W imię twoje 2
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 04 2011 11:13:25
Pieśń druga: Hispanola





Linares było sporym miastem o szerokich, brukowanych ulicach i bogatych mieszkańcach. Vali miał dopiero szesnaście lat, ale był sierotą i sam mieszkał w wielkim, jednym z najbogatszych, właściwie ustępującym tylko siedzibie władcy miasta, domów. Miał bardzo jasne, prawie białe loczki i jeszcze jaśniejszą skórę, całości dopełniały wściekle błękitne oczy, zawsze wyglądające na zdziwione. Miał zwyczaj czerwienić się co chwilę i to nie tylko na twarzy, ale także na szyi. Te jego rumieńce były wiecznie przesadzone, intensywne i bez umiaru. Cały Vali był nieznośnie egzaltowany. I okropnie niedotykalski w dzień, w nocy zaś zachowywał się jak kukła.
Był ładny, ale męczący. Seine nie planował zostać tu dłużej niż tydzień.
Nie zastał go w domu, więc poszedł do ogrodu. Znalazł go wkrótce, siedział oparty o drzewo i bawił się własnymi włosami, rozprostowując i puszczając z powrotem sprężyste loki.
- Nudzi ci się... Vali? - spytał kpiącym tonem. Chłopak poderwał się z ziemi i podszedł do niego szybko. Jego wiecznie rozszerzone ze zdziwienia oczy, lśniły tym razem gniewem, a skóra zaczerwieniła się mocniej niż kiedykolwiek do tej pory.
- Mały furiat... - skwitował z westchnieniem Seine.
- Jak... jak mogłeś?!
- Jak mogłem co znowu? - ziewnął, osłaniając twarz dłonią i opierając się o drzewo.
- Jak mogłeś.... jak mogłeś ich zostawić! Sprzedałeś ich! Zwyczajnie sprzedałeś! Jesteś... jesteś zdrajcą !!! - krzyczał chłopiec. Seine przymknął oczy. Rozeszło się znacznie szybciej niż podejrzewał... Widocznie wielu ludzi uciekło z pogromu... Niedobrze. Hadda spartaczył robotę. Gdyby wszyscy zginęli, możliwe, że nigdy nie wydałoby się, co właściwie zaszło. Teraz nikt go nie wynajmie... Nieistotne, zarobił dużo, a w każdym ze swych fachów jest tak dobry, że nigdy nie zabraknie mu zajęcia na koszt takich jak on. W tym środowisku zdrada to ryzyko zawodowe, więc nikt się nie przejmie tym drobiazgiem. Hadda nie przejmuje się nawet tym, że zdradził jego samego.
Uśmiechnął się lekko.
- Idź stąd! - wrzasnął chłopak - Nie chcę cię znać! Wynoś się!!!
- O... - Seine z rozbawieniem otworzył oczy - Ty i agresja, ty i zdecydowanie.... No cóż, pójdę, jeśli sobie tego życzysz... Właściwie szkoda... Do tej pory miałem cię za nudnego i rozlazłego dzieciaka, z tą złością jesteś o wiele ciekawszy... W porządku, żegnaj. - machnął dłonią i odszedł wolno, zostawiając za sobą szlochającego chłopca.


To było ostatnie miasto, jakie mieli zniszczyć. Czuł się już znudzony, cały ten tydzień był bardzo monotonny. Nie lubił takiej roboty, iść i po kolei wyżynać załogę, potem zabierać cenne rzeczy, nadających się pędzić na targ niewolników, a potem równać miasto z ziemią. Taki sam nudny schemat, zero finezji. Wiedział, że Brugge zawsze działa w ten sposób, ale był tak wściekły, że po prostu musiał jakoś wyładować swój gniew i wziął pierwsze zlecenie, jakie się nawinęło. Ludzie, których dostał, byli kompletnie ograniczeni, umieli tylko wykonywać polecenia i to niezbyt skomplikowane.
Naprawdę cieszył się, że to już ostatnie miasto.
Załoga walczyła zaciekle, ale nie mieli z nimi szans... Na pewno nie zostało ich już więcej niż dwustu...
