim rozmawia膰 - wtr膮ci艂 Jessie i zakaszla艂. W gardle zacz臋艂o go 艂askota膰. Odchrz膮kn膮艂. Otworzy艂 drzwi lod贸wki i wyj膮艂 zimny sok pomara艅czowy.
- Nie lepiej napi膰 si臋 czego艣 ciep艂ego? - spyta艂 Colin. Nie spuszcza艂 m臋偶a z oczu. Carson nie wygl膮da艂 dobrze. Mia艂 rumiane policzki. Na pewno nie by艂y dowodem wstydu. Jessie nigdy si臋 nie wstydzi艂. - Zmierz sobie temperatur臋. I nie udawaj, 偶e mnie nie s艂yszysz. - White zdenerwowa艂 si臋. - Obra偶ony g贸wniarz. Przepraszam, 偶e zatrzyma艂em dla siebie to i owo. - Wyszed艂 z kuchni podminowany.

Jessie musia艂 w duchu mu przyzna膰 racj臋, co do stanu zdrowia. Nie czu艂 si臋 najlepiej. Odstawi艂 z powrotem sok na p贸艂k臋. Nagle poczu艂 d艂o艅 na czole.
- Co ty robisz? - Ze zgroz膮 ujrza艂 stoj膮c膮 obok Andre臋.
- Mam siedmioletniego syna. Zawsze tak sprawdzam, czy ma gor膮czk臋.
- Masz syna? - Odsun膮艂 si臋.
- Nie m贸wi艂am ostatnio? - Zaprzeczy艂, wi臋c kontynuowa艂a: - Mam, ma na imi臋 Kevin. Jest teraz u babci na wakacjach. Dlatego mog艂am przylecie膰. Ale wr贸膰my do ciebie. Masz temperatur臋. Nic dziwnego, ka偶dego by co艣 z艂apa艂o, gdyby sta艂 tyle czasu w zimnie i ulewie. Pomimo lata dzisiaj wygl膮da na p贸藕n膮 jesie艅 i to tak膮, jak w Europie. Id藕 do 艂贸偶ka. Wygrzej si臋 dzisiaj. Zrobi臋 co艣 ciep艂ego do picia i podam ci jakie艣 leki.
Zacz臋艂a krz膮ta膰 si臋 po kuchni. Kiedy w艂膮czy艂a w czajniku wod臋 i szuka艂a kubk贸w lub czego艣, w czym mog艂a zrobi膰 herbat臋, zauwa偶y艂a, 偶e m臋偶czyzna patrzy na ni膮 jak na ufoludka.
- No co? Jestem matk膮 i czasami w艂膮cza mi si臋 ten tryb. I s艂uchaj si臋 tej matki, dop贸ki jest grzeczna.
- Wybacz, 偶e zapytam, ale gdzie jest ojciec twego syna?
- Pytaj, najwy偶ej nie odpowiem. - Wrzuci艂a do kubka torebk臋 cytrynowej herbaty. - Ojciec Kevina, gdy dowiedzia艂 si臋, 偶e jestem w ci膮偶y zwia艂, gdzie pieprz ro艣nie.
Carson ponownie zakaszla艂.
- Faceci to 艣winie - powiedzia艂.
- Zgadzam si臋. Ale Colin jest naprawd臋 spoko. - Nie zareagowa艂. - Oki. To macie jakie艣 leki na obni偶enie gor膮czki? A mi臋so? - Wla艂a wod臋 do kubka. Po kuchni rozszed艂 si臋 cytrynowy zapach.
- Po co ci mi臋so? - Mia艂 nadziej臋, 偶e nie b臋dzie praktykowa膰 na nim jakich艣 praktyk typu: ok艂ady z mi臋siwa lecz膮 choroby.
- Ros贸艂 na przezi臋bienia jest dobry. - Wr臋czy艂a mu garnuszek z p艂ynem, kt贸ry zrobi艂a. - To co? Macie czy nie?

