Dzieci boga granic 9
Dodane przez Aquarius dnia Stycze 14 2012 01:25:03
.

Jechali w letnim słońcu, przez stepy pokryte kwiatami. W tej krainie wiosna i jesień trwają krótko, długie zaś są suche, mroźne zimy i suche, gorące lata, teraz zaś lato osiągało swą pełnię i wszystko wokół rozkwitało, tętniło życiem. Ptaki kołowały wysoko ponad głowami szóstki podróżnych, na rozległych połaciach traw pasły się stada jeleni, ponad kwiatami brzęczały niezliczone roje owadów. Ci, którzy sądzą, że step jest martwy, suchy i bury, nigdy nie widzieli go w środku lata, w szczycie rozkwitu. Ci, którzy sądzą, że krainy traw są monotonne i jałowe, nie zdają sobie sprawy z bogactwa traw, ziół i krzewów, z zarośli, a w nadrzecznych rejonach niewielkich zagajników, burzących tę monotonię, z niskich gór i formacji skalnych przecinających równinę, z rzek zapewniających krainie wodę i licznych strumieni, wysychających co prawda w bezdeszczowych okresach, lecz budzących się do życia z każdym wiosennym deszczem.
I korytem rzeki wędrowali właśnie, końskie kopyta uderzały o kamienie, rozbryzgiwały wodę, z mlaśnięciami zanurzały się w błocie. Sama rzeka nie była zbyt głęboka, choć wiosną musiała szeroko się rozlewać. Z gór na północy spływała na południowy wschód, gdzie znajdowała ujście do morza blisko Dalle i nie raz wyznaczała szlaki podróżnym, kupcom i wojownikom szukającym walki i łupów.
Takhir podążał przodem, wiedząc, dokąd zmierzają. Nie śpieszył się, nie chcąc przemęczać koni, stwierdził zresztą, że wyruszyli dość wcześnie, by dotrzeć na czas. W końcu nie wszyscy jeszcze wiedzieli, co się dzieje i nie wszyscy jeszcze zgromadzili się w wyznaczonym miejscu.
Tak, Jyrgal Czarny Smok z Szarych Wilków podporządkował sobie kolejne plemiona i gromadził pozostałe, zamierzając sięgnąć po większą władzę. Chanowie zjeżdżali do niego ze wszystkich stron, część z nich niewątpliwie liczyła, że zdoła wyzwać go na pojedynek i przejąć władzę nad podległymi mu plemionami. Zapowiadały się wydarzenia, które nie miały miejsca od czasów wczesnego dzieciństwa Kekharta, gdy Ulagan próbował dokonać tego samego, po co sięgał teraz Jyrgal.
Jedno Kekharta niepokoiło przez całą drogę: po cóż ściągać na spotkanie plemion gromadę wykluczonych? Po cóż wyciągać ich z miejsca, w którym się odnaleźli i zabierać tam, gdzie w najlepszym razie czeka ich nieustanny ostracyzm, w najgorszym zaś śmierć? Po cóż pokazywać im świat, do którego przestali należeć i zmuszać do lawirowania w gąszczu praw poszczególnych plemion tak, by nie narazili się jeszcze bardziej, nie obrazili kogoś, kto nie bez podstaw uzna, że zabicie wyrzutka nie przyniesie mu hańby?
Gdy w noc przed wyjazdem podzielił się tymi wątpliwościami z Takhirem, szaman uśmiechnął się tylko.
– Nie wątp w decyzje, które pojąłem, mój Kekharcie. Jeśli powiodę ciebie i twoich towarzyszy na śmierć, będzie to honorowa śmierć wojowników, to ci obiecuję. Nie pozwoliłbym ci umrzeć w hańbie, wiesz o tym.
– To powiedz, czemu ty nam jechać każesz?
– Urhan potrzebuje przedstawicieli.
Wojownik zaśmiał się wtedy.
– Niech więc ich władze miasta wysyłają!
– Nie, mój Kekharcie, ich nie interesuje, kto kaganem zostanie. Popełniają błąd i oby za niego nie zapłacili... A wy jesteście tym, co Urhan może zaoferować. Prócz tego, mój Kekharcie, ciągle trzymasz u siebie pewien kawał metalu, czy nie tak? Może pora zrobić zeń użytek?
O spadającej gwieździe, gwoździu z niebieskiego sklepienia Kekhart prawie już zapomniał i podobnie zapomniała Larha, lecz Czarny Szaman pamiętał za nich. Więc wieźli teraz ciężką bryłę żelaza na jucznym koniu, z cichą nadzieją, że przepowiednia elfki miała w sobie choć krztynę prawdy.
Rzeka pieniła się, podskakiwała na kamieniach. W głębszych jej partiach lśniły grzbiety ryb, w zaroślach na brzegu krzyczał jakiś ptak. Dalej, za krzewami, widać było bezkresną, trawiastą równinę ciągnącą się aż po horyzont, od zachodu, aż po wschód.
– Hej, szamanie, tyś na wschodzie był, nie? – spytał Gaspar, który popędził konia, by zbliżyć się do Takhira. – Widziałeś ty co ciekawego?
