Dom 3
Dodane przez Aquarius dnia Czerwca 29 2011 19:13:43
III

- Obudź się Braciszku! - zdenerwowany głos, przerwał milutkie sny blondynka.
- Co się stało? - usiadł na poduszkach i przetarł zaspane powieki. Rozejrzał się zdumiony po namiocie. Spojrzał na zatroskaną Nareen i na nie mniej zmartwionego brata. - Co tu robisz Yeran? Co się stało?
- Wróciliśmy niedawno... ale... Rhan... nie jest z nim najlepiej.
- Rhan?! Co z nim? - Seimi zerwał się na równe nogi, podszedł do brata i złapał go z całej siły za rękę. - Mów, co się stało!!
- Lepiej chodź ze mną - powiedział Yeran, kładąc chłopakowi rękę na ramieniu i popychając go lekko do wyjścia. Młodzik wyszedł z namiotu i popędził ile sił w nogach przez wioskę do swojego ohel*, przed którym zebrało się kilka osób. Na jasnym piasku ścieżki widać było wyraźne ślady krwi. Na ich widok zrobiło mu się trochę słabo. Domyślił się czyja to była krew. Wpadł do namiotu, zderzając się z drugim ze swoich braci. Rhan siedział na skórze ze skrzyżowanymi nogami, pochylając głowę ku piersi. Jego lewe ramię, bark i pierś, obandażowane były przesiąkniętymi krwią materiałami.
Blondynek opadł przy nim na kolana, ujął twarz mężczyzny w dłonie i zajrzał w przyćmione bólem źrenice.
- Avro... - wyszeptał, drżącym głosem.
- To nic, to tylko niedźwiedź, ale zabiłem drania... - ciemnowłosy uśmiechnął się wymuszenie, zaciskając z bólu zęby. - Dostaniemy za jego futro mnóstwo pieniędzy...
- Tak, przez tego niedźwiedzia mało nie umarłeś! - krzyknął młodzik, próbując zwalczyć chęć rozpłakania się ze zdenerwowania i... z ulgi. - Nie możesz tak ryzykować! Nie wolno ci - wybiegł z namiotu po plemienną uzdrowicielkę.
Wiedział, że prawdziwy uzdrowiciel jest w wiosce o dobry dzień drogi stąd, najpierw jednak trzeba było zatamować krwawienie i zniwelować ból, żeby Rhan wytrzymał do jego przybycia.
Spotkał siwą kobietę w połowie drogi do ich namiotu. Wyglądała jakby była tak samo stara jak ziemia, po której stąpała. Twarz miała ciemną i spękaną od słońca, które oświetlało ją od kilkudziesięciu lat, chociaż chłopak nie zdziwiłby się, gdyby to były kilkusetlecia.
Na widok jasnowłosego, kobieta przyspieszyła kroku i uspakajająco położyła mu dłoń na ramieniu, zadziwiająco silnym gestem, jak na taką starowinkę. Poszli do ohel. Kobieta weszła do namiotu, rozwiązała okrywające rany bandaże, odrywając kilka od zasklepiających się ran. Przemówiła cichym świszczącym głosem, zapewniając zgromadzonych, że łowca, wyjdzie z tego. Rany były dość poważne, ale znała maści i leki, które zasklepiają rany, pozwalając mężczyźnie dotrzeć do Mądrego z dalekiej wsi, albo wytrzymać do jego przybycia. Wyciągnęła z torby, przewieszonej przez ramię pojemniczek z dmuchanego, pełnego pęcherzyków powietrza, ciemnobrązowego szkła, odkorkowała go i zaczęła smarować długie rozszarpane rany biegnące przez lewe ramię, bark aż na pierś i kończące się na brzuchu. Łowca dzielnie znosił zabieg i nie jęknął ani razu, tylko czasem zaciskał mocniej szczęki.
Stara napoiła Rhana wywarem z czerwonych ziół i oznajmiła, że gotów jest do podróży, tylko musi się oszczędzać. Długie postoje są bardzo mile widziane i powinny być dość częste. Przez cały czas Seimi trzymał kochanka za rękę, a potem pomagał owinąć rany kawałkami czystego płótna.
Rhan prychnął zirytowany.
- Jak będą długie i częste to i za dwa dni nie dotrzemy na miejsce - powiedział.
- Czyli już wraca do zdrowia - zaśmiał się Yeran. - I mój biedny braciszek będzie musiał się z nim użerać przez kolejne lata - wyszczerzył do siedzącego na ziemi przyjaciela zęby.