Wskazał ruchem głowy kierunek uderzenia i sam wolno ruszył do przodu. Zeskoczył z konia i stanął pod murem. Uśmiechnął się lekko. Tak jak przypuszczał.... ten rodzaj obwarowań zawsze ma jedną wadę... Ci ludzie muszą być niewolnikami Nusku, więc oni wznieśli dla nich ten mur.... Ale Nusku są ostrożni i zawsze się zabezpieczają...
A tak się złożyło, że on kiedyś wymordował całą ich wioskę, kradnąc Wyroczni Biały Kamień. Ścisnął go teraz w dłoni, koncentrując się i już po chwili mur runął w kawałki pośród rozpaczliwych krzyków ludzi.
Banda Brugge ruszyła do ataku. Wyciągnął miecz i szedł niespiesznie, jednym cięciem powalając atakujących obrońców.
Krzyki, dym, płomień, woń świeżych trupów i tych sprzed kilku dni, krew, gruzy....
Tak nudne, jak tylko może być...
- ONAVID !!!
Obejrzał się gwałtownie. Na wzgórzu stał rząd oślepiająco białych koni z jeźdźcami od których bił jeszcze bardziej nieznośny blask.
Nusku.
- ODWRÓT ! - krzyknął, ale będący w amoku zabijania ludzie nie usłyszeli jego głosu. Zresztą bez sensu... Nie zdołają się wycofać...
Nusku ruszyli ze wzgórza, dzika kawalkada, miażdżąca wszystko na swojej drodze. Cięciami mieczy kosili po kilku wojowników Brugge naraz. Cofnął się głębiej w mury miasta zabijając kilku natrętów. Wiedział, co DLA NIEGO znaczy niewola u Nusku... Już od dawna ciążył na nim wyrok. Jest tylko jedna, jedna jedyna rzecz, która może go jeszcze ocalić...
Stanął w cieniu muru.
Nusku zeskoczyli z koni i zaczęli walczyć wręcz. W całym mieście zyskali przewagę, niedobitki Brugge broniły się na ulicach. Przy Seine młody Nusku walczył z dwoma przeciwnikami naraz. Przyklęknął na jedno kolano i wbił miecz w brzuch stojącego za nim, obracając się błyskawicznie i zabijając drugiego. W tym momencie z pobliskiego dachu ze świstem nadleciała strzała mierząca prosto w jego serce, a wtedy Seine zasłonił go własnym ciałem.


Nusku to rasa niemal najwyższej doskonałości, zaraz po czystych duszach Enki. Wyglądali jak ludzie, lecz przewyższali ich pięknem, mądrością, walecznością, talentami, wszystkim... Żyli długo, starzeli się, lecz bardzo wolno i zawsze pięknie, jaśniejąc zawsze tak samo.
To oni byli tu pierwsi. Ich wiedza, kultura i technika stały na wyższym poziomie. Zamieszkiwali kilka drobnych wiosek, lecz najważniejszą siedzibą i ojczyzną wszystkich była twierdza Qareh, której rozległe mury i pomniejsze fortece stanowiły osłonę dla najpiękniejszych pałaców i ogrodów świata.
Rada Qareh była najwyższą instancją dla wszystkich Nusku, tworzyli ją najdoskonalsi w walce i mądrości przedstawiciele najszlachetniejszych rodów, ale i tak wszelkie decyzje zatwierdzała Wyrocznia. Każde mniejsze plemię miało swoją Wyrocznię, ale właśnie ta najważniejsza, z Qareh, mogła być tylko... człowiekiem.
- Silvretta musi umrzeć! - krzyknął jeden z młodszych wojowników - To on wymordował całe zachodnie plemię! Zresztą wykorzystywał naszą technologię do niszczenia naszych sojuszników! Nie możemy mu tego darować.
- Sirrah, uspokój się... - czarnowłosy mężczyzna spojrzał z troską w stronę siedzącego w rogu sali chłopaka. Miał schyloną głowę, a jego palce zaciskały się kurczowo na ramionach. - Nasze prawo zabrania jakkolwiek krzywdzić tych, którzy ocalili jednego z nas...