Takhir, pochylony w siodle nie odwrócił się nawet i tylko Kekhart dostrzegł jego uśmiech.
– Smoki, Gasparze, smoki.
– Smoki? Prawdziwe smoki? Na bogów, a ja myślałem, że wyginęły gadziny przed wiekami!
– Smokowców musiałeś widzieć.
– Ano. Oni od smoków pochodzą?
– Tak się mówi – rzekł alvablodet spokojnie. – Pieśniarzem jesteś, Gasparze, a tego nie wiesz? Nie znasz tej opowieści? Mówią, że niegdyś żył w górach czarownik, nekromanta przeklęty, który ze smoczycą potomstwo spłodził...
– Musiało być brzydsze od Arthana, to potomstwo! – zaśmiał się człowiek.
– Ja żem ciebie, Gaspar słyszał! – warknął mu nad uchem mieszaniec. – Ty sobie zbierasz, Gaspar, zbierasz, a jak ty sobie uzbierasz, ja tobie głowę do rzeki wsadzę i przytrzymam...
Młody człowiek zaśmiał się, popędził konia, mieszaniec ruszył za nim, przez wodę, błoto, piach, płosząc ryby i wydrę, która ledwo co wystawiła głowę z nory.
– Więcej mają w sobie obaj dziecka, niż ty w ich wieku – zauważył Takhir, patrząc jak ścigają się, zataczając kręgi wokół pozostałych jeźdźców. – Która im wiosna idzie?
– Dwadzieścia lat, może. Nikt do końca nie wie, kiedy i gdzie Arthan się urodził, może nawet i on sam.
– Mówił, że Urhan nigdy nie opuszczał.
Mówił, i owszem, kiedy podekscytowany stwierdził, że chętnie wyruszy w drogę, zobaczy szerszy kawałek świata, miejsca, których nie widział. Że nigdy nie opuszczał dotąd murów Urhan. Kekhart przypomniał sobie wówczas słowa kapłana, pierwszego opiekuna młodzieńca.
– Kłamał.
– Wielu rzeczy nie mówi. O innych kłamie. Ma w sercu lęk i nienawiść. Oby one go nie zniszczyły.
Zamilkli obaj i jechali w ciszy. Tym czasem obu młodzieńców zaprzestało gonitwy, nie chcąc przemęczać koni. Teraz wolniejszym nieco krokiem wlekli się na samym tyle.
– Takhir, powiedz ty mi – przerwał Kekhart milczenie. – Tyś szukał tego, do kogo należały karty tamte.
– Szukałem.
– Znalazłeś?
– Oddałem je powołanej osobie. Tak, znalazłem poniekąd, lecz nie dane mi było z nim rozmawiać. Może kiedyś, bo to nader interesująca osoba, nader interesująca...
– A wizje moje? Mówiłeś, że ty ich wyjaśnienia szukać chcesz.
Takhir znów się uśmiechnął, tak samo, jak wówczas, gdy Gaspar zapytał go o pobyt na wschodzie.
– Gdybym nie znalazł, nie brałbym was ze sobą teraz. Mówiłem ci kiedyś, że duchy rolę dla ciebie przewidziały, mówiła ci to elfia czarodziejka. Ciągle słyszę te same przepowiednie: o władcy na wschodzie, przez bogów naznaczonym, przez siłę rządzącą światem. I ty je słyszysz, wracają ciągle. Jest taki moment, gdy świat nie może znieść natłoku przepowiedni, zaczyna więc je spełniać, sadzę, że taki moment jest teraz właśnie, mój Kekharcie.
– Jyrgal jest władcą, o którym mówią?
I znów ten uśmiech, zamknięte usta, rozciągnięte szeroko wargi. Niebezpieczny, niepokojący uśmiech.
– Nie, mój Kekharcie. Nie on. Ktoś inny. Prawdziwy smok.
***

Wieczorem rozbili obóz na brzegu rzeki, na suchej trawie. Woda lśniła srebrem w blasku księżyca i złotym, bijącym od ognia. W ciszy panującej dookoła słychać było cykanie świerszczy, trzask płomieni, raz czy dwa w dali zawył polujący wilk: zbyt odległy, by zagrozić, lecz nad rzeką dźwięki niosły się łatwo.
Larha i Temur siedzieli obok siebie, milcząc. Kekhart podziwiał to, ile zrozumienia umieli znaleźć w milczeniu i samotności, ile treści wyczytywali z siebie nawzajem w tych momentach.
Arthan rozebrał się, żeby wziąć kąpiel w zimnej rzece i oczywiście zapomniał założyć ubranie po. Kręcił się nago po obozowisku, a nikt szczególnie nie zwracał na to uwagi. Tylko Takhir uśmiechnął się kątem ust, zerkając na swego towarzysza.
– Ma się chłopak czym pochwalić – stwierdził.