- Ale ja się wcale nie... - zaprzeczył szybko Seimi, ale nie dokończył zdania, widząc, że brat zwyczajnie sobie żartuje. - Ty, ty, wielkoludzie ty. Zamiast gadać głupoty przygotuj steedy, pojedziesz ze mną.
- A nie chcecie pojechać sami? To wspaniała okazja żeby znowu pobyć tylko we dwoje, nawet, jeśli tylko przez dwa dni.
- I tak możesz przygotować Lawinę i swojego Chmurę. I przestań się obijać! Nie ma na to czasu! Jedziesz ze mną. Nie pozwolę się Rhanowi ruszyć i męczyć podróżą - wykrzyknął młodzik popychając brata w stronę wyjścia. Wrócił do ukochanego i pomógł mu wstać. Zaprowadził go do posłania i pomógł mu się na nim wygodnie ułożyć. Ucałował go delikatnie w usta, pogładził zmierzwione włosy i wyszedł z namiotu. Po chwili pojawił się blondyn z wygoloną po bokach głową, prowadząc osiodłanego wysokiego na prawie trzy i pół łokcia, karo-srokatego ogiera i niewiele mniejszego ciemnego kasztana z białym pyskiem. Dołączyła do nich Nareen niosąc tobołek z jedzeniem. Podziękował jej serdecznie, wdrapał się na Lawinę i z kopyta popędził do brodu. Yeran dogonił go dopiero na drugim brzegu rzeki.
- Zagonisz go - krzyknął, zrównując się z bratem.
Seimi tylko prychnął, poganiając steeda do jeszcze szybszego pędu. Z tętentem minęli osadę drugiego brzegu i zagłębili się w las.
W innych okolicznościach chłopak pewnie zachwycałby się przepiękną pogodą, promieniami słońca przeświecającymi przez korony drzew, malującymi jasne plamki na żółtym piasku traktu. Wsłuchiwałby się w ptaki śpiewające wśród gałęzi, próbując je wypatrzyć wśród zielonych liści. Teraz nie miał na to czasu. Siedział skulony na szerokim grzbiecie stworzenia, starając się możliwie jak najbardziej ułatwić mu bieg. Przez cały czas szeptał mu do ucha, wlewając w jego umysł prośby, obrazy rannego pana, któremu trzeba było pomóc za wszelką cenę. Zdawało mu się nawet, że Lawina go słyszy, pędząc ile sił w długich kończynach, wybijając szalony rytm na ubitej drodze. Wiatr szumiał im w uszach, wyciskał łzy z oczu, ale nie zatrzymywali się. Postój nastąpił dopiero wtedy, kiedy Yeran wychylił się z siodła i złapał wodze Lawiny zmuszając go do zatrzymania się.
- Zajeździsz biedaka i będziesz tam zasuwał na piechotę - warknął mężczyzna, zsadzając chłopaka, brutalnie na ziemię. Blondynek ciężko klapnął na siedzenie. - Zjedz coś. Pozwól mu odpocząć. Zdążymy przed zachodem słońca.
- Ja muszę tam być jak najszybciej! Muszę pomóc Rhanowi! On cierpi! Musimy sprowadzić uzdrowiciela jak najszybciej! - wykrzyknął młodzik, zbierając się z ziemi.
- Tak mu na pewno nie pomożesz. Jest pod doskonałą opieką. Wytrzyma do jutra, nie martw się - odpowiedział miękko Yeran i rozczochrał mu włosy. Poprowadził zwierzęta nad niewielki strumień i pozwolił im się napić. Po tym usiadł na trawie i zabrał się za jedzenie. Seimi nie był zbytnio przekonany, dołączył jednak do starszego, wmawiając sobie, że wcale nie jest głodny, ale wtedy jak na złość zaburczało mu głośno w brzuchu. Wyciągnął z torby pasztecik z serem i mięsem i bardzo szybko go zjadł. Równie szybko pochłonął pół pętka kiełbasy suszonej w dębowym dymie.
- Zrobi ci się niedobrze Maluchu. I będziesz musiał czyścić szyję Lawiny, jak wtedy po święcie Miuriego, które urządziliśmy w lesie.
Młodzik nie odpowiedział. Zawiązał torbę i zaczął się nerwowo przechadzać nad brzegiem strumienia, popatrując na brata to na wierzchowce i nieświadomie obgryzając paznokcie. Yeran westchnął ciężko. Zrozumiał, że dopóki nie sprowadzą uzdrowiciela do Rhana, Seimi nie spocznie nawet na chwilę, nie uspokoi się i nie da odpocząć nikomu. Nie ważne były poświęcenia, jakich musiałby dokonać, był gotów iść do miasteczka nawet na piechotę, jeśliby to było konieczne. Prawdopodobnie w tej chwili rzuciłby się na każdego, kto zagrodziłby mu drogę z gołymi rękami, byleby tylko dotrzeć na miejsce.
