Pieśń dla Kruka 4
Dodane przez Aquarius dnia Czerwiec 29 2011 18:18:19
***




Morze cofnęło się przy odpływie, zostawiając za sobą śliski od wodorostów, lśniący pas brzegu jakby właśnie po to, by Jano z Krukiem mogli poszukać czegoś na obiad. Jedzenie tego, co znaleźli, nie było właściwie konieczne. Kruk miał dość awaryjnych zapasów, by wystarczyło na te parę dni, nim minie sztorm. Z drugiej strony, wolał z nich nie korzystać, dopóki nie było to konieczne. W prawdzie niewielka była szansa, by burza potrwała dłużej, niż kilka dni, ale od przezorności często zależało przetrwanie. Złe planowanie było częściej przyczyną kłopotów niż pech. Poza tym Kruk lubił spacerowanie w towarzystwie Jano wzdłuż brzegu. Trafili na chwilę pomiędzy frontami szkwału, gdy deszcz stał się zaledwie rodzajem lśniącej krawędzi wiatru. Jano przyjmował wiatr, mgłę i deszcz z tym samym humorem, z jakim przyjmował konieczność noszenia sięgających kolan swetrów i kurtek.
Kruk znał wielu ludzi, którzy woleliby raczej zamknąć się w ciepłej łodzi, niż brnąć po zimnych, śliskich skałach, poszukując okazów morskiej fauny, jakie tylko ktoś bardzo głodny albo naukowiec mógłby opisywać z entuzjazmem. Jano był jednym i drugim. W tej chwili przykucnął nad kałużą, którą za kilka godzin fale przypływu zaleją pianą. Spod zbyt obszernej kurtki wyłaniały się smukłe nogi w dżinsach. Kruk wiedział, że nogi te lepiej wyglądałyby na łodzi, gdzie Jano nosiłby tylko jedną z jego długich koszul, a dżinsy suszyłyby się nad palnikiem. Ta myśl wywołała uśmiech na twarzy Kruka. Zapach mokrych dżinsów będzie mu się teraz kojarzył z dniami, gdy letnia burza przyniosła mu prezent i uwięziła go w zatoce, by mógł się tym prezentem nacieszyć. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio czuł się tak dobrze, jak przez ostatnie trzy dni. Jano był dobrym kompanem. Jego bystry umysł i ogromne poczucie humoru sprawiały, że godziny płynęły niezauważalnie. Przynajmniej w
dzień. Świadomość, że chłopiec leży o metr od niego, sprawiały, że noce dłużyły się niezwykle.
-Jak byś to nazwał? -zwrócił się Jano do Kruka. On z wyraźnym niedowierzaniem spoglądał to na niego, to na stworzenie które tamten trzymał w dłoni.
-Mówiłeś, że co studiowałeś?
Jano zmarszczył zabawnie brwi, a potem się roześmiał.
-Biologię morską. Jeśli jesteś ciekawy, to wiedz, że trzymam Phylum echinodermata z klasy Echinodea, znany przyjaciołom jako Strongylocentrotus pupuratus. A teraz powiedz, jak ty to nazywasz?
-Filoetowy jeżowiec morski -odparł sucho Kruk. Jano spojrzał na pochmurne niebo, jakby szukał pomocy lub natchnienia.
-W haida -wyjaśnił. -Jak nazywacie fioletowego jeżowca moskiego w języku haida?
Spojrzał na Kruka uważnie i pochylił głowę, jakby nie mogąc doczekać się odpowiedzi. Od Kruka dowiedział się, że język haida był określany jako izolowany, nie powiązany z żadnym innym językiem na świecie.
Baskijski był drugim izolowanym językiem. Pozostałe należały do jednej czy drugiej ze spokrewnionych ze sobą grup, tak jak języki romańskie. Haida był pod tym względem wyjątkowy. Tak jak ten mężczyzna który tak Jano fascynował.