Kekhart poczuł nieprzyjemny dreszcz. Dotąd nie zastanawiał się nawet nad stosunkiem Czarnego Szamana do innych mężczyzn, wiedział, że jacyś byli, ale nie pytał i nie rozważał, nie zauważał, czy Takhir w ogóle przyglądał się komuś. Zresztą ilekroć byli razem, byli sami, we dwóch, nawet w krótkich momentach w Urhan jedynie noce spędzali w jednym miejscu. A teraz szaman przypatrywał się ciału młodzieńca mieszanej krwi, ciału nader dobrze zbudowanemu, chyba w zadośćuczynieniu dla brzydkiej twarzy.
Alvablodet roześmiał się.
– O na duchy, mój Kekharcie, a cóż to za mina? Jeden fakt stwierdziłem, jedną rzecz zauważyłem, a tobie po głowie krążą dziwaczne pomysły, przyznaj.
– Cóż miałoby mi krążyć?
– Zazdrość.
Mieszaniec, nieświadom, że przypadkiem stał się przyczyną gromadzących się chmur burzowych, położył się na trawie z zadowolonym pomrukiem, wsuwając dłonie pod głowę i spoglądając w niebo. Swobodny i spokojny, uwolniony na chwilę nawet od własnych tajemnic.
Kekhart parsknął. Zazdrość? Na bogów, zazdrość mogła odczuwać kobieta, gdy jej mąż brał sobie inną bez jej woli i zgody.
– Ty chyba kpisz.
– Nie kpię. Jak mam inaczej nazwać twoją minę? Na wszystkich bogów, mój Kekharcie, czy tobie się wydaje…
Nie skończył zdania, gdyż nagle Gaspar, także leżący na trawie poderwał się i zamarł, nadstawiając uszu.
– Słyszycie to? – spytał.
I owszem, usłyszeli prędko: tętent końskich kopyt, miarowe uderzanie o ziemię. Więcej niż jedno zwierzę, obciążone w dodatku ciężarem jeźdźca. Cała spora grupa zbliżała się do rzeki od wschodu.
Wkrótce dojrzeli ich – przez zarośla i trawy podążał dobry tuzin koni, z czego cztery juczne i jeden luzak. Dosiadający ich jeźdźcy odziani byli w kaftany z wzmocnionej skóry, spod kołpaków wypływały długie warkocze. Wjechali w wodę, rozbryzgując ją i zatrzymali się na skraju łachy, gdzie rozbito obóz. Blask ognia padł na twarz dowódcy, okrągłą, gładką, nie naznaczoną żadną blizną twarz młodej orczycy.
Kobieta zdjęła szyszak, odsunęła na plecy grube warkocze. Tam, gdzie inna niewiasta nosiłaby kolczyki, ona nie miała nic, obcięto jej bowiem płatki uszu.
Kekhart zamarł, stojąc na piasku i wpatrując się w twarz Hurik, dojrzalszą, ale nadal piękną, naznaczoną pionową zmarszczką między gęstymi brwiami, lecz ani jedną blizną. Hurik na czele oddziału wojowniczek, spoglądających z wysokości siodeł na szóstkę wyrzutków, którzy ośmielili się wjechać na zakazany teren.
– Kekhart – odezwała się, zaskoczona.
Jej głos zabrzmiał jak melodia, jak szmer strumienia odnalezionego w samym środku suchej równiny w upalny dzień. Jak trzask ognia w środku zimy. Jak śpiew ptaków po długiej nocy.
Zabrakło mu słów. Stał i wpatrywał się w dawną przyjaciółkę, a ona wpatrywała się w niego, próbując zrozumieć, skąd to niezwykłe spotkanie.
– Co tutaj robisz, z dala od plemienia?
Więc nie wiedziała. Przez te wszystkie lata nie dotarły do niej wieści. Nie miała pojęcia o jego hańbie.
Święte kobiety przypatrywały się wędrowcom, zastanawiając się pewnie, co tak nietypowa zbieranina robi na szlaku. Było ich osiem, dwie z nich należały do ludzkich plemion. Jedna młodość dawno miała już za sobą, choć w siodle trzymała się prosto i patrzyła na świat bystrymi oczyma. Włosy innej lśniły rdzą, rude, rzadkość wśród czarnowłosych orków.
„Nie mam plemienia” – chciał powiedzieć Kekhart. Znów słowa uwięzły mu w gardle. Liczył, że towarzysze pośpieszą mu na ratunek, oni jednak milczeli, świadomi, że dawni przyjaciele muszą rozegrać to między sobą.
– Kakharcie – odezwała się Hurik po raz trzeci. – Czemu milczysz?
Nie mógł tego ukrywać, nie przed nią i nie teraz, kiedy zmierzali na zgromadzenie plemion.
– Wygnano mnie. Jestem wyrzutkiem bez plemienia. Moi towarzysze również, poza Czarnym Szamanem Takhirem. Zadawanie się z nami nie będzie…
Kobieta zaśmiała się i zeskoczyła z konia.
Kekhart stał sztywno, gdy zbliżyła się go objąć.
– Dla mnie wyrzutkiem nie jesteś – oznajmiła. Potem krzyknęła na swe towarzyszki: – Hej, z koni! Zostajemy tu na noc! Studnię znajdziemy jutro rankiem!
Popatrzyły po sobie, potem po bandzie wykluczonych, z którymi miały spędzić noc. Ruda odchrząknęła głośno.