- To prawda, ale... Na niebiosa, Almah.... Nie możemy mu przecież tak po prostu darować!
- Heimdall. - skłonił się najstarszy członek Rady. - Ty powiedz... co mamy robić?
Młoda, jasnowłosa kobieta siedząca na tronie powoli podniosła głowę.
- Seine Silvretta zasłużył na śmierć. Darowanie mu życia byłoby niesprawiedliwością wobec członków naszego ludu. Byłoby obelgą dla naszych sojuszników. To prawda, że zabijając go złamiemy nasze prawo. Nie możemy jednak nie pomścić naszych zmarłych. Ściągam na siebie winę za złamanie praw. I mówię: śmierć.
- Nie! - chłopak z rogu sali poderwał się na nogi - Tak... nie może być, nie wolno nam tego... To wszystko z mojej winy, więc... Przyjmę na siebie brzemię assen.
- Mirah! - krzyknął czarnowłosy.
- Mu...muszę... Nie pozwolę, by przeze mnie zostały złamane prawa... Poza tym... niezależnie od tego kim jest... zawdzięczam mu teraz życie, więc nie mogę się zgodzić na jego śmierć...


Seine otworzył oczy. Dzięki niezwykłym lekom Nusku jego rana już zupełnie się zagoiła.... Leżał w najwygodniejszym łóżku w życiu w najpiękniejszym pokoju jaki widział...
A obok siedziała najniezwyklejsza istota jaka chyba w ogóle istniała...
Chłopak nie patrzył na niego, jego wzrok skierowany był w okno, na czyste, błękitne niebo.
Seine przyglądał mu się spod przymrużonych powiek. To był ten sam młodziutki Nusku, którego zasłonił podczas walki. Ale dopiero teraz przyjrzał mu się lepiej.
Był naprawdę niezwykle piękny, nawet jak na Nusku. Brązowe o odcieniu palonej sieny, miękkie, pofalowane włosy spływały w dół, lekko sięgając piersi dwoma pasmami z przodu i ramion jedwabistą zasłoną karku. Duże, ciemne, jakby wilgotne oczy utkwione w chmurze w dziwny sposób rozświetlały twarz. Twarz... tak delikatną, ale z wypisaną na niej siłą charakteru, aż biły z niej zdecydowanie i śmiałość, choć pokryte cieniem smutku. Prosty, nieduży nos, usta niewielkie, ale o pozbawionej znamion wahania i płaczliwości linii, jaką pamiętał u Vali, Sity, czy Asto. Ciemne rzęsy i brwi o idealnej linii, skóra ani blada ani smagła, podszyta tą iskrzącą się delikatnie jasnością Nusku.... Nie miał teraz na sobie szat wojownika, które sprawiały, że cała postać lśni oślepiającym blaskiem dla wrogów... Czy on jeszcze jest jego wrogiem?
Jego rysy były tak doskonałe... wszyscy Nusku mieli doskonałe rysy twarzy i idealne sylwetki, ale on...
Niezwykłe, że nie zauważył tego w pierwszej chwili, nawet jeśli był to środek bitwy i stawką było jego życie.
Chłopak odwrócił głowę w jego stronę i spojrzał prosto w jego oczy. Takie czyste, ale wcale nie naiwne spojrzenie. Przeciwnie. Mądre i nieustępliwe, odważne i śmiałe. Opuścił wolno powieki i podniósł je jeszcze wolniej, jakby chcąc obezwładnić tym spojrzeniem, choć bardziej prawdopodobne było, że on nie zdaje sobie sprawy z elektryzującej siły tego powłóczystego muśnięcia wzrokiem, bo jego oczy pozostały czyste i nie było w nich śladu przymilności ani pychy, jakie Seine znał u patrzących w taki sposób.
- Pamiętasz mnie? - odezwał się cicho, ale w samym tonie jego głosu była władczość Nusku. W ich głosie czuło się całą potęgę natury, z którą umieli współistnieć nie gorzej niż Enki, całą pradawność ich pochodzenia i wiedzy, całą siłę ich wojowniczych ramion, walczących tylko sprawiedliwie.
