Milczenie 1
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 03 2011 13:07:45
Kilka słów wytłumaczenia od autorki. Milczenie jest drugą częścią cyklu "Mowa", pierwszą była "Cisza", niestety zapomniałam ponumerować :D.
To stary cykl, powstał dwa lub trzy lata temu, od grudnia do czerwca, ma wiec sporo błędów i jest słabszy od reszty opowiadań jakie napisałam (a że ogólnie moje teksty nie są najwyższych lotów, nie jest to najlepsza rekomendacja ^^). Dlaczego więc go posyłam? Bo po pierwsze pisanie tego cyklu sprawiło mi kupę radości, jeżeli choć jedna dziesiąta tego przejdzie na czytelników, będzie bardzo dobrze. A po drugie, jest tu jedna z moich ulubionych postaci. Ale cicho sza, nie powiem kto ^^.
Pozdrawiam i wybaczcie przynudzający wstęp.


Acha, czas akcji: gdzieś koniec trzeciej ćwierci XIXw. (choć przyznaję bez bicia nie do końca trzymałam się realiów historycznych), miejsce: Europa, prawdopodobnie tereny Nie-miec.

Tekst ten dedykuję jego pierwszej czytelniczce, i bardzo dobrej pisarce, która podju-dziła mnie do nastukania tylu części - Hotaru no hine.




Powóz wzbudzał tumany kurzu. Tutaj nie padało od dłuższego czasu, co było o tyle dziw-ne, że niespełna dwa dni temu trafili na sam środek burzy z piorunami, a ulewy towarzyszyły im, z przerwami na pochmurną pogodę, niemal od początku podróży. Ale teraz niebo było prawie bez chmurne, a ziemia sucha. Pagórkowaty krajobraz zalewało słońce. Jasne, wapien-ne skały połyskiwały w jego promieniach, a zieleń wyglądała jak wyjęta z rysunku dziecka. Jak na te porę roku było nieomal upalnie.
Za oknami przepływała sielankowa, chciałoby się rzec arkadyjska okolica: łagodne wzgó-rza pokryte darnią, z stadami bydła wypasanymi przez bosonogich pastuchów. Niewielkie lasy z całymi koloniami jagód, a co jakiś czas mijali połyskujące, niebieskie jeziora, przypo-minające szafiry na kolii jakiejś wielkiej damy. Godzinami można było podziwiać widoki.
Dojechali do kolejnego niewielkiego miasteczka. Widzieli już kilka podobnych; niewiel-kich mieścin zabudowanych niewysokimi domami wykonanymi w "murze pruskim". Takich z białymi ścianami, ciemnymi belkami szkieletów i spiczastymi dachami, pokrytymi gontem, słomą lub, rzadziej, wiśniowymi dachówkami. O jasnych, wesołych oknach z kwiatami na parapetach. Jak zwykle w centrum mieściny znajdował się niewielki, owalny plac z studnią. Ta połączona była z basenem na wodę, umieszczonym jednak nie na środku, jak to zwykle bywało, lecz bardziej z boku. W cieniu rozłożystego drzewa.
Dzwon na wierzy kościelnej już jakiś czas temu wybił południe. Ptaki poderwały się z ziemi gdy czarny jak smoła powóz wjechał na rynek. Omotany w ciemny płaszcz woźnica zeskoczył z kozła, i zabrał się za pojenie koni. Potężne, kare ogiery wyciągały kształtne łby w stronę wody. Kiedy wreszcie zostały wyprzęgnięte, i doprowadzone do stojącego obok studni drewnianego koryta, piły łapczywie.
Kilka osób z karczmy znajdującej się po drugiej stronie rynku podeszło bliżej. Z zacieka-wieniem oglądali srebrne wędzidła i dzwoneczki przy bogatych uprzężach; doskonale wyko-naną snycerkę wozu. Widać było, że podróżuje nim ktoś znaczny. Jednak żaden z ciekaw-skich nie podszedł, nie porozmawiał, nie zapytał się. Było coś w pochylonym, milczącym woźnicy, co odpychało ludzi od niego. Sprawiało, że traciło się chęć do rozmowy.