***


Dwie godziny p贸藕niej Andrea gotowa艂a ros贸艂, w tym samym czasie czytaj膮c tekst Colina.
Atmosfera pomi臋dzy m臋偶czyznami nie zmieni艂a si臋. Uparci troglodyci, psioczy艂a na nich. Na szcz臋艣cie zagoni艂a Carsona do 艂贸偶ka, a Colin siedzia艂 przed telewizorem i udawa艂, 偶e interesuje go jaki艣 serial. Ale wiedzia艂a te偶, 偶e nad czym艣 my艣li. I to tak bardzo, 偶e s艂ysza艂a obracaj膮ce si臋 w jego g艂owie trybiki. Da艂a im na razie spok贸j.
Zamiesza艂a ros贸艂 i skosztowa艂a. Jak zawsze wyszed艂 jej wy艣mienity. Sp臋dza艂a w kuchni ma艂o czasu lub gotowa艂a w przerwach robienia ok艂adek, ale akurat t臋 potraw臋 nauczy艂a si臋 przyrz膮dza膰 jeszcze w dzieci艅stwie. Ros贸艂 w domu rodzic贸w by艂 podstaw膮 niedzielnego obiadu.
Mi臋so, kt贸re musia艂a kupi膰, by艂o ju偶 mi臋kkie, wi臋c wyj臋艂a je do du偶ej miski. Zrobi z niego potrawk臋 na jutro.
- Ile by艣 bra艂a za godzin臋 gotowania nam jako kucharka? - zapyta艂 Colin. Rzuci艂 okiem na ugotowany makaron.
- Milion dolc贸w i jestem wasza. - Odstawi艂a mi臋so na bok. - Czym wy zapychacie swoje 偶o艂膮dki? Nic tu nie macie.
- Zamawiamy lub kupujemy. S艂uchaj, musz臋 wykona膰 troch臋 telefon贸w. Masz numer do Philipa? Nie mam go w notesie, kartka zgin臋艂a.
- Po co ci Philip? Ostatnio nie chcia艂e艣 mie膰 z nim nic wsp贸lnego.
- Pok艂贸cili艣my si臋, nie chcia艂, 偶ebym wyje偶d偶a艂. Masz czy nie?
- Mam. W mojej torebce. Czekaj, gdzie ja j膮 da艂am? - Zacmoka艂a. - A, jest na krze艣le w salonie. Znajdziesz tam telefon i numer do Philipa.
- Dobra, dzi臋ki.
- S艂uchaj. - Podrapa艂a si臋 po nosie. - Przeczyta艂am prawie ca艂y tekst... - Ale nie sko艅czy艂a m贸wi膰, bo m臋偶czyzny ju偶 nie by艂o. Zmarszczy艂a brwi. W ko艅cu wzruszy艂a ramionami i powr贸ci艂a do czytania. Musi sko艅czy膰, zanim poda obiad Jessie'mu.