– Niech tylko ten muł, którego ze sobą mają czymś się zakryje. Nikt nie chce patrzeć na jego fiuta.
Zapadła chwila ciszy. Ruda wojowniczka skierowała spojrzenie dokładnie na osobę, o której mówiła i dokładnie w to miejsce, którego ponoć nie chciała oglądać. Arthan najpierw warknął, wzburzony, potem prawie się skulił, jakby spojrzenie kobiety miało go wykastrować. Pośpiesznie sięgnął po ubranie i począł je na siebie wciągać.
Kobiety zsiadły z koni, rozkulbaczyły uwiązały tak wierzchowce, jak i juczne zwierzęta oraz luzaka. Ten ostatni nosił siodło: albo wojowniczki straciły niedawno towarzyszkę, albo wkrótce miał do nich dołączyć ktoś jeszcze.
Rozstawiając namioty, rozpalając drugie ognisko i przygotowując posiłek, kobiety rozmawiały głośno, śmiały się i co chwila zerkały z ciekawością na szóstkę wędrowców. Czasem widać było w tej ciekawości niechęć i podejrzliwość. Widać pozostałe Święte Kobiety niekoniecznie podzielały otwarcie Hurik.
Zwłaszcza rudowłosa niechętnie zerkała na Arthana, także Gaspar, który prędko nawiązał kontakt wzrokowy z młodszą z dwóch ludzkich kobiet zyskał jej niechęć. Orczyca co jakiś czas spoglądała morderczo na obiekt zainteresowania pieśniarza, zdawała się też trzymać przy sobie pozostałe towarzyszki.
– Ałła nie może już wytrzymać bez mężczyzny – zaśmiała się Hurik, która opuściła Święte Kobiety i siedziała przy ognisku wygnańców. – Więc tym gorliwiej pozostałych pilnuje.
– Prędzej czy później każdą zaswędzi – mruknął Temur.
Larha popatrzyła na niego morderczym wzrokiem, potem to samo spojrzenie skierowało na Hurik. Widać było w jej wzroku niechęć – może zazdrość? O urodę, o wolność, o to, czego jej życie odmówiło.
– Co wam szkodzi? – spytała. – Jeśli ma potrzebę…
– Przysięgamy, że tak długo, jak długo w stowarzyszeniu jesteśmy, żaden mężczyzna nas nie tknie.
– I odrzucacie te, które dziewicami nie są.
Hurik skupiła wzrok na twarzy Larhy, wpatrywała się w nią długo, badając rysy, linie tatuaży, szczerby po kłach.
– Tindre – powiedziała spokojnie – odebrała przysięgę od dziewic ze swojego plemienia. Córek zabitych wojowników, które wolały walczyć przeciw wrogom, niż rodzić dzieci. Przysięgały, że będą czyste tak długo, jak długo będzie to konieczne.
– A tym, które chcą uciec, drogę zagradzacie – odpowiedziała Larha z narastającym gniewem w głosie.
– Nie zagradzamy drogi nikomu.
– Więc gdzie byłyście, kiedy sama byłam, kiedy mnie odrzucono, kiedy nie miałam gdzie pójść? Czego i kogo bronicie, skoro nie mogłyście bronić mnie, i innych, mnie podobnych? Jedyne, o czym myślicie, to wasza legenda, wasza duma, a ta, której dumę podeptano, nigdy nie zasłuży na wasze spojrzenie nawet…
– Słuchaj no! Mnie oskarżasz? Cóż ja ci zrobiłam?
Larha ściągnęła brwi, wyszczerzyła zęby. Brzydko to wyglądało przy braku kłów, dziury ziały w jej ustach jak oskarżenie i świadectwo hańby.
– Wy wszystkie. Wy, które mienicie się Świętymi Kobietami. O tak, wy jesteście święte, a ja – nieczysta. A ty teraz przy ogniu ze mną siedzisz, z moją nieczystością, z moją…
Temur wstał nagle, zawisł nad obiema orczycami.
– Milcz, kobieto – warknął w stronę Larhy. – Milcz i nie obrażaj ich. Zechciały z nami obozować, winniśmy im wdzięczność.
Kobieta wstała, wsparła obie dłonie na biodrach. Stała naprzeciw niego z gniewną miną, gotowa do ataku. Niższa i drobniejsza, ale dość masywna i silna, by go powalić, tak, jak nie raz powalała postawniejszych od siebie.
– I ty też? Czego ty chcesz ode mnie? Miejsce mi moje pokazać? Niech tak będzie! Wiem, gdzie miejsce moje.
Chwyciła swoją derkę i posłanie i bez słowa ruszyła na bok, poza oba obozowiska. Wędrowcy z Urhan i Święte Kobiety patrzyli na nią w milczeniu, kiedy ich opuszczała.
W końcu Hurik wstała i trzasnęła Temura w twarz.
– A ty na co czekasz, głupi?! Idźże za nią. Przeproś. Tyś się z nią związał, to ty o nią dbaj. Niech tyle ma chociaż z życia.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę, ale ruszył, ociągając się.