Po kilku minutach drzwi się otworzyły i wyszedł z nich wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Chwilę stał na stopniach, rozglądając się do koła. By lepiej widzieć zasłonił oczy smukłą, jasną dłonią. Na ustach błądził mu lekki uśmieszek.
Nagle, z nie pasującą mu młodzieńczą werwą, zeskoczył z schodków. Potem pomógł wy-siąść z środka małej, kilku letniej dziewczynce w jasno niebieskiej sukieneczce. Właściwie złapał ją za pas i zestawił na ziemię. Mała trzymała w rękach misia. Od razu wyrwała się i zaczęła ciekawie oglądać okolicę. Nie zwracała niemal uwagi na mężczyznę.
Następną osobą był młody chłopak. I jemu czarnowłosy pomógł wysiąść. On jako jedyny nie wykazał zainteresowania miejscem w którym się znaleźli. Był dość blady, choć jego ciem-na skóra trochę to maskowała. Powoli, ostrożnie podszedł do studni i usiadł w cieniu, na brzeżku baseniku. Zaczął odwijać bandaż z lewej dłoni. Na nikogo nie patrzył, nie zwracał na nic uwagi.
Jego towarzysz podszedł do koni. Poklepał je po szerokich łopatkach.
- Wspaniałe zwierzęta. Są w doskonałej formie, ale musimy je oszczędzać. Tylko nie odchodź daleko! Niedługo wyruszamy!
Krzyknął w kierunku dziewczynki. Ta machnęła na znak, że rozumie i że nie odejdzie. Zaraz potem powróciła do wielobarwnego straganu rozłożonego opodal.
- Tak. - uśmiechnął się wyrozumiale. - Znając ją na pewno gdzieś zniknie i trzeba bę-dzie jej szukać. Caroll, a ty jak się czujesz?
Zwrócił się do chłopaka. W odpowiedzi nieznacznie wzruszył ramionami. Skończył zdejmowanie opatrunku, włożył dłoń do wody i w milczeniu pocierał ją drugą ręką. Był sku-piony na tym jednym zadaniu. Jasne, niemal siwe włosy miał splecione w długi warkocz. Z daleka wyglądał jak staruszka.
- Wszystko w porządku?
Ponowił pytanie podchodząc. Oparł dłoń na jego ramieniu i pochylił się. Delikatnie ujął ranną rękę. Podniósł ją do góry.
- Pokaż. - rozkazał odwracając ją wnętrzem do siebie. - Nie wygląda najlepiej, ale i tak już jest wyraźna poprawa. Wiesz, naprawdę się bałem, że się nie zagoi. Ta diablica użyła wyjątkowo silnej i podstępnej trucizny.
Caroll wyszarpnął dłoń z jego uchwytu i zanurzył ją z powrotem w wodzie; wrócił do roz-cierania rany. Po chwili cienka strużka ropy pomieszanej z krwią rozmyła się w toni. Szybko przestał. Czarnowłosy zaczął robić to za niego. Jasne palce przesuwały się po ciemnej skórze. Mimo pozorów delikatności, bolało.
- Zimna ta woda. - powiedział cicho mężczyzna, nie wiadomo czy do niego, czy do sa-mego siebie. - Pewnie dłoń zupełnie ci skostniała. Moja wina. Gdybym wtedy pomy-ślał, teraz nie było by problemów.
Mruknął pod nosem jakby trochę zły, jednak uprzejmie drwiący uśmiech nie znikł z jego twarzy. Woda rzeczywiście była lodowata. Ale i krystalicznie czysta, jak to tylko w pobliżu gór być potrafi. Wyraźnie widać było murowane dno baseniku, jasne lekko zielonkawe ka-mienie. Ludzie szepcząc coś między sobą powoli odchodzili do swoich zajęć. Pierwsze zacie-kawienie minęło.