***


Nienawidzi艂 le偶e膰 w 艂贸偶ku bezczynnie. Mia艂 robot臋. A to babsko go tu wys艂a艂o. Co najgorsze, to jej pos艂ucha艂. 殴le z nim. C贸偶, polubi艂 j膮 ju偶 przy pierwszym spotkaniu.
Us艂ysza艂 na korytarzu kroki, ale na ca艂e szcz臋艣cie nie by艂 to m膮偶. Nie potrafi艂 na niego normalnie spojrze膰. Mia艂 ochot臋 zapyta膰 go, dlaczego pisa艂 pod pseudonimem. Zada膰 wiele innych pyta艅, jak fan idolowi. Z艂o艣膰 mu przechodzi艂a, mimo to zosta艂 zaw贸d.
Rzuci艂 okiem na otwieraj膮ce si臋 drzwi.
Andrea, pomagaj膮c sobie 艂okciem, wnios艂a tac臋 z paruj膮c膮 potraw膮. Pod pach膮 r臋ki, jakiej nie u偶ywa艂a do otwarcia wr贸t, trzyma艂a jakie艣 kartki.
- Gor膮cy ros贸艂 ci pomo偶e. Trzymaj. - Postawi艂a tac臋 na jego kolanach. - A to co艣 jest po to, 偶eby przeczyta膰. Jak przestaniesz si臋 obra偶a膰, mo偶e po to si臋gniesz. - Zostawi艂a papiery na nocnym stoliku.
Jessie ze zgroz膮 dojrza艂 pismo m臋偶a.
- Jedz, ja id臋 zrobi膰 dzi艣 偶arcie na jutro. I chc臋, by艣 wiedzia艂, 偶e to jest napisane dla ciebie. Colin co艣 chcia艂 ci przez to co艣 przekaza膰. Domy艣lam si臋, co... O nie, nie. - Pogrozi艂a palcem. - Sam si臋 dowiesz. Wiesz, Colin ucieka od przesz艂o艣ci. Albo ucieka艂. Spotka艂 ciebie i stan膮艂 na nogi. We藕 to pod uwag臋. - Mrugn臋艂a do niego i wysz艂a.
Gdy zosta艂 sam, wzi膮艂 do r臋ki 艂y偶k臋 i nabra艂 pachn膮cego roso艂u, chocia偶 nie by艂 g艂odny. Nie m贸g艂 jednak nic zje艣膰, bo ca艂y czas ci膮gn臋艂o go do spoczywaj膮cego obok tekstu. Przyci膮ga艂 go bardziej ni偶 magnes. W ko艅cu uleg艂. Odstawi艂 naczynie z tac膮 na miejsce, gdzie zawsze spa艂 Colin i si臋gn膮艂 po te g艂upie papierzyska.

***


Andrea przygotowa艂a te偶 jedzenie dla nich dwojga, ale niecierpliwi艂a si臋 czekaniem na przyjaciela. M贸wi艂a mu, jak spotka艂a go chwil臋 temu w kuchni, 偶e zaraz poda obiad. A teraz mia艂 to g艂臋boko gdzie艣. Wsta艂a z krzes艂a i posz艂a po niego na pi臋tro, by艂 w gabinecie, a drzwi by艂y uchylone. Zanim wesz艂a, us艂ysza艂a strz臋pki rozmowy telefonicznej. Zajrza艂a przez szpar臋. Colin chodzi艂 w k贸艂ko po pomieszczeniu.
- To jest wa偶ne i ma to by膰 zrobione na teraz - m贸wi艂 White. - Nie obchodzi mnie, 偶e tak szybko nic nie da si臋 zrobi膰… Philip, znasz si臋 na tym, inaczej bym do ciebie nie dzwoni艂. Nie jest to dzia艂anie nieprzemy艣lane. Wiem, co robi臋. Za艂atw to i przylatuj. Wynagrodz臋 ci to.
Kobieta po zako艅czeniu rozmowy wesz艂a do 艣rodka.
- Co ty kombinujesz? - Po艂o偶y艂a r臋ce na biodrach.
- Zobaczysz. To co z tym obiadem?
- Nie powiesz mi?
- Wol臋 nie zapesza膰. B臋dzie dobrze. - Da艂 jej prztyczka w nos.
- Aj. - Pomasowa艂a si臋 po bol膮cym narz膮dzie. - I tak to z ciebie wyci膮gn臋. Chcesz przyspieszy膰 wydanie, ale nie, Philip si臋 tym nie zajmuje. On...
- Andi, prosz臋 ci臋, nie my艣l. - M臋偶czyzna z艂o偶y艂 r臋ce jak do modlitwy.
- Ufam ci. Musz臋 ci co艣 powiedzie膰.
Czu艂, 偶e jeszcze tego dnia b臋d膮 czeka膰 go r贸偶ne wra偶enia. Podni贸s艂 brwi, nic nie m贸wi膮c.
- Da艂am Jessie'mu tw贸j tekst.
- Co? Dlaczego? - Ze zdenerwowania zacz膮艂 szybciej oddycha膰.
- Ty mi te偶 zaufaj. Wieczorem powinien go sko艅czy膰, wtedy id藕 do niego. Porozmawiaj. Wyja艣nij sytuacj臋.
- I zn贸w si臋 po偶remy. Dzi臋kuj臋 bardzo. Pasuj臋. - Podni贸s艂 r臋ce do g贸ry.
- Uparty idiota - warkn臋艂a i wysz艂a.
Colin zacz膮艂 si臋 miota膰. P贸jdzie do niego i zn贸w si臋 posprzeczaj膮. Nie m贸g艂 powiedzie膰, 偶e nie ciekawi艂a go reakcja m臋偶a na to, co przeczyta. Dos艂ownie z偶era艂a go ciekawo艣膰. No, ale Jessie wyra藕nie nie chcia艂 go widzie膰. A jeszcze to, co teraz robi艂 ostatecznie mo偶e pogr膮偶y膰 go w oczach m臋偶a. Zdawa艂 sobie z tego spraw臋, ale Jessie nie zgodzi si臋 na takie wyj艣cie z sytuacji.
- Szlag by to trafi艂. - Mia艂 ochot臋 co艣 rozwali膰. W tym momencie zadzwoni艂a kom贸rka. Odebra艂 j膮. - I jak? - zapyta艂 osoby po drugiej stronie 艂膮cza. - …To dzwo艅 jeszcze dzi艣 i przylatuj. Rano chc臋 ci臋 tu widzie膰.