Kruk ściągnął gniewnie wargi, jakby oceniając zapał Jano. Był dziwnie dumny z tego, że tego młodego chłopca zaciekawił język haida. Od dawna wiedział, że jego ojczysta mowa był inna niż wszystkie. Ale dopiero Jano uświadomił mu, jak rzadki w istocie jest ten język. Życie przy nim z każdą chwilą stawało się ciekawsze.
-Kruku?
Roześmiał się cicho nim odpowiedział na jego pytanie w języku haida. Jano wysłuchał krótkiej burzy dźwięków, oznaczającej haidańskie imię fioletowego jeżowca morskiego.
-Co to znaczy? - spytał.
Kruk uśmiechnął się szeroko pod czarnym wąsem.
-Nie ma...
-Dokładnego tłumaczenia - dokończył Jano i jęknął. Zbyt często słyszał ostatnio to zdanie. -Więc podaj
mniej dosłowne.
-Okrągły, kolczasty, fioletowy, jadalny mieszkaniec morskich skał.
-No widzisz?-chłopak uśmiechnął się tryumfalnie. -Nie ważne, jak wyjątkowym jest język. Stworzył go ludzki umysł, posługując się wciąż tym samym bazowym diagramem. Nazwy są opisowe. Naukowa nazwa tego jeżowca mówi mniej więcej to samo, co nazwa w haida, choć bardziej szczegółowo. Z wyjątkiem jadalności.- Uśmiechnął się.
-Na ogół naukowcy nie są zainteresowani zjadaniem obiektów badań.
Kruk obserwował kolczastego, jaskrawofioletowego jeżowca.
-Rozumiem ich -stwierdził z przejęciem. -Sam jego widok odbiera apetyt.
-W Japonii ikra jeżowca jest przysmakiem, tak jak kawior w Rosji.
-Nie jesteśmy w Japonii.
-Gdzie twoje zamiłowanie do przygód?
-Na dnie zatoki razem z twoim rozumem -odparował Kruk
-Nie będzie zupy z jeżowca?
-Nie będzie.
-A może jeżowiec na surowo?
-A może piasek na surowo?
-Orły jadają jeżowce - zakończył Jano, wspominając swoje zaskoczenie, gdy zobaczył młodego, nieopierzonego orła, który przysiadł na belce i zjadał jeżowce, robiąc to z wielkim apetytem.
-Jestem z rodu kruka, nie orła.
Iskierki rozbawienia zniknęły z oczu Jano zastąpione wyrazem ciekawości. Chciał... musiał... dowiedzieć się o nim jak najwięcej.
-Co?
-Haida dzielą się na dwie grupy, orła i kruka -wyjaśnił. -Moja matka była krukiem. A zatem i ja jestem krukiem.
-Czy Haida tworzyli społeczeństwo matriarchalne?
-W pewien sposób. -Kruk uśmiechnął się krzywo. -I bardzo dobrze, gdyż moim ojcem był szkocki wędkarz o imieniu Carl, który wyjechał kiedy tylko skończyło się tarło łososia. Dlatego nazywam się Carlson Kruk.
-Czy ten człowiek wiedział, że twoja matka jest w ciąży?
Ledwo zdążył to powiedzieć, zorientował się, że staje się zbyt dociekliwy. Lecz chciał poznać Kruka jak najlepiej i ta potrzeba tłumiła dobre maniery.
-Wątpię. -Wzruszył ramionami. - Wątpię, czy miałoby to jakieś znaczenie, nawet gdyby wiedział. - Zawahał się i dodał cicho: - Poderwał matkę w barze. Ciągle potrzebowała pieniędzy na alkohol.
W oczach Jano błysnęły łzy. Przypomniał sobie, jak dumny był jego ojciec z udanych synów, jak wiele miłości było w ich rodzinie. A potem pomyślał o Kruku, który dorastał pozbawiony takiej miłości.
-Cóż za strata -szepnął. -Większość mężczyzn byłaby gotowa na wszystko, by mieć podobnego do ciebie syna.