Chłopak odwrócił się do towarzysza. Ten wolną ręką odgarnął mu włosy nachodzące nie-znacznie na twarz.
- Usta ci zsiniały. - powiedział szeptem, dotykając jego warg. - Może powinienem...
Nie dokończył. Słońce wychyliło się zza dachów, na moment oświetlając ciepłym bla-skiem twarz Caroll'a. Ten jakby krzyknął, choć nie wydał niemal żadnego dźwięku, zerwał się i uciekł w cień. Zasłonił dłońmi oczy, pocierając je gwałtownie. Było w tym coś z ślepca, próbującego wydobyć piesek jaki wpadł mu do oczu.
- Co się stało, Caroll? Słońce?
Nawet nie próbował ukryć przerażenia w głosie. Podbiegł do chłopaka. Ten skinął głową, że tak. Wzdrygnął się raz i drugi. Cały czas miał kurczowo zaciśnięte powieki. Dygotał.
- Dobrze, spokojnie. - objął go ramieniem, próbując uspokoić. - Przepraszam, zagapi-łem się. Mocno cię poparzyło? Bardzo boli?
Dał znak ręką, że ujdzie. Ale najwyraźniej ciągle nie mógł dojść do siebie. Potrząsał gło-wą, ciągle nie otwierając oczu. Zasłonił je dłońmi. Wyraźnie widać było, że cierpi. Czarno-włosy przycisnął go do siebie, zasłaniając od światła, pilnując by był w jak najgłębszym cie-niu. Jednocześnie rozejrzał się dokoła. Rzeczywiście, słońce tego dnia prażyło bardzo mocno, było ostre, świetliste. Każdego oczy by bolały, gdyby na nie spojrzał...
- Chodźmy, tam jest gospoda. Odpoczniesz i dojdziesz do siebie.
Zaprowadził go do środka. Nawet jeżeli kogoś zdziwiła ta scena, nikt nic na głos nie po-wiedział. Eleganckie, gustowne szaty obu mężczyzn, oraz koronkowa filigranowa sukienka towarzyszącej im dziewczynki, a już na pewno wspaniały powóz, wskazywały, że są bogaci i wiele znaczą. A takich lepiej było nie zaczepiać. Dopiero wieczorem, jak wyjadą, będzie oka-zja do plotek, gadania i domysłów, mniej lub bardziej trafnych.
W środku karczmy panował półmrok, dziwnie kontrastujący z jasnością na zewnątrz. Za-ledwie kilka osób siedziało na podniszczonych ławach. Podniosły niechętnie głowy na odgłos otwieranych drzwi. Jak tylko oceniły kto wszedł, powróciły do swoich własnych spraw. Tylko mężczyzna w rogu koło kontuaru zaczął bacznie przyglądać się przyjezdnym.
Nie zwrócili na to uwagi. Chłopak został usadzony na jednej z wolnych, szerokich ław stojących pod ścianą. Szok jeszcze nie minął, ale był już dużo spokojniejszy. Nisko się pochy-lił, oparł ręce na blacie stołu i złożył głowę w ramionach. Oddychał ciężko. Raz, czy dwa jego ciałem wstrząsnęły drgawki, na szczęście już słabsze od wcześniejszych.
Jego towarzysz podszedł do baru, zawołał właściciela, człowieka chudego, kościstego, w brudnym fartuchu, o burzy rudych włosów, przyprószonych tu i ówdzie siwizną. Starszy męż-czyzna mówił z strasznym akcentem, jednak udało się zamówić pokój. Zadziwiające ile może sprawić jedna sztuka złota, i to nie zależnie od kraju, czy narodowości.
Po chwili pojawił się wyrostek, chudy niczym jego pracodawca, i razem z czarnowłosym znikli na górze. Powrócili po kilku minutach, dzieciak wyglądał na zdrowo przestraszonego i od razu uciekł na zaplecze, mężczyzna natomiast podszedł do Caroll'a. Nachylił się.