***


Nadszed艂 wiecz贸r. Jessie przeczyta艂 w艂a艣nie ostatnie s艂owo. Tekst mu si臋 podoba艂. Troch臋 w innym stylu, ale jak zrozumia艂, o co w tym chodzi艂o, to nie wiedzia艂, jak ma si臋 do tego odnie艣膰. Co to znaczy艂o? Nie by艂 dzi艣 w stanie my艣le膰. Gor膮czka dawa艂a mu si臋 we znaki.
Potar艂 d艂oni膮 czo艂o. Czy Colin wiedzia艂, 偶e on to czyta? Od艂o偶y艂 na bok tekst. Obawia艂 si臋, 偶eby nie uszkodzi膰 kartek i wola艂 nie trzyma膰 ich w 艂贸偶ku. Chcia艂o mu si臋 spa膰. Andrea z p贸艂godziny temu przynios艂a mu kanapki. Ta kobieta by艂a pe艂na energii. Po艂o偶y艂 si臋, bo dotychczas siedzia艂 oparty o wezg艂owie 艂贸偶ka. Zn贸w przez g艂ow臋 zacz臋艂y mu przelatywa膰 r贸偶ne my艣li. Dlaczego jego zawsze spotykaj膮 dziwne rzeczy? No dobra, nie m贸g艂 nazwa膰 dziwn膮 rzecz膮 tego ca艂ego zwi膮zku, ale od pocz膮tku by艂o wiadome, jaki b臋dzie koniec, a teraz, jak sugerowa艂 si臋 tym, co przeczyta艂 oraz tym, co powiedzia艂a Andrea, mia艂 s膮dzi膰, 偶e Colin chcia艂 to zako艅czy膰 inaczej. To znaczy, ich ma艂偶e艅stwo mia艂o trwa膰? 呕o艂膮dek wywr贸ci艂 mu si臋 do g贸ry nogami. Przecie偶 plan by艂 inny. Ale plany mog膮 ulec zmianie. I Colin naprawd臋 sugerowa艂 to, o czym on teraz my艣la艂? Pytanie, czego on chcia艂. Nie zastanawia艂 si臋 nad tym. Przy Colinie czu艂 si臋 taki doceniony, po偶膮dany.
Uni贸s艂 g艂ow臋, kiedy drzwi si臋 otworzy艂y. White wszed艂 do sypialni i spojrza艂 na m臋偶a.
- Nie przeszkadzaj sobie. Przyszed艂em tylko po swoj膮 poduszk臋 i koc. Prze艣pi臋 si臋 na dole.
- E... - Mo偶e to i lepiej, jak na jaki艣 czas odseparuj膮 si臋 od siebie. B臋dzie mia艂 czas zastanowi膰 si臋 nad tym wszystkim. - Dobrze.
- I nie martw si臋. Przy twojej rodzinie b臋dziemy udawa膰, tak jak mieli艣my to robi膰. Tylko zbli偶yli艣my si臋 nieoczekiwanie do siebie tak naprawd臋. - Wzi膮艂 poduszk臋 i koc z szafki.
Jessie podni贸s艂 si臋 na 艂okciu i poda艂 m臋偶owi jego opowiadanie.
- Mo偶esz ju偶 wzi膮膰. Fajny tekst. Inny, ale nadal dobry. - Nie by艂 got贸w na rozmow臋 z nim.