– Głupi fiut – mruknęła Hurik. – Z myśleniem to on ma problem nielichy.
Przy drugim ognisku rudowłosa tłumaczyła coś młodszym towarzyszkom, można przypuszczać, że uznała to, co się stało za doskonały dowód na to, iż od mężczyzn należy trzymać się z dala.
Dwie wojowniczki nie słuchały jej. Siedziały na uboczu, przypatrując się incydentowi, potem jakby nigdy nic nachyliły się ku sobie. Niższa, drobniutka, choć o szerokich biodrach, z budowy ciała podobna nieco do Diyar, lecz bardziej od niej muskularna, ujęła wyższą za rękę, drugą dłoń z czułością położyła jej na szarobrunatnym policzku, wsunęła palce w piękne, zwinięte w drobne pierścionki włosy. Wyższa nachyliła się nad nią, szepnęła coś do obwieszonego kolczykami ucha. Zaśmiały się obie, wstały i ruszyły w stronę zarośli, skrywających nieco głębszą wodę. Po chwili na zwieszającej się nad rzeką gałęzi zawisło kilka części ubrania, a zza krzaków rozległ się plusk i radosny śmiech.
Arthan i Gaspar gapili się bezczelnie w tamtą stronę, próbując wypatrzeć ciała kobiet między listowiem. W ich oczach dostrzec można było tak fascynację, jak i niedowierzanie. Pierwszy raz w życiu widzieli kobiety pozostające w tak bliskich stosunkach między sobą. Pewnie słyszeli już legendy o praktykach niektórych Świętych Kobiet, zazwyczaj kwitowane stwierdzeniem, że wojowniczkom w głowach się z braku mężczyzny przestawiło i że przeszłoby im z pewnością, gdyby się trafił jakiś, co im porządnie dogodzi. Pewnie obu młodzieńcom przemykała się teraz po głowach myśl, ile było w tym prawdy.
Hurik oczywiście postanowiła przywołać ich do porządku.
– A wy się na co gapicie, zbereźnicy?! Podejdziecie bliżej, oczy wam wyłupię! Dotkniecie której, jaja odetnę! Mamy my jednego takiego, co sobie na za dużo pozwalał, mamy, jutro go zobaczycie, jeśli przeżył. Na zjazd dojedziemy, to wy zobaczycie, jak się z tymi postępuje, co na Świętą Kobietę rękę podniosą!
Wstała, skłoniła się.
– Kakharcie, ty mi wybacz, ja do swoich muszę. Ale cieszę się, żeśmy się spotkali. Podróżować będziemy razem, przy nas nikt was nie tknie, ale nie obiecam wam na zjeździe samym bezpieczeństwa. Takhirze – skłoniła się przed szamanem – zaszczyt mi przynosi to spotkanie.
– I mnie, Hurik ze Świętych Kobiet, córko Vardży – odparł Czarny Szaman. – Tym bardziej, że uznałaś moich towarzyszy za godnych waszego towarzystwa.
– Nie zawsze się godnie zachowują – stwierdziła, zerkając na Larhę i Temura, na uboczu toczących potężną kłótnię, potem na obu młodzieńców, starających się nie spoglądać w zakazanym kierunku. – Ale cóż, temu, kto żyje poza, trudno inaczej. My same wiemy coś o tym i ty to wiesz sam.
Oddaliła się i usiadła wśród swoich. Jedna z wojowniczek podała jej miskę pełną gęstej zupy, inna kubek z jakimś napojem. Dwie dziewczyny, które kąpały się w rzece, wróciły – ociekające wodą i odziane w same tylko spodnie, nie przejmując się, że tuż obok dwóch młodych mężczyzn robi wszystko, żeby się nie przyglądać ich obnażonym piersiom. Ruda skarciła, je, oczywiście, ale i z tego niewiele sobie zrobiły. Siadły przy ogniu, jedząc późną kolację.
– Jeśli ja komu zazdroszczę – rzekł Kekhart półgłosem, nachylając się do szamana. – To tym dwóm właśnie.
Odkąd wyruszyli, nie było między nimi więcej dotyku, niż to konieczne w podróży.
Alvablodet zaśmiał się półgłosem.
– Mój Kekharcie, brzeg rzeki jest rozległy i z pewnością znajdziemy tu sporo miejsca na samotność.
– A inni i tak będą wiedzieć.
– A myślisz, że nie wiedzą już? Mój Kekharcie, my tu wśród swoich jesteśmy.
Wstał, sięgnął po derkę.
– Idziesz więc – spytał – czy boisz się?
Kekhart zawahał się przez chwilę, ale ruszył za nim.
***

Rankiem wojowniczki prędko zwinęły swój obóz i przygotowały się do drogi.
– Musimy przekroczyć rzekę – oznajmiła Hurik. – Zostawiłyśmy tam kogoś w studni, czas go zabrać.
– O ile żyje jeszcze – zaśmiała się jedna z jej towarzyszek – Bo w tym upale trudno…
Minęli więc zarośla i ruszyli przez trawy. W tym krajobrazie trudno było wypatrzeć jakąkolwiek studnię, rzadko bowiem wznosiły się one ponad poziom ziemi, a nawet jeśli, prędko zasłaniały ich otwór chaszcze.