- Przygotowałem pokój. Jak się czujesz?
Spytał z troską. Chłopak podniósł głowę, spojrzał na niego, ale od razu musiał zamknąć powieki. Oparł się ciężko o ścianę. Przez chwilę próbował wstać. W końcu udało mi się, jed-nak po zrobieniu kilku chwiejnych kroków osunął się na najbliższą ławę. Mężczyzna podrapał się po głowie, ale nie miał wyboru.
- To wszystko wina tej żmiji.
Warknął, biorąc go na ręce. Gdyby nie kolor jego skóry, no i płeć, można by pomyśleć, że to starszy brat odnosi zmęczoną siostrę. Jasnowłosa głowa oparła się o jego ramię, a długi warkocz swobodnie spływał, niemal dotykając ziemi.

Pokój był prosty, czysty i schludny, ale pozbawiony jakiś specjalnych wygód. Na środku, przystawione do ściany zagłówkami stały dwa łóżka zbite z prostych, sosnowych belek. Po-ścielono je dość starannie: białą, czystą pościelą wykonaną z grubo tkanego lnu. Przykryto je wzorzystymi, wełnianymi narzutami. Poza tym w środku znajdowały się dwa potężne, ale zupełnie pozbawione ozdób kufry, trzy krzesła: jedno przechylone i o pękniętej najwyraźniej nodze, związanej łykiem; oraz stół. Większość szczegółów ginęła jednak w mroku. Okno zo-stało szczelnie zasłonięte, tak, że nawet najmniejszy promień przez nie nie wpadał, a w po-mieszczeniu nie płonęła ani jedna świeca, lampa, czy nawet zwykły kaganek.
Położył go na jednym posłaniu. Przykrył kołdrą, ale niezbyt szczelnie. Potem, mimo pa-nującej ciemności obejrzał dokładnie ranną dłoń oraz jego twarz. Sporo czasu poświęcił oczom. Potem lekko westchnął. Na jego ustach ponownie zabłądził lekki, uprzejmie drwiący uśmiech. Nie puszczając jego dłoni, odgarnął mu nachodzące na czoło włosy.
- Nie jest tak źle, ale musisz odpocząć. Ślepota na szczęście ci nie grozi, choć wygląda-ło to poważnie. Teraz spróbuj usnąć. I niczym się nie przejmuj, najwyżej dojedziemy dzień później. I tylko nie waż mi się umierać, pamiętaj, że nie pozwolę ci na to.
Jeszcze raz się uśmiechnął. Przycisnął na moment poranioną kończynę do ust. I wyszedł z pokoju. Chłopak milczał.

Powoli zbliżał się wieczór i większość prac była na ukończeniu. Czas płynął leniwie. Kil-ka kur żerowało na środku placu. Sprzedawcy zwijali już swoje kramy. Kilkanaście sztuk bosonogiej dzieciarni bawiło się w spływającej z baseniku wodzie. Najwyraźniej był nie-szczelny i wąska stróżka zmieniła pył w błoto. Po chwili przez plac przejechał wóz, więc się rozczmychli, tylko by chwilę potem gnać za nim z piskiem. Siedzący przed domami starsi mężczyźni przyglądali się temu z pobłażliwymi uśmiechami.
Przybysz nieśpiesznie przeszedł przez plac. Skręcił w jedną z bocznych uliczek i ruszył na zachód. Wąskie przejście było zabłocone, trochę śmierdziało. Ale i tu domy były dość czyste i zadbane. Drogę przebiegł mu kot. Wielkie, spasione kocisko, przypominające wymiarami sporego psa; ciemno szare, z białymi łatami i bez kawałka ucha. Zatrzymał się i spojrzał na niego ciemno złotymi oczami. Chwile mierzyli się wzrokiem, mężczyzna i zwierzak. Nagle kocur skoczył i znikł w wnętrzu domu, sycząc ostrzegawczo. Z uchylonych drzwi pachniało gorącą strawą oraz mydlinami.