Kruk przymknął na chwilę oczy.
-Nie bardzo - rzekł w końcu szorstko. Otworzył oczy. -Jestem Haida. Indianin. Może nie ma to znaczenia tu i teraz w zatoce, ale tam skąd ty pochodzisz, jest piekielnie ważne.
Jano chciał zaprotestować, ale powstrzymał się. To co mówił Kruk, było prawdą. Wprawdzie jemu się to nie podobało, ale był zbyt wielkim realistą, by zaprzeczyć.
-Ja tego tak nie odczuwam - oznajmił dobitnie. - Jesteś mężczyzną, Carlsonie Kruku. Jednym z najwspanialszych, jakich do tej pory spotkałem. Tylko to się dla mnie liczy. I nie ma znaczenia, czy jestem w Zatoce Totemu, czy na Księżycu.
Głos Jano załamał się. Odwrócił się szybko, układając w kamiennym gnieździe kruchego, kłującego jeżowca. Znów powiedział za dużo, teraz już trudno by było nie spostrzec aluzji... Szybko otarł łzy rękawem grubego swetra. Był wilgotny i pachniał morzem, a trochę mężczyzną.
-Jano - Głos Kruka był głęboki, delikatny i chrapliwy. Przyciągnął młodzieńca ku sobie i, wsuwając pod brodę stwardniałą dłoń, uniósł lekko jego twarz. Zaczął coś mówić, dostrzegł łzy i poczuł, że traci oddech. Zbliżył usta i zebrał wargami srebrne krople z rzęs Jano. Zdumiał się, że tak trudno mu było przerwać ten delikatny pocałunek. Poza tym ciągle nie był pewien reakcji chłopca. Nie odepchnął go... Powoli odsunął się od niego.
-Nie byłem nieszczęśliwy - wyznał cicho. - U Haida dzieci należą do szczepu matki, a chłopcy przechodzą inicjację pod opieką jej braci. Wychowali mnie wujowie, co jest zwyczajem mojego ludu.
-A twoja matka? - szepnął niepewnie Jano, wiedząc, że nie powinien zadawać tego pytania.
-Zanim skończyłem sześć lat, matka nie potrafiła zadbać nawet sama o siebie. Porzuciła mnie i ciągle piła. Na cztery lata przed jej śmiercią wuj adoptował mnie zgodnie z prawem plemiennym i prawem kanadyjskim. Eddy jest dobrym człowiekiem i silnym mężczyzną. Latem łowi łososie, a zimą rzeźbi wizerunki stare i niezwykłe jak język haida. Polubiłbyś Eddiego. On by cię pokochał jak syna. W pogardzie ma tylko ludzi zbyt rozpieszczonych, by wędrować podczas burzy po wyspach Królowej Scharlotty.
Jano przyglądał mu się uważnie, szukając skrywanych pod słowami emocji. Wyczuwał, że zwykle niechętnie mówi o rodzicach... A jednak jemu opowiedział o swoim dzieciństwie. Kiedy spojrzał w lśniące czarne oczy, najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się, by nie rzucić mu się w ramiona. Przecież taki gest byłby katastrofą. Niezależnie od Eddiego, Kruka pociągały kruche blondynki, które nosiły jedwabne chusty w kolorze idealnie dopasowanym do tajemniczych, błękitno zielonych oczu.
-Czy Eddy jest mężczyzną w dostatecznym stopniu, by zjeść zupę z jeżowca? - zapytał w nadziei, że Kruk nie zauważy, jak drżą jego wargi i wyginają się w podkówkę. Po prostu chciało mu się wyć...
-Nie mogę się doczekać, by to sprawdzić - odparł Kruk z rozbawieniem.
Jano odwrócił twarz ku morzu. Zbliżała się kolejna linia szkwału.
-Jak długo będziemy czekać? - zapytał.
-Na zupę?
-Na szkwał.