W takich studniach zostawiano często zbrodniarzy, z którymi nie do końca wiadomo było: wygnać ich czy zabić? Kiedy plemię opuszczało swoje koczowisko, porzucało i studnię i winowajcę. W głębokiej jamie, z niewielkim otworem nad głową, łatwo było umrzeć z głodu lub oszaleć, zaś w prawdziwie upalne lata, gdy woda na dnie studni wysychała, śmierć przychodziła z pragnienia i gorąca.
Urhan i inne nadgraniczne osady przejęły ten zwyczaj i drążyły w ziemi swoje więzienia. Urhańskie Studnie były kompleksem jam wykutych w skale, paru głębokich i wąskich, przeznaczonych dla jednej osoby i paru szerszych, dla wielu więźniów, choćby tych, których wrzucano tam na kilka dni, jak się to zdarzyło Gasparowi i Arthanowi. Ale czasem zamykano kogoś w wąskiej jamie i zapominano o nim. Na dnie niektórych Studni leżała spora warstwa kości.
Kobiety wiedziały, gdzie szukać. Studnia okazała się być nisko ocembrowana, z wnętrza pachniało wilgocią i ekskrementami. Zbyt ciemno jednak było, by dostrzec osobę w środku
Jedna z kobiet podeszła i wrzuciła kamyk do wnętrza. Po chwili dał się słyszeć jęk bólu.
– Żyje! – wykrzyknęła. – Linę dać!
Jeden koniec grubego sznura wojowniczka wrzuciła do studni, drugi pozostałe chwyciły w dłonie. Kobieta zeskoczyła na dół, po pewnym czasie szarpnęła za linę.
– Można wyciągać – zawołała – sam to on nie wyjdzie!
W pierwszym odruchu Urhańczycy chcieli pomóc, ale Takhir powstrzymał ich. Świętych Kobiet było dość i nie potrzebowały wsparcia mężczyzn. Gdyby ktoś je wyręczył, poczułyby się urażone.
Patrzyli więc, jak wojowniczki bez większego trudu wydobywają ze studni brudnego i słabego orczego mężczyznę.
Wyglądał na niemłodego już, a wycieńczenie organizmu potęgowało to wrażenie. Wychudzony, o zapadniętych oczach, twarzy pociętej zmarszczkami, włosach posklejanych w brudne, sfilcowane strąki, ciele, raz po raz wstrząsanym dreszczami: wrak, a nie żywa istota, cień tego, czym mógł niegdyś być. Spod potężnej warstwy brudu nie widać było nawet oznak, które wskazywałyby na przynależność do plemienia.
Najstarsza z wojowniczek zbliżyła się i z zaciętą miną wymierzyła solidny kopniak w wychudzony bok mężczyzny.
– No, śmieciu, masz pecha, że żyjesz – oznajmiła.
Mężczyzna nie odpowiedział jęknął tylko w sposób nie przystojący wojownikowi.
– Do rzeki – rozkazała Hurik – cały jest ubabrany we własnym gównie.
Kiedy zaciągnęły nieszczęśnika na brzeg, by wrzucić go do zimnej wody, doszło do pierwszego buntu. Arthan, nieoczekiwanie, wdarł się między Święte Kobiety, chwycił półprzytomnego mężczyznę za ramię i spojrzał w oko tej, która go trzymała: tej wysokiej, ze ślicznie wijącymi się lokami, która uprzedniego wieczora w tym samym miejscu kąpała się wraz z kochanką.
– Ty przestań. Ty go zabijesz.
Dziewczyna zmierzyła mieszańca wzrokiem.
– Z drogi mule!
Młodzieniec podniósł rękę, zamierzając się do ciosu.
– Albo ty przestaniesz, albo… – zagroził.
– Albo ty odejdziesz, albo nie będziesz miał fiuta – ostrzegła wojowniczka, wolną rękę kładąc na nożu przy pasie.
– Ty wejdziesz między nas i nasze sprawy, kundlu, i jesteś równie martwy, co ta kupa łajna – dodała Hurik, zbliżając się. – ostrzegałam cię wczoraj, ostrzegam drugi raz. Trzeci raz nie ostrzegę, trzeci raz wypruję ci flaki, nie ważne, żeś naznaczony przez bogów.
Pół-człowiek zdawał się nic sobie nie robić z gróźb. Przeniósł wzrok na Hurik.
– On na lepsze traktowanie zasłużył. Wy nim tak pomiatać będziecie, wy go zabijecie.
– Wierz mi, mieszańcu, lepiej dla niego, jeśli zginie, zanim na zjazd dotrzemy. Wiesz, co z nim zrobimy? Obedrzemy go ze skóry, na oczach wszystkich. Niech wiedzą plemiona, co czeka tego, kto wystąpił przeciw nam.
– Jak on ma zginąć, niech on chociaż ginie z godnością.
– A co ty wiesz o godności, mule? – wtrąciła się ruda Ałła.– Hurik, po prostu zabijmy ten pomiot urhańskiej kurewki.