Wskoczyli znowu na grzbiety zwierząt i ruszyli w dalszą drogę. Pędzili przez las, który z wolna zamienił się w rozległą łąkę i młody zagajnik, aż w końcu stał się polami uprawnymi ze wszystkich stron otoczonymi borem. Słońce wędrowało razem z nimi, wytyczając czas na niebie. Z rozpalonego do białości zmieniało barwę na żółtą jak bryłka złota, a potem na pomarańczową niczym miedź i w końcu na czerwoną jak dojrzałe jabłko, powoli chowając się za ciemną ścianą odległego lasu, kładąc długie cienie na skoszonym polu, barwiąc je wszystkimi odcieniami czerwieni. Rzeczka, która napędzała kamienny młyn w jego promieniach wyglądała jak płynąca leniwie krew. Kiedy wjechali do miasteczka, niebo było granatowe, usiane milionami gwiazd.
Zatrzymali steedy, przed budynkiem, z którego dobiegał gwar i śmiech. Kiedy weszli do środka, owionął ich zapach pieczonych mięsiw, ziół, piwa i wina. Pomieszczenie, w którym się znaleźli było niskie, podparte trzema drewnianymi filarami. Pod przeciwległą ścianą znajdował się drewniany blat, za którym stała pulchna kobieta w wydekoltowanej jaskrawej sukni. Podeszli do baru, lawirując między ławami, zajmującymi całą izbę.
- Gdzie znajdziemy uzdrowiciela? - zapytał Yeran, opierając się o kontuar. Kobieta omiotła ich spojrzeniem dużych bystrych błękitnych oczu.
- Ale on o tej porze to już śpi - powiedziała wolno. - Zaczekajcie do rana.
- Nie mamy na to czasu! - krzyknął Seimi zwracając na siebie uwagę otoczenia. Zaczerwienił się gwałtownie i zamilkł.
- Mój brat ma rację. To bardzo ważna sprawa. Potrzebujemy uzdrowiciela natychmiast - odezwał się starszy, obejmując chłopaka ramieniem.
- Mieszka na końcu miasteczka. Poznacie dom bez trudu, jest cały porośnięty dzikim winem i pali się przed nim latarenka.
- Dziękujemy. Mogła nam to pani od razu powiedzieć - burknął wysoki blondyn, wypychając młodzika do drzwi.
- Szukacie panowie noclegu? - zawołała za nimi kobieta, ale ją zignorowali.
Chłopak, złapał wodze Lawiny i ruszył szybkim krokiem w dół ulicy mijając po drodze uśpione domy. Tylko w niektórych paliły się nikłe płomyki świetlistych kulek. Dom Uzdrowiciela znaleźli naprawdę bez trudu. Był niski, zbudowany z drewnianych bali, porośniętych całkowicie dzikim winem. W nocy przypominał ciemny kopiec. Świetlista latarenka oświetlała wejście.
Yeran podszedł do drzwi i zapukał. Usłyszeli ciche mamrotanie i po chwili drzwi się otworzyły ukazując ich oczom, dość wysokiego młodego mężczyznę o sięgających ramion ciemnobrązowych włosach i niemal czarnych, przeszywających na wskroś oczach. Jego przystojna twarz, rozciągnęła się w przyjaznym uśmiechu.
- Wejdźcie proszę. Wiedziałem, że tutaj przybędziecie. Drzewa przekazują wiadomości szybciej niż pędzą steedy. Nazywam się Narick - dodał, widząc zdumione miny braci.
Wpuścił ich do pachnącego ziołami pomieszczenia. Z sufitu zwieszały się pęki suszonych ziół. Niektóre Seimi poznał, opatrując stłuczenia i obtarcia zwierząt, inne były mu całkowicie obce.
- Przygotuję dla was posłanie. Jutro o świcie wyruszymy w drogę - powiedział spokojnie mężczyzna, kiedy już wyjaśnili mu powód przybycia.
- Lepiej wyruszajmy już teraz - nalegał chłopak, kręcąc się niespokojnie.
- Uspokój się drogi chłopcze. Pośpiech nic nie da. Wasz przyjaciel na pewno jest pod doskonałą opieką i wytrzyma do jutrzejszego wieczoru.
- Ale... - Seimi próbował coś powiedzieć, ale Uzdrowiciel uciszył go gestem.