Kruk spojrzał na morze. Zmarszczył czoło, widząc czarną gęstą ścianą chmur, zbliżającą się ku nim na skrzydłach wiatru.
-Akurat tyle, by wrócić na łódź. O ile będziemy mieli szczęście. Niech to licho! O czym ja myślałem, do diabła? Powinienem wiedzieć, że nie należy się odwracać plecami do morza.
-Nie zdążymy już nazbierać ostryg? - spytał Jano, przypominając sobie niewielką ławicę, którą minęli po drodze do ujścia zatoki.
-Zajmę się tym. Ty wracaj na łódź, żebyś nie zmókł.
-A co z tobą?
-Jeśli przemoknę, będę w przyszłości obserwował niebo. - I nie zwracał uwagi na to, jak wdzięcznie poruszasz biodrami, kiedy się schylasz i grzebiesz w kałuży, dodał w myśli.
-Skończą ci się suche rzeczy.
-To włożę śpiwór.
-Wykluczone - stwierdził młodzieniec, stanowczo kręcąc głową. Światło migotało wśród jego falujących, cynamonowych włosów. - Owinę się prześcieradłem i oddam ci ubranie.
Sama myśl o Jano nagim pod granatowym prześcieradłem wywołała uśmiech na twarzy Kruka. I na nic się zdała złożona samemu sobie obietnica, że będzie o nim myślał jak o bracie.
Jano nie widział już tego uśmiechu. Odwrócił się i ruszył wzdłuż brzegu do miejsca, gdzie była przycumowana "Czarna Gwiazda". Kruk obserwował go przez chwilę, podziwiając, że tak cudownie kołysze wąskimi biodrami. Tłumiąc przekleństwo musiał przyznać, że bardzo pragnął zbadać dłońmi wspaniałe plecy Jano,
smukłość bioder i jędrność pośladków. Był taki przyjemny, ciepły, pobudzający zmysły... wcielenie marzeń. Czy jemu by się to spodobało? Chyba raczej nie... Takie rozmyślania utrudniały Krukowi marsz. Przeklinając w duchu zastanawiał się, jak zdoła utrzymać się od niego z daleka przez dwa deszczowe i wietrzne dni, które przewidywała prognoza pogody.
-Kruku? - zawołał Jano.
Uniósł głowę i zauważył, że stoi w miejscu i nad czymś się zastanawia. Zaklął pod nosem, zaczynało mu to wchodzić w nawyk. Samokontrola nigdy dotąd nie sprawiała mu takich problemów.
-Coś się stało? - spytał z niepokojem.
-Nie - odparł niemal szorstkim tonem - Zastanawiałem się tylko, jak długo jeszcze będziemy uwięzieni w tej cholernej zatoce.
-Aha.
Jano uśmiechnął się beznamiętnie. Odwrócił się i odszedł jak najszybciej. Dzień stracił swój urok. On cieszył się każdą chwilą spędzoną z Krukiem, a on odliczał minuty do chwili, gdy burza przycichnie i będą mogli odpłynąć. Lecz nie był tym zaskoczony. Jeśli czarnowłosy olbrzym marzył kiedykolwiek o uwięzieniu w zatoce, to raczej ze słodką Landrii, a nie z obcym natrętnym chłopakiem. Kruk był mężczyzną, o jakim Jano śnił od dawna, zanim jeszcze wyłowił go z zimnego morza. Jego
inteligencja fascynowała go równie mocno jak siła, a śmiech powodował wrażenie, że stanął w powodzi słonecznego światła. Drżenie budziła sama myśl o tym, że taki mężczyzna mógłby go chcieć...
Linia szkwału dotarła do brzegu w chwili, gdy Jano znalazł się w ciemnej kabinie łodzi. Kruk przywiązał drugą belkę, dzięki czemu Jano mógł łatwiej przejść po podskakującej kei. Ale i tak był wdzięczny losowi, że nie musi tego robić w deszczu.