– Tylko spróbuj, suko – warknął za ich plecami Gaspar. Szczęknęła stal, gdy wysunął miecz z pochwy. – Tkniesz Arthana – z nami wszystkimi będziesz mieć do czynienia.
– Gaspar, milcz! – rozkazał mu Kekhart. – Arthanie, dość, to ich sprawa, nie nasza. Ten mężczyzna popełnił zbrodnię.
– Jak i ty – zaprotestował młodzieniec. – Jak Larha, jak Temur, jak Gaspar… A moją zbrodnią jest moje urodzenie. On jest jednym z nas.
– Cokolwiek zrobił, nie ma porównania, skoro chcą go ze skóry obedrzeć.
– To ja mówię, niech on z godnością umiera – upierał się pół-człowiek.
Hurik zaśmiała się.
– Niech to, naprawdę, macie dziecko bogów wśród was. Błogosławieństwo. Błogosławieństwa głosu nie sposób nie słuchać, skoro tak mówi. Ałła, Kuara, odstąpcie. Niech go umyją po swojemu, jak się nie brzydzą. Niech się nim zajmą. Takhirze, zrobisz to? Przynajmniej my tego śmiecia nie będziemy musiały tykać.
– I tak nie będzie godności w jego śmierci – oznajmiła z wyższością najstarsza ze Świętych Kobiet. – A fiuta utnijmy mu teraz – dodała, wyjmując nóż.
– Przed zgromadzeniem – powstrzymała ją przywódczyni. – Jakeśmy ustaliły – jego śmierć ma być przykładem.
W końcu Arthan i Kekhart zabrali się za obmycie więźnia z nieczystości, Takhir zaś rozpaliwszy ognisko zabrał się za przygotowanie ziół, które miały przywrócić mężczyźnie dość sił, by mógł podróżować do wieczora. Starszy ork przez cały czas nie wypowiedział ani jednego wyraźnego słowa, bełkotał tylko i miotał się, wstrząsany dreszczami. Gdy oczyścili mu twarz, ukazała się pionowa, wypukła blizna biegnąca od nasady nosa i rozwidlająca się na trzy na czole – znak pochodzenia z Ludu Drzewa.
Larha przypatrywała się tym ablucjom bez zadowolenia.
– To gwałciciel – powiedziała w końcu, kiedy mężczyźni zerkali na nią pytająco. – śmieć, którego małym palcem nie tknę. Powinniście pozwolić, żeby z nim postąpiły, jak chcą.
– A ty skąd wiesz? – spytał ją Temur
Spojrzała na niego groźnie – ciągle nie pojednali się do końca po kłótni z uprzedniego wieczora.
– Ta stara chciała mu kuśkę obciąć. A obdarcie ze skóry… za najgorsze zbrodnie kara. Cóż dla Świętych Kobiet gorszego, niż zniewolenie jednej z nich?
– No to musiał mieć sił dużo, że taką wilczycę zmusił – stwierdził kowal nie bez podziwu.
Larha bez słowa zwinęła dłoń w pięść i wymierzyła mu cios. Z nosa mężczyzny pociekła krew.
– Ty nie zapominaj, że sam masz wilczycę przy sobie. I że ta wilczyca wielu takich, jak to żałosne łajno wykastrowała. Żeby wilczycę mieć, trzeba na nią zasłużyć.
– Ot, i mamy na żywo, co nam Larha do głowy tłucze, Arthan – skomentował to pieśniarz. – Chcesz kobietę, musisz się postarać, jak się nie postarasz, skończysz jako eunuch. I bez skóry jeszcze. Nieciekawa to perspektywa, nie sądzisz?
Położyli więźnia, czystego już, rozdzianego z ubrania, którego nie dało się uratować, na derce. Takhir uklęknął nad nim i bezceremonialnie rozwarł mu usta.
– Pij – rzekł, wlewając w gardło mężczyzny ziołowy napar, zmieszany ze zsiadłym mlekiem. – Musisz mieć siły na to, co cię czeka…
Starszy ork zakrztusił się, wypluwając pierwsze krople, ale kolejne pił łapczywie. Potem jęknął i pierwszy raz popatrzył przytomnym wzrokiem na otaczające go osoby. Takhir użył sobie tylko znanych moczy, by przywrócić mu przytomność.
– Bogowie… bogowie, miejcie nade mną litość… – jęknął, widząc twarz szamana i twarze wojowniczek otaczające go kręgiem.
– Dobra robota, szamanie – powiedziała Hurik z uznaniem. – Lepiej by dla niego było, żeby umarł, ale dla nas lepiej, że on żywy. Na koń! – rozkazała swym towarzyszkom. – Ruszamy, dość żeśmy zmitrężyły!
– Bogowie, obym umarł… – jęknął więzień. Musiał wiedzieć, co go czeka. Dały mu to Święte Kobiety do zrozumienia, gdy pozostawiły go w studni. – Bogowie, jeśli macie litość, dajcie mi umrzeć.
Takhir, który klęczał nad nim, ujął jego twarz w dłonie, spojrzał mu głęboko w oczy.