Czarnowłosy roześmiał się bezgłośnie i ruszył dalej. W pewnym momencie przystanął. Rozejrzał się jakby zaniepokojony, czy raczej zaintrygowany. Skręcił w najbliższą uliczkę, i potem jeszcze raz, i znowu. Przed nim znajdował się dom, najwyraźniej niedawno wybudo-wany, biel ciągle wyglądała na świeżo położoną, ale już był opuszczony. Miał wybitą część szyb, inne okna zabite deskami i spaloną połowę poddasza zraz z kawałkiem parteru. Szkielet muru pruskiego czerniał na tle bezchmurnego nieba. Na przechylonych drzwiach ktoś nary-sował białą kredą krzyż. W pobliżu nie było nikogo. Ani człowieka, ani zwierzęcia.
Bez wahania wszedł do środka. Silnie pachniało spalenizną. Zabawił tam kilkanaście mi-nut, może trochę ponad kwadrans, i wyszedł. Jeszcze raz przyjrzał się uszkodzonej fasadzie, spalonemu obejściu. Drwiący uśmiech nawet na moment nie zszedł mu z twarzy. Otarł sadzę, jaką się ubrudził.
I coś cicho nucąc wyszedł poza miasteczko. Odszedł jeszcze kawałek, trochę krążąc po okolicy, aż w końcu trafił na niewielką polankę. Była z dala od drogi, czy innych uczęszcza-nych szlaków. Nie prowadziła do niej żadna wyraźna ścieżka, choć zauważył kilka wydepta-nych przejść. Widać miejscowi często ją odwiedzali, pewnie po kryjomu. Na miejscu znalazł stosunkowo świeżo usypane, lekko walcowate kształty grobów. Pięć czy sześć starszych po-rosła już trawa i zioła. Najwyraźniej miejsce to używano jako cmentarz dla mieszkańców, być może samobójców. Nie, było ich zbyt dużo. Czyli tradycja. Pamiętał, że koło kościoła widział wyznaczone miejsce na pochówki. Ksiądz dobrodziej musiał grzmieć co niedziela z kazalnicy na takie praktyki. Ale najwyraźniej nie przejmowano się tym.
Siła przyzwyczajeń była silniejsza od perspektywy spędzenia wieczności w piekle.
Mimo to miejsce było wyjątkowo piękne. Polana łagodnie opadała w dół, odsłaniając wi-dok na bliższą i dalszą okolicę. Zszedł kawałek, usiadł na zboczu, wśród niewysokiej trawy i zaczął obserwować majaczące w oddali szczyty. Twarz wystawił na promienie słoneczne. Lekko przymknął powieki. Wkoło panowała niczym nie zmącona cisza. Żadnych odgłosów cywilizacji, żadnych ludzi. Tylko on i przyroda. W powietrzu kołowały czarne sylwetki pta-ków, a w dole ciemniała linia lasu. Za nią, hen, hen, daleko widać było góry; widmowe i nie groźne z tej odległości. Na około rosły i pachniały zioła, kwitły małe, polne kwiatki. Grał świerszcz. Po prostu było pięknie.

Słońce zaszło gdy wrócił do karczmy. Jego ostatnie promienie oświetlały domy, nada-jąc im krwistą poświatę, ale to był już koniec. Noc zapadała. Gdzieś podziała się większość zwierząt, chyba tylko koty włóczyły się po ulicach. Ludzi też nie było widać, wszystkie okiennice zostały szczelnie zamknięte. W większości wypadków dodatkowo zaryglowane. Bali się czegoś? Czego?
Wydobywający się przez drzwi gospody ciepły blask oświetlał plac, wskazując, ni-czym latarnia morska, gdzie jeszcze jest życie. W środku było pełno. Mieszkańcy i przyjezdni zajmowali każdy kąt. Siedzieli na ławach i przy szerokim palenisku, w którym wreszcie pło-nął ogień. Miejsce obok zajęło kilku muzykantów, grali, na razie cicho, jakąś skoczną melo-dię. Ta ginęła niemal zupełnie w gwarze rozmów. Wśród zgromadzonych było sporo dzieci. Panował radosny nastrój festynu, lub może spotkania rodzinnego. Aż sam się uśmiechnął.
