Ancyum 7
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 06 2011 13:39:18
Ancyum 7

- Riki, rozluźnij się. Jesteś cały spięty, a to mi nie ułatwia zadania - powiedział Dahli, przymierzając się do zbadania mieszańca. W końcu dostał odpowiednio dokładny sprzęt,
dzięki któremu miał orzec, czy wszystko z dzieckiem w porządku.
Riki leżał niespokojnie na łóżku i bacznie obserwował przyrządy, co jakiś czas spoglądając na ekran połączony z dziwną aparaturą. Urządzenie wydawało wysoki, urywany pisk, któremu towarzyszyło miganie małej czerwonej lampki, co go dodatkowo denerwowało. Już dzisiaj poznają płeć dziecka.
- Przecież się staram - odpowiedział czarnooki, nieświadomie spinając się jeszcze bardziej.
- Może wolisz by Iason ci towarzyszył? - zapytał lekarz widząc, że ciężko będzie mu przeprowadzić badania. - Poczujesz się pewniej.
- Iason ma inne sprawy na głowie niż cackanie się ze mną. Poza tym nie potrzebuję jego pomocy.
Dahli westchnął, po czym ponownie przyłożył sondę do brzucha Rikiego. Zaśnieżony do tej pory obraz na ekranie rozjaśnił się ukazując wyraźniejsze kontury. Riki starał się oddychać spokojnie, co powoli przyniosło pożądany skutek. Obraz stał się wyraźny na tyle, by Dahli mógł pracować.
- Aha… tak… tu widać łożysko… - mruczał pod nosem, przesuwając sondę po brzuchu.
- To coś złego? - zapytał zaniepokojony mieszaniec, dla którego niektóre słowa lekarza były kompletnie niezrozumiałe.
- Ależ skąd, wszystko w porządku… o widzisz? To twoje dziecko - powiedział z uśmiechem pokazując Rikiemu na ekranie ciemny, zwinięty kształt, z którego można już było wyodrębnić poszczególne części ciała. Riki wpatrywał się w obraz jak zaczarowany. Oto właśnie spoglądał na swoje dziecko, to nic, że w tej chwili wyglądało bardziej jak szaro-czarna plama. Było jego…
- Świetnie… teraz tutaj… nóżki są… tutaj brzuszek… - uśmiech Dahliego się poszerzył. - gratulacje, Riki. To będzie chłopiec.
- Jesteś pewien? - zapytał Riki, również się uśmiechając.
- Na sto procent - odpowiedział lekarz pokazując mieszańcowi "dowód". - Dalej… rączka…jest…druga rączka… główka… główka…?! Główka?! - niemal wykrzyknął Dahli, widząc na ekranie drugi kształt, taki sam jak poprzedni.
- Co?! Dahli, jak to główka? Ile on ma główek? - jęknął przerażony Riki widząc oczami duszy dwugłowego potworka.
Lekarz wcisnął kilka guzików by wyostrzyć obraz. Tak, teraz widział wyraźnie - druga główka, a także kolejne dwie rączki i dwie nóżki… jednakże tutaj czegoś brakowało…
- Wszystko w porządku, Riki - odetchnął. - To dziewczynka.
- No to w końcu chłopak czy dziewczynka? Zdecyduj się, jeśli możesz.
- I jedno i drugie - rzekł uspokajającym tonem lekarz. - Widać spotkało was podwójne szczęście… Riki? Riki, ocknij się! Nie mdlej mi tu teraz! Riki!

* * *

- Długo leży nieprzytomny? - zapytał Iason nalewając trochę wody do szklanki i stawiając ją na szafce przy łóżku.
- Od ponad dwóch godzin - odpowiedział Dahli sprawdzając puls mieszańca. - Niedługo powinien się obudzić.
Iason wrócił do mieszkania godzinę temu. Czekał na niego lekarz, który poinformował go, że Riki był zemdlał w czasie badania. W pierwszej chwili blondyn przestraszył się, że coś nie tak, jednak po zapewnieniach Dahliego uspokoił się i czekał aż mieszaniec się ocknie.
- Co to mogło spowodować? - zapytał.
- To zapewne szok. Mógł omdleć z nadmiaru wrażeń, szczęścia albo…
- A jaką to wiadomość niby usłyszał, że tak na niego podziałała? - dopytywał się Iason, gdyż tego typu reakcje były do Rikiego niepodobne.
- Panie Mink, gdybym wiedział, że do tego dojdzie, inaczej bym mu o tym powiedział. To będą bliźnięta, czego zresztą i panu gratuluję… panie Mink?