Młodzieniec uśmiechnął się smutno. To ładnie ze strony Kruka, że przydźwigał jeden z tych starych pni i dołączył do pomostu, by przy każdym wejściu lub zejściu z łodzi nie ryzykował kąpieli. Jano z fascynacją obserwował, jak nagi do pasa manewrował belką w wodzie. Ogromna siła Kruka mogła budzić przerażenie, ale jemu dawała poczucie bezpieczeństwa. A przecież Jano niczego nie pragnął bardziej, niż gładzić dłońmi jego potężne ciało i rozkoszować się ciepłem smagłej skóry. Zastanawiał się, czy Kruk bardziej pachnie morzem, czy morze cedrem. A może jego zapach był mieszaniną soli, cedru i wonią mężczyzny, mieszaniną tak złożoną i pierwotną jak sam Kruk?
-Jego skóra może mieć smak kawioru lub wiśniowego placka - mruknął do siebie. - Albo deszczu, albo wina i... och, do diabła. Przestań się dręczyć tym, czego i tak nie zdobędziesz. Lepiej napij się herbaty. Kruk zmoknie i przemarznie, zanim nazbiera pełen kubełek ostryg na kolację.
Nastawił wodę i przygotował dwa kubki. Lubił dość słabą herbatę z cukrem i cytryną. Kruk parzył tak mocną, że mogłaby wytrawić stal, a potem, brytyjskim zwyczajem, dodawał do niej mleko z puszki i cukier. Jano raz spróbował tej cieczy i wciąż nie był pewien, jak smakowała. Wiedział tylko jedno: na pewno nie miała smaku herbaty.
Gdy woda zawrzała, starannie napełnił kubki, zostawiając w jednym miejsce na sporą porcję mleka. Przekroczył wąskie przejście i przysiadł przy specjalnie zrobionym stole, który zajmował sporą część kajuty. Jego blat był większy niż zwykłe stoliki na łodzi, gdyż Kruk był potężniejszy niż przeciętny mężczyzna. Na noc stolik był opuszczany, chowany w specjalnym zagłębieniu i przykrywany specjalnie zrobionym materacem. Normalnie Kruk po prostu opuszczał kajutę i jadł posiłki siedząc na jednym z wyściełanych stołków na rufie. Ale odkąd na łodzi znalazł się Jano, uparł się, że będzie rozstawiał stolik co rano i składał po kolacji.
Jano spojrzał na niewielką trójkątną kajutę na dziobie, w której sypiał. Z obu stron były wąskie koje, a między nimi klinowate przejście. Od razu wiedział, dlaczego Kruk tu nie sypia. Koje były tu dla niego za wąskie i za krótkie. Jano z roztargnieniem obejrzał herbatę, badając kolor płynu. Idealny. Kuchennym nożem odkroił kawałek
cytryny. Nóż był bardzo ostry, jak wszystkie noże Kruka. Był mu za to wdzięczny. Tylko bardzo ostry nóż w doświadczonej dłoni mógł rozciąć twardy materiał ratunkowej kamizelki, która wiązała go z tonącą łodzią. Młodzieniec zadrżał mimowolnie i dodał do herbaty łyżeczkę cukru. Starannie zapakował resztę znalezionej w lodówce cytryny. I tak był zadowolony. Cytryny na Wyspach Królowej Scharlotty to rzadko spotykany owoc. Niespokojnie rozglądał się po łodzi. Zatrzymał wzrok na niewielkiej podkładce i ołówku, które Kruk wyszukał, by on mógł szkicować. Wyciągnął rękę, ale zrezygnował z rysowania.
Jano wyszedł na rufę "Czarnej Gwiazdy". Zaciągnięty brezent osłaniał pokład przed deszczem i wiatrem, a rufa łodzi stała się jakby dodatkową kajutą. Deszcz szumiał nieustannie. Zwykle działało to na niego kojąco, ale teraz pragnął usłyszeć głos Kruka. Pochylił się, wyglądając przez przezroczyste plastikowe otwory w brezencie. Widział tylko strugi deszczu, który padał tak, że Jano z trudem sięgał wzrokiem brzegu.