– Nie umrzesz teraz, wojowniku z Ludu Drzewa. Zabiją cię dwa smoki, pamiętaj moje słowa. Dwa smoki.
– No to w paszczę jednego jadę – odrzekł skazaniec. – Czarny Smok, Jyrgal. Bogowie, miejcie litość nade mną.
„I drugi smok” – pomyślał Kekhart – „Ten, który ma zostać władcą, ten, do którego jedziemy…”
***

Kekhart znał miejsce, w które zdążali. Jakież inne miejsce byłoby lepsze dla zjazdu plemion, niż równina wokół kurhanu Tindre? Zwłaszcza chan Szarych Wilków, dziedzic Jaguna, dziedzica Tindre musiał szukać potwierdzenia swej władzy u legendarnej władczyni, zwołał więc plemiona w miejscu, gdzie została pogrzebana wraz z ukochanym małżonkiem. Mówiono, że gdy padła w ostatecznej walce, raniona mieczem Lanfeia, wiedząc, że śmierć jest blisko, kazała Kassar najbliższej ze swych wojowniczek wypuścić strzałę. Tam, gdzie strzała upadnie, będzie miejsce by pochować kagana. I Święta Kobieta strzeliła z łuku, a duchy poniosły jej strzałę daleko, daleko: więc ranna Tindre, niesiona przez swoich wojowników, przez Gevorga, Jaguna i Kassar, dotarła na równinę zwaną Polem Łez. I tam w końcu oddała duszę Niebiosom i Ziemi, swym rodzicielom. Wtedy wzniesiono w miejscu jej śmierci potężny kurhan, chowając królową stepu razem z jej rumakiem, jej mieczem i dziesiątkiem niewolników, dowódców wojska Lanfeia. Złożono pod jej stopami miecze pokonanych wrogów, dusze ich najpotężniejsi szamani związali, by strzegli grobowca. Sześć dziewiczych wojowniczek rzuciło się na swoje miecze, chcąc także i po śmierci służyć swej pani. Gevorg zmarł wkrótce po niej. Ukochany, którego serce Tindre zdobyła z takim trudem, Gevorg, najpiękniejszy i najodważniejszy ze wszystkich wojowników, który dla królowej odrzucić musiał własną dumę: nie chciał bowiem poślubić niewiasty przewyższającej go walecznością. Ten Gevorg, który doprowadził do tragedii, nieopatrznie uwalniając Lanfeia – zmarł z rozpaczy i poczucia winy za śmierć małżonki, której nie zdołał pomóc. Pochowano go u jej boku, tak, jak z męskimi wodzami nie raz chowano ich żony.
Kurhan widać było z oddali, jedyne wzniesienie na płaskiej przestrzeni Pola Łez. Wieńczyła go potężna kamienna stela, postawiona na rozkaz Jaguna. Wyryto na niej litery, jak często na kamieniach nagrobnych i granicznych: „Tu snem wiecznym spoczywa Tindre, boska córa, której miecz ścinał głowy demonom, najmężniejsza spośród dzieci wielkiego stepu”.
Teraz dookoła kurhanu rozłożyły swe obozy liczne plemiona, tworząc olbrzymie stepowe miasto, większe niż to, które Kekahrt widział w dzieciństwie. Więcej zjechało się koczowników by poświadczyć wybór kagana, niż niegdyś pochować Ulagana, który kaganem zostać nie zdołał. Nie, żadne z Urhańczyków nie spodziewało się ujrzeć takiego mrowia.
Poszczególne plemiona rozbijały obozowiska tak, by zagrody dla koni i bydła pozostawić po zewnętrznej stronie, namioty wodzów zaś w centrum „miasta”, u stóp grobowca. Tam też znajdował się centralny plac, miejsce spotkań i narad, otoczony mniejszymi, ogrodzonymi placykami, przeznaczonymi do pojedynków. Pomiędzy nimi na wietrze łopotały barwne chorągwie, buńczuki z barwionych końskich ogonów, sterczały pod niebo ostrza dzid, pik i gałęzie drzew, odartych z kory i wkopanych w ziemię i obwieszonych amuletami, kośćmi i ofiarami. Niewielkie miejsca kultu u stóp wielkiego świętego miejsca. Ołtarze u przedsionka miejsca spoczynku Tindre, oblane krwią i napitkami, ofiarami na część ubóstwionej władczyni.
Dalej postawiono namioty, jurty i wozy mieszkalne, najpierw siedziby chanów i ich rodzin, namioty szamanów tym razem we wnętrzu, tam, gdzie miejsce święte. Dalej siedziby wojowników, ich żon, dzieci i niewolników, dbających o konie i bydło. Dalej targowiska, jak w Urhan, zgromadzenie bowiem doskonałą było dla koczowników okazją do prowadzenia handlu, rzadko praktykowanego poza miastami. Obok nich rozstawili swe pracownie rzemieślnicy, gotowi naprawić zniszczone przedmioty lub wykonać nowe. Wszędzie gwar i barwy, odświętne ubiory: hafty, bogate ozdoby, włosy przeplecione wstążkami. Dla koczowników zgromadzenie było niczym święto.

C.D.N.