* * *

Iason powoli otworzył oczy i wydał z siebie cichy jęk. Czuł, że leży na czymś miękkim, chyba na dywanie w sypialni... skąd on się tu wziął na dywanie? Chyba nie… Nie, to niemożliwe. Nigdy w życiu nie zemdlał. W jednej chwili świat zawirował a potem nie było już nic, ciemność. Odgarnął dłonią włosy z twarzy i lekko uniósł się na łokciach. Dahliego nie było w pobliżu, jego torba też zniknęła z sofy. " Poszedł sobie… za co ja mu płacę?"
- No to się postarałeś, tatuśku - usłyszał za plecami.
Na łóżku siedział Riki i popijał herbatę z plasterkiem cytryny.
- Czemu tylko dwoje? Przy swoich zdolnościach trzeba było od razu spłodzić własną drużynę reprezentacyjną albo partię! - powiedział złośliwie spoglądając na wstającego powoli blondyna.
- Dobrze wiesz, że nie planowaliśmy nawet jednego. - Iason jęknął, czując nieprzyjemne pulsowanie z tyłu głowy.
- Mnie to mówisz… - westchnął Riki, odstawiając herbatę i kładąc się na poduszkach. - Dobrze przynajmniej, że nie troje.
Iason spojrzał wymownie na kochanka, dając mu do zrozumienia, żeby go nie denerwował. Był dzisiaj u Jupitera. Sytuacja rzeczywiście nie wygląda dobrze, za dwa dni miała się zebrać elita i naradzić, jakie należy przedsięwziąć środki w walce z kryzysem. Dlaczego akurat to musi się dziać za jego rządów? Przez lata był spokój, inne Kolonie akceptowały odmienny system Amoi, niektóre nawet przejęły pewne jego elementy.
Riki… musi opuścić miasto w ciągu tygodnia, zanim zaczną baczniej kontrolować granice. Oczywiście mógłby zakazać zatrzymywania mieszańca, ale to byłoby jak ustawienie go w świetle jupiterów. Łatwo by go przechwycili a wtedy nie zrobiłby już nic, miałby związane obie ręce i zakneblowane usta. Jego słowa przeciw słowom Jupitera… wiedział, czym by się to skończyło.