Łódź kołysała się lekko; odbijacze chroniły kadłub przed belkami kei. Jano przymknął oczy. Przez dłuższy czas słuchał wiatru, deszczu i niespokojnego morza. Przyzwyczaił się już do tego, że jest sam, ale nie do tego, że jest samotny. A tak właśnie czuł się w tej chwili. Samotnie.
-Hej tam na "Czarnej Gwieździe"! Ostrygi wchodzą na pokład.
Jano poczuł, że ogarnia go fala ciepła. Natychmiast pobiegł, by odsunąć zamek. W otworze pojawiło się wiadro, a tuż za nim Kruk. Spiął brezent i spojrzał na młodzieńca. Mimo wodoszczelnej kurtki był mokry jak foka. Zrzucił kurtkę, strząsnął z niej wodę i zawiesił na kołku, a potem wciągnął nosem powietrze.
-Ach - zahuczał - moja ulubiona kolacja. Tenisówki z rożna i pieczone dżinsy.
Jano wybuchnął śmiechem. Wyciągnął rękę po wiadro i zauważył, że oprócz ostryg leży w nim butelka wina.
-Widzę, że na tych wyspach są, hmm... dość niezwykłe ławice ostryg - zauważył, wyjmując wino.
-Stary sekret Haida - Kruk odpowiedział z uśmiechem.
-Ktoś musiał dopuścić do tego sekretu Francuzów - odparł, patrząc na etykietę. - Skąd wiedziałeś, że uwielbiam chardonnay?
-Już mówiłem - rzekł stłumionym głosem. Pochylił się, by zdjąć przemoczone buty. - Wyglądasz na chłopca, który potrafi cieszyć się życiem.
-Nie jestem już chłopcem - odparł gniewnie - A co się stało z twoją ręką? - spytał nagle odstawiając butelkę.
Mężczyzna spojrzał na grzbiety dłoni. Było tam kilka cienkich nabrzmiałych linii.
-Skorupiaki - odparł, wzruszając ramionami. Nie dodał, że zamiast myśleć o tym co robi, myślał o Jano. -To nic poważnego - dodał. Szybko oblizał skórę i zbadał płytkie nacięcia.
-Może stać się czymś poważnym, jeśli się tym nie zajmiesz - odparł młodzieniec surowo. -Zadrapania skorupiaków często prowadzą do zakażeń.
Wszedł do kajuty i po chwili wrócił z gorącą wodą i maścią z antybiotykiem. Zanim Kruk zdążył zaprotestować, Jano chwycił jego dłoń i obmył starannie, po czym przysunął do światła. Zadrapanie były płytkie i czyste, więc powinny szybko się zagoić. Naprawdę nie było powodu do niepokoju. Powinien puścić jego rękę i wrócić do kajuty, ale jakoś tego nie potrafił zrobić. Pragnienie, by mocną dłoń Kruka unieść do ust i całować drobne ranki, było niemal nie do opanowania. Jano powstrzymała tylko świadomość, że taki pocałunek byłby bardziej zmysłowy niż kojący. Wymyślając sobie od idiotów, przedłużył kontakt, ponownie przemywając dłoń mężczyzny, dotykając go w jedyny sposób, na jaki mógł sobie pozwolić.
Kruk siedział nieruchomo i rozkoszował się delikatnym ciepłem rąk Jano. Włosy wysunęły się spod klamry, którą spinał je na karku. Ciemnocynamonowe kosmyki zwijały się przy jego policzkach niczym migotliwe płomienie. Kruk zastanawiał się, co by odczuwał, gdyby te jedwabiste włosy opadły swobodnie na jego nagie ramiona i pierś w delikatnej pieszczocie. A potem zdziwił się, dlaczego właściwie dręczy sam siebie z powodu młodzieńca, którego nie powinien nawet dotykać.