Usiał w pobliżu wejścia. Miejscowi odruchowo zrobili mu miejsce, a po chwili poja-wiła się przed nim szklanica z winem. Wypił trochę.
- Jak mogłeś!
Blond włosa dziewczynka poderwała się z kolan jakiegoś starca i podbiegła do niego. Tupnęła zła nogą.
- Jak mogłeś samą nie zostawić? Mieliśmy szybko jechać, a ani ciebie ani po wozu nie było jak wróciłam. Jak mogłeś mnie zostawić?! I gdzie jest Caroll?
Wyrzuciła z siebie przekrzykując panujący w koło hałas. Jej dziecinna buzia była bardzo zacięta. Zmarszczyła jasne brwi, nachylając się do niego. Boki podparła piąstkami. Całość obrazu zagniewanej małej damy, psuł trochę miś, trzymany za nogę i dyndający głową w dół przy jej boku, oraz trochę plam z błota na sukience.
- Przepraszam, nie chciałem. Caroll źle się czuje, musi wypocząć. Postanowiłem więc, że zostaniemy tu przez jakiś czas. Chciałem cię powiadomić, ale nie mogłem cię zna-leźć.
Przeprosił ją, uśmiechając się lekko.
- Akurat. - syknęła niemal bezgłośnie. - Caroll znów choruje?
Powtórzyła jakby dopiero teraz to usłyszała. Zamyśliła się na chwilkę, tak mocno, że aż zmarszczka pojawiła się na jej jasnym czole. W końcu coś postanowiła. Podbiegła i złapała go za rękę. Upuściła zabawkę.
- Skoro tak, to dla czego nie śpicie razem? - zapytała.
- Co...
Zakrztusił się, pobladł. Mężczyzna siedzący najbliżej wylał piwo na blat i wytrzeszczył oczy. Kilka osób odwróciło w ich stronę głowy.
- No co, co? Zawsze jak byłam malutka i chorowałam, spałeś ze mną, by mnie rozgrzać, prawda? Więc skoro Caroll choruje to też powinieneś! Zawsze tak robiłeś!
Wytłumaczyła na tyle głośno, by kolejne kilka osób zwróciło na nich uwagę. Ci którzy wcześniej tylko udawali, ze słuchają powoli przestali zachowywać pozory. Czarnowłosy ro-zejrzał się bezradnie dokoła.
- A...Ale...
- Powinieneś! - tupnęła zła nogą. - Ze mną spałeś, to z nim też powinieneś! Inaczej bę-dzie dłużej chorować! Zawsze tak powtarzałeś.
Dodała z całym uporem na jaki stać kilkuletnie dziecko. Ci którzy to słyszeli śmiali się do rozpuku, tylko w nielicznych wypadkach próbując zachować pozory powagi. Dwóch, czy trzech którzy już wcześniej widzieli całą grupę, zaczęło dopowiadać sobie resztę, tworząc całkiem zgrabną historyjkę na zimowe wieczory, historyjkę do opowiadania tylko dorosłym oczywiście. Ale była też coraz liczniejsza grupa tych, którzy patrzyli na niego z rosnącą nie-chęcią i obrzydzeniem. Taka kombinacja łatwo mogła przerodzić się w nienawiść...
Główny zainteresowany wreszcie zebrał się w sobie. Dotknął lekko głowy dziewczynki.
- Posłuchaj, nie rozumiesz wszystkiego. Tobą się opiekuję, jesteś jeszcze mała, z kolei Caroll to...
- To nim się wcale nie zajmujesz?! - spytała zdziwiona. - A kto go nosi na rękach? Kto spędza z nim tyle czasu? Kto go karmił?