Mieszaniec spoglądał na słońce wyłaniające się leniwie zza horyzontu. Miał ogromną ochotę wyjść na taras i powitać dzień, jak to miał kiedyś w zwyczaju, porannym papierosem. Nie palił od niemal sześciu miesięcy, w dodatku pogoda niezbyt sprzyjała opuszczeniu ciepłego mieszkania. Mimo słońca i braku chmur było przeraźliwie zimno, jak zwykle o tej porze roku. Zima zmierzała ku końcowi, racząc świat pożegnalnymi mrozami, aczkolwiek czuć było w powietrzu subtelny zapach nadchodzącej wiosny. Śnieg także stopniał już w wielu miejscach, tworząc błotnistą breję na drogach.
Dahli przekazał informację o bliźniętach Raoulowi, który stwierdził, że koniecznie musi sam to skontrolować. Noszenie dziecka przez mężczyznę już samo w sobie było dość ryzykowne i wymagało szczególnego nadzoru, a co dopiero dwoje dzieci…
Am zjawił się w apartamencie tak, jak zapowiedział to wieczór wcześniej. Włosy związał w luźny warkocz co nadało mu znacznie łagodniejszy wygląd. Czarny, długi, zimowy płaszcz miał zapięty pod samą szyję, dodatkowo owiniętą szerokim, seledynowym szalem z jedwabiu.
W dłoni niósł spory neseser, w którym znajdowała się podręczna aparatura i inne przyrządy. Gdy wszedł do salonu, Riki nawet nie odwrócił w jego stronę głowy jakby obecność biotechnologa była mu całkowicie obojętna.
- Połóż się na kanapie i odsłoń brzuch - powiedział Raoul także nie witając się z brunetem. Riki wiedział, że ostatnią rzeczą, jaka sprowadziła tu blondyna, była troska o jego zdrowie. Chodziło tylko i wyłącznie o ciekawość naukową. Riki bez słowa wykonał polecenie. "Chcę mieć to z głowy, niech obejrzy, co ma obejrzeć i spierdala" - pomyślał. Atmosfera była napięta, choć żaden się nie odezwał. Słowa były zbędne, fakty mówiły same za siebie. Riki miał dodatkowy atut, by utrzymać Iasona przy sobie podczas gdy Raoul nie miał praktycznie żadnego. Obaj doskonale zdawali sobie z tego sprawę, znali swoje pozycje w walce która toczyła się między nimi odkąd Riki zaszedł w ciążę, albo nawet i wcześniej.
Przez dłuższy czas Raoul obserwował obraz na monitorze, robiąc co chwila jakieś notatki. Później zmierzył Rikiemu puls oraz pobrał krew do zbadania.
- Zdaje się, że wszystko w porządku… na razie - mruknął, wyłączając urządzenie i znowu coś zapisując.
- Na razie? Jak mam to rozumieć? - zapytał Riki, powoli wstając z kanapy.
- To, że teraz jest dobrze, nie znaczy, że tak będzie w czasie porodu. Istnieje ryzyko, że nie donosisz jednego albo obojga… - to mówiąc Raoul spojrzał prosto w oczy mieszańca. Riki nie odwrócił spojrzenia, nie będzie unikał wzroku faceta, który paraduje na przyjęciach w różowych kieckach.
- Domyślam się, że przed snem się dwa razy o to pomodlisz.
Odpowiedział mu tylko krótki, pełen pogardy uśmiech.
- Cóż.. co będzie to będzie. Kimże ja jestem by ingerować w prawa "natury"… - rzekł Am składając przyrządy z powrotem do walizki.
- Prawa natury? To ty znasz takie słowo? - syknął Riki, zakładając ręce na piersi przybierając pozycję obronną.
- Zabawne - prychnął blondyn, po czym zbliżył się do mieszańca. Stał teraz od niego na odległość wyciągnięcia ręki. - Już dawno ci powiedziałem o konsekwencjach tej ciąży, sam wybrałeś za siebie i za Iasona. - Tu głos Raoula przeszedł szept. - Pociągniesz go na dno razem ze sobą jak kula u jego nogi. Bo tym jesteś, Riki - balastem u nogi Iasona. Ciążysz mu na opinii i nie tylko. Teraz zaczął się o ciebie potykać, a to nie pozostaje niezauważone. Myślisz, że to, co się dzieje między wami nie ma najmniejszego wpływu na jego otoczenie? Błąd, Riki. Ma, i to duży. Osłabiasz go, niszczysz od środka niczym rak… Jeśli coś się stanie, to pamiętaj, to będzie twoja wina.
- Zapewne ty zapieprzając wokół niego z brzuchem tylko byś go wewnętrznie umocnił, co? - Riki nie dawał po sobie poznać, że poczuł lodowaty dotyk słów naukowca. Nie da mu tej satysfakcji. Już dawniej domyślał się, że jego obecność jako pieszczocha może mieć niezbyt przyjemne skutki i Iason to przed nim ukrywa. Zawsze gdy Riki próbował go o to wypytać, ten zmieniał temat.
- Riki, nie można porównywać popiołu, pyłu z diamentem. Ty nie masz żadnych praw. A jeśli chodzi o mnie, to z pewnością lepiej rozumiem Iasona i to we mnie znajdzie właściwe oparcie. Przy nie będzie sobie zawracał głowy tobą i tym…czymś. - Wypowiadając ostatnie słowo Raoul spojrzał na Rikiego z wyższością i nieukrywaną odrazą. Ostatkiem sił mieszaniec zapanował nad sobą. Gdyby nie był w takim stanie rzuciłby się na blondyna. Fakt, że byłby to prawdopodobnie akt samobójczy, ale Riki miał swoją dumę.
- Popiół z diamentem, mówisz? Diament sam pcha się w popiół…
- Co masz na myśli?
- Zamiast zwyczajnie olać gadanie głupiego mieszańca wdajesz się z nim w dyskusję… Staczasz się, Raoul. A może… nikt dawno ci należycie nie wsadził i nadmiar spermy mózg ci uciska?
Przegiął. Doskonale wiedział, że przegiął. Swoimi słowami właśnie opluł dumę Blondyna… dumę Raoula.
- Jak śmiesz!!! - syknął biolog.
W jednej chwili świat zawirował Rikiemu przed oczyma. Nie wiedział czy leży czy nadal stoi. Jedyne, czego był pewien, co czuł aż nadto wyraźnie to niemożliwie piekący ból na lewym policzku. Czuł jak silna dłoń zaciska się na jego szyi niczym imadło, pociemniało mu w oczach. Gdzieś, jakby w oddali usłyszał głos, krzyk, po czym uścisk zniknął. Resztkami świadomości Riki czuł, że upada na posadzkę.
- Puść go!!! - donośny krzyk Iasona rozszedł się po pomieszczeniu niczym grzmot.
Raoul spojrzał w lodowate niebieskie oczy. Pod wpływem spojrzenia Iasona niechętnie rozluźnił uchwyt a następnie puścił mieszańca. Już kiedyś widział ten wzrok…
- On mnie obraził! - odpowiedział.
- Zostaw nas! - warknął Iason.
- Ale…
- Zostaw nas! - powtórzył dobitniej drugi blondyn. - Później porozmawiamy o tym, kto kogo obraził. Teraz wyjdź, Raoul. - Iason zniżył głos, zachowując jednocześnie ostry ton. - I nigdy więcej go nie dotykaj! - dodał, kiedy zielonooki minął go bez słowa w drzwiach, nawet na niego nie spoglądając.
Iason szybkim krokiem podszedł do Rikiego i delikatnie przeniósł go na kanapę.
- Riki, ocknij się! Riki! - szeptał, głaszcząc go po spuchniętym policzku.
Mieszaniec powoli otworzył oczy, po czym jęknął pod wpływem dotyku blondyna na obolałej twarzy. Mink w pierwszej chwili myślał, że Raoul złamał mu przy okazji szczękę, jednakże na szczęście skończyło się na rozciętej dolnej wardze. Spojrzał w błękitne oczy Iasona , które patrzyły na niego z nieukrywaną czułością i niepokojem. Zdołał przybrać coś na kształt delikatnego uśmiechu, obejmując jednocześnie dłoń kochanka.