Jano wytarł dłoń tak samo starannie, jak ją przemywał. Bez pośpiechu posmarował ranki maścią, a potem zrobił to jeszcze raz. Kiedy już nie miał pretekstu, by dotykać Kruka, niechętnie wypuścił z dłoni jego rękę.
-Gotowe. Ranki szybko się zagoją - usłyszał własny głos i stwierdził, że był chrapliwy.
-Dzięki.
Kruk wyprostował palce, by powstrzymać je przed sięgnięciem po cudowne włosy młodzieńca. Chciał powiedzieć, że jest mu miło, iż Jano troszczy się o jego rany, nawet tak drobne jak te zadrapania. Na ogół nie lubił, gdy kobiety przejmowały się każdym skaleczeniem, ale z Jano było inaczej, paradoksalnie może właśnie dlatego że nie był kobietą? Chłopiec zachowywał się tak spokojnie i działał sprawnie, że czarnowłosy olbrzym czuł się raczej dopieszczony niż przytłoczony.
-Powinieneś mieć dzieci. Byłbyś wspaniałym ojcem. Masz delikatne dłonie i ...-Ucichł nagle gdy dostrzegł, że Jano zamarł w bezruchu. Wyprostował się i odwrócił tak szybko, że niemal potknął o własne smukłe nogi.
-Jano?
-Zapomniałem o twojej herbacie - odezwał się ostrym tonem. - Teraz jest tak mocna, że mogłaby rozpuścić żelazo.
-Uwielbiam takie napoje. - Kruk uśmiechnął się.
Nie odpowiedział. Kruk zmarszczył brwi. Nie wiedział co takiego się stało. Jano zwykle lubił przekomarzać się z nim na temat herbaty, tak jak on lubił żartować z tej gorącej wody z cukrem, którą pił młodzieniec. Wstał, by pójść za nim i spytać, o co chodzi. Po trzech krokach był w kajucie.
-Jano, co...
-Jako twój zastępczy ojciec - przerwał szorstko - powinienem chyba zauważyć, że woda kapie z ciebie na podłogę.
-Na pokład.
Kruk zmrużył oczy, dostrzegając z trudem hamowany gniew Jano. Obserwował, jak sięga na ślepo do szuflady i wyciąga szpikulec do puszek. Otworzył mleko jednym silnym uderzeniem, rozlewając przy okazji trochę gęstego białego płynu. Kruk ostrożnie wyciągnął rękę, odebrał mu puszkę i narzędzie, i położył poza zasięgiem jego rąk.
-Co się stało? - zapytał
-Nic. - Jano słyszał jak to lodowate słowo odbija się echem pośród ciszy. Patrzył jak stróżka mleko spływa po blacie i resztkami woli usiłował zachować samokontrolę. - Przepraszam - wykrztusił w końcu. - Sądzę, że jestem podobny do ciebie.
-W czym?
-Zastanawiałem się, jak długo jeszcze będziemy tkwić w tej cholernej zatoce.
Kruk drgnął, słysząc powtórzone w taki sposób własne słowa. - Nie to chciałem powiedzieć. Jest mi z tobą bardzo dobrze. Nie pamiętam, bym się kiedyś tak często śmiał. - stwierdził w odpowiedzi.
-Tak, spełniły się twoje marzenia - powiedział Jano z dziwnym uśmiechem. - Jesteś sierotą, a ja świetnym materiałem na ojca. Szkoda, ze jesteś już za stary, żeby cię adoptować. Moglibyśmy śmiać się przez całe życie.
-Jano...
-Proszę - przerwał, stawiając przed nim kubek z herbatą. - Pij, zanim ta ciecz przeżre przez naczynie. Otworzę ostrygi. I przebierz się, nim zamarzniesz.
-Tak, tato - odpowiedział sucho Kruk, sięgając do guzika koszuli.