- Nie myśl, że nie doceniam powagi sytuacji, jednakże odpoczynek jest wskazany zarówno dla was jak i dla waszych wierzchowców - delikatnie, pogładził chłopca po ramieniu, niespodziewanie naciskając pewien punkt na szyi i chłopak zwiotczał jak szmaciana lalka, której przecięto sznurki. - Wybacz, że zrobiłem to twojemu bratu, ale wątpię by zasnął bez pomocy, a potrzebuje odpoczynku.
Jasnowłosy skinął tylko głową, wziął brata na ręce i ułożył na posłaniu. Położył się obok niego i szybko zasnął.
W połowie nocy, młodzik zaczął się niespokojnie wiercić, mrucząc coś niewyraźnie. Śniły mu się niedźwiedzie i Rhan rozszarpywany na jego oczach. Potem śnił mu się dom. Własny namiot, Rhan leżący na posłaniu, taki blady. Krew przesiąkła przez bandaże, brudząc przykrycie. Mężczyzna nie oddychał. Przyklęknął przy kochanku, płacząc. Wtedy ciemnowłosy otworzył oczy.
- Nie pomogłeś mi - wychrypiał. - Obiecałeś, ale zawiodłeś. Nie pomogłeś.
Zerwał się z posłania z głuchym okrzykiem. Zapaliło się światełko. Silne ręce objęły go, łagodząc drżenie ramion.
- Rhan... on umrze... śnił mi się. Umarł, ale otworzył oczy... powiedział, że mu nie pomogłem, że nie zdążyłem - wyszeptał blondynek, walcząc ze łzami.
- Cii… to był tylko zły sen. Zobaczysz, że wieczorem będzie zdrowy jak ryba i nie będziecie w ogóle pamiętali o tym wydarzeniu - Yeran pogładził napięte plecy brata. - No... połóż się i prześpij jeszcze. Zobaczysz, że Rhan jest cały i bezpieczny i wyściskasz go jak wrócimy. No już, zamykaj ślepia, bo o wschodzie wyruszamy - pocałował go w czoło i przytulił mocno do siebie.

Niebo ledwo różowiło się na wschodzie, kiedy wyruszyli w drogę. Mgła osiadała na grzbietach steedów, obłoczki pary unosiły się z ust i zwierzęcych nozdrzy. Dosiedli wierzchowców. Lawina niósł Seimiego i Uzdrowiciela. Na szczęście mężczyzna był smuklejszy od Rhana, dzięki czemu ogier prawie nie odczuwał dodatkowego ciężaru na grzbiecie. Popędzili uśpionym miasteczkiem, przemknęli przez pola, las pochłonął ich, stłumił tętent kopyt. Pogoda zmieniła się diametralnie. Po wczorajszym słonecznym dniu, dzisiejszy był mglisty i deszczowy. Na popas zatrzymali się pod drzewami, które częściowo chroniły ich przed padającym deszczem. W połowie drogi rozpadało się tak, że musieli zwolnić. Trakt zamienił się w błotnisty potok, grożący poślizgiem i w najlepszym wypadku połamaniem nóg.
Po dotarciu na miejsce byli zziębnięci, przemoczeni do suchej nitki, ślizgali się na mokrych grzbietach.
Narick nie czekając wszedł do namiotu i zabrał się za sprawdzanie stanu rannego. Z pomocą Seimiego, odkrył rozdarcia po pazurach, obejrzał je uważnie, dotykając skóry wokół nich. Potem kazał chłopakowi wyjść i pod żadnym pozorem nie przeszkadzać dopóki nie pozwoli. I znowu biedny chłopak zmuszony był do nerwowego oczekiwania, tyle, że tym razem stał na deszczu przed własnym namiotem.
- Czy jak obgryziesz już paznokcie u rąk zajmiesz się tymi u stóp? - usłyszał łagodny głos przyjaciółki. - Nie pomożesz mu stojąc na deszczu. Co będzie jak się przeziębisz? Myślisz, że będę cię wtedy niańczyła?
- Rhan lubi jak jestem chory - burknął chłopak, chowając ręce za plecami.
- Tak, tak Rhan uwielbia jak jesteś chory, bo wtedy nie musi odciągać cię śmierdzącego od zwierzaków i na siłę ciągnąć do domu - okryła go peleryną. - Czekasz grzecznie na niego i marzysz tylko o tym żeby cię przytulił.
- No i co z tego? Ja chcę być tam przy nim, chcę go zobaczyć. Chcę wiedzieć, czy wszystko jest w porządku. Chcę tam wejść.
- Przecież wiesz, że nie wolno dzieciaku, ale na pewno zaraz będziesz mógł go zobaczyć - stwierdziła z lekka irytacja, jednak po chwili mocno go przytuliła.