- W porządku? - zapytał Iason.
- Tak, tylko cholernie boli- jęknął Riki, czując w ustach smak krwi. - Nie masz przypadkiem trochę lodu na zbyciu?
Iason przymknął oczy i westchnął głęboko.
- Riki… nawet nie wiesz jakie masz szczęście, że cię tylko boli. On mógł ci skręcić kark jedną ręką i ty byś nie wiedział kiedy! - To mówiąc, blondyn wstał i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z workiem lodu i ostrożnie przyłożył go do twarzy bruneta. Riki syknął cicho.
- Czym go obraziłeś?
- …
- Riki! - Mieszaniec podniósł wzrok na Iasona. Teraz czułość i troskę zastąpiła powaga. Nie potrafił przewidzieć jego reakcji, wszak Raoul był jego bliskim przyjacielem, Blondynem, a on jako pieszczoch nie miał prawa okazać nawet cienia braku szacunku. Tak czy inaczej stało się i w głębi duszy Riki nie żałował ani jednego wypowiedzianego słowa.
- Powiedziałem mu prawdę. To jego problem, że nie umie jej przyjąć takiej, jaka jest! - odpowiedział twardo spoglądając w oczy rozmówcy.
- Riki… - Iason westchnął, odgarniając z twarzy kilka kosmyków, które opadły mu na oczy. - Jesteś moim pieszczochem, nosisz w sobie moje dziecko ale, na Boga, nawet to ci nie daje przywileju takiego postępowania!
- Ale…
- Znasz swoją pozycję. To, że ja ci pozwalam mówić do mnie to, co myślisz, nie znaczy, że… - urwał widząc jak w czarnych oczach mieszańca pojawiają się łzy. - Riki?
- Doskonale znam swoje miejsce, Iason… nie pieprz mi tu o pozycji i prawach! Ty nie masz prawa mnie posuwać! Jeśli bym mógł, to powiedziałbym drugi raz to samo, a nawet i więcej. Nie żałuję tego! Słyszysz, Iason? Nie żałuję… - Łzy popłynęły Rikiemu po twarzy. - On też mnie obraził, a ja mam swoją dumę…mów co chcesz, ale mam swoją dumę, Iason. Myślisz, że pozwolę się ciągle upokarzać? - wyszeptał, nie odwracając wzroku od blondyna. - Poza tym…
Położył rękę na swoim brzuchu i delikatnie go pogładził. Nie pozwoli ich skrzywdzić. Nie pozwoli nimi pogardzać tak, jak pogardzają nim. Zasługują na więcej.
- Co ci powiedział? - zapytał Iason marszcząc jasne brwi.
- A co cię to, kurwa, obchodzi?! Dla ciebie jestem przecież żywą zabawką, a że przy okazji jestem też w ciąży z tobą… Jeszcze trochę a znudzisz się mną, nami i wtedy się nas pozbędziesz, bo po co trzymać mnie przy sobie?! Jestem dla ciebie ciężarem…- Riki nawet nie próbował powstrzymywać łez, rozkleił się zupełnie. Nienawidził płakać, rzadko płakał, ale nie potrafił już dłużej tłamsić w sobie swoich uczuć i obaw. Czuł się z tym źle, bo nie chciał, by Iason widział go w takim stanie.
- Jest mi ciężko, cholernie ciężko…nie wiem co jest prawdą, a co nią nie jest… tyle pytań bez odpowiedzi… Ja już nie mogę, Iason. On za każdym razem pokazuje mi moje miejsce, wgniata mnie w nie jak pineskę… Każde jego spojrzenie przypomina mi, że jestem niczym… ja to wiem, Iason, ja wiem kim jestem, nie zmienię tego, ale nie pozwolę by ten palant tak mówił o dziecku!
Iason w milczeniu patrzył na płaczącego kochanka. Riki nigdy nie wystąpił przeciwko innemu blondynowi. Jeżeli wizyta Raoula skończyła się w ten sposób, to musiała być ku temu przyczyna. Przecież znał Rikiego… on umiał, trzymać język za zębami, jeśli było trzeba. Powinien od razu się domyślić, że Raoul go sprowokował.
Delikatnie objął mieszańca i czule pocałował w czoło.
- Wybacz, Riki - wyszeptał, głaszcząc go po włosach. - Nie płacz… i nie mów tak o sobie. "Przecież wiesz, że cię kocham…nie…ty nie wiesz o tym, nie możesz wiedzieć, bo nigdy ci o tym nie powiedziałem…" Już dobrze… Porozmawiam z Raoulem…
Czuł, jak Riki powoli się uspokaja.
- Iason, ja mam już dość. Dość tego wszystkiego…
- Już niedługo, Riki - powiedział blondyn scałowując ślady łez na twarzy mieszańca. - Wyjedziesz stąd i nie będziesz już myślał o slumsach, Raoulu i Tanagurze.
- Ale ty będziesz ze mną?
Iason spojrzał w zaczerwienione oczy Rikiego. Brunet był taki piękny, nawet z sinym policzkiem i zapłakanymi oczyma. Teraz patrzył na niego wyczekująco, ale w jego wzroku było coś jeszcze… Iason nie był pewien, czy mu się to wydaje, czy nie. Chciałby mieć pewność, że nie, bo to by znaczyło, że Riki…
- Chcę abyś był ze mną, Iason - wyszeptał Riki niemal bezgłośnie, z lekkim wahaniem, jakby nie był pewien czy jego słowa zostaną dobrze odebrane. Niepotrzebnie. Iason usłyszał ukryte w nich wyznanie. Niema propozycja wspólnego życia… przez jego Rikiego… Widział jak na twarz kochanka wpłynął szkarłatny rumieniec. Koniec z udawaniem, niedopowiedzianymi słowami, koniec milczenia. Riki chciał, by Iason wiedział. Najwyżej go wyśmieje, i tak zniósł już tyle upokorzeń…
Jednak Iason był jak najdalszy od śmiechu. Był świadomy, ile to wyznanie kosztowało mieszańca. Tak bardzo pragnął kiedyś je usłyszeć…
- Riki… - teraz niech on go usłyszy. Wpił się w pełne usta Rikiego z całą pasją, jaką w sobie miał. Pocałunek był gorący, namiętny, a jednocześnie czuły i delikatny. Brunet miał wrażenie, że Iason chce przelać w niego swoją duszę, samego siebie. Blondyn chciał, by Riki poczuł całą jego miłość, by zrozumiał jego uczucia, które od tak dawna nim targały. Musi je w końcu zrozumieć!
Zrozumiał. Wyraźnie słyszał odpowiedź, czuł ją całym sobą. Zanurzył ręce w gęstych włosach Iasona pogłębiając pocałunek jeszcze bardziej. Nie śpieszyli się, celebrowali każdy moment tej pieszczoty, każde muśnięcie języka. Całowali się póki nie zabrakło im tchu, wtedy przerwali. Iason czule pogładził nosem zdrowy policzek kochanka, na co ten delikatnie się uśmiechnął.
- Iason… - wymruczał Riki sięgając do zapięcia koszuli blondyna. Chciał go poczuć całego. Powstrzymała go jednak dłoń Iasona.
- Nie, Riki. Nie możesz.
- Oczywiście, że mogę! Mogę i chcę… - nie dawał za wygraną brunet.
- Nie. Z tym poczekamy… - powiedział stanowczo Iason całując smukłą dłoń Rikiego. - W tym stanie nie możesz.
Tak bardzo pragnął wziąć mieszańca w ramiona i kochać się z nim przez resztę dnia, a może nawet i przez całą noc. Jednak wiedział doskonale, że do czasu porodu to już nie chodzi w grę. Czuł na sobie rozognione spojrzenie bruneta, który poprowadził jego rękę w dół i ułożył na swoim kroczu. Iason przesunął palcami po stwardnieniu, które tam wyczuł, wywołując tym głośny jęk kochanka. Uśmiechnął się i patrząc w oczy Rikiego powoli zsunął się na ziemię i wygodnie usadowił miedzy jego nogami.
- Pozwól - szepnął i złapał zamek zębami.