To naprawdę zaczynało być ciekawe. Ktoś zaczął rechotać, inni pokazywali mężczyznę palcami i szeptali nieprzychylnie. Komentarze powoli przestawały być złośliwe, a zaczęły robić się niebezpieczne. Podchmielonym mężczyzną niewiele trzeba było do wszczęcia roz-róby... Bezradnie rozejrzał się dokoła. Potem na niewinnie zdziwioną dziewczynkę. W półmroku karczmy jej czarne oczy przypominały węgiel.
- Elizabeth - powiedział tak surowo, jak tylko mógł. - nie gadaj bzdur. Oczywiście, że ja to robiłem, ale przecież był prawie nie przytomny. Nie mogłaś go pielęgnować w chorobie, bo jesteś za mała, i na mnie to spadło. Taka jest prawda.
Próbował wytłumaczyć. Na jego szczęście byli świadkowie, którzy widzieli jak chłopak chwieje się na nogach i nie może iść. Powoli sytuacja się rozprężała, choć ciągle była napięta. Kogoś nawet trzeba było wyprowadzić. Ale Książe pozornie nie zwrócił na to uwagi, nabrał powietrza do płuc, chwycił dziewczynkę za rączki i zaczął tłumaczyć - w równym stopniu jej, co zgromadzonym w sali.
- Elizabeth, Caroll i ja jesteśmy przyjaciółmi, to prawda. Tak samo, jak ja jestem twoim przyjacielem. I dla tego, mimo iż nie należy do naszej rodziny, traktuję go w sposób podobny jak ciebie. Kiedy ty chorowałaś, też czuwałem przy tobie, pamiętasz? Dla te-go też, jak trzeba było, opiekowałem się Caroll'em. Ale nie mogę go do końca trakto-wać tak samo jak ciebie. Jesteś dużo młodsza, no i jesteśmy przecież spokrewnieni, więc przysługują ci trochę inne prawa.
Westchnął. To tłumaczenie nie do końca mu wyszło, ale mniej więcej przekonało obec-nych, że naprawdę nic zdrożnego nie łączy czarnowłosego i jego ciemnoskórego towarzysza. Mniej więcej, bo znaczna część wywodu dla większości była nie do końca zrozumiała. A była też grupka tych, co i tak wiedzieli lepiej. Na szczęście takich było coraz mniej, większość najwyraźniej chciała zachować neutralność.
Dziewczynka jednak nie dała za wygraną. Wydęła policzki i tupnęła nóżką.
- Dobrze, skoro nie chcesz go rozgrzać, ja to zrobię. Ja będę się nim zajmowała! I wcale nie jestem mała!
Krzyknęła i pobiegła na górę. Mężczyzna opadł ciężko na ławę.
- Charakter to odziedziczyła po matce - westchnął i dodał natychmiast. - Dzieci są nie-samowite. Jak się uprą, że coś jest jak im się wydaje, że jest, to za nic się ich nie prze-kona.
Rozległy się śmiechy, głosy że to prawda. Ktoś zaczął opowiadać, o kłopotach w jakie je-go wpędził jego syn, czy kuzyn. Atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Kufle zaczęły żwawiej krążyć, wino i piwo wzburzało umysły ludzi. Odsunięto stoły i ławy z środka sali, kapela za-grała żwawiej. Zaczęły się tańce. Śmiechy, przytupywania, krzyki, głośna muzyka i alkohol szły do głów. Sprawiały, że obecni stawali się coraz szybciej pijani, coraz bardziej rozluźnie-ni. Zapomnieli o całym zajściu.
Podróżny przyglądał im się z ironicznym uśmieszkiem. Nie dał się ponieść atmosferze. Powo-li sączył wino ze swojej szklanki, wtulony w mroczny kąt gospody. Kilka metrów od obści-skującej się młodej pary. Zmrużył oczy, starając się nie poświęcać im zbyt wielkiej uwagi. Nie chciał ich rozpraszać, a poza tym... byli młodzi.