Jakby na potwierdzenie słów, zasłona namiotu uchyliła się i stanął w nich Uzdrowiciel.
- Możesz wejść - zaprosił chłopaka do środka.
Seimi wsunął się do ciepłego, a przede wszystkim suchego wnętrza i opadł na kolana przy posłaniu. Rhan leżał na poduszkach, przykryty ciepłą narzutką. Jego twarz wygładziła się, całe ciało odprężyło uwolnione od bólu. Popatrzył na młodzika spod przymrużonych powiek i uśmiechnął się sennie.
- Przez przynajmniej pół księżyca nie powinien wykonywać żadnych ciężkich prac. O polowaniu może zapomnieć, bo wątpię żeby zrezygnował z ciebie Maluszku - mruknął Narick, puszczając do obu oko. - Rhan... blizny Ci zostawiłem, żebyś miał się czym chwalić.
- Narick dziękuję, bardzo dziękuję. Nie wiem jak... - powiedział chłopak, przyciskając do policzka dłoń kochanka.
- Nie masz mi za co dziękować. Zajmij się raczej swoim avro, bo podczas leczenia miałem kilka nader ciekawych widoków. Wybaczcie, ale was zostawię, jestem bardzo zmęczony, a pewna piękna pani zaproponowała mi odpoczynek - skłonił się i wyszedł.
- Słyszałeś co powiedział? Masz się mną zająć - mruknął ciemnowłosy, sięgając ku Seimiemu zdrową ręką.
- Przecież nie wolno ci się męczyć. Tak powiedział - odparł blondynek, ale z przyjemnością zrzucił mokre odzienie i wsunął się nagi pod przykrycie.
- Mnie nie wolno, ale tobie tak - starszy uciszył wszelkie protesty, delikatnym pocałunkiem. Chłopak odsunął się od kochanka, odrzucając jednocześnie przykrycie. Przesunął palcami po świeżych bliznach, na ramieniu i torsie, badając je delikatnie.
- Łaskoczesz - zachichotał cicho łowca. W odpowiedzi młodzik uśmiechnął się tylko i skłonił głowę ku ciału ukochanego. Delikatnie muskał wargami i językiem nierówne szramy, jednocześnie pieszcząc palcami brzuch i boki Rhana. Przytulił się do potężnego ciała, ocierając się o nie. Jeszcze nigdy mężczyzna nie był tak gorący. Do tej pory to on robił za Płomyk, jak go nazywał avro. Szybko zrozumiał, co Narick miał na myśli mówiąc o ciekawych widokach. Powędrował ustami niżej, nie przerywając pieszczenia ciała kochanka palcami. Zsunął się do jego podniecenia i zacisnął na nim usta. Przez kilka uderzeń serca bawił się samym czubkiem, całując go i muskając językiem, po czym wypuścił go wędrując znowu do góry, do czekających na pocałunek warg. Wpił się w nie ustami, zapraszając język łowcy do tańca, swoim własnym. Usiadł na biodrach kochanka, uniósł się nad nim i wprowadził w siebie. Odrzucił głowę do tyłu i cicho krzyknął, czując jak wsuwa się w ciasne wnętrze aż po nasadę. Poruszył się lekko, rozkoszując się obecnością w środku i zamarł pochylając się do twarzy kochanka. Całował jego policzki, usta, nos. Dłoń Rhana spoczęła na tali chłopaka. Palce zacisnęły się, ponaglając.
- Seimi... - mężczyzna poruszył się pod chłopakiem.
Jasnowłosy, oparł dłonie na torsie Rhana, poruszając się najpierw powolutku, a potem coraz szybciej i szybciej. Cichutkie jęki, przeszły w głośne krzyki. Chłopak odchylił się do tyłu, wpuszczając go jeszcze głębiej. Jego włosy musnęły nogi ciemnowłosego. Doszedł szybko wypełniając namiot pełnym uniesienia krzykiem, nie przestając się poruszać, by doprowadzić do szczytu także ukochanego. Pochylił się do przodu, opierając się na dłoniach po obu stronach głowy łowcy. Zagryzał wargę, poruszając biodrami w szaleńczym rytmie, dopóki nie wypełniło go śliskie ciepło. Opadł na Rhana, przytulając się do niego.
- Kocham cię Rhan... - wyszeptał cichutko. Sięgnął po odrzucone przykrycie i nakrył ich obu, ani na chwilę nie wypuszczając z siebie kochanka. Machnął na oślep, gasząc świetlną kulkę i namiot pogrążył się w niemal całkowitych ciemnościach.
- Wiem...