* * *

"Dziwka! Nędzna kurwa! Pieprzony kundel i te jego cholerne bachory!!! Mam nadzieję…mam szczerą nadzieję, że poronisz, ty dziwko!"
Raoul szedł szybko ogromnym korytarzem przeklinając w myślach Rikiego. Trząsł się cały z wściekłości, która go ogarnęła po interwencji Iasona. Jak on mógł go jeszcze bronić, po tym, co powiedział ten bękart slumsów?
Wsiadł do samochodu i spróbował się uspokoić jak na Blondyna przystało. Na próżno. Złość i nienawiść w nim wezbrane niczym morze w czasie sztormu za nic nie chciały go opuścić. Chcąc dać ujście emocjom uderzył pięścią w tablicę komputerową aż poszły iskry. Na szczęście wehikuły były dość odporne na urazy zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne, więc nie wpłynęło to na działanie maszyny.
Raoul oparł się o tył siedzenia i odchylił głowę. Wziął kilka głębokich wdechów.
O ile wcześniej miał wątpliwości co do jego współpracy z Almondem, to teraz był pewien. Zrobi wszystko, by się pozbyć mieszańca, nawet jeśli miałoby to oznaczać ingerencję w pamięć Iasona. Podjął ostateczną decyzję. Sięgnął po telefon i wybrał odpowiedni numer.
Po krótkim sygnale po drugiej stronie odezwał się niski głos drugiego mężczyzny.
- Zgadzam się. Za dziesięć minut będę u ciebie. - Powiedział tylko Am, po czym uruchomił pojazd i odjechał.