Jano drgnął, jakby go uderzył. Kruk zmrużył oczy na widok tej reakcji.
-Nie miałem zamiaru cię obrazić - powiedział spokojnie.
-Który mężczyzna obrazi się słysząc, że jest świetnym materiałem na ojca? - spytał chłodnym tonem.
Kruk chciał coś powiedzieć, zawahał się i rozpiął koszulę. Wciągnął suche rzeczy, mokre rozwiesił dookoła i wyszedł na rufę. Brezent chronił przed wiatrem i deszczem, ale nie przed zimnem. Kajuta była o wiele przytulniejsza.
-Nie jest ci zimno? - zapytał.
Jano wzruszył ramionami i nadal walczył z ostrygami. Nóż którego używał był krótki i ostry. Miał zbyt krótki trzonek. Miał ogromne trudności w posługiwaniu się nim.
-Ja to zrobię - zaproponował Kruk. - Wracaj do kabiny. Tam jest ciepło.
-Tak, tatku - mruknął, ale nie oddał mu noża.
Sam pomysł, że mógłby żywić względem Jano żywić ojcowskie uczucia, był tak niedorzeczny, że Kruk musiał się roześmiać.
Po chwili Jano uniósł głowę i także się uśmiechnął. Nie był to najweselszy uśmiech, ale na więcej w tej chwili nie było go stać. Wciąż czuł urazę, że Kruk wychwalał jego ojcowskie cechy, kiedy on drżał jeszcze od samego dotknięcia jego dłoni. Różnica między ich reakcjami nie mogłaby być bardziej zniechęcająca.
-Przepraszam - powiedział młody. - To chyba przez to ciepło w kajucie.
-Albo głód - odparł Kruk muskając palcami jego wargi.
Oczy Jano rozszerzyły się ze zdumienia. Miał wrażenie, że Kruk czyta w jego myślach.
-Skąd wiedziałeś? - szepnął.
-To żadna sztuka - odparł z uśmiechem. - Minęło już pięć godzin od obiadu.
-Od obiadu?
-Tak. Pamiętasz, to ten posiłek, który się je po śniadaniu a przed kolacją.
-Ach, ten obiad.
-A są jakieś inne? -spytał czarnowłosy właściciel łodzie niewinnym tonem.
-Oczywiście - odparł Jano drwiąco. - Można jeść obiad lub być na obiedzie. Ostatnio bywałem na obiedzie częściej, niż go jadłem.
Kruk otworzył usta, zamknął je z powrotem i wybuchnął śmiechem.
-Czy ktoś ci mówił, że masz...
-Wspaniałe poczucie humoru? - przerwał, gwałtownym ciosem otwierając ostrygę. - Tak. To jedna z tych nudnych cnót, które zwykle kwalifikuje się na równi z ojcostwem.
-Nie dla kogoś, kto nigdy nie miał ojca i kto lubi się śmiać. To są wspaniałe zalety, Jano - stwierdził Kruk cicho.
-Doprawdy? - spytał, otwierając kolejną ostrygę. Unikał jego wzroku. - Szkoda, że jesteśmy tak daleko od biura reklamacji. Wymieniłbym je na seksapil.
Kruk przez chwilę patrzył na niego, zdumiony, ale zaraz wytłumaczył sobie, że Jano żartuje. Roześmiał sie potrząsając głową i żałując, że sztorm nie sprowadził Jano do zatoki wiele lat temu.
Jano nie był uwodzicielem, nie potrafił nawet rozmawiać na temat seksu bez zażenowania, choć usiłował to ukryć.
-Trzymaj - powiedział wciskając rękojeść noża w szeroką dłoń Kruka. - Zrobię sos. Tu jest dla mnie za zimno.
Drzwi zatrzasnęły się. Kruk spojrzał na nóż i nie wiedział, skąd wzięło się wrażenie, że Jano wolałby wbić ostrze raczej w niego niż w ostrygę.

**