Colin na moment przymkn膮艂 powieki, by si臋 uspokoi膰. Jessie nic z tego nie wyczyta艂 mi臋dzy wierszami. Trudno. Sam sobie ubzdura艂, 偶e mo偶e z tego zwi膮zku by co艣 by艂o. Pomyli艂 si臋. Dotrzyma s艂owa. Zostanie z nim do ko艅ca planu. A mo偶e, jakby spr贸bowa艂 z nim porozmawia膰?
- Tak bardzo ci臋 urazi艂o to, 偶e nie powiedzia艂em ci o tak wa偶nej rzeczy dla ciebie. Dlaczego? - Podszed艂 i zabra艂 mu z r臋ki papiery.
- Twoim zdaniem mia艂em si臋 cieszy膰? Nagle ukochany pisarz okazuje si臋 by膰 moim m臋偶em. Wiedzia艂e艣 o tym, m贸wi艂em ci, jakie to by艂o dla mnie wa偶ne, 偶eby spotka膰 si臋 z tym facetem. A ty nie szepn膮艂e艣 nawet s艂贸wka. By艂oby inaczej, gdyby艣... - Ponownie zacz膮艂 kaszle膰. Nabra艂 powietrza, gdy si臋 uspokoi艂 i doko艅czy艂: - Trzeba by艂o powiedzie膰.
- A co za r贸偶nica teraz czy wtedy? I tak by艣 zareagowa艂 do艣膰 mocno. Ja chyba si臋 ba艂em tej konfrontacji. Po prostu mo偶e ba艂em si臋, 偶e nagle ja, Colin oka偶臋 si臋 konkurencj膮 dla samego siebie, bo mo偶e CJ jest lepszy. Wygl膮da艂o na to, 偶e jakby艣 mia艂 wybiera膰, to wola艂by艣 jego - m贸wi艂 z b贸lem serca. Patrzy艂 gdzie艣 w okno i ciemno艣膰 za nim. - M贸wi膮c o nim wypowiada艂e艣 si臋, jak zakochany sztubak. Poza tym ci臋偶ko mi najpierw by艂o. Wiesz o tym. Chcia艂em udawa膰, 偶e MacGregor to nie ja, mie膰 inne 偶ycie. A potem nagle zacz膮艂em pisa膰. Ty to zmieni艂e艣. Ta twoja mi艂o艣膰 do moich ksi膮偶ek. Przysi臋gam, 偶e nied艂ugo chcia艂em ci powiedzie膰 wszystko. Dowiedzia艂e艣 si臋 nie tak, jak tego chcia艂em. Przepraszam za to. Przepraszam za to, co b臋dzie. - Wyszed艂, zanim Jessie zd膮偶y艂 usta otworzy膰.
- Co b臋dzie? - Chcia艂 wsta膰 i za nim pobiec, ale zakr臋ci艂o mu si臋 w g艂owie i zosta艂 w 艂贸偶ku. Porozmawia z nim jutro.

***


Colin po艂o偶y艂 si臋 w salonie na kanapie i okry艂 kocem. Tej nocy prawdopodobnie nie za艣nie. Przyzwyczai艂 si臋 do zasypiania u boku Carsona. Zapach i ciep艂o m臋偶czyzny by艂y koj膮ce. Do tego mia艂 g艂ow臋 pe艂n膮 my艣li, m贸g艂by to nawet nazwa膰 pot臋偶nym huraganem. Jedne przebija艂y si臋 na wierzch. Jessie nic nie zrozumia艂 po przeczytaniu „Po艂膮czonych”. Nic. I to bola艂o.