* * *

Iason spoglądał na panoramę za oknem w swoim gabinecie. Wokół niego unosił się siwy dym z tlącego się jeszcze papierosa. Musiał porozmawiać z Raoulem… poważnie porozmawiać. Sprawy wczoraj zaszły za daleko. Nikomu nie pozwoli krzywdzić Rikiego, nawet jeśli to jest najlepszy przyjaciel. Z drugiej strony, gdyby nie ten incydent, być może nigdy nie dowiedziałby się o prawdziwych uczuciach mieszańca. Być może nigdy nie ujawniłby swoich, bojąc się odrzucenia. To było wspaniałe wiedzieć, że najbliższa jego sercu osoba je odwzajemnia. Teraz będzie mógł bez skrępowania szeptać mu do ucha: Kocham Cię.
Gdyby nie stan Rikiego kochaliby się całą noc i kilka razy nad ranem na "dzień dobry".
Mimo to wczorajszy wieczór był całkiem udany…
Z przyjemnych wspomnień minionej, upojnej nocy wyrwał go stukot obcasów po wypolerowanej posadzce. Iason ugasił papierosa i odwrócił się do swego gościa.
- Witaj, Raoul - przywitał się, a następnie wskazał fotel przy oknie. - Proszę, usiądź.
- Nie, dziękuję. Postoję. - Odpowiedział oschle drugi mężczyzna.
- No cóż, skoro tak wolisz. - Iason oparł się o wysokie biurko. - Wiesz, dlaczego cię wezwałem…
- Wiem - powiedział Raoul odwracając nieco wzrok. - Wiem także, co chcesz powiedzieć. Przemyślałem wczorajsze wydarzenie i muszę cię przeprosić…
Na te słowa Iason uniósł brwi w zdziwieniu. Raoul chce go przeprosić.
- Wybacz, że uderzyłem Rikiego. Doprawdy, nie powinienem dać się ponieść emocjom. Mam nadzieję, że nic poważnego mu się nie stało… po prostu wybacz mi. - To mówiąc naukowiec opuścił ze skruchą głowę.
Iason podszedł do niego i delikatnie uniósł jego podbródek tak, że mógł mu spojrzeć w oczy. Wprawdzie to on miał przeprosić przyjaciela za słowa Rikiego i jednocześnie wyznaczyć mu pewne granice, lecz jakby na to nie spojrzeć to jego pieszczoch został skrzywdzony.
- Przeprosiny przyjęte… pod jednym warunkiem. Już nigdy więcej go w ten sposób nie dotkniesz, Raoul. W przeciwnym razie, to ja oddam za niego. Przysięgam na wszystko, co mi drogie, że tak zrobię jeśli podniesiesz na niego rękę - wypowiadając ostatnie zdania Iason ściszył głos. Mimo to zielonooki wyraźnie słyszał każdy wyraz.
- Rozumiem - odpowiedział również szeptem, po czym objął dotykającą go dłoń Iasona i pocałował. To zachowanie wydało się nieco dziwne niebieskookiemu. Raoul owszem, uznawał urzędową wyższość Iasona, ale nigdy nie postępował w ten sposób - niczym poddany całujący z miłością dłoń władcy. - Naprawdę nie wiem, co we mnie wczoraj wstąpiło. Całe to zamieszanie z Anor - nii... jestem ostatnio przewrażliwiony.
- Anor - nii... - westchnął Iason odchodząc od przyjaciela i siadając w wygodnym, skórzanym fotelu przy jego biurku. - Masz rację, to chyba większości z nas spędza teraz sen z powiek. Bunt przybrał na sile i niewykluczone, że wkrótce i tutaj to odczujemy.
- Co masz na myśli? - Raoul zmarszczył jasne brwi, po czym podszedł bliżej.
- Podobno coś się gotuje, Raoul. Coś, co niedługo wystrzeli w nas jak gejzer. Póki co czekam na raport Katze, on będzie wiedział więcej.
- Jesteś pewien, że to jest związane z kryzysem?
- A w jakimi celu, według ciebie, ktoś miałby zapieprzyć z kilku magazynów trotyl i innego rodzaju materiały wybuchowe? Podobnie jak kilkaset metrów przewodów i innych rzeczy przydatnych do skonstruowania własnej, małej bomby? Jak wynika z ostatnich raportów, obrót właśnie tymi towarami zwiększył się w ciągu tego tygodnia, a nabywcami nie były powiedzmy przyjazne nam zgromadzenia. Ilość towaru znacznie przewyższa zapotrzebowanie gospodarcze…
- Zablokuj ich! Wycofaj to z obiegu, a ich rozkaż skontrolować.
- Nie mogę tego zrobić bez podstaw, Raoul. Musze najpierw mieć dowody, bo inaczej tylko nam doleję oliwy do ognia.
- Myślisz, że posuną się aż do tego? Do zamachu stanu? Przecież do tej pory…
- Do tej pory nie mieli takiego oparcia. Myślisz, że skąd mają pieniądze na przemyt? Ktoś ich musi wspomagać z zewnątrz, to oczywiste! Pół biedy jak tylko Anor - nii w tym macza palce, ale nie wykluczone, że inne kolonie także. Nie możemy przecież wypowiedzieć wojny połowie naszego systemu planetarnego.
Raoul doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, jednak nie przypuszczał, że sprawy zaszły tak daleko. Jeśli przewidywania Iasona okażą się prawdą… nie, nie chciał nawet myśleć o tym, co by to miało oznaczać… Upadek. Upadek całej ich kontroli, całego systemu, całego ich świata. Świata, w którym ich stworzono, wychowano, gdzie mieli swoje miejsce. Co się stanie z nimi jeśli tego zabraknie? Czeka ich chaos… Powoli podszedł do kanapy stojącej przy oknie i usiadł. Tyle myśli wypełniało mu głowę.
- Myślisz, że to koniec? - wyszeptał wpatrzony w jakiś punkt przed siebie, następnie przenosząc wzrok na Iasona - żywy symbol Tanagury.
- Nie wiem, Raoul. Nie wiem.

* * *

Leniwie przeciągnął się na ogromnym łożu zanim otworzył oczy. Było mu dobrze jak nigdy przedtem. Kocha go. Iason Mink go kocha. Dlaczego…jakim cudem nie widział tego wcześniej? Czemu nie widział wcześniej tych stęsknionych spojrzeń, tego żaru w jego pięknych oczach gdy się kochali. Zawsze on był na pierwszym miejscu. Jego potrzeby, jego przyjemność… Dlaczego wcześniej nie starał się nawet zrozumieć postępowania Iasona? Czy włąśnie to Katze miał na myśli? Tak, na pewno. To tylko on był taki ślepy. Blondyn tyle ryzykował dla niego… Kocham cię. Tyle razy to wczoraj usłyszał od niego. On kocha Iasona, a Iason kocha jego. Pełna harmonia, pełen spokój. Koniec niepewności i niedomówień. Teraz nie mają przed sobą już żadnych sekretów.
Sporo czasu minęło, nim Riki zdał sobie sprawę ze swoich prawdziwych uczuć wobec blondyna. Zawsze patrzył na wszystko przez pryzmat swojej dumy, nie dopuszczając myśli, do których bał się przyznać nawet przed samym sobą. Mimo niewoli i nieraz przedmiotowego traktowania zdołał pokochać Iasona. Potrzeba było tylko czasu, przyzwyczajenia… i odrobina zrozumienia. Nie potrafił teraz wyobrazić sobie życia bez Iasona. Bez Eos, pierścienia, luksusu jak najbardziej, ale nie bez niego. Tym bardziej teraz.
Delikatnie pogładził dłonią brzuch, gdzie wyczuł nieznaczny ruch i uśmiechnął się. "Niedługo wróci do domu" - pomyślał, po czym wstał i owinięty w samo prześcieradło pomaszerował do kuchni.