Seine skinął głową. Nagle przestraszył się, że jego głos w porównaniu z głosem tego chłopca, będzie głosem bezradnego dziecka.
- Nazywam się Mirah Altair. Rada podjęła już decyzję.... - urwał, a potem spojrzał na niego chłodno - Skazała cię na śmierć...
Seine nie uciekł przed tym wzrokiem. Patrzył prosto w jego spokojne, silne oczy. Śmierć... Nie chciał jej to jasne. Ale bać się? Ryzyko wpisane w styl życia. Jego wzrok stał się kpiący i chłodniejszy jeszcze od tego, którym mierzył go chłopak. Przestał odczuwać to dziwne wrażenie i znów stał się panem sytuacji.
- No i? Kiedy zamierzacie wykonać wyrok?
- Nie zamierzamy. - odpowiedział spokojnie. Seine uniósł brwi i spojrzał na niego pytająco. - Wyrok zapadł, ale nie zostanie wykonany. To moje życie ocaliłeś, więc to ja przyjąłem na siebie odpowiedzialność. Od tej pory jesteś chroniony przez assen i twoje życie jest dla Nusku świętością, dopóki któregoś z nas nie zaatakujesz.
- Nigdy nie słyszałem o czymś takim jak assen...
- To bardzo stare prawo. Od wieków go nie stosowano. Teraz moje życie chroni twoje życie...
- Jak to?
- Musisz stąd odejść, ale ja pójdę z tobą. Wszędzie tam dokąd ty...
- Co? - Seine podniósł się na łóżku i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Od tej chwili moje życie zależy od ciebie. Nie mogę odmówić żadnemu twojemu rozkazowi z wyjątkiem rozkazu opuszczenia ciebie i muszę chronić twoje życie własnym. Do twojej lub mojej śmierci. - spokojne oczy chłopaka lśniły od cichego smutku i tłumionej z wysiłkiem dumy.
- Nusku służący człowiekowi? - Seine uśmiechnął się wzgardliwie - Niedobrze, pewnie długo nie pożyję...
Oczy zalśniły przyćmionym gniewem.
- Nie mogę cię zabić, jeśli o to ci chodzi. Sam zginę. I zginę, jeśli będę mógł zapobiec twojej śmierci, a tego nie zrobię. Możesz być zupełnie spokojny. Śmierć od klątwy assen to największa hańba dla Nusku. Nigdy jej nie wybiorę.
- W takim razie... - uśmiechnął się nieprzyjemnie i chwycił dłonią twarz chłopaka - Nawet mi się to podoba....


Musieli już ruszać. Konie, lśniąco biały i kruczoczarny, stały już przy bramie. Seine obserwował pożegnanie swojego nowego towarzysza. Zostało już tylko dwóch mężczyzn, jeden o białych włosach i błękitnych oczach, Sirrah Karna, i drugi z czarnymi włosami i oczami, Almah Indra. Najbliżsi przyjaciele.
Seine czuł w ich wzroku nienawiść.
- Zaczekam przy koniach. - powiedział spokojnie. Nigdy nie lubił być zbędny w jakimś miejscu.
Indra odprowadził go wzrokiem.
- Moim zdaniem źle zrobiłeś... - szepnął zdławionym głosem, patrząc na opanowanego, choć smutnego chłopaka.
- Powinien zginąć... - syknął drugi mężczyzna.
- Za późno na zmianę decyzji. - pokręcił głową Mirah - Żegnajcie.... zresztą, może się jeszcze spotkamy...
- Oby nie. - sucho powiedział Karna. Pozostali spojrzeli na niego z zaskoczeniem. - Dobrze wiecie, co dzieje się wśród ludzi... Ich atak na nas to tylko kwestia czasu. Nie mam ochoty spotkać się z tobą po przeciwnych stronach.
- Jeśli nawet tak będzie... - smutno uśmiechnął się chłopak - To wy dwaj jesteście najlepszymi łucznikami w Qareh. A wśród nich poznacie mnie z daleka.