Drzwi wejściowe cicho rozsunęły się przed nim. Wszedł do przestronnego korytarza, gdzie echo niosło odgłos jego obcasów stukających o marmurową posadzkę. Rozejrzał się dookoła. Tak, to miało być jego miejsce, jego apartament. Los, a raczej Jupiter, zażyczył sobie jednak inaczej. Nie był co prawda zaproszony przez gospodarza domu, ale stwierdził, że nie zaszkodzi zrobić mu małą niespodziankę. Traf chciał, że to niespodzianka czekała na niego. Niczego nie świadoma stała sobie w kuchni tyłem do wejścia mając za odzienie tylko białą, półprzezroczysta tkaninę. Pół długie czarne włosy opadały na smukłe, umięśnione ramiona. "Riki" - pomyślał przybysz uśmiechając się w duchu.
- Dzień dobry!
Mieszaniec odwrócił się gwałtownie. Już chciał z uśmiechem przywitać kochanka, lecz to nie on stał przed nim a obcy blondyn. Słysząc odgłosy z korytarza był święcie przekonany, że Iason wrócił. Nawet głos był podobny. Przez chwilę stał i przyglądał się mężczyźnie. Skądś go znał, tylko nie pamiętał dokładnie skąd.
- Dobry… Iasona nie ma w domu - powiedział w końcu instynktownie zasłaniając dłonią brzuch.
- Wiem - odpowiedział nieznajomy - chciałem tu na niego poczekać…ale gdzież moje dobre maniery! - to mówiąc podszedł do Rikiego i ukłonił się nisko. - Jestem Almond Xin-Ju. Ty zapewne jesteś Riki.
- Skąd…
- Skąd wiem? Obiło mi się o uszy tu i ówdzie. Proszę się jednak nie martwić, nie należę do osób co łatwo zawierzają plotkom. - Powiedział Almond, a jego twarz rozjaśnił piękny uśmiech. - Poza tym już się spotkaliśmy - na przyjęciu na cześć Jupitera.
Riki zmarszczył brwi próbując sobie przypomnieć kiedy miał okazję zapoznać się z Amondem. Blondyn był wyjątkowej urody i raczej by go pamiętał.
- Wybacz ja…
Odpowiedział mu cichy śmiech.
- Nie szkodzi. Nie dziwię się, że nie pamiętasz. To było krótkie spotkanie.
Teraz oczy Almonda powędrowały ku nieudolnie skrywanej krągłości. Musiał przyznać, że tego się nie spodziewał. On naprawdę był w ciąży! Cały czas blondyn był przekonany, iż to było całkiem udane przebranie, farsa. Iason zniewolił mieszańca i zrobił mu dziecko… Na Boga, to dopiero będzie skandal, jeśli się wyda. Czy Jupiter wie? Czyżby najukochańsze dziecko wystąpiło wbrew woli swego "ojca"? Doprawdy, Almond wiedział, że po powrocie czeka go wiele ciekawych nowin, ale coś takiego... Jeśli się to przedostanie na zewnątrz… Wolał nawet o tym nie myśleć. Jupiter zrobiłby wszystko, by to utrzymać w tajemnicy, nawet za bardzo wysoką cenę… Tak, teraz tym bardziej jego pomoc będzie potrzebna Iasonowi, a wręcz niezbędna.
Podniósł wzrok na twarz Rikiego i widząc jego zdenerwowanie niezręczną sytuacją powiedział uspokajającym tonem.
- Proszę się nie obawiać, jestem dyplomatą. Dyskrecja to moje drugie imię, wasz sekret jest u mnie bezpieczny.
- Mam nadzieję - odpowiedział oschle Riki. Był wściekły. Iason mógł go uprzedzić o odwiedzinach. Z kolei jeśli były one niezapowiedziane… to skąd ten facet znał kod zabezpieczający do mieszkania Iasona? Bez niego by tutaj nie wszedł. Z tego, co wiedział, kod znały tylko cztery osoby - Iason, oni, Raoul oraz Katze. Coś tu nie gra…
- Pozwolisz, że się rozgoszczę w salonie? - zapytał Almond.
- Tak, proszę. Kawy? - zaproponował niechętnie mieszaniec.
- Poproszę.


Nie musieli długo czekać na przybycie Iasona. Stukot obcasów w korytarzu ogłaszał wszystkim, że pan domu właśnie powrócił. Niczego nie świadomy blondyn wszedł do salonu, gdzie czekali na niego dyplomata i niezadowolony kochanek.
- Dzień dobry, panie Mink - usłyszał znajomy głos. Gwałtownie odwrócił się w stronę, z której dobiegł i ujrzał wpatrujące się w niego roześmiane fioletowe oczy.
- Almond… co tu robisz? - wyksztusił, kiedy pierwszy szok przeminął.
Almond w jego domu. Jego wzrok padł teraz na mieszańca stojącego u wejścia do kuchni. Riki. Almond widział Rikiego. Teraz wie. Cholera!
Riki rzucił kochankowi gniewne spojrzenie, po czym odwrócił głowę i odszedł w kierunku sypialni. "Kurwa!"
- Przyszedłem cię odwiedzić - odpowiedział spokojnie Almond upijając łyk kawy. - Ta piękna istota poczęstowała mnie kawą. - To mówiąc posłał Iasonowi znaczące spojrzenie. - Nie myślałem, że jest aż tak… niezwykły.
- Czego chcesz?
- Teraz rozumiem czemu go ukrywasz przed światem niczym egzotyczne zwierzę w złotej klatce… - powiedział drugi blondyn udając, że nie słyszał pytania. - Doprawdy niezwykły…
- Odpowiedz! - Iason zaczynał tracić cierpliwość.
Almond odstawił filiżankę z kawą na stolik, po czym wstał i podszedł do okna.
- Tak jak powiedziałem, Iason. Przyszedłem cię odwiedzić. Odwiedzić i omówić formę mojej pomocy dla ciebie, która, jak widzę, będzie ci szczególnie potrzebna. Wiem o Rikim, plotki szybko się rozchodzą, ale nikt nie wspomniał, że jest…w ciąży. No chyba, że to taka jego natura, choć w to wątpię. Na dzień dzisiejszy jestem w stanie zapewnić mu dogodny transport daleko poza granice jurysdykcji Tanagury. Biorąc pod uwagę jego stan, niezbyt rozsądne byłoby pozbawiane go szansy wyjazdu ze względu na naszą przeszłość. Jupiter nie wie, jak mniemam, inaczej chyba by zareagował…Możesz liczyć na moją dyskrecję, nie pisnę ani słowa. Tym bardziej, że znamy się szmat czasu…No, ale wszystko zależy od ciebie. Zastanawia mnie tylko jedno, Iason. Jak? - Fioletowooki podszedł bliżej drugiego mężczyzny. - Jak to zrobiłeś?
- Magiczna sztuczka - padła krótka odpowiedź.
Przez twarz Almonda przebiegł lekki uśmiech.
- Nie ufasz mi, prawda?
- Ależ skąd ci to przyszło do głowy? Czyżbym miał ku temu powody? - wycedził przez zęby Iason wkładając w swoje słowa tyle sarkazmu, ile się dało. Ufać Almondowi, też coś! To tak, jak wsadzić rękę w gniazdo żmij. Niestety Xin-Ju miał poniekąd rację - jego pomoc będzie niezbędna, by wywieźć bezpiecznie Rikiego. Będzie musiał zaryzykować i potem szybko się go pozbyć. - Mów, co proponujesz i kończymy wizytę.
Almond westchnął tylko i wrócił na swoje miejsce, w fotelu.
- No więc myślę, że najrozsądniej byłoby go przewieźć służbowym samochodem dyplomacji…
- Że co?! Ty go chcesz wieźć w takim stanie limuzyną przez pustynię?! Chyba oszalałeś?! - warknął Mink.
- Hm, w sumie to myślałem raczej o kabriolecie - nie potrzeba klimatyzacji - odpowiedział z przekąsem Almond. - Ale twój pomysł, by wziąć limuzynę też jest dobry. Na Boga, Iason! Czy ty mnie uważasz za idiotę czy co?!
Iason nic nie odpowiedział. Jego milczenie było aż nadto wymowne.
- Samochód będzie terenowy i odpowiednio oznakowany, by nie było wątpliwości kto w nim jedzie - powiedział Xin-Ju udając, że nie zwrócił uwagi na reakcję drugiego mężczyzny.
- Może do tego jeszcze podświetlony i dający sygnał dźwiękowy? Myślę, że im mniej urzędowy pojazd tym lepiej. Nie chcę, by coś zauważono. To ma być anonimowe, a nie obwieszczające wszem i wobec kto się właśnie wybiera w podróż.
- Masz rację, najlepiej, by na granicy sprawdzili wszystkich i wszystko włącznie z odciskami palców. Na pewno nie zainteresują się ciężarnym mieszańcem, który w rejestracji ma pozycję pieszczocha głowy Tanagury - sarknął fioletowooki.
- Nie jest już moim pieszczochem - odpowiedział Iason.
- Tym gorzej dla niego. Pojazd musi mieć oznaczenia dyplomacji. To nie jest oficjalne, ale za tydzień rusza mała misja dyplomatyczna na Południe. Ma ona czysto pokojowy charakter. Tanagura chce poszerzyć szlaki handlowe na drodze lądowej. Chce ugody z Południem. Jadą dwa wozy z dyplomatami oraz jeden transporter z pomocą medyczną na wszelki wypadek.
- Szlaki handlowe na południu? Jakim cudem ty o czymś takim wiesz, a ja nie? To były dopiero plany…
- Jupiter podjął decyzję. Wiem to od niego. Oczywiście to tylko przykrywka. W obliczu kryzysu mogą nas czekać powstania. Jak myślisz, gdzie będą główne siedziby i dokąd będą uciekać w razie porażki? Poprzez szlaki Jupiter chce poszerzyć swoją kontrolę. Będzie miał dłuższe macki niż się to zdaje. Teraz jeszcze tej kontroli nie ma i jest to według mnie najlepszy moment by wywieźć kogoś niezauważenie. Lekarze będą na miejscu, a nas, dyplomatów nikt nie będzie sprawdzał. To część naszych zadań - negocjacje. No chyba, że ty nadal się upierasz przy bardzie kłopotliwym i ryzykownym sposobie.
Przy tych argumentach Iason musiał mu przyznać rację. To się mogło udać. Tylko czy naprawdę był w stanie na tyle zaufać Almondowi? Jeżeli zaufanie mu ma oznaczać lepszą przyszłość na Rikiego, to musi zaryzykować.
- Kiedy dokładnie wyjeżdżacie?
- W piątek o 5:30. Czy mam rozpocząć przygotowania? - zapytał Almond popijając kawę.
- … Tak - powiedział to. W końcu podjął ostateczną decyzję, ale nie było to łatwe.
- Dobrze. Będę cię informował na bieżąco. - Dyplomata dopił napój, po czym wstał i skierował się do wyjścia.
- Zaczekaj!
Zatrzymał się w półmroku i odwrócił w stronę Iasona.
- Czego ty chcesz w zamian? Nie mów, że nic, bo w to nie uwierzę.
Mężczyzna posłał Iasonowi jeden ze swoich słynnych uśmiechów.
- Wobec tego nie powiem. Do widzenia, Iason. Uważaj na Rikiego. Jest naprawdę niezwykły…

End of vol.7